Dworek pod Malwami. Wieńce

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #31
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 31 - Wieńce

Saga

Dworek pod Malwami 31 - Wieńce

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801705

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

OBLICZENIA

Kalinówka, marzec 1917

– Dwadzieścia lat w więzieniu – liczyła głośno pani Katarzyna Kalinowska. – Panna Semkowicz będzie miała trzydzieści osiem, kiedy znajdzie się na wolności.

– Wyjdzie w roku 1937, albo może wcześniej, jeśli darują jej coś za dobre sprawowanie. Podobno to często się zdarza – potwierdziła Wacia Potocka.

Choć w Kalinówce powszechnie oczekiwano, że wyrok dla Adzi Semkowicz będzie wysoki, teraz dopiero jego groza dotarła do świadomości mieszkańców dworu.

– Kobieta w tym wieku nie jest całkiem stracona – powiedziała starsza pani. – Jeszcze może sobie ułożyć życie. Wiadomo, że nie powinna wracać tam, gdzie wszystko się zdarzyło, wszyscy ją znają i wiedzą, co sie z nią działo. Ale świat jest wielki, można wyjechać, ukryć się w tłumie albo w jakiej głuszy.

Wacia Potocka kiwała głową.

– Pewnie – potwierdziła. – Może tak być. Ale może zdarzyć się też inaczej. Mało to razy trafia się się, że ludzie umierają i za kratami? Stary Franaszek, co go złapali na kradzieży w kościele, to ledwie pół roku przeżył w tiurmie. Miał wprawdzie swoje lata, ale zdrowy był nad podziw. Nie wiadomo, jak z tą panną będzie...

Los Adzi Semkowicz szybko przestał być tematem rozmów mieszkańców Kalinówki. Nie było o niej nowych wiadomości, nie istniały więc nowe powody do omawiania jej sytuacji. Baronowa von Tromm wprawdzie posłała skazanej trochę pieniędzy i paczkę zawierającą odzież i żywność, ale z wizyty w więzieniu wróciła zdenerwowana.

– Nie chciała mnie widzieć – skarżyła się pani Katarzynie. – Kazała przekazać, że dziękuje, ale niczego nie potrzebuje.

Starsza pani przewidywała, że Adzia nie będzie się chciała spotkać z baronową także w przyszłości.

– Ona pewnie przemyślała już wszystko – oświadczyła. – Może dotarło do niej, w jak strasznych czynach brała udział. Musi za to odpokutować. Daj Bóg, aby nie popadła w szaleństwo. Kiedyś, gdy kara się skończy, może jeszcze wróci do społeczeństwa...

– Szkoda mi dziecka – powiedziała pani Olga. – Przecież ono będzie od urodzenia naznaczone!

Wacia Potocka miała na tę okoliczność opowieść o losie pewnego maleńkiego chłopca, którego matka trafiła za kratki.

– Jak ją tylko skazali na dożywotnie zesłanie, to jej mąż nie zgodził się jechać na Sybir i został w domu z dzieciakiem. Chłopiec miał nie więcej jak pół roku, gdy jednego razu jego ojciec, co pracował jako dekarz, spadł z dachu i coś takiego sobie złamał, że zaraz wyzionął ducha. To dziecko trafiło do jednej kobiety w Zagrudzie i ona się nim zajęła należycie. Ale wcale nie przyznała się, że nie jest jej, tylko mówiła, że cudzy. Jak dzieciak podrostkiem już był, ktoś rozpowiedział wszystko po wsi. Żyć mu z tym nie dali, wszędzie go wyśmiewali i nazywali bękartem. Zapytał matkę, a ona zamiast trzymać język za zębami, potwierdziła, że ludzie prawdę mówią. Chłopak tak się tym przejął, że rozchorował się i zaraz umarł.

Pani baronowa nie okazała zaskoczenia, ponieważ znała opowieści panny Potockiej, te zaś rzadko kiedy kończyły się dobrze.

– Wacia nie ma innej historii na pocieszenie? – spytała.

Panna Potocka chętnie opowiedziałaby coś równie tragicznego, ale pani Katarzyna, zorientowawszy się, że baronowa nie ma ochoty na podobne opowieści, posłała pokojową po śmietankę.

– Niech baronowa nie przywiązuje wagi do podobnych historii – uśmiechnęła się starsza pani.

Pani Olga ubolewała, że już drugi raz z kolei nie zastała Michała Kalinowskiego. Pan Michał ostatnio często wyjeżdżał do Białegostoku i zdarzało się, że nie wracał do domu przez dwa albo trzy dni.

– Może by mnie odwiedził w Jeronimowie? – poprosiła jego matkę. – Muszę postanowić w kilku sprawach, chciałam się zapoznać z jego opiniami.

– Czy baronowa myśli o piramidzie? – zaciekawiła się pani Katarzyna. – Może jednak każe ją zbudować?

Olga von Tromm pokręciła głową.

– Raczej odłożę ten zamiar na czas bliżej nieokreślony. To w zasadzie już przesądzone. Pragnęłabym natomiast uzyskać pomoc pani w sprawie dziecka tej nieszczęsnej dziewczyny. Czy uważałaby pani za możliwe, aby umieścić to biedactwo w jakim zakładzie lub, jeszcze lepiej, u jakiejś rodziny. Wszędzie będzie mu lepiej niż w więzieniu!

Katarzyna Kalinowska uśmiechnęła sie porozumiewawczo.

– Widzę, że baronowa jest zdecydowana nie schodzić z drogi współczucia i miłosierdzia nawet wobec osób, które zapłaciły za jej dobroć niewdzięcznością. Jeśli baronowa sobie życzy, możemy rozejrzeć się i znaleźć jaką zacną rodzinę, która wzięłaby niemowlę na wychowanie.

– O! – ucieszyła sie pani Olga. – To byłoby wspaniałe rozwiązanie! Gotowa jestem, w pewnym zakresie naturalnie, partycypować w kosztach utrzymania dziecka Adzi. Tyle choć mogę dla niej zrobić...

***

Pani Katarzyna przeczytała w gazecie wiadomość o śmierci hrabiego Zeppelina, twórcy sterowców, wielkich statków powietrznych. Powszechnie obwiniano go o to, że przyczynił się o rozwoju sztuki wojennej w jej najgorszych przejawach. Sterowce latały nad bezbronnymi miastami i wioskami, zrzucając bomby i pociski wcale nie na wojskowe cele.

– Tyle bezbronnych ofiar! – mówiła pani Katarzyna. – To zupełnie niehonorowe walczyć z kobietami i dziećmi.

Pan Michał nie całkiem zgadzał się z tak radykalnym poglądem.

– Ludzie zawsze wymyślają coś nowego przeciw swoim bliźnim. Owszem, sterowce czy tanki służą na froncie, ale tylko patrzeć, jak je zobaczymy niszczące nasze domy. Sterowce, aeroplany zrzucają bomby, ale jeden i drugi mogą przewozić towary, a także ludzi na wielkie odległości.

Pani Katarzyna wzruszała ramionami.

– Cóż to za pomysły! – mówiła z naganą. – Kto by chciał latać tak wysoko?! Upadek przecież to pewna śmierć.

– Z czasem znajdą się metody zapobiegania wypadkom – uśmiechał się pan Kalinowski. – Pamięta mama, jakie dawniej były opory przed wynalazkami, które okazały się potrzebne, a nawet niezbędne do codziennego życia. Przed elektrycznością choćby. A teraz proszę zobaczyć, ile światła używa się w szpitalach, w domach, na ulicy.

Pani Katarzyna była przeciwna elektryczności, gdyż ta zabijała ludzi i wydawała się jej nie do opanowania.

– Dobrze, że czegoś takiego prędko się u nas nie doczekamy – podsumowała dyskusję. – Aeroplany podobno pogodę psują i jakby tak nad naszymi polami przeleciały, byłoby po plonach!

Wielkim miłośnikiem aeroplanów był Witia Sidorowicz. W okolicy ich wprawdzie nie widywano, czasem jedynie pokazywały się na zdjęciach w gazecie, a wtedy chłopak wycinał fotografię i zabierał ją do swojego pokoju. Teraz słuchając dyskusji pana Michała z matką nie odzywał się, ale gdy pani Katarzyna wyszła, Witia powiedział rozmarzony:

– Polecę kiedyś aeroplanem! Takim wielkim jak największy ptak, nawet dużo większym niż dom.

– Czemu nie – odparł Kalinowski. – Po wojnie wszystko będzie możliwe. Ludzie przestaną wojować, więc niektóre wojenne wynalazki da się zastosować do codziennego życia zwykłych ludzi.

– Haneczka napisała, że niedawno widziała aeroplany, bardzo wiele – ujawnił Witia. – Wujek naprawdę myśli, że u nas też kiedyś będą latały?

– Na pewno. Co by o tym nie myśleć, to jednak stanowią postęp techniczny, którego na szczęście nie można zatrzymać. Kiedy nie będą musiały wozić bomb, będą mogły przewozić ludzi, transportować mąkę lub inne towary.

Witia umiał już czytać na tyle, że odczytał oba listy Haneczki Skórnickiej wysłane do niego z Berlina. Do tej pory nikomu nie ujawnił z nich ani słówka.

Pan Michał spojrzał na wychowanka z zaciekawieniem.

– A co jeszcze napisała Haneczka?

Witia zawsze wykręcał się od odpowiedzi.

– Nic takiego – odparł tym razem. – Do szkoły chodzi i dobrze się uczy.

– Ty też zrobiłeś postępy – pochwalił Kalinowski. – Skoro umiesz już czytać, to pewnie niedługo będziesz chciał pisać?

– Jeszcze nie wiem – Witia wzruszył ramionami.

Zastanowił się jednak i tego samego dnia zagadnął pana Kalinowskiego.

– Wujek? – zapytał. – A jakbym umiał już pisać, to o czym miałbym napisać do Haneczki?

– O czym zechcesz – odparł pan Michał. – Co robisz, co myślisz, albo o tym, co czujesz. Na przykład, że tęsknisz.

Witia podniósł brwi.

– Że tęsknię? – powtórzył z zaskoczeniem. – Chłopcom nie wypada pisać takich rzeczy.

Pan Michał pogładził wąsy.

– Tak? Ciekawe, skąd takie przekonanie. Chcesz znać moje zdanie? Myślę, że mężczyznom wypada wszystko. Pod warunkiem, że wiedzą, czego chcą i do czego dążą. Skoro wiesz, że tęsknisz, możesz o tym napisać. Podejrzewam, że Haneczce będzie przyjemnie się o tym dowiedzieć.

– Aha – odpowiedział Witia i dodał: – Gul, gul!

 

PLANY I REWOLUCJE

– Wczwartek i piątek będę miał wolne – zapowiedział Ignaś Kalinowski. – Postanowiłem, że w piątek pojedziemy do Kalinówki.

Sabina Lulewicz zareagowała z niepokojem.

– Po co mamy tam iść? – spytała niepewnie.

Ignaś podniósł znad talerza uśmiechniętą twarz.

– Nie pójdziemy, tylko pojedziemy – poprawił. – A w jakim celu? Czas chyba, żeby moja rodzina poznała moją żonę.

Mijał właśnie rok od czasu, gdy uciekli oboje do miasta.

– To dość czasu, żeby zaakceptowali naszą sytuacię. Jest Wielki Post, dobra okazja do wyjaśnień i wzajemnego przebaczenia. Babka i ojciec, myślę, przekonali się, że wiem, co robię. Powinni uszanować moje wybory i fakt, że jestem dorosły. Odpowiadam za siebie, przed nikim nie muszę się tłumaczyć.

Sabina dostrzegała przede wszystkim trudności.

– Oni do ciebie nie mają pretensji, tylko do mnie – zauważyła. – Mnie nigdy nie za... za...

– Zaakceptują – poprawił Kalinowski. – Rok to dość, żeby zrozumieli, kto jest moją żoną i z kim zamierzam spędzić resztę życia.

– Mnie nigdy nie polubią i nie za... to właśnie. Dla nich zawsze będę osobą, która ukradła ich kochanego Ignasia – stwierdziła Sabina.

– Mam dwadzieścia sześć lat – przypomniał. – Żyję może inaczej, niż sobie wyobrażali, ale jestem samodzielny i nie potrzebuję niczyjej opieki. Muszą zobaczyć, że daję sobie radę bez oglądania się na ich opinię.

Ignaś Kalinowski miał powody tak twierdzić. Był w łaskach u prezesa Manufaktury, zarabiał w fabryce dość, aby utrzymać rodzinę. August Moes kreślił przed kierownikiem swoich buchalterów dobrą przyszłość. Strajk przyniósł podwyżki płac dla robotników i rola Ignasia wzrosła także z tego powodu. Z jego zdaniem liczyli się teraz wszyscy zatrudnieni, a zarząd zapraszał na rozmaite zebrania dotyczące nie tylko bieżącej produkcji, ale i planów długoletnich.

– Pojedziemy – powtórzył Ignaś. – Zamówię dorożkę na rano, pojedziemy z fasonem, żeby nie myśleli, że mają do czynienia z dziadami.

Mimo późnej pory Sabina zakrzątnęła się nad przygotowaniami.

– Nie uprzedziłeś, a to przecież trzeba wszystko naszykować.

Kalinowski chwycił ją ramieniem, objął w talii.

– Zobaczą moją żonę i z czasem ją pokochają, jak ja pokochałem.

Sabina westchnęła z powątpiewaniem.

– Dałby to Bóg.

***

W czwartek, 15 marca, wracali do domu z popołudniowego spaceru – Ignaś w niedzielnym stroju, obok wystrojona odświętnie Sabina. Dzień był ciepły i nie spieszyli się za bardzo do domu.

– Szła bym tak z tobą i szła – odezwała się Sabina. – Choćby na koniec świata!

Zawsze tak mówiła, gdy spacerowali po mieście.

Przed domem przy ulicy Dolnej kręcił się Jegor Bułyczow.

– Gdzie ty chodzisz?! – natarł na Ignasia. – Człowieku, czy ty wiesz, co się dzieje? Rewolucja w Piotrogrodzie!

– Rewolucja? – zmarszczył brwi Kalinowski. – Jaka rewolucja?

– Światowa, bracie! Światowa rewolucja! Car abdykował, władzę objął tymczasowy rząd z udziałem robotników i żołnierzy. Czy ty rozumiesz, bracie? Wygraliśmy! Rewolucja zwyciężyła! Nie ma już cara!

W ręku miał specjalne jednokartkowe wydanie gazety. Wcisnął je w dłoń Stasia, śmiał się i klepał go po plecach.

– Masz, bracie, czytaj! Czytaj i sam oceń!

Sabina stała z boku i czekała, aż mężczyźni wymienią się wiadomościami. Co ten Jegor opowiada? Nie ma już cara? To gdzie jest w takim razie? Car przecież zawsze jest. Od początku świata jest i zawsze będzie. Taki jest porządek rzeczy.

Jegor pobiegł zaraz dalej, by – jak mówił – nieść innym radosną nowinę. Ignaś stał obok domu z zagadkowo uśmiechniętą miną.

– Co się stało? – zapytała Sabina. – Co to wszystko znaczy?

Kalinowski objął żonę ramieniem.

– Wiekopomne rzeczy się dzieją na naszych oczach! – tłumaczył podekscytowany. – Naprawdę wielkie. Wiesz co, może odłożymy ten nasz wyjazd do Kalinówki? Nie mam ochoty, żeby się kłócić z kimkolwiek. Jakie to ma teraz znaczenie, gdy cały świat staje na głowie!

– Czy to aby nie skończy się jakim nieszczęściem? – Sabina poczuła niepokój.

Ignaś zaśmiał się głośno.

– Nie dla nas – oświadczył z przekonaniem. – Na pewno nie dla nas! My jesteśmy przecież za rewolucją!

Sabina nawet ucieszyła się, że zrezygnował z wyjazdu do Kalinówki. Konieczność tłumaczenia się przed rodziną męża, znoszenia ich pańskich fochów, może kłótni, nie była pociągająca.

– Dobrze – odpowiedziała. – Pojedziemy kiedy indziej.

Ignaś już nie słuchał. Zatopił się w swoich myślach, do których nieustannie się uśmiechał.

– Nareszcie! – powiedział. – Teraz wszystko na pewno będzie inaczej!

***

Gdy w sobotę 3 marca 1917 roku w Zakładach Putiłowskich w Piotrogrodzie wybuchł strajk, nikt nie przypuszczał, że będzie miał on tak kolosalne znaczenie, a w konsekwencji wydarzeń jakie nastąpią, carska Rosja zostanie na zawsze zdmuchnięta z areny historii.

Zastrajkowano z powodu braku żywności. Robotnicy, od których wymagano wzmożonej produkcji armat i lokomotyw, nie mieli sił do pracy. Chcieli jeść i chcieli mieć prawo do odpoczynku.

Strajki i niepokoje ogarniały coraz szersze kręgi mieszkańców miasta, przeradzały się w burzliwe demonstracje i wiece. Głośno sprzeciwiano się dalszemu prowadzeniu wojny, upatrując w niej przyczynę głodu i wszelkich nieszczęść trapiących Rosję cara Mikołaja II. Samego imperatora nazywano nieudacznikiem i nieudolnym wodzem, a jego żonę, pochodzącą z Hesji księżnę Aleksandrę Fiodorownę, wprost oskarżano o sprzyjanie Niemcom.

Gdy car zagroził rozstrzeliwaniem demonstrantów, protesty wzmogły się i objęły wszystkie zakłady w stolicy kraju, doszło do zamieszek i ulicznych starć z policją i żandarmami. 11 marca wojsko rozpędziło demonstrację przeciwników caratu strzelając na oślep do tłumu, w wyniku czego zginęło co najmniej sto pięćdziesiąt osób.

Spokoju jednak nie dało się przywrócić. Trwające od dawna wrzenie w wojsku, skierowane przeciw masowemu poborowi, złym warunkom służby i niepowodzeniom na frontach, podsycane przez aktywność agitatorów licznych ugrupowań rewolucyjnych, przerodziło się w niespodziewany sojusz żołniersko-robotniczy. Najpierw jeden pułk, pawłowski, a potem inne jednostki stołecznego garnizonu odmówiły wykonania rozkazu strzelania do cywilów.

12 marca, przy gęsto padającym śniegu, tłum wdarł się nie tylko do siedziby Ochrany przy ulicy Fontanka, gdzie zniszczono wiele akt tajnej policji, ale także do twierdzy pietropawłowskiej, z której uwolniono więźniów politycznych.

Przez szereg dni trwały zamieszki, rabunki i samosądy. Na żądanie umiarkowanej części Dumy car Mikołaj II abdykował, a władza przeszła w ręce wybranych posłów. Komitet Dumy oraz Komitet Robotniczy, zdominowany przez członków Partii Socjalno-Rewolucyjnej, a także partie kadetów i monarchistów powołały 19 marca wspólny Rząd Tymczasowy. Książę Grigorij Lwow stanął na czele gabinetu, ogłoszono amnestię, wolność prasy i zapowiedziano wolne wybory, a co najważniejsze, zadeklarowano prawo innych narodów, w tym Polski, do samostanowienia.

W ciągu ledwie kilku dni car Mikołaj II, samodzierżawca i imperator największego kraju na świecie, stracił całą władzę, a 21 marca Jego Cesarsko-Imperatorska Mość został aresztowany wraz z całą rodziną.

Rewolucję tę nazwano lutową, gdyż w Rosji obowiązywał dawny kalendarz juliański, spóźniony do europejskiego o kilkanaście dni.

Początkowo postrzegana przez Zachód jako pałacowa walka o władzę, rewolucja szybko zmierzała w kierunku anarchii, według jednych za sprawą Niemiec, według innych – przez Anglię.

***

Artykuł mówiący o rewolucji w Rosji i ustąpieniu cara Mikołaja II pani Katarzyna Kalinowska wycięła z gazety, podobnie jak ten o powołaniu Rządu Tymczasowego.

– Modliłam się o to całymi latami – mówiła. – Całymi latami! Ale nie sądziłam, że dożyję takiej chwili.

W gazetach publikowano wiele rozmaitych informacji dotyczących wydarzeń w Piotrogrodzie, po dawnemu nazywanego Petersburgiem.

– Niemcy życzliwie przyjęli rewolucję, ponieważ liczą na pokój z Rosją – tłumaczył pan Michał. – Dla nich to kwestia przeżycia. Dostają lanie na zachodnim froncie i nic im nie pomogą łodzie podwodne barbarzyńsko atakujące wszystkie alianckie jednostki, bez różnicy wojenne, towarowe czy pasażerskie.

W intencji dobrego zakończenia rewolucji w Rosji pani Katarzyna dała na mszę w Zabłudowie.

– Oby z tego chaosu wyłoniła się wolna Polska!

OKUPANCI

Wiosna 1917

Wciągu kilku tygodni opinia publiczna wyraźnie odwróciła się od Niemców. Ubyło tych, którzy wierzyli w zwycięstwo cesarza Wilhelma II, przybyło ufności w zwycięstwo aliantów. Na pogorszenie się wizerunku okupanta wpłynęło wiele czynników – brak postępów na froncie, upór władz niemieckich w niechęci tworzenia polskich niezależnych sił zbrojnych, jak i przetargi dotyczące istniejących już oddziałów wojskowych. Utworzone w Galicji Legiony chciały wrócić pod patronat Austrii, Niemcy się temu sprzeciwiali. Obawiali się, aby z tych formacji nie wyrosły kadry dla odrodzonego samodzielnego wojska polskiego, woleli zachować kontrolę i komendę.

Przede wszystkim jednak mieszkańcom dawnego Królestwa Polskiego, a także ziem opanowanych ostatnio przez armię niemiecką, dokuczał stosunek okupanta do ludności cywilnej.

– Traktujecie nas jak kolonię! – powiedziała w zdenerwowaniu pani Katarzyna Kalinowska do porucznika von Lammersa. – Wycinacie lasy, zabieracie plony, głodzicie, a teraz jeszcze chcecie pozbawić kościołów!

W tym zakresie władze niemieckie postępowały nadzwyczaj nieostrożnie. Nie zanikło jeszcze echo źle przyjętego pomysłu, aby w świątyniach katolickich zezwolić na nabożeństwa protestanckie, a już obce wojsko usiłowało ogołocić kościoły ze wszelkiego metalu.

– Co za barbarzyństwo! – wołała oburzona pani Katarzyna. – Kandelabry chcecie przetapiać, nawet krzyże! To świętokradztwo! Trzeba nie mieć krzty sumienia, żeby zaplanować coś tak okropnego, a cóż dopiero chcieć wykonać!

Otto Von Lammers, ziemianin, ale przede wszystkim niemiecki oficer, próbował tłumaczyć takie zamierzenia koniecznością pozyskiwania metali dla wzrastających potrzeb wojennych, lecz brakowało mu argumentów.

– Walczymy z Rosją ze wszystkich sił – przypomniał. – Przecież to wy stale nazywacie ich barbarzyńskimi Moskalami!

Wyjeżdżał z Kalinówki niezadowolony, a pani Katarzyna demonstracyjnie nie wyszła go pożegnać, co nigdy dotąd się nie zdarzyło.

– Brałam go za porządnego człowieka – powiedziała do Waci Potockiej. – A to tylko Prusak! Po prostu zwykły Prusak!

***

Pojawiły się nieprzychylne wobec Niemców żarty, złośliwości i docinki, rozszerzył się też nagle bojkot towarzyski. Porucznik von Otto von Lammers bardzo nad tym ubolewał. Lubił Kalinowskich, a nagle okazało się, że nie jest dobrze widziany zarówno w Kalinówce, jak i innych domach w okolicy. Najczęściej więc zostawał w Topolanach, gdzie administrował majątkiem po panu Nowackim, albo jeździł do Białegostoku, by bawić się w środowisku niemieckich władz wojskowych i czekać na zmianę sytuacji.

Miała ona nadejść, jak tylko Niemcy zawrą pokój na wschodzie, a następnie w krótkim terminie pokonają Francuzów i Anglię. Wierzył w te zapowiedzi i nie dopuszczał do siebie wątpliwości o możliwej przegranej w trwającym już ponad dwa lata konflikcie. Złościł się, że radykalizują się nastroje w USA, co stało się po tym, jak Amerykanie odkryli spisek mający wciągnąć Meksyk do wojny po stronie Niemiec, a jeszcze bardziej na to, że wojnę cesarstwu wypowiedziało coraz więcej krajów, nawet Kuba.

– Co z głupie pomysły! – mruczał niezadowolony.

Zewsząd dobiegały sygnały, że tymczasowa administracja na polskich ziemiach, mimo ogłoszenia rychłego przywrócenie państwa polskiego, nie cieszy się sympatią. Niemcy czuli opór w zakładach produkcyjnych, gdzie coraz częściej wybuchały niepokoje, strajki i zamieszki, w urzędach, na ulicy, nawet w sklepach. Głośno obwiniano ich o doprowadzenie do katastrofalnej sytuacji gospodarczej i wprost oskarżano o sprowadzenie głodu. W miejscach publicznych niemieccy żołnierze nie mogli czuć się swobodnie, nie tylko nie spotykali się z życzliwością, ale padali ofiarą niewybrednych żartów, a coraz częściej i występków. Nawet w kinematografie nie mogli się odprężyć przy oglądaniu komedii filmowych, bo podczas seansów nagminnie zdarzały się kradzieże ich osobistego wyposażenia, płaszczy, czapek, pasów, a nawet i broni.

 

– Co za dziwny naród! – mruczał von Lammers. – Najpierw szli z Rosjanami przeciw nam, potem z nami przeciw Rosjanom. Zupełnie nie wiadomo, co zrobią teraz.

Wszystkie trzy sąsiadujące z Polską mocarstwa obiecały odbudowanie państwowości, więc Polacy niebezpiecznie przeciągali strunę, badając, od kogo więcej da się wyszarpać.

Madame Kruger, właścicielka znanego w mieście zakładu przy ulicy Polnej, gdzie oficerowie mogli liczyć na chwilę odpoczynku i rozrywki, coraz częściej miewała zatroskaną minę.

– To wszystko przez politykę, panie poruczniku – skarżyła się von Lammersowi. – Wybili mi szyby nie tylko od frontu, ale i od podwórza. Moja ochrona mówi, że to jacyś smarkacze, ale ja dobrze wiem, że ma to głębszy podtekst. Próbują mnie zastraszyć, dostałam już trzy listy!

Pokazywała oficerowi anonimowe pogróżki, w których żądano, aby wracała ze swoimi dziwkami do Wiednia.

– Przecież to wszystko Polki – tłumaczyła oburzona. – Ledwie jedna jest poddaną cesarza Karola Habsburga, bo to Czeszka. Czy ta niemiła atmosfera przeminie, czy powinnam szukać dla moich dziewcząt lepszego miejsca?

Von Lammers łagodził obawy.

– Wkrótce znowu będziemy mieli przewagę i wszystko wróci do normy. Jak tylko zostanie podpisany pokój z Rosją, nastroje opadną i znowu będzie jak dawniej.

***

Rozmaite lokale rozrywkowe i towarzyskie, gdzie bywali wyżsi niemieccy urzędnicy i oficerowie, zaczęły zmieniać swój charakter. Podczas spotkań wśród gości brakowało Polaków, nie widziało się nawet Żydów – przemysłowców. Damy z towarzystwa przestały bywać w restauracjach albo demonstracyjnie wychodziły, gdy pojawiali się tam Niemcy. Baronowa Olga von Tromm zrezygnowała z zatrzymywania się w hotelu Ritz, eleganckim i wytwornym, a wynajęła pokój w Hotelu Polskim. Nawet komitety pomocy żołnierzom nagle stały się mniej operatywne i chętne do pracy.

Sytuacja rzeczywiście wyglądała na bardzo poważną. Dobrze to rozumiał kapitan Langier, doskonale znający miejscowy język i stosunki na ziemiach niegdyś należących do Polski. Widział, jak z dnia na dzień Niemcy tracą na znaczeniu w oczach obywateli okręgu białostockiego. Panowali wprawdzie nad informacją, propaganda działała sprawnie, ale nie odnosiła już takich sukcesów, jak jeszcze niedawno. Powszechnie wykpiwano gazety wydawane pod niemieckim protektoratem i pogardliwie nazywano je „gadzinówkami”. Publikowane w nich wiadomości, zwłaszcza dotyczące sukcesów wojennych, ignorowano, wyśmiewano i poddawano w wątpliwość.

– Wmawiają chorobę w zdrowego. Jeśli by zwyciężali, niczego by im nie brakowało, a tymczasem nie tylko my dziadujemy, ale i oni jeszcze bardziej! Przyszła kryska na Matyska!

Kapitan Langier, sekretarz i bliski współpracownik rezydującego w Supraślu pod Białymstokiem księcia Augusta Wilhelma, miał z Jego Wysokością nie lada kłopot. Berlin żądał, by za pośrednictwem księcia natychmiast poprawić wizerunek Niemców wśród miejscowej ludności. Jak miał to zrobić kapitan Langier, jeśli nie dysponował żadnymi narzędziami? Jego podopieczny nic sobie nie robił z wymagań i trudności. Langier uważał za wielki błąd, że książę Auwi odmówił baronowej von Tromm protekcji w sprawie ułaskawienia dziewczyny zamieszanej w morderstwo. Byłby to piękny ukłon w stronę miejscowej arystokracji. Pospólstwo domagało się surowej kary, ale na jego zdaniu władzy specjalnie nie zależało, chciałaby mieć dobrą opinię wśród warstw posiadających największe wpływy, zwłaszcza arystokracji i sfer przemysłowych.

Żądano od Langiera, aby wraz z księciem popracował nad poprawą wizerunku, ale jak miał to czynić człowiek słaby i zajęty swoimi nie do końca jasnymi sprawami? Wszystko więc pozostawało w rękach kapitana Langiera, który spędzał bezsenne noce, głowiąc się nad sposobami zaradzenia sytuacji albo wyciągając Jego Wysokość z podejrzanych miejsc i rozmaitych opresji.

August Wilhelm nic sobie nie robił z tego, że jest synem cesarza, wikłał się w krótkotrwale romanse i zachowywał ze wszech miar niezręcznie, a nawet i karygodnie. Nie było dnia, żeby nie popełnił jakiejś gafy, którą Langier musiał potem z wielkim trudem odkręcać – na ulicy, w sklepie, w burdelu, w kinematografie.

– Nie nudź mnie, Langier – odpowiadał na próby zwracania sobie uwagi. – Jestem synem cesarza Niemiec, nie chłopcem na posyłki. Nie myślisz chyba, że posunąłbym się do fraternizacji z miejscowym elementem, choćby i szlachetnego, ich zdaniem, pochodzenia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?