Dworek pod Malwami. Ślepa sprawiedliwość

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #30
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 30 - Ślepa sprawiedliwość

Pamięci mojej Matki Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

Saga

Dworek pod Malwami 30 - Ślepa sprawiedliwość

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801712

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OSKARZONA

Luty 1917, Kalinówka

Wcukierni Crystal, gdzie rozmawiali z prawnikiem, nie było jeszcze żadnych innych gości.

– Oskarżona uparcie bierze winę na siebie. Wbrew podnoszonym przeze mnie wątpliwościom, ona upiera się, że brała bezpośredni udział w zbrodni. Argumentowałem, że taka postawa nie pomoże oskarżonemu, jednakże bez rezultatu...

Adwokat Siennicki był stary, zmęczony i zniechęcony dotychczasowymi rozmowami z klientką.

– W mojej praktyce nie spotkałem się z podobnym uporem. Taka sytuacja bardzo odpowiada prokuratorowi, ponieważ to młody prawnik, który zamierza zrobić szybką karierę. Zwróciłem się do sądu z szeregiem wniosków, ale wszystkie zostały odrzucone. Prokurator chce szybkiego procesu i jest mu wszystko jedno, kto zostanie skazany.

– Jakie jest zagrożenie? – zapytał Michał Kalinowski.

Adwokat bezradnie rozłożył ręce.

– Tu chodzi o jej życie – powiedział cicho.

Stukał się dłonią w piersi, by przekonać o swoim głębokim przekonaniu.

– Moim zdaniem nie mieli złych zamiarów. Często wszak przychodzili do mieszkańców różnych wiosek. Przynosili czasem coś do sprzedania, prosili o wsparcie w jedzeniu lub ubraniu. Uważam, że tej zbrodni nie zaplanowali z zimną krwią. Prokurator twardo utrzymuje, że Drwal w towarzystwie panny Semkowicz przyszedł do Kucharówki z zamiarem zabicia rodziny Kuryluków, ale to nie ma żadnych podstaw. Wcześniej nie dopuszczali się takiej drastycznej przemocy. Oni chcieli po prostu odpocząć. Poszliby sobie, gdyby nie zdarzyło się coś, co zmieniło tę sytuację. W pierwszej rozmowie z moją klientką udało mi się ustalić, że, powodem nagłego zdenerwowania i gwałtownej złości Drwala była postawa gospodarza. Kuryluk przyjął ich spokojnie, może nawet przyjaźnie. Posadził przy stole, dał jeść. Kazał żonie poszukać ubrań dla panny Semkowicz. Gdy gospodyni wyszła do innego pomieszczenia, niby w poszukiwaniu ubrań, zdradził się, że wysłał ją po pomoc. Drwal zerwał się, uderzył Kuryluka, a ten upadł. Żona zobaczyła, co się dzieje, zawróciła z podwórza, wbiegła do domu z sierpem w ręce i zraniła napastnika w rękę. Wtedy on wpadł w szał. Pozostałych domowników, staruszkę i chłopaka, zabił, żeby nie zostawiać świadków.

Baronowa Olga von Tromm siedziała sztywno, poszarzała na twarzy.

– Co więc pan radzi, mecenasie?

Adwokat Siennicki nie krył zakłopotania.

– Dokonano okropnej zbrodni, społeczeństwo domaga się surowej kary – tłumaczył. – Linia oskarżenia jest oczywista. Sprawcy zostali ujęci, nie zaprzeczają zarzutom. Ponieważ nie ma świadków, każda teoria uzyska aprobatę, zatem skazanie jest pewne. Drwala nie uratuje nawet cud. Jednakże, z uwagi na tempo śledztwa i sporządzania oskarżenia, istnieje możliwość poważnego zakwestionowania większości twierdzeń prokuratora wobec oskarżonej. Zeznania obojga są w wielu punktach sprzeczne, a to dla nas mogłaby być korzystna okoliczność, wszakże pod warunkiem, że panna Semkowicz obciąży przed sądem swojego kochanka. Zapewne nie dowiemy się, jak było naprawdę, ale w tej chwili nie to jest przedmiotem naszego spotkania. Rzecz w tym, aby zasiewając wątpliwości w umysłach sędziów przysięgłych, doprowadzić, by nie został orzeczony najwyższy wymiar kary wobec mojej klientki.

– Czy to jest możliwe? – dociekała pan Michał.

Adwokat skinął głową.

– Opinia publiczna chce krwi i dostanie ją – oznajmił dobitnie. – Drwal już stoi na szafocie. Jednakże panna Semkowicz, o ile zdołamy ją przekonać, by zachowywała się rozsądnie, zostanie skazana tylko na więzienie.

– Musi obciążyć kochanka? – upewniła się pani von Tromm.

Adwokat nie uważał tego za konieczne.

– W jakimś sensie rozumiem motywy, jakie kierują moją klientką – wyjaśnił. – Chodzi o sprawy delikatne, uczuciowe, a te mają własną, specyficzną logikę. Prawdopodobnie źle poprowadziłem pierwszą rozmowę. Zażądałem, by natychmiast odcięła się od udziału w zbrodni i obciążyła Drwala. Teraz uważam, że to nie jest konieczne. Panna Semkowicz nie musi nikogo obciążać. Wystarczy, że odwoła swoje zeznania i zaprzeczy w zakresie swojego bezpośredniego udziału w zbrodni. Nie musi wyjaśniać, czemu jej nie zapobiegła, ważne, aby się do niej nie przyznawała. Jeśli odwoła zeznania, a ja podniosę wątpliwości dotyczące ustaleń prokuratury, sąd zapewne nie zechce jej skazać. Ale panna Semkowicz musi to zrobić szybko, najlepiej jeszcze przed procesem.

– Może skłamać? – spytał Kalinowski.

– Powinna – podkreślił prawnik dobitnie. – W imię swoich najbardziej żywotnych interesów. Trzeba jej uzmysłowić, że Drwala nic nie uratuje. Nie musi się poświęcać, jej ofiara bez wątpienia pójdzie na marne. Tymczasem panna Semkowicz jest zupełnie niedostępna. Nie słucha moich rad, nie stosuje się do podpowiedzi. Mam wrażenie, że nie rozumie powagi sytuacji. Tu przecież nie chodzi o to, że zostanie skazana na dożywotnie zesłanie, jak prawdopodobnie myśli. W Niemczech, a teraz jesteśmy w Niemczech, nie ma takiej kary. Za morderstwo zostanie orzeczona kara śmierci.

Baronowa von Tromm wzdrygała się na każde takie słowo. Szubienica, wyrok, powieszenie, śmierć. Wyjęła z czarnej torebki plik banknotów i położyła go na stole.

– Koszta nie grają roli – oświadczyła. – Proszę zrobić wszystko, co konieczne. Może należy poprosić o pomoc innych adwokatów?

Siennicki chrząknął niepewnie.

– Rozumiem intencje pani baronowej – oznajmił z szacunkiem. – Proszę mi jednak wierzyć, że nie traciłem czasu i zaufać moim siwym włosom. Odmówiłem wzięcia jakiejkolwiek innej sprawy, póki tej nie zamkniemy, daj Boże, po naszej myśli. Jeśli przekonamy oskarżoną do zmiany zeznań, otrzyma trzydzieści, może tylko dwadzieścia lat więzienia. Jest młoda, wytrzyma.

– A dziecko? – spytał Kalinowski. – Czy stan panny Adzi nie jest okolicznością łagodzącą? Przecież sąd nie każe chyba powiesić kobiety w ciąży!

Adwokat Siennicki potwierdził takie przypuszczenie.

– Na pewno nie. Opinia publiczna na to nie pozwoli, choć nie brakuje ludzi wyznających teorię, że przestępcy płodzą przestępców, nie ma więc czego żałować. Nie możemy jednak wykluczyć, że sprawiedliwy sąd każe poczekać, aż dziecko przyjdzie na świat, a dopiero potem oskarżona zawiśnie na szubienicy.

– Boże, ratuj! – szepnęła Olga von Tromm.

***

Więzienna strażniczka o surowej twarzy przyprowadziła pannę Władysławę Semkowicz do szarego, ponurego pomieszczenia z zakratowanym oknem. Adzia miała na sobie prosty strój z surowego płótna i chustkę na głowie. Szła szybko, głośno stukając drewnianymi chodakami, czujna na każdy gest strażniczki: tutaj stanąć, odwrócić się, usiąść. Poruszała się niczym nakręcana lalka, sztywno i mechanicznie, a jej wzrok wydawał się zupełnie nieobecny.

– Adziu – odezwała się Olga von Tromm. – Cieszę się, że mogę cię znowu zobaczyć.

Na ustach dziewczyny pojawił się cień uśmiechu, ale jej oczy pozostawały nieobecne. Usiadła, ponieważ jej kazano, patrzyła przed siebie, unikając zwłaszcza spojrzenia pana Kalinowskiego. Nie zapytała, czemu przyszedł w odwiedziny.

Pani Olga położyła na odrapanym stole pakiecik zawierający dwie pary długich wełnianych pończoch.

– Pomyślałam, że się przydadzą – oznajmiła. Adzia Semkowicz podziękowała skinieniem.

– Przyjechaliśmy zobaczyć, czego ci potrzeba – Olga von Tromm starała się mówić pogodnym, spokojnym tonem. – Adwokat uprzedził, że nie wolno dostarczać prawie niczego.

– Dziękuję pani baronowej – blado uśmiechnęła się dziewczyna. Niczego nie potrzebuję. Mam tu wszystko.

Pan Michał milczał.

– Jak się czujesz? – spojrzenie baronowej zatrzymało się na chwilę na postaci dziewczyny. – To chyba już niedaleko do rozwiązania?

– Niedługo – potwierdziła panna Adzia. – Trzy miesiące.

– Na pewno czujesz się dobrze? – dociekała pani Olga. – Wyglądasz nieźle, jak na te warunki, ale kobiety rozmaicie znoszą...

Panna Semkowicz pokręciła głową.

– Doceniam starania pani baronowej – oznajmiła. – Jednakże proszę sobie mną nie zawracać głowy. Nie mam wielkich potrzeb.

Olga von Tromm spojrzała na Michała Kalinowskiego szukając u niego pomocy. Pan Michał uciekł spojrzeniem, nie wiedział, jak nawiązać rozmowę.

– Te pończochy zrobiła Bronia Lulewicz – mówiła tymczasem baronowa. – Dziewczynka, którą od pewnego czasu mamy w Jeronimowie. Jest bardzo uzdolniona manualnie. Zobacz, jaki gesty, równy ścieg. Powinnaś być zadowolona. Zrobiła trzy pary, zaczęła kolejną, ale już nie zdążyła na tę wizytę, może przyniosę następnym razem...

Głaskała pończochy, ale panna Semkowicz nie wyciągnęła ręki, żeby sprawdzić ich jakość.

– Mam nadzieję, że dobrze cię traktują... – szepnęła baronowa, kątem oka zerkając ku stojącej przy drzwiach strażniczce.

 

Adzia nie ruszyła się z miejsca, jej spojrzenie, skierowane gdzieś pomiędzy obojgiem gości, pozostało nieporuszone.

– Dobrze – odpowiedziała. – Nie mam żadnych skarg.

Baronowa von Tromm skinęła w stronę swojego towarzysza.

– Byliśmy właśnie u adwokata – powiedziała. – Uważa, że proces będzie przebiegał szybko. Prawdę mówiąc, nie jest zadowolony z twoich zeznań. Jego zdaniem niepotrzebnie, przesadnie jesteś szczera. Nie masz obowiązku mówić prawdy, prawo pozwala ci na ukrywanie powodów, motywów, wydarzeń. Nie wymaga się od obwinionego, aby sam się oskarżał. Od tego jest prokurator. On zaś jest tylko człowiekiem, może się mylić, albo nawet wykazywać złą wolę. Nie byłam pewna, czy jesteś tego wszystkiego świadoma i dlatego... i dlatego...

Adzia Semkowicz słuchała obojętnie, nie zamierzając wejść w rozmowę na temat oskarżenia i procesu.

– Chciałabym, żeby sprawa odbyła szybko – zgodziła się. – Miałabym to już za sobą.

Pani Olga, poczerwieniała z wysiłku, zdjęła rękawiczki, machinalnie powachlowała się nimi.

– Porozmawiajmy o tym – zaproponowała. – Co można zrobić, żeby proces miał jak najmniej dokuczliwy przebieg. To oczywiście nie jest łatwa sprawa, wymagać będzie wiele siły, ale przy twojej odporności, mam nadzieję, że dasz sobie radę.

– Dam – zgodziła się Adzia. – Nie mam innego wyjścia. Ale jestem silna.

– Oczywiście – przytaknęła baronowa. – Adwokat twierdzi, że wie, na czym oprze oskarżenie prokurator. Zamierza wykorzystać luki w tym akcie, aby wykazać, że twój udział był niewielki. Jego zdaniem, powinnaś przed sądem odwołać niektóre ze swoich wcześniejszych zeznań. Działałaś przecież w szoku, nie miałaś prawdopodobnie świadomości tego, co się dzieje...

Panna Semkowicz pokręciła głową.

– Przeciwnie, pani baronowo – oznajmiła spokojnie. – Byłam świadoma wszystkiego. Nie znaczy to, że uważam, jakobym postąpiła nienagannie. Ale proszę nie mówić, że działo się to pod wpływem emocji. Otóż nie. Wiedziałam, co się dzieje w każdej kolejnej chwili i miałam pełną świadomość następstw.

W tym momencie włączył się do rozmowy pan Michał.

– Działała pani w afekcie – oznajmił. – Nawet mając świadomość tego, co się dzieje, działa pani w afekcie, pod wpływem emocji, więc pani rozumienie wydarzeń jest...

Adzia Semkowicz spojrzała na Kalinowskiego po raz pierwszy. Jej wzrok był spokojny, a uśmiech nadal czaił się gdzieś w kąciku warg.

– Pan nie powinien się na ten temat wypowiadać – zauważyła opanowanym tonem. – Mówią, że działałam powodowana emocjami. Być może. Ale pan nie będzie mi tego wyjaśniał, ponieważ pan nic o tym nie wie. Nic a nic!

Kalinowski zamilkł zaskoczony, pani Olga poruszyła się niespokojnie. Strażniczka nie zareagowała jednak zupełnie, patrzyła przed siebie znudzonym wzrokiem.

– Emocje? – ciągnęła panna Adzia patrząc na Kalinowskiego. – Pan to mówi? Człowiek, który usiłował mnie kupić dla swojego syna? Nie licząc się z moimi uczuciami? Co pan wie o emocjach? Co pan wie o prawdziwych uczuciach?

Pan Michał wykrzywił usta.

– A pani wie? – zapytał spokojnie. – Żywiła je pani wobec tego Drwala, tak?

– Owszem – oświadczyła panna Semkowicz tonem pełnym dumy. – Możecie się z tego śmiać, możecie kpić, ale nie macie pojęcia...

Pan Kalinowski przerwał ostrym gestem.

– Mamy albo nie mamy – rzucił cierpko. – Nie przyjechałem tu, aby słuchać ocen mojego zachowania.

– Więc po co? Żeby się ze mnie naigrywać?

Pani Olga chciała odpowiedzieć, ale Michał Kalinowski położył ręce na jej dłoni, dając znak, że jeszcze nie skończył.

– Przyjechałem z ciekawości – rzucił niedbale. – Skoro mnie pani ma za człowieka bez serca, nie zamierzam przekonywać, że jest inaczej. Prawdę mówiąc, niewiele mnie interesuje pani zdanie. Pani jest rozczarowana? A ja to niby nie jestem, co? Nie mam powodu?

– Michale! – szepnęła baronowa von Tromm.

Kalinowski nie zwrócił uwagi na jej ostrzeżenie i prośbę. Adzia wzruszyła ramionami.

– Nie muszę tego słuchać – zauważyła z lekceważeniem. – Mam pańskie współczucie w głębokiej pogardzie. Nie potrzebuję go.

Pan Michał uśmiechał się wzgardliwie.

– Współczucie? – zakpił. – Wobec pani nie mam go ani trochę. Wyrwałem panią z ogrodu pełnego róż i rzuciłem na kamienistą glebę? Niech będzie. Ale skoro pani nie pochwala podobnego postępowania, czemu sama czyni dokładnie tak samo?

Oczy panny Semkowicz spochmurniały.

– Postępuję jak pan? – spytała z oburzeniem. – Myśli pan, że skoro jestem w więzieniu, można mnie obrażać?

– A pani myśli, że skoro jest w więzieniu, może obrażać innych? – odparował bezlitośnie. – To żałosne! Krytykuje mnie pani, a sama idzie w ślad jak ślepiec. A co będzie z pani dzieckiem? Jaki los mu pani gotuje? Wyda go pani świat, naznaczy piętnem? Ojciec morderca, matka morderczyni. Urodzić i od razu zostawić na pastwę losu, tak? To ma być właściwe postępowanie? To ma być odpowiedzialne i uczuciowo właściwe?

Adzia przysiadła na krześle.

– Pan nic nie wie – szepnęła. – Pan nie wie...

Michał Kalinowski wzruszył ramionami.

– Nikt nie wie – zgodził się. – Tylko wy dwoje i Pan Bóg. Możecie z tą wiedzą zrobić, co chcecie, ale proszę nie wymagać współczucia. Głupocie nie współczuję.

Olga von Tromm chwyciła pan Michała za przedramię i próbowała go uspokoić, ale nie poddawał się jej znakom.

– To strata czasu – oznajmił gniewnym głosem, adresując słowa do swojej towarzyszki. – Panna zamierza dać się powiesić, dziecko skazując na los znacznie gorszy. Brak jej odwagi na inne rozwiązanie.

Adzia Semkowicz wyciągnęła rękę.

– Precz stąd! – powiedziała z zaciętą miną. – Precz natychmiast!

***

Baronowa Olga von Tromm wyszła z więziennych pomieszczeń szara na twarzy. Michał Kalinowski czekał przed budynkiem, gestem pełnym znużenia dała znać, że nie osiągnęła spodziewanych rezultatów.

W milczeniu podał ramię i odprowadził panią Olgę do samochodu. Usiadła z trudem, załamana, z zaczerwienionymi oczami.

– Przepraszam za swoje zachowanie – Michał Kalinowski spojrzał na baronową zmęczonym wzrokiem. – Ale odniosłem wrażenie, że jest jakby we śnie. Chciałem nią potrząsnąć i obudzić.

– Wiem – przyznała Olga von Tromm. – Domyśliłam się, choć nie od razu. Początkowo rzeczywiście myślałam, że będziecie się bez końca wzajemnie obrażać.

Pokiwała głową ze smutkiem.

– Adwokat się myli – dodała. – Ona naprawdę jest jak w malignie, tylko chwilami wie, co się wokół dzieje. Wydaje się niemożliwe przemówienie do jej rozumu albo serca, a to oznacza, że jest skończona. Po prostu jest skończona!

ŚLUBY

– Czy to będzie ważne? – pytała Sabina Lulewicz. – Ślub to przecież sakrament. Czy to będzie ważne?

– Oczywiście, że tak! – w głosie Ignasia Kalinowskiego nie było ani krzty wahania. – Najważniejsza jest przecież przysięga, a w nią chyba nie powątpiewasz?

Sabina sama kupiła obrączki. Na Siennym Rynku nie było takiego ruchu jak jesienią, ale chętni do sprzedawania wyrobów z gliny, słomy i ozdób każdego dnia czekali na miejskich klientów. Handlowano odzieżą, garnkami, starociami wyciągniętymi z domu, z szuflad i zakamarków.

Kobietę o czerwonym nosie, która oferowała pierścionki, korale, wisiorki i podobne artykuły, Sabina widziała już wcześniej.

– Czego wam trzeba? – spytała baba, pociągając ukradkiem z butelki.

Dzień był mroźny, sprzedający i kupujący dreptali w miejscu, stukali butami o siebie, by rozgrzać się choć odrobinę.

– Chcę zobaczyć obrączki – odparła Sabina i skłamała: – Dla siostry.

Ignaś wytłumaczył, że stanowią tylko symbol, znak, więc nie muszą być ze szlachetnego kruszcu.

Kobieta z czerwonym nosem przymrużyła oko.

– A siostra kochająca czy tylko rodzina?

– Kochająca!

Baba znalazła kilka kompletów pomiędzy błyskotkami, jakie miała do sprzedania, przebierała pomiędzy nimi.

– Ma być pewnie ładnie i tanio? – domyśliła się.

– Chyba tak – przyznała z zawstydzeniem Sabina. – To prawda, że za wiele pieniędzy nie mam.

– A ile macie?

Ujrzawszy zasoby Sabiny, kobieta pokiwała głową.

– Wystarczy. Mam coś za dwanaście marek. Akurat dla was będzie.

– To dla siostry – przypomniała Sabina.

Baba uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Dla niej czy dla was, mnie wszystko jedno. Ale sama zobaczcie, jaka to dobra robota. Twarde, prawie się nie rysuje, wygląda jak prawdziwe złoto. I jak się świeci! Zobaczcie!

Pokazywała obrączki pod światło, pozwoliła przymierzyć.

– Za jedenaście oddam – zachęcała.

Sabina, choć miała bardzo niewiele pieniędzy, nie chciała się targować. Przy zakupie ślubnych obrączek mogłoby to oznaczać nie najlepszą wróżbę.

– Dość ładne – przyznała, przyglądała się błyszczącemu krążkowi na palcu. – A może macie jeszcze co innego?

Kobieta pokręciła głową.

– Mam, ale to nie dla was. Do takiej młodej i ładnej każda pasuje, a stara panna, i to jeszcze brzydka, musi się obwiesić prawdziwym złotem, żeby kto ją wziął.

Przekonała Sabinę do dziewięciu marek. Przyjęła zapłatę, złożyła życzenia udanego małżeństwa.

– Nie dziękujcie – pouczyła. – Żeby się na opak nie odwróciło.

Sięgnęła w zanadrze w poszukiwaniu reszty.

– Chcecie, to wam podpowiem, jak nad mężem panowanie mieć – zaproponowała.

Zanim Sabina zdążyła zaprotestować, chwyciła obrączkę i udzieliła wskazówek.

– Zegnijcie trochę palec, jak wam będzie obrączkę w kościele wkładał – pouczyła. – O, tak, żeby całkiem nie weszła! Wtedy wasze będzie na wierzchu. Bo jakby do końca ją włożył na palec, to wtedy on będzie rządził w domu.

Sabina zaczerwieniła się.

– To niepotrzebne – zauważyła. – On przecież kocha.

Kobieta mrugnęła porozumiewawczo.

– Na wzmożenie kochania też są sposoby – uśmiechnęła się. – Ale te to pewnie sama znacie...

***

W mieszkaniu przy ulicy Dolnej zebrało się kilkanaście osób. Sabina Lulewicz przygotowała na uroczystość skromny poczęstunek i założyła białą sukienkę z muślinu, pożyczoną dzięki Mazurkiewiczowej od jej kuzynki z Wygody. Goście wchodzili do domu, głośno otrzepując buty z resztek śniegu, już na progu demonstrując wiktuały i napoje, jakie ze sobą przynieśli.

– Witajcie, witajcie! Co za radość odwiedzić was w tak uroczystym dniu!

Poza kilkoma kolegami Ignasia Kalinowskiego z fabryki, stawili się najbliżsi sąsiedzi oraz Jegor Bułyczow. Razem z gospodynią było trzynaście osób i Sabina zrobiła zmartwioną minę, gdy usłyszała tę liczbę od Ignasia.

– Trzynaście? Mój Boże, przecież to niedobra wróżba!

– Nie wierzę we wróżby – wzruszył ramionami Kalinowski. – Zwłaszcza niepomyślne.

Sabiny nie przekonało jednak jego niefrasobliwe podejście. Z zachmurzonym czołem wiele razy patrzyła na stół, przeliczając oczami obecnych.

– Co to wam, gospodyni? – zaciekawił się Ogiński, właściciel sklepiku na rogu, gdzie robiła zakupy i który na konto spotkania udzielił niewielkiego kredytu.

– A tak sobie liczę – odpowiedziała. – Mówią, że w taki dzień trzeba zważać na różne znaki...

Ogiński potwierdził z poważną miną.

– Pewnie, że tak. Zła wróżba dla każdego może być przestrogą. Ja sam dopiero co myślałem, że będzie nas trzynaście osób przy stole...

– To nie jest? – zdumiała się Sabina.

– Nie jest, bo przecież i wy się liczycie – zauważył z uśmiechem. – Z wami będzie czternaście.

– Prawda! – Sabina odczuła natychmiastową ulgę. – Całkiem o sobie zapomniałam!

Ogiński pogłaskał się po rozłożystej brodzie.

– Zapomnieliście? Jako można zapomnieć o sobie, kiedy to przecież wasz ślub dzisiaj?!

Sabina przeprosiła uśmiechem. Nie była przekonana, że pocieszenia brodacza są odpowiednie do sytuacji, ale wkrótce zapomniała o swoich niepokojach.

Obecni usunęli się pod ściany, a młodzi wyszli na środek izby. Ignaś prowadził Sabinę pod rękę i trzymał ją przy sobie prawie cały czas. Pozostali patrzyli na nich w skupieniu i z radością, miło bowiem cieszyć oczy i serca, gdy dwoje młodych, kochających się ludzi wstępuje w związek małżeński.

Jegor Bułyczow pełnił obowiązki mistrza ceremonii, cywilnego księdza, jak go potem długi czas nazywano. Był ubrany odświętnie, z górnej kieszonki szarej marynarki wystawała czerwona chusteczka.

 

– Drodzy towarzysze – odezwał się uroczystym tonem. – Zebraliśmy się tutaj, aby przed nami wzięli ślub małżeński towarzysz Kalinowski i towarzyszka Lulewicz. Ponieważ czas nas wszystkich jest cenny, bo każdy ma jakieś ważne zadanie do wykonania, proponuję byśmy od razu przystąpili do ceremonii, jeśli nie macie nic przeciwko temu.

Nikt się nie sprzeciwił, wiec Bułyczow dał znak Kalinowskiemu.

– Ślubuj, bracie – zachęcił. – My wszyscy będziemy świadkami.

Ignaś rozejrzał się po obecnych, a potem jego wzrok spoczął na małej postaci stojącej przed nim dziewczyny.

– Sabino – odezwał się głośno, biorąc dziewczynę za rękę. – Oto cię biorę za żonę, uroczyście i w obecności świadków. Ślubuję ci być dobrym, wiernym, opiekuńczym mężem. A na znak tej przysięgi wkładam ci na palec obrączkę.

Pannę młodą paliły policzki, gdy wyciągnęła dłoń, aby mąż włożył jej na serdeczny palec krążek z tombaku. Nie myślała o tym, palce same ułożyły się w sposób, jaki radziła przekupka.

Z obrączką wsuniętą do połowy palca Sabina Lulewicz powtórzyła umówioną formułkę, a następnie włożyła krążek na palec Ignasia.

– Są poślubieni! – oświadczył gromkim głosem Jegor Bułyczow. – Wszystkich obecnych biorę za świadków, aby potwierdzili to w razie potrzeby.

Ignaś pocałował Sabinę w usta, a goście zaczęli klaskać z radości i aprobaty.

– Towarzysze, toast za młodych! – nakazał Jegor wznosząc kieliszek i czekając, by wszyscy poszli za jego przykładem.

I już byli poślubieni. Nie było modlitw, grania hymnów czy śpiewania pieśni, kapłana ubranego w świąteczny ornat, świec przy ołtarzu.

Sabina miała wątpliwości, czy taki ślub na pewno ma swoją właściwą moc, ale bardzo chciała w to wierzyć. Od rana z wielkiego przejęcia nic nie jadła i teraz lekko kręciło się jej w głowie.

Po ceremonii zaślubin, obecni podchodzili kolejno i składali życzenia młodej parze. Ściskali ręce Ignasia, całowali w policzek pannę młodą.

– Oby wam było jak najlepiej!

– Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!

Potem, porządnie już zgłodniali, gremialnie zasiedli do stołów, jeden z nich pożyczono z kuchni Mazurkiewiczów. Sabina przygotowała rosół z kluskami i kotlety, sąsiadka zrobiła wielką miskę sałatki z kartofli oraz pieczoną wieprzową kiszkę.

Towarzystwo składało się z niewielu kobiet, ale tańczono wytrwale. Ogiński dziarsko przygrywał na skrzypcach, dźwięki rozlegały się aż na podwórzu, wzbudzając zaciekawienie przechodzących. Ignaś prawie wcale nie wstawał od stołu, ale Sabina nie mogła się opędzić od zaproszeń, których nie wypadało odrzucić. Każdy z obecnych chciał z nią zatańczyć – zgodnie ze zwyczajem i na dobrą wróżbę. Sklepikarz Ogiński grał marnie, nie przeszkadzało to jednak obu córkom Mazurkiewicza, rozochoconym mocną wódką.

– I widzicie? – uśmiechnął się do Sabiny z drugiej strony stołu ich ojciec. – Wesele jak się patrzy, choć kosztowało ledwo osiem rubli!

Prezenty gości były niewyszukane i skromne – ręcznik, płat materiału na sukienkę, chusteczka, czapka dla Ignasia, czajnik emaliowany, dzbanek do wody, komplet pościeli. Sabina, szczęśliwa i roześmiana oglądała to wszystko rozłożone na łóżku, gdy goście poszli już do domu.

– Boże! – cieszyła się. – Ile tego wszystkiego!

Najbardziej ucieszył ją ścienny zegar, podarunek od Jegora Bułyczowa. Sabina bardzo lubiła muzykę, jaką grały zegary we dworze w Kalinówce i często mówiła, że w domu chciałaby mieć choć jeden podobny.

Jegor, przyjaciel gospodarza i pomysłodawca wszystkiego, wręczył podarunek jej właśnie i życzył, by wybijał tylko dobre godziny. Sabina była tak zaskoczona i tak zadowolona, że niespodziewanie dla siebie samej, pocałowała Bułyczowa w policzek.

A gdy położyli się wreszcie w pościeli, Ignaś Kalinowski ciasno objął żonę ramionami.

– I widzisz? – zapytał gorącym szeptem. – Dotrzymałem słowa, spełniłem obietnicę co do joty. Jesteś moją żoną, panią Kalinowską.

– Tak, mój mężu – odpowiedziała równie gorąco. – Zawsze wiedziałam, że mnie kochasz i nie zawiedziesz, tylko czasem bałam się, że nie znajdziesz dość siły...

***

Na trzeci dzień po ślubie Ignaś powiedział do Sabiny:

– Jutro nie wrócę jak zwykle.

Sabina przywykła już, że czasem gdzieś znikał i nie wypytywała o szczegóły.

– Dobrze – odpowiedziała teraz. – Poczekam, ale gdybym musiała się położyć wcześniej, kolację będziesz miał uszykowaną na stole w kuchni.

Pokręcił głową.

– Jutro nie rób kolacji. Nie będzie mnie przez kilka dni.

Nie podobała się jej taka perspektywa, ale obiecała sobie, że nie będzie się dziwić.

– To znaczy, jak długo?

– Dokładnie nie wiem. Trzy, może pięć...

Podniosła brwi zdumiona.

– Aż tyle?

– Nie mam pojęcia, jak się ułożą sprawy – wyjaśnił nie patrząc jej w oczy. – Lepiej nie pytaj o szczegóły. Jak się wszystko skończy, to wrócę.

Kochali się tej nocy długo, a rano Ignaś przed wyjściem do pracy wręczył Sabinie metalową puszkę po herbacie, w której trzymali pieniądze.

– Powinno wystarczyć – oznajmił.

– Nie martw się – uśmiechnęła się pocieszająco. – Dam sobie radę. A gdyby co, poproszę Mazurkiewiczową.

Ignaś pokręcił głowa.

– Nie wiem, czy będzie mogła pomóc. Mazurkiewicz będzie ze mną, więc będzie miała na głowie swoje sprawy. Ale owszem, nie byłoby źle, gdyby kobiety robotników z naszej fabryki trzymały się razem...

Pocałował Sabinę na pożegnanie i poszedł. Pod wieczór zajrzała sąsiadka Mazurkiewiczowa.

– No to znowu strajk we fabryce! – zawołała od progu.

Usiadła ze zmartwioną miną przy kuchennym stole i spytała: – Długo tam będą siedzieć?

– Nie wiem – Sabina wzruszyła ramionami.

– Jak to? – spojrzała podejrzliwie sąsiadka. – Wasz nie mówił?

– Wspomniał tylko, że nie będzie go kilka dni. Trzy, a może pięć. Tak powiedział.

Sabina nie wiedziała, o co dokładnie chodzi z tym strajkiem, na czym polega i co może oznaczać dla pracujących i ich rodzin. Ignaś tłumaczył tylko kiedyś, że czasem robotnicy przerywają się pracę, by wymóc na właścicielu podniesienie zarobków. Nie spodziewała się, żeby coś podobnego miało nastąpić wkrótce, ponieważ po niedawnej podwyżce Ignaś zarabiał podobno piętnaście marek tygodniowo, a to znaczyło znacznie więcej niż jeszcze kilka tygodni wcześniej.

– I nic więcej wam nie mówił? – dopytywała się Mazurkiewiczowa. – Mój to w waszego wpatrzony jak w jaki święty obraz, od niego nie sposób dowiedzieć czegokolwiek. Pytałam, czy co wie, ale tylko ramionami wzruszył!

– Mój też nie był rozmowny – oznajmiła Sabina. – Wyglądało, że i on nie wie, kiedy wrócą.

– Nie wie? – zdziwiła się sąsiadka. – W całej fabryce robi strajk i nie wie?!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?