Dworek pod Malwami. Ślubne plany

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #29
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 29 - Ślubne plany

Saga

Dworek pod Malwami 29 - Ślubne plany

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801729

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

ŚLUBNE PLANY

Jesień 1916

Życie Sabiny Lulewicz uległo wyraźnej poprawie. Sprawiła to zarówno przeprowadzka do samodzielnego mieszkania, jak podwyżka zarobków Ignasia w fabryce Beckera, a także niespodziewana propozycja Kalinowskiego.

– Jutro mam wolny dzień – powiedział w październikowy wieczór. – Maszyny idą do remontu, będzie ograniczona produkcja, więc inżynier wydał polecenie, że mamy nie przychodzić do fabryki. Obiecał też, że z pensji potrąci tylko połowę. Zdzierstwo to straszne, ale...

Zaczął opowiadać szczegółowo, jak niesprawiedliwe jest traktowanie robotników, gdy wypłaca się im część zarobków za czas remontu, choć produkcję przerwano przecież nie z ich winy.

– Musimy się nad tym zastanowić – zapowiadał, jak zawsze zapalony do tego, żeby wymyślać coś nowego, ulepszać, poprawiać, organizować.

Sabina prawie nie słuchała, ponieważ wstrząsnęła nią inna część wypowiedzi Ignasia. Stwierdził mianowicie, że skoro nie ma roboty, to mogliby zajść do kościoła w sprawie ślubu.

– Rano poleżymy sobie w łóżku – planował. – Długo! Potem moglibyśmy się wybrać do lasku na festyn. A wcześniej, po drodze, odwiedzimy kancelarię i spytamy o ślub.

– Poleżymy? – uśmiechnęła się Sabina. – Już ja wiem, co to znaczy twoje „poleżymy”!

– Tak? – udawał zdziwienie. – Będę zupełnie nieruchomy...

– Pewnie! – śmiała się. – Akurat w to uwierzę!

– No, może trochę się poruszę...

Po chwili spytała, czy pójdzie do kościoła.

Ignaś przypomniał swoją dawną obietnicę.

– Tak planuję – odparł z uśmiechem. – Nie wiem tylko, czy co z tego będzie. Mam pewne wątpliwości natury ideologicznej...

Ostatecznie poszedł sam. Rano rzeczywiście leżeli w łóżku dłużej i nie ograniczyli się do leżenia, ale potem nastąpiły niespodziewane okoliczności. Ledwo poprzytulali się trochę, gdy przyleciał z jakąś sprawą sąsiad Mazurkiewicz. Poszeptali z Ignasiem w kuchni, a potem ten powiedział o zmianie planów.

– Muszę wyjść – tłumaczył się, a widząc zawiedzioną minę Sabiny, natychmiast zapewnił, że nie zapomniał o rozmowie z poprzedniego dnia.

– Mam coś ważnego do załatwienia, ale, tak jak obiecałem, najpierw pójdę do kościoła.

***

W kancelarii parafialnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny siedział wikary. Młody ksiądz, grubawy, gładki, bez śladu zarostu, uśmiechał się ciepło na widok każdego interesanta.

– Na wieki wieków! – odpowiadał radośnie na pozdrowienie i szerokim gestem zapraszał do zajęcia miejsca. – Co sprowadza?

Proboszcz zezwolił mu na załatwienia tylko niektórych spraw, ważniejsze decyzje zostawiając dla siebie.

Ignaś Kalinowski usiadł, rozglądając się z zaciekawieniem po obszernym biurze parafii.

– Chciałbym się ożenić.

Wikary podniósł brwi.

– Znaczy otrzymać sakrament małżeństwa? – upewnił się.

– Tak – potwierdził Kalinowski.

Ksiądz przesunął sobie ćwiartkę papieru, małym malcem otworzył wieczko szklanego kałamarza i umoczył w nim pióro.

– Zapiszemy nazwiska młodych i zaraz wszystko ustalimy.

– Ignaś, to znaczy Ignacy Kalinowski. Kawaler. I Sabina Lulewicz. Panna.

Duchowny wypisał na kartce podane dane, przymrużył oczy.

– Jestem na parafii niedawno – tłumaczył się. – Wszystkich nie znam jeszcze. Czy narzeczony z naszej parafii?

– Nie – zaprzeczył Ignaś. – Moja rodzinna parafia jest w Zabłudowie.

– Aha – oznajmił domyślnie wikary i postawił znaczek przy nazwisku Sabiny. – Znaczy panna młoda tutejsza.

Ignaś ponownie zaprzeczył.

– Oboje podlegamy parafii w Zabłudowie.

Wikary popatrzył zmieszany.

– Skoro tam, to czemu...

Ignaś założył nogę na nogę.

– Teraz mieszkamy w Białymstoku.

– Rozumiem – wikary uśmiechnął się zachęcająco. – Kiedy miałaby mieć miejsce ta podniosła uroczystość?

– Jak najszybciej.

– Rozumiem

Wikary zajrzał do książki, przekartkował ją i oznajmił:

– Zapowiedzi mogą wyjść praktycznie w każdej chwili, więc można planować ślub i wesele na karnawał. Bardzo dobry termin.

– Słusznie – zgodził się Ignaś. – Bardzo dobry.

– Będzie potrzebna metryka chrztu – wyjaśnił ksiądz. – Jak nie ma przy sobie, to ze swojej parafii trzeba wyjąć. I zaświadczenie o braku przeszkód do zawarcia świętego związku małżeńskiego.

– Nie ma przeszkód.

– Doskonale! – wikary znowu zajrzał do książki. – Termin wyznaczy ksiądz proboszcz, ja tylko zapisuję do kolejki. Jak metryki będą i zaświadczenia, trzeba przyjść do księdza proboszcza i umówić się konkretnie.

– Rozumiem – potwierdził Ignaś. – A ile to będzie kosztowało?

Wikary rozłożył ręce przyjaznym gestem.

– Udzielenie świętego sakramentu nic oczywiście nie kosztuje. Jest jednakże dobry zwyczaj złożyć z takiej okazji ofiarę na rzecz kościoła.

– Jak wysoką?

– Co łaska – wyjaśnił łagodnie ksiądz. – Ludzie dają według swoich możliwości. Zależy oczywiście też od tego, jaka ma być oprawa sakramentu. Czy świece zapalić tylko przy głównym ołtarzu czy więcej? Czy ma być muzyka? Organista kosztuje oddzielnie. Tego typu sprawy. Według możliwości.

– To bardzo dobrze! – ucieszył się Ignaś. – Akurat nie mamy za wiele, dopiero na dorobku jesteśmy, więc...

Szeroki uśmiech wikarego przygasł nagle, oczy zwęziły się.

– A wy – zapytał – kto jesteście po profesji? Czy to nie w fabryce jakiej pracujecie?

– Tak – odpowiedział Ignaś. – Skąd ksiądz wie? Duchowny wzruszył ramionami.

– Ja tylko zgaduję – oświadczył. – Ksiądz proboszcz, on to dopiero ma oko! Każdą rzecz wypatrzy z daleka!

Zerknął za siebie na duże dwuskrzydłowe drzwi wiodące do wnętrza budynku.

– Ksiądz proboszcz to człowiek starego stylu – wyjaśnił. – Lepiej przy nim nie mówić za dużo...

A widząc, że interesant nie rozumie zastrzeżeń, wyjaśnił przyciszonym głosem:

– Do spowiedzi trzeba przyjść i wszystko szczerze wyznać. Inaczej nic z tego nie będzie. Ksiądz proboszcz lubi wiedzieć, z kim ma do czynienia.

Ignaś wyjął z kieszeni pomięty trzyrublowy banknot, tylko tyle miał przy sobie. Wikary odmówił gestem dłoni.

– Na inną okazję schowajcie. Co łaska u nas nie jest tania, bo też i kościół potrzebuje niemało. Sami widzicie, ile to trzeba do ukończenia świątyni Pańskiej. Jeśli wy w fabryce pracujecie, to może możecie przy budowie pomóc. Cieśli potrzebujemy, murarzy... Wtedy wiadomo, że pracą się ofiarę składa i nie trzeba gotówki dawać.

Kalinowski z zafrasowaniem pokręcił głową.

– Do niedawna na ziemi pracowałem – wyjaśnił. – Na ziemi się znam. W fabryce niedawno jestem i to w magazynie. Nie wiem, czy potrafiłbym i na coś bym się przydał. W dodatku nie jestem w dobrym zdrowiu...

– Rozumiem.

Pożegnali się prawie po przyjacielsku. Ksiądz raz jeszcze przypomniał, że należy jak najszybciej dostarczyć wymagane dokumenty, a następnie przyjść do spowiedzi do proboszcza.

– Ja tylko zapisuję – przypomniał.

***

– Trzeba metryki chrztu dostarczyć – oznajmił wieczorem Ignaś Sabinie. – Z tym kłopotu nie będzie. I zaświadczenie, że nie ma przeszkód do zawarcia małżeństwa.

– Co to znaczy? – zaniepokoiła się nagle. – Jakie mogą być przeszkody?

Ignaś nie wiedział na pewno. Przypuszczał, że chodzi o to, aby narzeczeni nie okazali się ze sobą spokrewnieni.

– Och! – odetchnęła Sabina głośno. – A już myślałam, że coś dużo gorszego...

Kiedy w domu zastanawiali się, kogo poprosić na świadków uroczystości, Sabinie tylko jej siostra Franciszka przychodziła do głowy. Ignaś miał zamiar poprosić Mazurkiewicza.

– To ma być cichy ślub – przypomniał. – Kościół ważna rzecz, chciałbym, żeby był duży i piękny, ale teraz nie mamy zbyt wiele pieniędzy, żeby płacić księdzu i wesele urządzać. Pomyślałem, że ślub weźmiemy cichy i skromny.

Sabina nie protestowała. Wolałaby ślub huczny i ludny, ale przecież najważniejsze, żeby ślub w ogóle się odbył.

***

Spełnienie prostego urzędowego warunku, jaki był niezbędny do zawarcia małżeństwa, to jest uzyskanie w rodzimej parafii odpisu aktu chrztu, okazało się trudne.

– Nie pojadę – oznajmił Ignaś. – Nie mam kiedy.

– Ja pójdę któregoś dnia – oznajmiła Sabina z uśmiechem. – Nie mam w domu aż tyle roboty, żebym nie mogła urządzić wyprawy w rodzinne strony.

– Pieszo? – zdziwił się Kalinowski.

Sabina uśmiechnęła się uspokajająco.

– Przecież to nie na końcu świata. Rano pójdę, wieczorem wrócę.

– Ale to będzie ze trzydzieści wiorst albo i więcej!

– Cóż z tego? – Sabiny nie przestraszała taka odległość. – Nie zapomniałam jeszcze, jak się chodzi. Wiele razy szłam z Nowosadów do Zabłudowa i z powrotem, mogę i teraz.

 

Ignaś był pełen podziwu dla jej determinacji, ale sam nie zamierzał podjąć się podobnego wyczynu.

– Poza tym, w jedną stronę mogę podjechać – zastanawiała się Sabina głośno. – Albo nawet i w dwie.

– W jaki sposób? – zaciekawił się. – Może i ja skorzystam.

Zaśmiała się rozbawiona.

– No, nie wiem – odpowiedziała. – Dziewczynę to prawie każdy podwiezie, nawet i panicz z Kalinówki kiedyś był chętny...

Ignaś uśmiechnął się. To od podwiezienia z kościoła zaczęła się ich bliższa znajomość.

– Chłopi przyjeżdżają to miasta z warzywami – wyjaśniła. – Widziałam ich, kiedy byłam z Mazurkiewiczową na Rynku Siennym po kapustę i cebulę. Spotkałam nawet kilku znajomych, z Nowosadów, z Kalinówki. Mogłabym pójść choćby jutro, może który zechciałby mnie zabrać do Zabłudowa.

Ignasiowi pomysł się spodobał.

– Jak wrócisz? – spytał z niepokojem. – Czy dopiero rano, kiedy znowu który będzie jechał do miasta?

– Przyjeżdżają tylko we czwartki – Sabina coraz bardziej zapalała się do pomysłu. – Mniejsza o to, jak wrócę, choćby pieszo. Najważniejsze to papier dostać od księdza proboszcza. Jakby mnie kto podwiózł, zaoszczędziłabym połowę drogi.

– To prawda – zgodził się Ignaś. – Będziesz tam spać, czy wrócisz przed nocą?

– Może u kogo przenocuję – planowała Sabina.

– Jeszcze nie wiem, jak się ułożą sprawy. Żeby tylko nie spotkać zbyt wielu znajomych, bo może być kłopot. Będą wypytywać i w ogóle, a przecież nie mogę udawać, że nikogo nie znam. Zaraz mnie wezmą na języki, że zhardziałam.

Ignaś zaakceptował pomysł, który mu się spodobał do tego stopnia, że i on miał teraz ochotę wybrać się do Zabłudowa.

– Może spróbuję pomówić z inżynierem, żeby mi wolny dzień dał – zastanawiał się. – Z zarobku potrąci, ale inaczej się nie da.

Usiedli przy stole, zaczęli rachować pieniądze, niestety, zaoszczędzili dotąd bardzo niewiele.

Sabina patrzyła z zachwytem na swojego mężczyznę gotowego na takie poświecenie dla niej.

– Ty też możesz spotkać znajomych – zauważyła. – Dużo prędzej niż ja.

Ignaś zrobił zuchowatą minę.

– Nic się nie bój! – powiedział. – Mnie nawet łatwiej będzie udawać, że kogoś nie znam.

Nie brali pod uwagę sprzeciwu księdza Miodyńskiego. Oboje podejrzewali wprawdzie, że proboszcz może okazać niezadowolenie z ich pomysłu, ale oboje żywili przekonanie, że go przekonają.

– Nakrzyczy na nas, to pewne – przewidywał Kalinowski. – Powie, że żyjemy w grzechu i skończymy w piekle. Ale przecież chcemy się pobrać, przyjąć w kościele święty sakrament. Proboszcz to poczciwy, dobry pasterz, jak mu pierwsza złość minie, nie powinien stawiać przeszkód.

Ustalili, że Sabina wybierze się do księdza Miodyńskiego w najbliższy czwartek. Pójdzie na rynek, poszuka kogoś znajomego i zabierze się z nim do Zabłudowa. Jeśli Ignaś dostanie wolne, drogę odbędą we dwoje.

– Najwyżej zapłacę za podwiezienie – postanowił. – Na piękne oczy nikt mnie pewnie nie zabierze, ale może akurat trafię na jaką gospodarska córkę?

Sabina wykrzywiła wargi.

– Takie żarty mnie nie śmieszą – oznajmiła. – To już wolę piechotą iść! A jakby która miała na ciebie oko, od razu mówię, że ślepia wydrapię!

WYPRAWA PO METRYKĘ

Wcześnie rano w czwartek Sabina Lulewicz poszła na Sienny Rynek. Znała drogę i już nie bała się miasta, jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Nie dziwiła się już widocznym z dali kominom fabrycznym, kościelnym wieżom, licznym ulicom, wielkim i wysokim domom, ogromnym rzeszom ludzkim. Panował gwar i pośpiech, hałas i turkot. W jedną tylko godzinę widziała więcej ludzi niż kiedykolwiek przedtem. Samych automobili naliczyła więcej jak jedenaście, aż w końcu straciła rachubę.

Na wybrukowanym placu, zwanym Rynkiem Siennym, stały rzędami chłopskie fury, a na nich piętrzyły się przywiezione ze wsi towary – kartofle, kapusta i marchew, cebula, jabłka, a także ziarno, kasza, groch, wszystko w wielkich ilościach.

Sabina po krótkiej chwili odszukała znajomych, a zaraz potem bez trudu znalazła osobę gotową podwieźć ją do Zabłudowa. Ledwo po kilku minutach miała do wyboru dwóch gospodarzy, którzy przyjechali do Białegostoku z kapustą, obaj ją rozpoznali, przyjaźnie dopytywali się, co u niej słychać.

– Wszystko dobrze – odpowiedziała Sabina uśmiechem i skłamała: – Robotę mam w mieście. Chciałam odwiedzić ojca i zastanawiam się, czy bym z wami nie mogła pojechać...

– Pewnie, że tak – zapewnili obaj.

Po krótkim namyśle Sabina wybrała Stankiewicza. Starszy, poważny, stateczny.

– Ale pieniędzy nie mam – zastrzegła.

– Pieniędzy nie trzeba – zapewnił. – Przecież i tak wracam na wioskę, chętnie was podwiozę.

Umówili się, że Sabina przyjdzie za jakiś czas, gdy gospodarz sprzeda swój zapas kapusty.

– Pojedziemy, jak sprzedam wszystko – wyjaśnił. – Daj Boże nie czekać z tym długo.

Miał pół wozu dorodnych główek, na większości innych oferowano podobne produkty, a handel wcale nie szedł tak dobrze, jak można byłoby się tego spodziewać. Kupcy kręcili nosami, wybierali, przebierali, rzadko kto decydował się od razu. Każdy z kupujących miał prawo spróbować, jak smakuje towar, zanim kupi większą ilość. Tylko dzieciaki solidarnie przepędzano, bo miejskie urwisy chodziły od fury do fury i pod pozorem kosztowania ściągały do domów całe koszule wypchane jabłkami i marchwią.

Sabina nie miała nic do roboty. Nie zamierzała wracać od domu, nie miało sensu iść taki kawał drogi, zresztą tam przecież i tak nie było Ignasia.

– Pomogę wam – zaofiarowała się.

– Wy? – podniósł brwi Stankiewicz. – A niby w jaki sposób?

– Trzeba zachęcić ludzi do kupowania.

– Zachęcić? – zdziwił się Stankiewicz. – Jak?

– Tak jak to inni robią, na przykład Żydzi. Nie widzieliście, jak oni zachwalają swoje towary w Zabłudowie?

Sabina zdobyła już trochę wiedzy o kupowaniu w podobnych miejscach. Życie w mieście miało swoje tajemnice. Zaobserwowała, że chłopi pozwalają próbować towarów ze swoich furmanek, ale wcale nie doradzają kupującym, nie wabią ich do przywiezionych ze wsi produktów, po prostu czekają, aż ktoś się napatoczy i zechce kupić.

W cierpliwym milczeniu stali obok swoich furmanek, czasem podkarmili konia, zamienili słowo czy dwa ze spotkanym znajomkiem, wypalili porcję machorki zawiniętej w gazetę. Gdy ktoś podchodził do ich fury, wtedy ożywiali się nieco, mówili cenę, taką samą jaką wyznaczyli wcześniej sąsiedzi. Kupujący rzadko brali towar jak popadnie, wybierali według znaków dla sprzedającego zupełnie niewidocznych. Niby taka sama kapusta u Stankiewicza i jego sąsiada na placu, chłopa z Kurian, a jednak z wozu sąsiada znikała dwa razy szybciej.

Sabina zwinnie wdrapała się na furę i spojrzała na targowisko stojąc nad stosem niesprzedanych główek. Dopiero stąd widać było, że kapuściane sterty piętrzą się gęsto i przeważają nad innymi produktami na rynku, toteż westchnęła z obawą, czy kiedykolwiek uda się sprzedać towar Stankiewicza. Gospodynie z koszykami kupowały po jednej, dwie sztuki, rzadko która więcej. Sabina zdziwiła się, że nie robią większych zapasów, przecież można zakisić i mieć na zimę.

– Czekają, aż cena spadnie – wyjaśnił gospodarz. – Chodzą, pytają, a do kupienia nieskorzy są. Liczą, że pod koniec dnia cena się zmniejszy, bo każdemu będzie pilno do domu. Ale jakże zmniejszyć, przecież wtedy ten handel wcale się nie opłaci.

Sabina zdjęła chustkę z ramion, rozpuściła włosy, rozpięła górne guziki bluzki. Stankiewicz przyglądał się jej oniemiały.

– Co wy?... – spytał niepewnie.

Sabina jednak wiedziała, co robi.

– Do mnie ludzie! – krzyknęła. – Do kapusty, do białej, do kiszenia doskonałej!

Zaczęła trochę nieśmiało, za chwilę wołała już znacznie pewniej.

– Nasza kapusta rozpływa się w ustach!

Ktoś podszedł z ciekawości, ktoś z nudów.

– Komu, komu, bo zaraz idziemy do domu! – zachęcała Sabina. – Najlepsza kapusta u nas! Dla dzieci dobra, do zjedzenia dobra, do kiszenia jeszcze lepsza. Zobaczcie, jakie ciężkie główki. U nikogo takie ciężkie nie są. Główki bierzcie do koszyka! Szybko, szybko, bo już znika!

Mężczyźni i kobiety nagle zakłębili się koło wozu Stankiewicza. Ktoś kupił dwie główki, ktoś poprosił o dwie kolejne. Sabina uwijała się jak w ukropie.

– Hola, młody panie! – wołała do dryblasa, który towarzyszył statecznej kobiecie, matce może. – Do mnie podejdźcie! Szkoda waszego czasu na wybieranie gorszego towaru. Wybierzcie najlepszy. A najlepszy u mnie! Nie wierzycie? Podejdźcie, będziecie mogli spróbować.

Rzutka, młoda, ładna kobieta uwijająca się na wozie zainteresowała wielu.

– A wy tam, w niebieskiej chustce! Nie szukacie to kawalera? Jak będzie ugniatać kapustę w beczce, rychło go znajdziecie! Nogi wam pobielają od kwasu jak nigdy!

Kobiety sarkały, niezadowolone z zainteresowania, jakie nagle powstało wśród obecnych na placu mężczyzn i chłopców. Ale nawet i one kupowały. Szybciej, żeby odciągnąć swoich od tej zuchwałej dziewczyny.

– Do mnie! – wołała Sabina. – Do mnie! Nie pożałujecie!

W kilka chwil na wozie zostało ledwie parę główek.

– No i co? – spytała Sabina zwracając się z uśmiechem do Stankiewicza. – Jak nie zachwalicie, to i nie sprzedacie!

Chłop nadziwić się nie mógł, że poszło tak szybko i nic sobie nie robił z zazdrosnych spojrzeń sąsiadów.

– No, no! – powiedział z uznaniem. – Wam to tylko handlować!

W godzinę było po wszystkim.

– Dobry pomysł miałem z tym podwiezieniem – oznajmił z uśmiechem Stankiewicz.

Na razie jednak zostawił ją przy wozie, a sam poszedł do gospody po drugiej stronie targowego placu.

– Na jednego – zastrzegł się. – Należy się po takim udanym dniu.

Sabina nie oponowała. To był uświęcony zwyczaj, któremu hołdował i jej ojciec, gdy czasem chodził na targ do Zabłudowa. Dobra transakcja musiał być opita, każdy to wie.

Chłop z Kurian, którego wóz stał obok, spytał nieśmiało, czy i jemu nie mogłaby pomóc sprzedawać, ale pokręciła głową przecząco.

– Może innym razem, zaraz musimy wracać.

Czekanie przeciągnęło się jednak, a Stankiewicz wypił zapewne co najmniej trzy kolejki, ponieważ gdy wreszcie wrócił, miał zaczerwienione policzki i wesołość w oczach.

– Możemy jechać – powiedział. – Będzie wam wygodnie, nie bójcie się.

Podłożył na drewniane siedzisko złożoną kilkakrotnie ręcznie tkaną płachtę, sam się usadowił obok z zadowoloną miną.

– No to z Bogiem!

Sabina z przyjemnością zajęła miejsce, zmęczona gwarem i wykrzykiwaniem, a potem przeciągającym się oczekiwaniem.

– Szkoda, że w inne razy nie mogę was mieć na rynku – zamruczał Stankiewicz, gdy już opuścili targowisko.

Sabina uśmiechnęła się pocieszająco.

– Może kiedy jeszcze wam pomogę – obiecała.

Droga płynęła szybko. Dużo szybciej, niż gdyby Sabina miała ją pokonać pieszo.

Stankiewicz znał miasto, nie potrzebował nikogo pytać, jak i gdzie skręcić, żeby wydostać się spomiędzy tłumu ludzi i pojazdów. Po godzinie mijali już fabryki i browar, położone na południowych granicach miasta.

– Dobry dzień! – zamruczał gospodarz. – Już w obiad w domu będziemy.

Im dalej od Białegostoku i bliżej Zabłudowa, Sabina stawała się coraz bardziej milcząca, zastanawiając się nad tym, co i jak powie księdzu Miodyńskiemu, bo nie ulegało wątpliwości, że ksiądz proboszcz będzie wypytywać.

Za to Stankiewiczowi gęba się nie zamykała.

– Wy to dobrze sobie chyba radzicie w mieście – zauważył. – Jak kto ma takie zdolności, od razu powinien do kupca iść do roboty, albo i samemu sklep otwierać.

– Mam swoje zajęcie – wyjaśniła Sabina. – W domu.

Stankiewicz słyszał, gdzie ostatnio przebywa córka Lulewicza i z jakiego powodu tam trafiła.

– Zapytać tak od razu mogę? – upewnił się. – Ludzie różności gadają, to i człowiek ciekawy jest...

Sabina skinęła głową. Jak mawiał ojciec, ludziom języków nie zawiążesz.

– A co gadają? – spytała. – Plotek u nas nigdy nie brakowało, to się nie zdziwię, jeśli to same głupoty.

Stankiewicz potwierdził.

– Plotka, mówią, sama żyje, jeść nie woła, a rośnie i rośnie.

– Aha – zgodziła się Sabina. – W mieście tak plotek nie sieją, każdy swojego nosa i swojej roboty pilnuje.

 

Stankiewicz przyjął przytyk być może do siebie, ponieważ zamilkł na jakiś czas, ale ciekawość wzięła w nim górę, ponieważ po niedługiej chwili zapytał:

– Bo wy to z paniczem Ignasiem jesteście? Tak mówią.

Sabina skinęła głową.

– Może i prawda. A co jeszcze mówią?

Stankiewicz nie odpowiedział od razu. To, co miał do powiedzenia, nie nadawało się do powtarzania głośno. Pomyślał i wybrał mniej dosadne sformułowania.

– Podobno pan Kalinowski zapowiedział, że syna wydziedziczy – zaczął.

– Może być – zgodziła się spokojnie. – Jego wola.

Stankiewicz powoził przez chwilę bez słowa.

– Mówią, że Sabina panicza Ignasia zaczarowała – odezwał się po pewnym czasie. – Że mu dodała do jedzenia czegoś i on całkiem zdurniał.

– Tak mówią? – zaśmiała się, ale wcale nie było jej do śmiechu. – A niby czego dodałam?

Stankiewicz wzruszył ramionami.

– Czego, to nie wiem. Kobiety mają swoje sposoby...

Sabina uznała, że rozmowa ze Stankiewiczem może stanowić dobrą okazję. Wróci do domu, sąsiadom opowie, może nie będą tacy nieżyczliwi.

– A nie mówią – spytała – że to Ignaś, to znaczy pan Kalinowski, do mnie przyszedł, a nie ja do niego?

Stankiewicz zaciekawił się.

– A tak było?

Sabina skinęła głową.

– Pewnie. Chyba nie myślicie, że chodziłam prosić, żeby mnie do miasta zabrał.

Stankiewicz pomyślał chwilę i uznał, że może przyjąć takie tłumaczenie za wiarygodne.

– A czary? – dodała Sabina. – Czarów żadnych nie było, bo ja się na czarach wcale nie znam. Wiadomo, że od tego jest babka w Kalinówce.

Stankiewicz cmoknął na konia.

– Rozmaicie gadają i o paniczu Ignasiu – zagaił znowu. – On niestały przecież, każdy wie. To mówią, że i Sabinie nie uda się go upilnować, chyba że jakie czary zna, bo nawet jakby dzieciak się trafił czy coś, też niepewna sprawa. Natalia z młyna...

Sabina Lulewicz poczuła się urażona porównaniem do młynarzówny, której historia była powszechnie znana i w całej parafii służyła za przykład niewłaściwego zachowania.

– Wcale nie! – powiedziała. – Powiem wam, jak jest, jeśli chcecie wiedzieć. Ignaś będzie się ze mną żenił. Ot co!

Stankiewicz spojrzał zaintrygowany i widać było po jego minie, że nie uwierzył.

– Panicz Ignaś? – zapytał. – To do niego niepodobne. I ojciec nie zezwoli, a i starsza pani też nie da błogosławieństwa. ...

– Ale to prawda – upierała się Sabina. – Wiecie po co jadę do Zabłudowa? Po dokumenty jadę do parafii! Do zapowiedzi potrzebne!

Stankiewicz był bardzo zdziwiony.

– Może być i tak – oświadczył po namyśle. – Wasz ojciec mówił najpierw, że wam nakaże wracać, a teraz jakoś się nie kwapi. Pewnikiem dogadał się ze dworem?

Sabina pokręciła głową.

– Nie wiem, czy się dogadał i z kim. Mnie pan Ignaś chce wziąć, a ja nie odmawiam. On jest dorosły, a ja nie jestem gorsza od mojej siostry, co za prawdziwego pana poszła.

– Prawda, że dorosły – przyznał Stankiewicz. – Ale mało to głupot robi człowiek, choć w starszym wieku jest?

Podpytywał o układy Józefa Lulewicza z panem Kalinowskim, ale nie dowiedział się niczego.

– Ignaś nie musi oglądać się na ojca – oświadczyła Sabina. – Ma swój rozum, a i swój majątek też niedługo będzie miał.

– Pewnie, pewnie – zgodnie potwierdził Stankiewicz.

Znowu zamilkł i dłuższy czas się nie odzywał, przetrawiając w sobie usłyszane wiadomości.

***

Droga przebiegała gładko, koń szedł równo, wóz kołysał, Sabina, która wstała bardzo wcześnie, poczuła senność. Chyba nawet zasnęła na krótką chwilę, opierając się głową o ramię mężczyzny.

– Zdrzemnęłam się? – spytała zaniepokojona, rozglądając się po okolicy.

– To już Żwierki – uśmiechnął się Stankiewicz. – Za niedługo do Zabłudowa dojedziem.

Sabina przetarła oczy.

– Ojciec to chyba się ucieszy – podjął nowy wątek rozmowy Stankiewicz. – Ma Józef szczęście, to prawda. Franka poszła za dziedzica, wy za panicza Ignasia, a wasza Bronia uczy się na pokojówkę u pani baronowej. Ze wszystkich chłopów w okolicy najwięcej jemu się udało, to i nie dziw, że nie brakuje zazdrosnych...

– Bronia? – ucieszyła się Sabina. – Skąd wiecie?

Stankiewicz wzruszył ramionami.

– Wszyscy wiedzą. Pani baronowa sama po nią przyjechała do Nowosadów. Automobilem.

Sabina spojrzała z niedowierzaniem.

– Naprawdę?!

– A jakże – Stankiewicz potwierdził z całą powagą. – Cała wioska widziała! Córki Józefa mają szczęście! Zazdrościć tylko...

Sam miał w domu dwie, nieco starsze od Sabiny i dwóch młodszych chłopców. Niechętnie mówił o dzieciach, nie uważał je za szczególnie udane. Zwłaszcza niepewny los starszej córki przyczyniał ojcu wiele zmartwień. Stankiewicz opowiadał trochę o dziewczętach i o kłopotach ze znalezieniem im właściwych narzeczonych.

– Wiatr mają w głowie – powtarzał. – Wiatr!

Podpytywał o warunki życia w mieście.

– Różnie o tym mówią. Ale wam to chyba powodzi się. Wyglądacie bardzo dobrze, aż popatrzeć przyjemnie.

– Nie narzekam – zgodziła się Sabina. – W mieście życie niełatwe, ale wszędzie trzeba pracować, żeby coś mieć.

Stankiewicz zatrzymał konia, żeby coś poprawić w uprzęży. Gdy wrócił, przystanął przy wozie.

– Wiecie, moja Kaśka i Kaśka od Nawrotów to się zmawiają, żeby do fabryki iść – przyznał się. – Ale podobno niełatwa sprawa, bo najprzód trzeba wyrobić jakie miejsce. Tak sobie pomyślałem, że skoro okazja trafiła się, to zapytam, czy wy nie możecie pomóc?

Sabina nie odpowiedziała od razu, zastanawiając się, czy powinna dalej brnąć w budowanie fałszywego obrazu swojego życia.

– Niełatwo jest takie coś załatwić – potwierdziła. Stankiewicz uśmiechnął z porozumiewawczym spojrzeniem.

– Pewnie co możecie – zasugerował. – A jak nie sama, to przez panicza Ignasia może...

Sabina skinęła głową.

– Zapytać mogę, skoro prosicie. – odpowiedziała. – Nie gwarantuję za skutek, ale dowiem się, co i jak...

– O! – ucieszył się Stankiewicz. – To wdzięczny wam będę...

– Ignaś jest ważną osobą w fabryce – oznajmiła. – I bardzo zajęty, ale mu powiem. Tam wiele kobiet pracuje, a już szczególnie młodych, bo silne są potrzebne i bardzo zdrowe.

– Moja Kaśka mocna i zdrowa – zapewnił. – Popracowałaby na fabryce, zarobiła trochę grosza, od razu byłoby lżej.

– Zapytam – powtórzyła Sabina.

Stankiewicz, zadowolony z obietnicy, pogrzebał pod siedzeniem, wyjął butelkę z wódką.

– Skosztujecie?

Sabina pokręciła głowa.

– Dziękuję, ale interes mam do załatwienia.

– Tylko trochę – kusił. – Na rozgrzewkę.

– Mnie i bez tego ciepło – zapewniła.

Stankiewicz odbił korek dłonią, spróbował napoju, skrzywił się z zadowoleniem.

– Dobra! – pochwalił. – Na pewno nie chcecie?

– Nie.

Stankiewicz usiadł na koźle, butelkę trzymając w ręku. Zanim ruszyli, pociągnął kolejny łyk.

Sabinie było na wozie trochę niewygodnie, chętnie rozprostowałaby nogi, ale okazja do postoju minęła, a nie chciała dodatkowo przedłużać podróży.

Alkohol podziałał na woźnicę pobudzająco, popędził więc i konie.

– Niedługo będziemy – obiecał. – Jak wam spieszno, to tylko ze mną!

Butelkę nadal trzymał w ręku i pociągał z niej raz za razem.

– Może już dosyć – zauważyła Sabina.

Spojrzał z niezadowoleniem.

– A wy co? – zapytał. – Jak jaka żona będziecie mówić?

– Nie jak żona – zawstydziła się Sabina. – Tak tylko, bo jak do domu chcecie trafić, to może już więcej nie trzeba pić.

– Mam mocną głowę – zapewnił. – Najmocniejszą we wsi.

Przechylił butelkę, wypił resztę, wyrzucił naczynie.

– I nie tylko głowę najmocniejszą – dodał. – Chcecie się przekonać?

Sabina odsunęła się na brzeg ławki.

– Jesteście pijany!

Stankiewicz rzucił głową.

– Ani trochę! Dużo więcej trzeba, żebym był pijany!

Przełożył lejce do lewej ręki, prawą próbował objąć dziewczynę.

Szarpnęła się, gdy usiłował przyciągnąć ją do siebie.

– Co robicie?! Nie wolno tak!

Cofnął ramię, wzruszył ramionami.

– Co tam, nie wolno! – mruknął lekceważąco. – Świętą figurę udajecie? Każdy przecież wie, co wy za jedna. Mało brakowało, a nawet na rynku wstyd by was nie zatrzymał! Mało brakowało, byście i kieckę do góry zadarli!

Sabina Lulewicz chwyciła leżący pod stopami kołek, którego Stankiewicz używał w drodze jako hamulca do fury, wkładając drewno pomiędzy koło a skrzynię. Roześmiał się, rozbawiony jej zaciętą miną.

– Bić będziecie? – spytał z niedowierzaniem.

– Jak trzeba, to będę! – zapowiedziała.

Stankiewicz nie uwierzył. Podniósł ramię, by spróbować otoczyć nim dziewczynę. Sabina uderzyła na odlew.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?