Dworek pod Malwami. Kusicielki

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #27
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 27 - Kusicielki

Saga

Dworek pod Malwami 27 - Kusicielki

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801743

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

NA DACZY PROFESORA

Piotrogród, wrzesień 1916

Rekonwalescencję odbywał Staś Kalinowski pod opieką towarzysza z sali szpitalnej, kapitana Siergieja Fiłatowicza, na daczy jego rodziny w Fiłatówce, ledwie kilka wiorst od Piotrogrodu.

– O ile chce pan wkrótce poruszać się normalnie, młody człowieku, na razie proszę siedzieć i odpoczywać – podkreślił z naciskiem doktor Miakiszczew przy wypisywaniu chorego ze szpitala. – A gdy się panu znudzi bezczynność, może pan próbować chodzić, byle powoli i z umiarem. Żadnego forsowania się. Stanowczo zabraniam!

Drewniany, obszerny dom stał na dużej leśnej działce, w pobliżu drogi wiodącej do miasta. Wysoki drewniany płot otaczał mały sosnowy zagajnik i spory szmat trawnika, starannie pielęgnowanego przez służbę. Profesor Aleksander Fiłatowicz-Burski, ojciec Siergieja, urodził się tutaj, a i teraz spędzał na daczy wiele czasu, mieszkając z rodziną od wiosny do jesieni.

Budynek od frontu miał obszerny taras z daszkiem, na którym ustawiono meble z wikliny. Tu wieczorami przyjmowano gości lub zbierali się domownicy. Z dachu werandy zwieszała się gęsta siatka, opuszczana wieczorem, by stanowiła zasłonę przed owadami. Gdy bowiem wynoszono na werandę zapalone lampy, trudno było uciec przed chmarami nocnych motyli. Na werandzie jedzono posiłki, prowadzono długie naukowe dyskusje, odbywały się też wieczory literackie, gdyż gospodarz świetnie znał klasyków poezji i chętnie pozwalał innym zapoznać się z ich twórczością.

Profesor Aleksander Fiłatowicz, sława rosyjskiej biologii i botaniki, członek licznych towarzystw naukowych w kraju i za granicą, był typem badacza całkowicie pogrążonego w swoich zajęciach i zupełnie oddanego swoim zainteresowaniom. Tak niewiele orientował się w rzeczywistości i tak był roztargniony, że czasami zapominał o szczegółach stosunków rodzinnych, nie pamiętał imion służby, a nawet nie poznawał najbliższych. Zdarzało się, że widząc kilka kobiet w jednym miejscu, podchodził do nich z pytaniem, która jest jego żoną, gdyż ma właśnie ważną sprawę dotyczącą koszuli albo spinek.

Niewysoki, drobny mężczyzna o czarnej bródce i pałających oczach, miał niski i głęboki, bardzo sugestywny głos, którym porywał tłumy słuchaczy, a zwłaszcza słuchaczek, a jego wykłady, tak na uniwersytecie, jak i organizowane w instytucjach publicznych, gromadziły zawsze ogromne audytorium.

Każdego ranka przyjeżdżał do Fiłatówki – pół godziny w jedną stronę – asystent profesora, by nie tylko przypomnieć uczonemu, gdzie ma jakie spotkanie, wykład czy prelekcję, ale również wyjaśnić kolejność dni w kalendarzu i zaprowadzić porządek w jego notatkach. Asystent nazywał się Tiomkin, miał trzydzieści pięć lat, czarne włosy i niewyraźną przyszłość. Bo choć odznaczał się pracowitością i wiedzą, nie miał innych protektorów poza Fiłatowiczem, ten zaś, zajęty swoimi sprawami, nie przywiązywał wielkiej wagi do dbania o interesy współpracowników.

– Moi mniej zdolni koledzy robią szybkie kariery naukowe, tylko ja jeden muszę występować w roli niańki – skarżył się Tiomkin. – Czy pan wie, Stanisławie Michajłowiczu, że wczoraj na wykładzie dla Koła Pań Prawdziwych Patriotek profesor pomylił kartki i przedstawił założenia skutecznego przeciwdziałania szerzeniu się chorób wenerycznych w szpitalach stolicy? Dopiero po kilku minutach pozwolił sobie przerwać i wytłumaczyć, że notatki do właściwego wykładu ma w innej kieszeni.

– I co? – zaciekawił się Staś Kalinowski. – Słuchaczki nie uciekły?

Tiomkin odgarnął z czoła kosmyk czarnych włosów.

– Ależ skąd! – oznajmił, a w jego głosie dał się słyszeć podziw. – Proszę sobie wyobrazić, że co najwyżej kilka opuściło salę z niejakim oburzeniem. Pozostałe patrzyły na profesora z niemym podziwem. Podejrzewam, że w większości niedokładnie rozumiały, o czym mowa, ale one go po prostu uwielbiają. Uwielbiają! Wszystko jedno, co mówi. A już jak zacznie cytować poezję, prawie mdleją z wrażenia...

Staś siedział w fotelu na tarasie i patrzył jak służba uwija się po ogrodzie, zajęta pracami porządkowymi. Za dwa tygodnie wypadały pięćdziesiąte piąte urodziny profesora i szykowano uroczyste przyjęcie. Spodziewano się na nim znakomitych gości z najwyższych sfer Piotrogrodu. Według nieoficjalnych wiadomości, profesor miał otrzymać wysokie odznaczenie.

Asystent w pośpiechu pił herbatę, zagryzając rogalikiem i niespokojnie patrząc na drzwi, zza których powinien się pojawić jego pryncypał.

– Jutro mu wszystko wygarnę! – oznajmił Tiomkin zdecydowanym tonem. – Jutro będzie musiał mnie wysłuchać i wreszcie coś konkretnego postanowić!

Z zamiarem rozmowy o swojej karierze nosił się od dawna, ale nigdy nie miał dość odwagi albo chęci, ponieważ sekretarzowanie profesorowi niezmiernie odpowiadało Tiomkinowi z bardzo konkretnego powodu. Asystent był biedny i zewnętrznie niezbyt pociągający, należał raczej do tych, których się nie zauważa na ulicy. Ale sława profesora i jego magnetyczny wpływ na kobiety przenosiły się niejako często także na asystenta. Niektóre z dam, nie mogąc dotrzeć do uwielbianego naukowca, obdarzały więc swoimi wdziękami jego sekretarza, z czego skwapliwie korzystał.

Otworzyły się drzwi na ganek i z domu wybiegł Siergiej Fiłatowicz, w niekompletnym mundurze, z czapką fantazyjnie nasadzoną na lewą stronę.

– I jak? – zapytał. – Prawda, że przy tej fryzurze prawie nic nie widać?

Kapitan Fiłatowicz został latem dwukrotnie ranny. Druga rana pozbawiła go górnej części lewego ucha. To, co z niego pozostało, nie wyglądało ładnie i Fiłatowicz martwił się o swój wygląd.

– Bardzo dobrze – pochwalił Staś. – Chyba nawet jak zdejmiesz czapkę, nikt się nie domyśli....

Siergiej ściągnął nakrycie głowy, pokazując fryzurę nieco niesymetryczną, bo falujących włosów było zdecydowanie więcej po lewej stronie. Taki pomysł miała jego czternastoletnia siostra i ona własnoręcznie wprowadziła go w życie.

– No?! – niecierpliwił się teraz. – Może być, czy mam jednak obciąć więcej?

Kalinowski ocenił, że nowe uczesanie przyjaciela jest w porządku.

– Jesteś przewrażliwiony – zauważył. – I za często patrzysz w lustro. Więcej się uśmiechaj, a rzadziej sprawdzaj, czy masz jeszcze ucho.

– Łatwo mówić! – westchnął kapitan.

Siergiej Fiłatowicz, starszy kilka lat od Stasia, uchodził za pięknego mężczyznę i miał powodzenie wśród panien z dobrych domów w Piotrogrodzie. Nie mógł się wprawdzie poszczycić arystokratycznym pochodzeniem i dysponował niewielkimi dochodami, ale dzięki pozycji ojca mógł uchodzić za niezłą partię.

Sekretarz profesora potwierdził osąd Stasia.

– Wszystko w porządku – zapewnił. – Jak ktoś nie wie, że był pan ranny, wcale się tego nie domyśli.

Z domu wyszedł wreszcie sam profesor Fiłatowicz, zaaferowany, rozglądający się cokolwiek bezradnie.

– Dokąd to dzisiaj, Tiomkin? – zapytał sekretarza. – Czy nie do resursy kupieckiej?

– Do kupców dopiero na obiad – potwierdził podbiegając do niego sekretarz. – O dziewiątej pan profesor wygłasza wykład w mniejszym audytorium. Samochód już gotowy. Tekst ma pan profesor jak zawsze w prawej kieszeni.

– Doskonale! – pochwalił akademik. – Doskonale!

Miał na sobie letni płócienny garnitur, biały szeroki kapelusz i pantofle z białymi getrami.

– A teczka? – zapytał. – Gdzie mamy teczkę, Tiomkin?

Sekretarz podniósł rękę, w której trzymał żądany przedmiot.

– Jak zawsze na swoim miejscu – odpowiedział spokojnie.

Profesor zauważył rozmawiających mężczyzn i dostrzegł Stasia, który wstał tymczasem z fotela.

– Czy to pan jest moim siostrzeńcem? – odezwał się do Kalinowskiego, przyglądając mu się uważnie. – Nawet jeśli nie, powinien pan wiedzieć, że zbliża się wielka uroczystość. Zapewne i pana będę miał zaszczyt gościć?

– Jak pan profesor sobie życzy – ukłonił się Staś.

Automobil czekał przed bramą, kierowca klaksonem dał znak, że czas jechać i profesor drobnymi kroczkami potruchtał w tamtą stronę. Asystent Tiomkin ledwie za nim nadążał.

– Któregoś dnia po prostu zapomni wrócić do domu – westchnął Siergiej. – Z dnia na dzień z jego pamięcią jest coraz gorzej.

Staś nie podjął tematu.

– Przyszła odpowiedź – mruknął tajemniczo, sięgając do kieszeni. – Gdy ty bawiłeś się we fryzjera, przyniesiono ten oto list.

Kapitan Fiłatowicz zastygł.

– I? – zapytał niepewnie. – Mówże wreszcie!

Staś uśmiechnął się rozbawiony.

– Nie wiem, co roi się w pięknej główce panny Gołowinej – zauważył. – Ale skoro odpowiada na zaproszenie, coś w tym musi być...

– To czemu od razu nie mówisz?! – wykrzyknął kapitan i gwałtownie wyrwał list z ręki kolegi. – Boże, to od jej ojca!

Niecierpliwymi rękami rozerwał kopertę, czytał list z wypiekami na twarzy.

 

Zaproszenia na jubileusz profesora Aleksandra Fiłatowicza rozesłano już przed trzema tygodniami.

– Zaledwie kilka osób – oznajmił profesor Fiłatowicz. – Wielki książę życzy sobie, aby było to spotkanie w wąskim gronie.

Ostatecznie na liście gości znalazło się nieco ponad dwadzieścia nazwisk. Tylko dwie osoby ze starannie przemyślanej i dokładnie przygotowanej listy nie potwierdziły dotąd swojego przybicia. Hrabia Wierliński, najbogatszy urzędnik w imperium, dyrektor departamentu w MSZ oraz Fiodor Gołowin, znany finansista i bankier. Wielki Książę Mikołaj Mikołajewicz nie musiał odpowiadać, nawet gdyby miał taki zwyczaj, jego obecność była oczywista, gdyż to on miał w imieniu cara wręczać odznaczenie profesorowi.

Siergiej Fiłatowicz przeczytał list i przyłożył go sobie do serca.

– Przyjedzie! – wykrzyknął z radością. – Stanisław, jesteś wielki! Sam bym nie wpadł na to, żeby ją zaprosić do domu. Chodziłbym za nią i wzdychał, gdy tymczasem ty tak szybko znalazłeś sposób na ściągnięcie jej tutaj!

I zaczął opowiadać, gdzie i kiedy widział Marię Gołowinę, co Staś przyjął z lekkim zniecierpliwieniem.

– Słyszałem to setki razy – zauważył. – Skup się raczej na sposobach oczarowania Maszy, gdy tu zawita.

– Będziesz przecież blisko i w razie czego podpowiesz – śmiał się Siergiej. – Już ty się nie bój! Jeśli tylko uda mi się zbliżyć do niej, poradzę sobie bez problemów. Nie z takimi...

Przechwałka była mocno przesadzona. Kapitan Siergiej Fiłatowicz bardzo niewiele wiedział o Marii Gołowinej.

***

Większość czasu Staś Kalinowski spędzał w wiklinowym fotelu, w ogrodzie lub na tarasie domu Fiłatowicza.

Siedział, czytał, trochę drzemał, obserwował ptaki w ogrodzie i sam ogród, a najczęściej przebywał z Nataszą, córką gospodarzy, nazywaną Naszką. Naszka z zapamiętaniem grała w szachy, robiąc w tej grze niezwykłe postępy. Ciemnowłosa i czarnooka, odrobinę za pulchna, była ciekawa, gadatliwa i bardzo towarzyska.

– Pan znowu dał mi wygrać, Stanisławie Michajłowiczu – zauważyła z pretensją w głosie. – A ja tak wcale nie chcę. Albo mi pan pozwala zwyciężać, albo jest pan okropnie roztargniony. Jak można przy szachach być tak nieuważnym! Czy jest pan może zakochany?

– Wcale nie jestem zamyślony ani tym bardziej zakochany – zaprotestował Kalinowski. – Po prostu ty grasz coraz lepiej.

– A nieprawda! – oburzyła się Naszka. – Trochę poddałam się w tej partii, ponieważ chciałam pana sprawdzić. Pan specjalnie podsunął mi obie wieże do zbicia. Proszę tego nie robić, bo pogniewam się na pana! Wszyscy mnie traktują jak dziecko!

– Ależ skąd! – zaprzeczył Kalinowski. – Wszyscy podchodzą do ciebie bardzo poważnie. Zapomniałaś, że podczas niedawnego przyjęcia posadzono cię ze wszystkimi przy stole?

Naszka wzruszyła ramionami. Miała na sobie jasną sukienkę z szerokimi bufiastymi rękawami i gdy robiła takie gesty, wyglądało jakby poruszała skrzydełkami.

– Owszem, siedziałam z dorosłymi – zgodziła się. – Ale papa zabronił mi się odzywać do kogokolwiek!

Naszka mówiła bardzo wiele i bez przerwy. Kalinowski podejrzewał, że z tego powodu ojciec zakazał jej inicjować jakiekolwiek rozmowy, a zezwolił jedynie uprzejmie odpowiadać na pytania.

– Czasem bywasz męcząca z tą swoją dociekliwością – zauważył z uśmiechem. – I często stawiasz rozmówców w nieco kłopotliwej sytuacji.

– Mam to po papie – śmiało odpowiedziała dziewczynka. – On to dopiero potrafi takie rzeczy! A ja nie lubię, gdy mnie się traktuje jak małą dziewczynkę.

Zebrała figury i włożyła je do pudełka.

– Lepiej porozmawiajmy – zaproponowała. – Dobrze, Stanisławie Michajłowiczu? Nikt ze mną nie chce rozmawiać poważnie.

– A ja? – upomniał się Kalinowski.

– Poza panem oczywiście, Stanisławie Michajłowiczu. Zupełnie nie mogę liczyć na Siergieja. Mój brat jest zresztą za stary, żeby z nim można było mówić na serio.

– Za stary? – zaciekawił się Kalinowski. – No, no! Ma dopiero dwadzieścia siedem lat.

– To o wiele za dużo, żeby chciał mi poświęcić choć trochę swojego czasu. On go zresztą wcale nie ma. To z powodu nieszczęśliwego zakochania.

– Tak sądzisz? A skąd takie podejrzenie?

Naszka zrobiła minę pełną przekonania.

– To nie jest podejrzenie, tylko wynik rozumowania i obserwacji. Siergiej co i raz zamyśla się. To raz. Wzdycha, gdy nikt tego nie widzi. To dwa. A trzy i cztery, to miłosne liściki.

– Liściki? – zmarszczył brwi Kalinowski. – To rzeczywiście byłby jakiś dowód. Ale co dokładnie chcesz przez to powiedzieć?

– Och! – oburzyła się dziewczynka. – Dorośli są bardzo dziwni. Przecież nie powiem nikomu, Stanisławie Michajłowiczu. Ja dobrze wiem, że on jest zakochany. I nawet wiem, w kim.

– Naprawdę?

– Pewnie! Przypadkiem widziałam te liściki. Nie było na nich nazwiska nadawcy, ale jestem pewna, że są od Maszy.

Rozejrzała się i zaczęła mówić szeptem.

– To Masza Gołowina, prawda Stanisławie Michajłowiczu? Ja nikomu nie powiem, przysięgam! Ale czy to Maria Gołowina?

Staś nie chciał potwierdzić ustaleń Naszki.

– Tego nie wiem na pewno – oznajmił ostrożnie. – I wiesz co? Ja myślę, że byłoby lepiej, abyś dalej nie prowadziła swoich badań. To mogłoby narazić kogoś na przykrości. Tego byś chyba mnie chciała.

Naszka Fiłatowicz potwierdziła, że zależy jej na szczęściu brata.

– Ale czemu oni się ukrywają? – zapytała. – Jak pan myśli, Stanisławie Michajłowiczu? Czemu się ukrywają? Widziałam pannę Marię jeden raz, wydała mi się bardzo wesoła i w ogóle same dobre rzeczy o niej myślę. Jej ojciec jest bardzo bogaty. Jeśli więc oni są zakochani, to chyba nie miałby nic przeciw, żeby Siergiej się z nią ożenił, co?

Kalinowski pokręcił głową.

– Mało wiem o tym wszystkim – odpowiedział wykrętnie. – W tego typu sprawach dyskrecja jest jak najbardziej pożądana. Prawdopodobnie jest powód, dla którego twój brat nie pochwalił się przed wszystkimi. Ale z całą pewnością Siergiej powie o wszystkim ojca w odpowiednim momencie. Poczekaj cierpliwie. Lepiej, żebyś ty nie wyskoczyła z czymś przed panem profesorem.

– Nie zdradzę ich sekretu! – zapewniła Naszka. – Bardzo trudno utrzymać to w tajemnicy, ale przyrzekam, że się postaram. A gdybym chciała coś takiego zrobić, proszę mnie mocno uszczypnąć! Choćby w nos, a od razu przypomnę sobie o tajemnicy.

Staś Kalinowski skinął głową.

– W nos mogę cię uszczypnąć natychmiast, nawet dwa razy – zaproponował. – Będzie na zapas.

– Pan też jest czasem okropny, Stanisławie Michajłowiczu! – zawołała Naszka oburzona, a jej skrzydełka zafurkotały. – Wszyscy dorośli są tacy sami!

HOROSKOP

WRestauracji Angielskiej przy Newskim Prospekcie kapitan Siergiej Fiłatowicz siedział przy stoliku i zachwyconym wzrokiem patrzył na młodą kobietę naprzeciw. Maria Gołowina, elegancka i szykowna, uśmiechała się przepraszająco.

– Mam nadzieję, że pan się nie obrazi, Siergiej? – spytała. – Mężczyźni czasem dziwnie reagują, gdy kobieta działa wprost.

– Ależ skąd! – zapewnił żarliwie kapitan Fiłatowicz. – Jestem szczęśliwy z powodu naszego spotkania.

– Odmawia się nam, kobietom, prawa do samodzielności nawet w myśleniu, nie tylko we postępowaniu. Zapewne niejedna osoba miałaby mi za złe, gdyby wiedziała, że właściwie to ja zaprosiłam pana na to randez-vous...

Siergiej Fiłatowicz uśmiechał się.

– Pozwoliłam sobie na taką bezpośredniość z przyjaźni dla pańskiej rodziny – tłumaczyła się panna, skromnie spuszczając oczy. – Chciałam osobiście przeprosić, że ojciec nie może przyjść na jubileusz pana profesora. Dziękując pięknie za zaproszenie, pragnę powiedzieć, że choć niektórzy mają mnie za osobę wyzwoloną, nie mam odwagi przyjść sama. Zbyt wielu spotkałabym ludzi, wobec których musiałabym może tłumaczyć się albo...

Kapitan Fiłatowicz zapewnił, że nie dopuściłby do takiej sytuacji.

– W mojej obecności nikt nawet nie ośmieliłby się krzywo spojrzeć w pani kierunku – zapewnił.

Panna Maria zachichotała cichutko.

– Och, do tego stopnia jest pan zdeterminowany?

Kapitan położył dłoń na sercu.

– Mario Fiodorowna – przemówił z wielkim uczuciem. – Ja się mogę domyślać, co pani powie, słysząc takie słowa od człowieka, którego widziała pani dwa razy w życiu. Ale proszę mnie wysłuchać...

W Restauracji Angielskiej było tego przedpołudnia niewielu gości, nikt nie usłyszałby więc miłosnych wyznań kapitana Fiłatowicza, lecz panna Maria zamrugała gwałtownie powiekami.

– Nie! – zawołała cicho. – Proszę tego nie mówić. Bardzo proszę. Nie teraz! Nie tutaj!

Twarz Siergieja Fiłatowicza pobladła.

– Więc pani nie chce nawet usłyszeć? – zapytał rozczarowany.

– Nie tutaj – powtórzyła z naciskiem panna Gołowina. – Oczywiście, że chcę. Zapewniam pana, że wkrótce wysłucham pańskich słów z wielką uwagą. Ale jeszcze nie teraz. Bardzo proszę. Nie teraz.

Opuściła oczy, ale zaraz ponownie spojrzała na mężczyznę.

– Bo widzi pan – odpowiedzi cicho. – Tak się układają sprawy, że teraz, że teraz musiałabym odmówić... Ale jeśli byłby pan tak uprzejmy, to za kilka dni, to wtedy, to wtedy...

Siergiej Fiłatowicz zaniemówił z wrażenia. Masza Gołowina, ładna i jedna z najbogatszych dziewcząt w Piotrogrodzie, coś chce mu dać do zrozumienia. Chyba nie to, czego się pragnąłby najbardziej na świecie?

– Chce pani powiedzieć... – zaczął. – Nie, to przecież niemożliwe. Chyba źle odczytałem pani intencje...

Dłoń Marii spoczęła na ręce kapitana.

– Miałam nadzieję, że pan zrozumie – szepnęła. – Chciałam oszczędzić panu przykrości i trudnych przeżyć. Teraz musiałabym odmówić, a tego nie chcę, tak ze względu na uczucia pańskie, ale i moje.... Dlatego proszę o cierpliwość. Jeśli mógłby pan zapytać mnie w innym miejscu i w innym czasie. Niebawem, wkrótce, za czas jakiś moja odpowiedź mogłaby być zupełnie inna...

Siergiej Fiłatowicz patrzył na usta Marii, o których marzył od miesięcy i nie mógł uwierzyć w usłyszaną obietnicę.

– Chyba śnię... – mruknął i uszczypnął się w rękę.

Maria Gołowina zaśmiała się cichutko.

– Obawiałam się pańskiej reakcji, bałam się, że zostanę źle zrozumiana – powiedziała. – Dlatego zdecydowałam się na bezpośrednie spotkanie. Sądziłam, że w ten sposób łatwiej mi będzie wytłumaczyć się ze swojego stanu... Ja w tej chwili, w tym momencie, nie mogę panu powiedzieć wszystkiego. Moja rodzina, ja sama, znalazłam się nagle w kłopotliwym położeniu... Przepraszam, że o tym mówię, mam nadzieję, że jest pan dyskretny, i jak tylko się wyjaśnią sprawy...

– Czy mogę jakoś pomóc? – zadeklarował natychmiast kapitan. – Jestem wprawdzie tylko zwykłym oficerem, ale mój ojciec ma pewne znajomości i wpływy. Z pewnością chętnie ich użyje. Ja zaś będę pani obrońcą i przyjacielem, proszę się nie wahać obarczyć mnie takim obowiązkiem!

– Nie, nie! – zaprzeczyła. – Nie może pan brać na siebie czegoś podobnego. Absolutnie nie. To sprawy rodzinne, dość skomplikowane, może nawet wstydliwe. Bardzo dziękuję za pańską chęć pomocy, ale wolałabym nie mieszać pana i nie stawiać w trudnej sytuacji...

– Dla pani, Mario, jestem gotów iść choćby w ogień! – z przejęciem oświadczył Siergiej Fiłatowicz.

Nie podejrzewał, że wkrótce rzeczywiście stanie przed ogniową próbą.

***

Staś Kalinowski wiedział znacznie więcej o spotkaniach Siergieja Fiłatowicza i Marii Gołowinej. Przyjaciel radził się w kwestiach postępowania z córką bankiera. Kalinowski jeszcze w szpitalu opowiadał, na czym polega jego znajomość z Gołowinami. Bankier gotów był wydać córkę za kogoś, czyj horoskop jest dla niej najbardziej odpowiedni.

Sprawę z horoskopem specjalnie nieco uwydatnił, żeby nie musieć wspominać o poczuciu wdzięczności, jakim darzył go Fiodor Gołowin przy każdym spotkaniu. Wprawdzie od zamachu na dworcu kolejowym w Białymstoku minęło już kilka lat, ale bankier bardzo dobrze pamiętał, że na drodze zabójczej kuli stanął wówczas młody Polak.

– Uratowałem go w jakimś sensie przypadkowo – tłumaczył Staś przyjacielowi. – Był bardzo poruszony i wymyślił sobie, że to przeznaczenie mnie tam postawiło.

– A nie? – zapytał Fiłatowicz. – Chyba nie powiesz, że światem rządzi wyłącznie przypadek.

– Oczywiście, że nie – zgodził się Kalinowski. – Ale nie oddałbym wszystkiego w ręce nauk tajemnych, okultyzmu, spirytyzmu i podobnych zjawisk, które nie są w stanie nie tylko wyjaśnić świata, ale i mylą się w znacznie drobniejszych sprawach.

 

– Maria dała mi do zrozumienia, że przyjęłaby moje oświadczyny – oznajmił Siergiej Fiłatowicz po powrocie z drugiego spotkania. – Słyszysz, Staś? Ale jest pewien warunek, zupełnie trudny do spełnienia.

Kalinowskiego nie zdziwiło takie postawienie sprawy.

– Maria Gołowina trochę przesadnie wierzy w te wszystkie gusła i zabobony, gwiazdy, astrologie i tym podobne rzeczy. To za sprawą ojca. On ma na tym punkcie fioła. Słyszałem, że nie robi żadnej poważnej transakcji, póki nie poradzi się wróżki.

– A ja słyszałem, że bardzo wielu ludzi zachowuje się podobnie. Nie tylko finansistów, ale i wojskowych. Przecież sam car i cały dwór gustują w zabawach przy ruchomym stoliku.

Siergiej pogłaskał się po włosach.

– Maria dała mi do zrozumienia, że przy zawieraniu znajomości najważniejszy jest dla niej horoskop – wyjaśnił. – Jeśli nasze siły astralne nie będą się odpychały, mam u niej szanse.

Staś uśmiechnął się pocieszająco.

– I ten warunek to zgodność horoskopów?

Fiłatowicz zagryzł wargi.

– Właśnie – przyznał niechętnie. – Poszedłem od razu do wróżki i poprosiłem o postawienie horoskopu. Ona i ja. Maria i Siergiej.

– Bardzo dobrze.

– Wcale nie – Fiłatowicz był zmartwiony. – Otóż wyszło z horoskopu, że wcale do siebie nie pasujemy.

– Idź zatem do innej – natychmiast poradził Kalinowski.

Siergiej miał nieszczęśliwą minę.

– Byłem – oświadczył. – Odwiedziłem trzy. Trzy! I wszystkie oznajmiły to samo. Ja jestem Baran, a ona Waga. Jestem więc zupełnie nieodpowiedni dla Marii!

Był nieszczęśliwy. Siedział ze spuszczoną głową, jak ktoś, kto dowiedział się, że jego nadzieje nie mają najmniejszych podstaw.

– A ona? – zapytał Staś. – Kto jej układa horoskopy?

– Nie wiem – przyznał zrezygnowanym głosem kapitan. – To chyba wszystko jedno.

Staś pokręcił głową.

– Nie wszystko jedno – oznajmił stanowczo. – Powinieneś iść do tej samej osoby, do której ona chodzi.

– Co to miałoby dać? – machnął ręką Fiłatowicz. – Jeśli trzy rożne wróżki mówią to samo, ona przecież nie powie nic innego.

Staś zamyślił się na chwilę.

– Maria zapewne nie wybrała pierwszej lepszej przepowiadaczki. Coś mi się zdaje, że odwiedza zakład Madame Lebiediew. Wiem z całą pewnością, że chodzi tam jej ojciec, więc zapewne i ona korzysta z rad tej samej osoby. Idź tam i załatw sprawę.

– Ale co mam powiedzieć? Proszę mi ustawić taki horoskop, jaki sobie życzę?

– Właśnie – Staś ucieszył się z domyślności kolegi. – Skoro Maria Gołowina jest przekonana, że o jej życiu powinien rozstrzygać horoskop i astralne dobieranie się osób, zadbaj o to, aby zdobyć odpowiednie świadectwo. Innymi słowy, kup je.

Kapitan Fiłatowicz przyglądał się Stasiowi zaskoczony.

– Oszustwo? Radzisz mi kłamstwo? – zapytał niepewnie. – Ty byś się posunął do podstępu?

Staś pokręcił głową.

– Ja nie wierzę w takie rzeczy, ale innym nie bronię. Jeśli idziesz do takiego zakładu i płacisz za jakiś horoskop, bez żadnej gwarancji, że jest w najmniejszym stopniu prawdopodobny, to moim zdaniem, możesz zapłacić nieco więcej i otrzymać horoskop według swojego życzenia. W każdym przypadku o trafności przepowiedni dowiesz się dopiero po pewnym czasie.

Pomysł spodobał się Siergiejowi.

– Masz całkowitą rację! – przyznał ze wzrastającą nadzieją. – I ja nie wierzę w te brednie o gwiazdach i ich wpływie na cokolwiek, więc nie powinienem się nimi przejmować. Maria nie dowie się o niczym, a z czasem uwierzy w słuszność mojego wyboru.

Zastanawiał się jednak nad podpowiedzianym fortelem i było widać, że stanowi to dla niego problem.

– Martwię się tylko, czy to dobrze zaczynać naszą bliższą znajomość od oszustwa...

Staś poświęcił kilka minut na przekonanie kapitana.

– Sam pomyśl – zakończył. – Jeżeli ty uważasz, że to jest osoba dla ciebie właściwa i ona tak sądzi, to nie pozwól, żeby was rozdzieliła jakaś kartka, którą napisze wróżka, kobieta być może pijana albo też szalona...

Siergiej Fiłatowicz delikatnie szturchnął Kalinowskiego w ramię.

– Doskonale! – ucieszył się. – Toś mi prawdziwy przyjaciel. Twoje rady warte są złotych monet. Nawiasem mówiąc, tych mi nieco brakuje, a nie wiem, ile może kosztować zamówiony horoskop u tej Madame Lebiediew.

– Nie mam pojęcia – przyznał Staś. – Niestety, w żaden sposób nie mogę cię wspomóc, sam wiesz, jaką mam sytuację...

– To drobiazg! – machnął ręką Fiłatowicz. – Znajdę potrzebne pieniądze. Tylko się upewnię, do której wróżki Masza chodzi...

– Lepiej nie – zaoponował Kalinowski. – Wybierz się jak najszybciej do Madame Lebiediew i załatw to jak należy. Nie uprzedzaj Marii. Nawet gdyby okazało się, że ona bywa u innej wróżki, ty mając świadectwo kogoś tak renomowanego, będziesz dla panny Gołowin wiarygodny.

– Racja! – zgodził się kapitan. – Atakujmy, nie czekajmy!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?