Dworek pod Malwami. Płonne nadzieje

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #25
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 25 - Płonne nadzieje

Saga

Dworek pod Malwami 25 - Płonne nadzieje

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801767

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

KURPIK

Kurpik z Nowosadów wyszedł któregoś ranka z domu i skierował się na trakt do Zabłudowa.

– Jak nie przyniesiesz czego do zjedzenia, nic nie dostaniesz – zagroziła jego żona.

Ona i córki prawie nie jadły od kilku dni, a jeśli cokolwiek znalazło się w chałupie, szło przede wszystkim do żołądka męża. Ponieważ mało zostawało, ona i dziewczynki były osłabłe z głodu i niechętne do jakiejkolwiek roboty.

Kurpik tego dnia dostał tylko pół kromki chleba z solą i tym musiał się zadowolić.

– Przyniosę, przyniosę – odburknął na narzekania kobiety, ale sam nie miał na to wielkiej nadziei.

Kierował się do miasteczka, gdzie mieszkało znacznie więcej ludzi niż we wsi, więc większa też była szansa na to, aby coś dostać, znaleźć lub ostatecznie ukraść. Kurpik nie palił się do roboty, uważając, że zarobki przy wszelkich proponowanych zajęciach są zdecydowanie za niskie.

– Lepsze takie niż żadne – wzdychała jego żona, ale nie znajdowała posłuchu.

– Nie będę robić za grosze! – oburzał się Kurpik. – Albo mi zapłacą rzetelnie, albo sami niech se robią!

Przy takiej postawie Kurpikowi rzadko trafiał się jaki grosz. W tym roku było jeszcze gorzej, ponieważ jego żona nie dostała zajęcia przy żniwach w Kalinówce. Na samo wspomnienie Kurpik splunął z odrazą w kierunku dworu.

– Niechaj cię diabli, dziedzicu! – warknął z zawziętością.

Poszedł dalej, uważnie rozglądając się po polach. Chłopskie działki już uprzątnięto ze snopów, próżno nawet chodzić po ściernisku i szukać kłosów, bo wiejskie dzieciaki dawno wyzbierały wszystko niczym wróble. Jeszcze na jednej czy dwóch widział kilka postaci nisko zgiętych nad rolą.

Dzień był gorący i Kurpik z przyjemnością wszedł w las otaczający drogę z obu stron. Sosny dawały miły cień, w niektórych miejscach ziemię porastał mech gruby na dwie pięści. Kurpik zszedł z traktu, skubnął jagodę z jagodnika, rozglądając się przy tym za grzybami, choć wiedział, że o tej porze dnia raczej niczego nie znajdzie, wszystko wyzbierano już o świcie. Ale mech był bardzo zachęcający. Kurpik przysiadł, z zadowoleniem wdychając rześkie powietrze. Po chwili położył się na plecach. Leżąc i patrząc na korony drzew na błękitnym niebie, rozmyślał o nierównościach tego świata.

– On cale życie leży sobie jak na mchu – mruczał przez zęby. – A tacy jak ja tylko za robotą muszą chodzić. Gdzie tu sprawiedliwość?!

Poprawił się na mchu, przymknął oczy. Ptaki śpiewały w pobliskich zaroślach nieco sennie, dochodziło południe. Kurpik, choć głodny, zrezygnował z dalszej podróży i wyciągnął się wygodnie.

– Jak król – zamruczał sennie. – Jak prawdziwy król...

Obudziły go dziwne, nieznane w lesie odgłosy. Pojękiwania nie przypominały głosów żadnych znanych mu zwierząt. Kurpik podniósł głowę, rozejrzał się zaintrygowany, następnie wstał i nasłuchiwał, skąd dobiegają dźwięki.

Idąc za nimi, nasłuchując, przystając, nasłuchując Kurpik zagłębił się pomiędzy gęste poszycie, krzaki i paprocie.

Dzieciak, umazany ziemią, zielskiem i krwią, został bardzo pobity. Na ramionach, na klatce piersiowej, na szyi, na twarzy i głowie widać było liczne krwawe wybroczyny, siniaki i zadrapania, pokrywały też nogi i plecy, co Kurpik stwierdził, gdy odwrócił ciało.

Chłopiec żył, ale był nieprzytomny. Kurpik siedział przy nim w kucki i myślał, co powinien zrobić. W końcu podniósł chłopca z ziemi, wziął go na ręce i poszedł przez las, stąpając ostrożnie, żeby nie potknąć się o wystający korzeń czy pniak i się nie wywrócić. Szedł na wprost przez las, nie szukając ścieżki, najkrótszą drogą w kierunku wioski.

Gdy dotarł na swoje podwórze, Kurpikowa widząc ładunek, stanęła jak wryta.

– Boże Święty! – wykrzyknęła. – Coś ty zrobił?!

Kurpik nie odpowiedział. Z trudem łapiąc powietrze, zdrętwiały od wysiłku, położył chłopca przed progiem chałupy, zadyszany i spocony. Leżący jęknął boleśnie i cicho.

– To Witia – wysapał Kurpik. – Chłopak dziedzica.

– Widzę, że to Witia – odparła nerwowo kobieta. – Ale coś ty mu zrobił?

Kurpik usiadł, przyłożył ucho do piersi dziecka.

– Jeszcze żyje – powiedział. – Nie wiadomo tylko, jak długo. Po drodze zdawało mi się, że umarł.

Kurpikowa pobiegła do studni, wróciła ze ścierką zmoczoną w wodzie i nerwowo wycierała twarz, szyję i ręce Witii.

– Matko Przenajświętsza! – lamentowała. – I co teraz będzie? Co będzie?!

Kurpik odsunął żonę gwałtownym ruchem.

– Zgłupiałaś, babo?! – warknął. – Myślisz, że to ja?!

Wziął od niej ścierkę i sam przemywał twarz chłopca.

– W lesie go znalazłem – tłumaczył. – Piszczał w krzakach. Jakby nie to, wcale bym nie zauważył.

– A kto go tak strasznie pobił?

Kurpik wzruszył ramionami.

– Nie ja.

– Ale na ciebie będzie!– biadoliła kobieta. – Na pewno na ciebie będzie! Wszyscy wiedzą, że masz żal do dziedzica.

Kurpik odrzucił ścierkę. W tym, co mówiła jego kobieta, było wiele racji. Każdy słyszał, jak Kurpik wygłaszał groźby wobec pana Kalinowskiego, starszej pani i całej Kalinówki.

– Po co było zabierać dzieciaka z lasu? – narzekała jego żona. – Teraz się nie wywiniesz! Wszystko na ciebie będzie!

Szturchnął ją boleśnie w bok.

– Cicho, babo! Daj pomyśleć...

***

Witia Sidorowicz leżał przed chałupą Kurpika. Podłożono mu pod głowę kłąb siana, umyto z krwi i błota. Był nadał nieprzytomny, a cała rodzina Kurpików kucała wokół i czekała, co się zdarzy.

– Umrze! – przewidywała Kurpikowa. – Co będzie, jak przy nas umrze? To chyba po księdza trzeba, albo co. I dziedzicowi należy się powiedzieć. A wszystko na nas będzie. Znowu na nas!

Kurpik już wiedział, jak powinien postąpić.

– Głupia jesteś – powtórzył. – Miałem go w lesie zostawić? Przyniosłem, a teraz pomyślę, co zrobić. Trzeba dziedzica powiadomić. Mają tych swoich doktorów, to niech smarkacza wyleczą.

– To idź zaraz do dworu. Najlepiej od razu, póki jeszcze dzieciak żyje.

Chłop sprzeciwił się pomysłowi.

– Żeby mnie psami poszczuli? Nigdzie nie pójdę. Sama idź.

Kurpikowa broniła się przed takim zadaniem.

– A może Lulewicza poprosić? – spytała. – Iść do niego, powiedzieć co i jak, i poprosić, żeby zawiadomił Kalinówkę.

Kurpik przytaknął głową.

– Biegnijcie do Józefa prosić, żeby zaraz przyszedł – polecił starszym córkom. – Może jakie lekarstwo ma, choć widzi mi się, że na te wszystkie rany to mało pomoże...

Nie pytały o nic więcej, zerwały się z ziemi i poszły.

– A do Kalinówki sam pójdę – oświadczył niespodziewanie Kurpik. – Muszę zobaczyć minę, jaką będzie miał pan, jak mu to wszystko powiem...

Kurpik zbliżył się do dworu zachowując ostrożność i rozglądając się, by nie trafić pod kły starej wyżlicy Buni. Leżała na podwórzu, ale szczęśliwie zbyt daleko, żeby chciało się jej ruszać z miejsca. Kurpik zatrzymał się i wypatrywał kogoś, komu mógłby przekazać wiadomość. Gdy pokazał się parobek Jan, Kurpik zamachał ku niemu ręką, a gdy ten nieco podszedł, usłyszał, że chłop przyszedł do pana dziedzica w pilnej sprawie.

Jan wzruszył ramionami.

– Pan dziedzic zajęty – oznajmił. – To wy nie wiecie, że niechętnie was tu widzą? Kazał przepędzić, gdybyście przyszli.

– Ważna sprawa – oznajmił Kurpik. – Dla dziedzica ważna, nie dla mnie. Więc nie gadaj, tylko mnie zaprowadź

Parobek wahał się, ale się nie sprzeciwił zostać ochroną dla gościa i doprowadził go bezpiecznie aż do ganku. Bunia obserwowała obu uważnym spojrzeniem, ale nie podeszła, co Kurpik przyjął z westchnieniem ulgi.

Stojąc przed stopniami ganku Kurpik ukłonił się pannie Waci Potockiej, ponieważ pokojowa starszej pani była pierwszą osobą z dworu, którą zobaczył.

– Niech będzie pochwalony! Mam ważną wiadomość dla pana Kalinowskiego.

Wacia Potocka podeszła do gościa równie nieufnie, co przed chwilą parobek.

– Wy? – spytała pogardliwym tonem. – Znowu jaki zając sam wpadł wam do koszyka i chcecie, żeby pan dziedzic życzył wam smacznego?

Kurpik chętnie sprałby tę stara pannę po pysku za taki brak wychowania, ale udawał pokornego.

– Wam się nie muszę tłumaczyć – zauważył spokojnym tonem. – Ale wy musicie przed panem. I musicie powiedzieć, że chodzi o dziecko.

Wacia prychnęła lekceważąco, ale poszła powiadomić Franciszkę.

– Stoi przed gankiem i napiera się, żeby z panem Michałem rozmawiać – oznajmiła. – O dziecku podobno.

Franciszka wyszła, ale na jej widok Kurpik pokręcił głową.

– Z samym dziedzicem muszę mówić – oświadczył.

Franciszka wątpiła, żeby pan Michał chciał tracić czas na rozmowę z kimś mu tak nieżyczliwym i przykrym. Zmieniła jednak zdanie, gdy Kurpik dodał:

 

– O waszego chłopaka chodzi.

Franciszka zaniepokoiła się, że coś złego stało się małemu Józikowi, ale trwało to tylko chwilę. Synek przebywał stale pod jej opieką.

– O mojego? – przymrużyła oczy. – W domu przecież jest.

– O waszego Witię – uzupełnił Kurpik. – To jemu doktor potrzebny.

Franciszka nie wypytywała więcej, wbiegła do domu, wpadła na próg gabinetu męża i nerwowo stukając do drzwi, informowała, w jakiej sprawie przyszedł Kurpik.

– Michale, na pomoc! Coś niedobrego musiało się stać. Inaczej Kurpik nie odważyłby się przyjść!

Pan Kalinowski zaraz wyszedł przed dom i stanął naprzeciw Kurpika ze zmarszczonymi brwiami.

– Ja do pan dziedzica ze sprawą... – oznajmił chłop i zdjął kapelusz.

– Czego chcesz? – burknął pan Michał. – Zabroniłem przychodzić pod mój dom.

Kurpik ukłonił się kapeluszem.

– Chłopaka znalazłem. Niechaj pan dziedzic dadzą jaki wóz, żeby go przewieźć do dworu, bo nie uradzę przenieść taki kawał drogi...

– Wóz?! O czym ty mówisz, Kurpik?

Chłop obracał kapelusz w rękach. Nie wiedział, co powinien z nim zrobić, najchętniej włożyłby na głowę, ale nie starczyło mu odwagi.

– Znalazłem w lesie waszego Witię – wyjaśnił. – Pobity jest. Trzeba przewieźć i chyba doktora jeszcze...

– Pobity?! Przez kogo pobity?!

Kalinowski przeraził się, gdy dotarło do niego, że Witia nie może iść o własnych siłach. Ale od razu wiedział, że nie powinien obwiniać Kurpika. Chłop nie przyszedłby osobiście, gdyby to była jego sprawka.

– Gdzie on jest?!

– W mojej chałupie. Znalazłem w lesie, przyniosłem.

– Żyje?

Kurpik opuścił wzrok.

– Jak wychodziłem, to żył – odpowiedział ostrożnie.

Kalinowski nie tracił czasu. Wołał, aby siodłano konia, by posłano natychmiast po doktora, a sam podbiegł do Franciszki. Stała na brzegu ganku blada, z zaciśniętymi dłońmi.

– Nikomu nie mów! – polecił nerwowym głosem. – Nic nie mów, póki się nie dowiemy, co się stało!

W letnim, domowym stroju dosiadł podprowadzonego konia, a parobkowi kazał zaprząc bryczkę i jechać za sobą. Sam popędził ku Nowosadom.

Gdy po kilku minutach bryczka była gotowa do drogi i przejeżdżała przez podwórze, Kurpik zamierzał do niej wsiąść.

– Gdzie leziesz?! – warknął na niego Jan i podniósł bat.

– No, do Nowosadów – odpowiedział Kurpik spokojnie. – Pan dziedzic popędzał przecież, a mnie trzeba szybko za nim.

– W pańskiej bryczce?! – parobek był oburzony. – Nigdy w życiu!

I nie zgodził się, choć Kurpik przekonywał, że panu Kalinowskiemu zależy na czasie. Po namyśle Jan zgodził się jednak, żeby chłop stanął na stopniu powozu i w ten sposób dojechał do swojej chałupy.

Franciszka także chciała jechać, żeby zobaczyć Witię, ale opanowała się i została w domu. Zawołała dziewczynę służącą, aby sprawdziła posłanie chłopca i przygotowała płótna na opatrunki.

Nagły ruch w domu nie uszedł uwagi pani Katarzyny.

– Cóż to za bieganina? – spytała z niezadowoleniem, obudzona w drzemki w swoim fotelu.

Wacia Potocka wiedziała już, że przyczyną zamieszania jest wiadomość, jakoby Witia uległ strasznemu wypadkowi i za chwilę pan Michał miał przywieźć jego ciało do dworu.

– Ciało? – pani Katarzyna pobladła. – Czy to znaczy...

Zanim zemdlała, panna Wacia zdążyła jeszcze powiedzieć, że na razie nic nie potwierdza ostatecznego wyniku wypadku i może Witia jest tylko ciężko ranny.

– Boże! – jęknęła pani Kalinowska. – W co wdał się tym razem ten piekielny chłopak?!

CHOROBA WITII

Witia miał silną gorączkę, rzucał się po ziemi, bełkotał, trząsł się. Któreś z dzieci Kurpika wyniosło z szopy garść słomy, aby podłożyć mu pod plecy, nakryto go narzutą tkaną ręcznie ze szmat.

– Zemrze – powiedziała najstarsza dziewczynka.

– No! – zgodziła się inna.

A najmłodsza, co miała dopiero pięć lat, zapytała:

– Czy on pójdzie do nieba? Bo ja bym chciała do nieba...

Kurpikowa uciszyła dzieci i łykając łzy, czekała na nadejście jakiejkolwiek pomocy.

Michał Kalinowski przygalopował na podwórze Kurpika, skokiem przesadził płotek i zatrzymał się wprost przed leżącym.

– My niewinni! – rozkrzyczała się na jego widok Kurpikowa. – My niewinni!

Nie zwracał uwagi na jej wrzaski. Podbiegł do chłopca, przyłożył ucho do piersi, oglądał twarz, ramiona i nogi.

– Co za bydlę mogło zrobić coś takiego!

Zacisnął usta, nic więcej nie mówił, uważnie badając ciało chłopca. Lewej ręce poświęcił więcej czasu, była spuchnięta poniżej łokcie.

– Niezłamana – oznajmił Józef Lulewicz.

Klęczał obok Witii. Nie przywitali się – zięć i teść – nawet skinieniem głowy.

Kalinowski nadal przesuwał dłońmi po chłopcu, sprawdzając całość jego drobnego ciała.

– Więcej wody! – polecił. – Zimnej.

Przyniesiono ją zaraz w glinianej misce, pan Michał moczył w niej ścierkę, przykładał do czoła, do piersi, do ramion leżącego.

– Witia! – pytał. – Słyszysz mnie, Witia?!

Chłopak mamrotał, mówił coś, czego jednak nikt nie był w stanie zrozumieć. Kalinowski chwycił chłopca w ramiona i przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić. Zamierzał wziąć go ze sobą na siodło, Witia, nieduży i lekki, był zupełnie bezwładny.

Józef Lulewicz wzrokiem pokazał konia.

– Do doktora trzeba. Pomogę podsadzić.

Pan Michał wsiadł na siodło, stary Józef podniósł ostrożnie chłopca i pomógł go ułożyć w ramionach dziedzica.

Nie ujechali daleko, zaraz za wsią Kalinowski natknął się na pędzącą bryczkę, z Kurpikiem wiszącym na stopniu. Jan zatrzymał zaprzęg, obaj wybiegli do pomocy panu Michałowi. Chłopca ostrożnie przeniesiono do bryczki, ułożono na siedzeniu.

– Dziękuję, Kurpik – powiedział pan Kalinowski.

Chłop wzruszył ramionami. Był zadowolony, że Witia nie umarł pod jego chałupą, odzyskiwał dawną bezczelność.

– Do dworu przyjdź – ciągnął Kalinowski. – Pomogę, jeśli czego potrzebujesz.

Kurpik nie wiedział, jak traktować słowa dziedzica.

– A psami nie będziecie szczuli? – zapytał, ponieważ to tylko przyszło mu do głowy.

Kalinowski zmarszczył brwi.

– Teraz nie czas na nasze rachunki – zauważył. – Co innego mam na głowie.

Ze słów Kurpikowej, od której słyszał trzy razy, w jaki sposób jej mąż znalazł chłopca w lesie, dowiedział się, że chłop nie zna sprawców pobicia. Machnął mu dłonią na pożegnanie i usiadł przy dziecku, pilnując, aby nie zsunęło się z siedzenia podczas jazdy i delikatnie trzymając chłopaka za rękę. Jan powoził, a koń pana Michała biegł obok powozu uwiązany krótko z prawej strony.

Kurpik został na drodze. Wrócił do chałupy, gdy tamci zniknęli za zakrętem.

– Co za straszna rzecz się stała! – lamentowała Kurpikowa. – Cud prawdziwy, że dzieciak jeszcze dycha!

Kurpik wzruszył ramionami.

– Panowie to zawsze mają szczęście – zauważył. – Jakby tak która nasza córka zgubiła się w lesie, to prędzej by ją wilki zjadły, niż znalazłby się jaki dobry człowiek i uratował.

Józef Lulewicz, który nie odszedł jeszcze do swojej chałupy, uśmiechnął się na te słowa.

– Dobry człowiek, to niby wy? – zapytał z sarkazmem. – Oj, Kurpik, grzech u was za grzechem!

Kurpik nie przyjął nagany do siebie.

– Wy, Józefie, sami nie wiecie jak postępować, a mnie pouczacie – zauważył. – Dziedzic wam jedną córkę za pieniądze wziął, a drugą za darmo. Nie wierzę, byście uważali to za sprawiedliwe.

– Bo i nie uważam! – oburzył się Lulewicz. – Nie uważam i mówiłem panu Michałowi, i jego matce też mówiłem, co myślę o tym. Srogo mówiłem. Pan Kalinowski obiecał pojechać i zawrócić syna do domu.

– Akurat! – Kurpik nigdy nie wierzył w pańskie obietnice. – Słowa Kalinowskich tyle warte, co wiatr za stodołą. Obiecał, a niczego nie zrobił. Ot, i macie tę pańską sprawiedliwość!

***

Wezwanie skierowane do doktora Bogdanowicza nie zostało podjęte, lekarz okazał się bowiem nieobecny, gdyż pojechał w odwiedziny do córki. Posłaniec czekał długo na jego zastępcę, a gdy ten – człowiek młody i mało doświadczony – się wreszcie pojawił, wykręcił się do natychmiastowego wyjazdu do Kalinówki, zapowiadając wizytę dopiero na dzień następny.

Tymczasem Witia nieprzytomny leżał w łóżku i dla każdego było jasne, że jego stan jest poważny i nie należały zwlekać z udzieleniem pomocy. Kucharka Serafina zastosowała okłady, smarowanie obolałych miejsc gęsim smalcem, ale miało to niewielki wpływ na chorego.

Pan Michał pragnął się dowiedzieć, w jaki sposób Witia popadł w takie tarapaty, i zarówno sam oczekiwał tych informacji od chłopca, jak i zapowiedział wszystkim, którzy przy nim dyżurowali, aby przysłuchiwali się dokładnie słowom Witii licząc, że bełkotanie małego Sidorowicza może dać jakąś wskazówkę.

– Przecież musiała być przyczyna – mruczał. – Nikt nie zachowuje się tak bez powodu. Chciałbym ten powód poznać i znaleźć tego kogoś, kto tak potraktował naszego chłopaka.

Wieczorem, jak tylko wrócił posłaniec z Zabłudowa z wiadomością, że nie ma co liczyć na doktora, a lekarz z Białegostoku może przyjechać dopiero na drugi dzień, pan Kalinowski zdecydował, że nie ma innego sposobu, jak wezwanie pomocy z innego miejsca.

– Pojadę do Topolan – powiedział do Franciszki. – Von Lammers może nie odmówi pomocy.

Franciszka obawiała się, czy to dobry pomysł, żeby jechać na noc i chciała posłać kogoś ze służby, ale pan Michał pokręcił głową.

– On nie jest lekarzem, który zwykle odwiedza pacjentów. Jeśli przyjedzie do nas, to z łaski. Trzeba więc o tę łaskę poprosić. Nie ubędzie mi na honorze, jeśli poproszę choćby i Niemca, żeby mi syna ratował.

Starsza pani, usłyszawszy o planie pana Michała, aby jechać po ciemku, wpadła w przerażenie.

– Boże, przecież ci rozbójnicy! – zawołała. – Dopiero pisali w gazetach, żeby po nocy nie wychodzić. Napady zdarzają się nie tylko na drogach, ale i w domach nawet!

– W domu jesteście bezpieczne – Kalinowski był zdecydowany. – A ja pojadę, bo pojechać muszę. Pan Lammers nie odmówi, gdy go poproszę osobiście. A jeśli odmówi, siłą go tu sprowadzę!

Wybierał się w drogę małą bryczką. Franciszka stała na podwórzu, gdy Jan sprawdzał, czy jest dość nafty w zawieszonej lampie. Pan Michał wychodził z domu ze strzelbą w ręku i garścią naboi, które wpychał właśnie do kieszeni.

– Nic mi nie będzie – wyjaśnił uspokajająco. – Jakoś się przecież przemknę. Zbóje też kiedyś muszą spać.

***

Porucznik Otto von Lammers objął zarząd majątku po Jacku Nowackim, ponieważ jego właściciel zniknął i nie dawał znaku życia.

Dla niemieckiej administracji była to wyjątkowa okazja, mogła mówić, że opiekuje się Topolanami, odrzucając zarzuty, ze przejmuje majątek na swoje potrzeby.

Rządca majątku w Topolanach, przysłany przez władze niemieckie dla zapobieżenia rozkradaniu folwarku i zabezpieczenia plonów na rzecz armii, zamieszkał w jednym z budynków gospodarczych. Mieszkanie przysposobiono na jego potrzeby w kilka dni, w suszarni lnu kładąc podłogę, wstawiając okna oraz posłanie i stół.

Porucznik Otto von Lammers nie żądał nadzwyczajnych wygód, na czas do zakończenia żniw miał pozostawać w tej prowizorycznej kwaterze, a warunki przyjmował jako zrozumiałe w trudnym okresie wojennym i wcale nie narzekał. Miał wiele pracy w ciągu dnia, czas spędzał w polu, a jedynie na niedziele wyjeżdżał, by wyspać się w kwaterze, jaką zajmował w mieście, w porządnym mieszkaniu przy ulicy Pałacowej.

Gdy wspomniał o warunkach egzystencji w instytucji madame Kruger przy ulicy Polnej, kobieta wzniosła oczy ku górze i zamarła w niemym podziwie.

– Naprawdę na polowym łóżku? I nikt tam nie towarzyszy panu porucznikowi?

– Mam oczywiście adiutanta, on dba o wszystkie moje potrzeby.

Perlisty śmiech pani Kruger był odpowiedzią.

– Na pewno o wszystkie? – zapytała rozbawiona.

Von Lammers odkłonił się uprzejmie.

– Naturalnie poza tymi, o jakich pani myśli, madame. Ale wojna wymaga od nas wyrzeczeń.

– Och! – zaśmiała się pani Kruger. – Jaki pan zabawny! Przecież w żadnym wypadku nie powinien pan rezygnować z tego, z czego rezygnować nie musi. Są tam zapewne jakieś właściwe, choćby tylko zastępcze, obiekty...

– Niestety nie.

 

– Naprawdę?! To rzeczywiście niezwykle trudna sytuacja. Ale od czego ma się przyjaciół? Coś poradzimy, drogi panie, coś poradzimy. Proszę tylko wyrazić życzenie.

– Nie chciałbym kłopotać pani...

– Kłopotać? – podniosła brwi madame Kruger. – Ależ, panie poruczniku, dla mnie to czysta przyjemność, nie wspominając o obowiązkach wobec ojczyzny.

Efektem życzliwości pani Kruger wobec ojczystego kraju znajdującego się w trudnym położeniu oraz wobec porucznika von Lammersa była regularna obecność jednej z jej podopiecznych w Topolanach. Panna Lilly przyjeżdżała powozem z miasta w środę każdego tygodnia, przywożąc kosz ze smakołykami i odpowiednim winem, a w czwartek po południu wracała do Białegostoku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?