Dworek pod Malwami. Zakazane zabawyTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #23
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 23 - Zakazane zabawy

Saga

Dworek pod Malwami 23 - Zakazane zabawy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801781

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

RANY I BLIZNY

Lato 1916

Rana na czole Witii Sidorowicza szybko się zagoiła. Po dziesięciu dniach szwy wyjęto.

– Na młodym goi się jak na psie – powiedziała z zadowoleniem Franciszka.

Nad prawą brwią chłopca widniała jednak blizna i przewidywano, że będzie widoczna przez lata. Franciszka miała nadzieję, że z czasem i ona się zagoi, ale kucharka Serafina przekonywała, że chłopiec na zawsze został naznaczony. Na dowód pokazywała bliznę na swoim lewym łokciu.

– Pies mnie ugryzł jak miałam dziesięć lat – wyjaśniła. – I co? Zagoiła się, ale jest!

Wacia Potocka radziła stosować specjalny preparat do nacierania, który przyspiesza gojenie ran. Sporządziła go nawet z tajemniczych składników, ale Witia twardo nie chciał z niego skorzystać, źle znosił sam zapach alkoholu. Zresztą, mało przejmował się obrażeniami. Po dwóch dniach spędzonych w łóżku wyrywał się na powietrze i nie było sposobu, aby zatrzymać go w domu.

– Niech idzie – zezwoliła Franciszka.

To, że znowu mówił, wydarzenie ważne dla bliskich, nie zrobiło na nim wielkiego wrażenia. Witia Sidorowicz potrafił mówić, ale teraz nie chciał z tej umiejętności korzystać.

– Gul, gul! – rozlegało się w domu jak dawniej.

Po ludzku Witia odzywał się nadzwyczaj rzadko, jakby w obawie, że nie będzie zrozumiany. Nie lubił, gdy go prowokowano do wypowiedzi, wykręcał się na wszelkie sposoby.

– Nie szkodzi – Franciszka łagodziła uwagi domowników. – Przyjdzie pora, zapomni o tym swoim gulgotaniu i będzie się odzywał jak wszyscy.

Podobnie jak pozostali mieszkańcy Kalinówki, Franciszka widziała w odzyskaniu mowy przez chłopca boską interwencję. Pani Katarzyna dała na dziękczynną mszę świętą w Zabłudowie. Nieszczęśliwy wypadek Witii i jego choroba przyczyniły jej wiele zmartwień, a gdy wszystko skończyło się dobrze, była wdzięczna Opatrzności.

Wdzięczność okazano także niemieckiemu oficerowi, który wprawdzie spowodował wybuch na polu, ale udzielił rannemu dziecku szybkiej i fachowej pomocy. Porucznik Otto von Lammers został powitany w Kalinówce z wyraźną życzliwością i prawie przyjaźnie, co go nieco onieśmielało.

Życzliwy stosunek pani Katarzyny do Prusaka wynikał tak z wdzięczności za uratowanie chłopca, jak i z faktu, że oficer pochodził ze szlacheckiej rodziny, więc reprezentował dobrą sferę. Gdy pojawił się w Kalinówce po raz pierwszy od wypadku, starsza pani podjęła go herbatą na werandzie i długą rozmową.

– Przepraszam za niespodziewaną wizytę – tłumaczył się. – Pomyślałem, że powinienem zajrzeć i sprawdzić, jak ma się chłopiec. Bałem się, że może nie wykazałem dość umiejętności, a wiem przecież, że niełatwo teraz o lekarza...

Został upewniony, że Witia znajduje się w znakomitej formie, co zresztą zaraz zademonstrowano, prawie siłą dostarczając chłopca na werandę, aby lekarz mógł go obejrzeć. Otto von Lammers poświęcił na to ledwie pół minuty, Witia tyle tylko wytrzymał, a gdy się rozstawali, żaden nie ukrywał zadowolenia.

– Nie wiem, kto wyjął szwy – zauważył Niemiec – ale zrobił to bardzo dobrze. Obawiałem się zakażenia lub podobnych komplikacji.

Pani Kalinowska nie wspomniała, że zasługę należy przypisać synowej. Franciszka nie usłyszała pochwał, nie rozumiała po niemiecku, a w tym języku toczyła się rozmowa. Rolą Franciszki było dopilnowanie, żeby herbatę podano we właściwych filiżankach i aby była ona gorąca.

Spotkanie miało miejsce po południu, a ciągnęło się aż do zachodu słońca. Nad wsią i dworem zapadała cisza i błogi spokój.

– Prawie jak w moim domu – powiedział von Lammers, patrząc na zaczerwienione chmurki. – Przepraszam za tak osobistą refleksję.

Starsza pani pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Wszyscy jednakowo tęsknimy na obczyźnie – zauważyła.

Von Lammersa zainteresowała utrata i odzyskanie przez Witię mowy. Nie był świadomy, w jak niezwykłym wydarzeniu uczestniczył.

– To bardzo interesujące z medycznego punktu widzenia – zauważył. – Zapewne wybuch i szok po nim wywołały taką reakcję mózgu. Pan Kalinowski zapewne jest szczęśliwy z tak niespodziewanego zakończenia tego nieszczęsnego wypadku. Przyznam się, że w tej sytuacji i ja sam czuję się znacznie mniej winny. Wtedy, na polu, był chyba przekonany, że stracił syna.

Pani Katarzyna uśmiechnęła się.

– Chyba nie będzie łatwo skłonić Witię do jakichkolwiek badań, jeśli to pan ma na myśli – zauważyła. – Właściwie to dopiero ten niefortunny wybuch uświadomił nam wszystkim, że lekarze tak to przedstawiali już po tamtym wypadku, gdy Witia stracił mowę. Mówili, że zdolność mówienia może przywrócić jakieś gwałtowne wydarzenie, silne emocje, szok, podobnie jak straszne zdarzenie go jej pozbawiło.

Otto von Lammers nie znał szczegółów i z uwagą wysłuchał opowieści starszej pani o tym, jak pewnej nocy Witia Sidorowicz stracił w pożarze oboje rodziców, jak w szoku uciekł do lasu i stracił umiejętność mówienia.

– Świętej pamięci doktor Werner zawsze to powtarzał – przypomniała pani Katarzyna. – Że chłopiec będzie jeszcze mówił. Więc jesteśmy wdzięczni panu porucznikowi, że stał się jakby wykonawcą bożej woli...

Otto von Lammers bronił się przed taką kwalifikacją swoich działań.

– Nie ma w tym mojej zasługi. Ale, jeśli nie poczyta to pani za natręctwo, chciałbym o coś jeszcze zapytać. Chłopiec nie jest synem pana Kalinowskiego? Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale może coś źle zrozumiałem...

Pani Katarzyna nie uznała ciekawości lekarza za wścibstwo, nie miała mu jej za złe.

– To mój wnuk przysposobiony – wyjaśniła. – Syn wziął go do siebie, gdy w pożarze zginęli jego rodzice, nasi sąsiedzi. Pan Rafał Sidorowicz był przyjacielem mojego Michała.

– Rozumiem – kiwnął głową von Lammers. – To szlachetny uczynek, usynowić dziecko po zmarłym przyjacielu.

– Usynowił. Ale swojego nazwiska nie dał. Uznał, że Witia powinien pozostać przy swoim. Sidorowicz.

Otto von Lammers pokiwał głową.

– Wojna stwarza i takie przykre sytuacje.

– To zdarzyło się wcześniej, zanim wojna wybuchła. Rodzice chłopca zginęli w pożarze, niedaleko stąd, w majątku Rafałówka. Śledztwo nie ustaliło, w jaki sposób wybuchł ogień. Może z podpalenia, może z przypadku. Dziś to nieważne. Dziś Witia ma rodzinę.

– Nazwisko jakby znajome – zastanawiał się Niemiec, po czym uśmiechnął się przepraszająco. – A może tylko tak mi się wydaje, bo wiele nazwisk słowiańskich brzmi jakoś podobnie. W Dyneburgu, gdzie studiowało wielu Polaków, nie zawsze sobie radziłem z rozróżnianiem tych wszystkich –ski lub –wicz.

Długo trwała ta rozmowa, ponieważ pani Katarzyna znalazła wiele wspólnych tematów. Wiedząc, że porucznik von Lammers jest adiutantem dowódcy niemieckiego garnizonu w Białymstoku, interesowała się sprawami politycznymi. Porucznik chętnie wszedł z nią w dyskusję.

– Szanowna pani ma rację, niewiele trzeba do pokonania Rosji – oświadczył. – To gigant na glinianych nogach. Mimo prób odgryzania się, carskie imperium chyli się ku upadkowi. Kolejne ofensywy rosyjskie grzęzną na północy, grzęzną w Galicji. Rosja zostanie więc pokonana, a wtedy stanie przed Europą pytanie, co zostanie po państwie rosyjskim, przynajmniej w jego europejskiej części. Otóż ja jestem głęboko przekonany, że w miejscu, gdzie teraz się znajdujemy, znowu będzie Polska...

Było to dość nieoczekiwane oświadczenie. Pani Katarzyna znała oczywiście wiele rozmaitych teorii na ten temat, spodziewań i politycznych przedsięwzięć, ale poza przekonaniem, że historia nie lubi pustki, więc coś powstać musi w miejscu, które zostaje opuszczone, niewiele miała dowodów na realność takiego podejścia.

– Mówiono jaki czas temu, że powstanie Polska pod berłem cesarza Austro-Węgier, Franciszka Józefa – przypomniała. – Wiele było obietnic i górnolotnych słów, ale nie było konkretów.

– W tak zwanej sprawie polskiej prowadzone są rozmowy także i przez Niemcy – oznajmił von Lammers. – To nie jest łatwe, bo określenie granic przyszłego Królestwa Polskiego należy do najtrudniejszych dziedzin. Moim zdaniem, nie można spodziewać się włączenia do odrodzonego królestwa Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Przecież wtedy granica nowego państwa byłaby o rzut kamieniem od naszej stolicy w Berlinie!

Pani Kalinowska miała prosty pomysł na wyznaczenie granic, którym zaraz podzieliła się z rozmówcą.

– A nie można byłoby ich zakreślić w ten sposób, że Polska powinna być tam, gdzie mieszkają Polacy?

– Jak to ustalić? – podjął pomysł von Lammers. – Zorganizować spis, plebiscyt, głosowanie? To bardzo skomplikowana sprawa. Obawiam się, że tu na przykład zupełnie nie wiadomo, jak podejść. Zorientowałem się, że tylko część ludności uważa się za Polaków, inni określają siebie jako Rosjan, Niemców, Żydów, a nawet i tych, Białorusinów. Okropny konglomerat, porównywalny chyba tylko z Bałkanami, gdzie trzeba mieć nie lada rozpoznanie, żeby się zorientować w podziałach historycznych, politycznych, etnicznych, religijnych.

 

Zdaniem von Lammersa podział dawnego Królestwa Polskiego pomiędzy Prusy i Austrię, po wypędzeniu Rosjan w poprzednim roku, dodatkowo utrudnił jakiekolwiek działania.

– Grają rozmaite interesy partykularne – wyjaśnił. – Dziesiątki, setki problemów do rozwiązania. A tymczasem trwa przecież wojna. Nie można decydować o kształcie przyszłej Polski już teraz, gdy nie wiadomo do końca, jak wyglądać będzie świat do zwycięstwie.

Miał na myśli zwycięstwo Niemców i państw centralnych, co podkreślał kilkakrotnie. Pani Katarzyna zgadzała się, że Niemcy są potęgą i zauważyła, że są nader chętni do brania młodych ludzi do służby w wojsku.

– Odbudowa Polski zależy w znacznej mierze od tego, jakiej pomocy cesarstwu udzielą sami Polacy – oświadczył von Lammers. – Wszelkiej pomocy, zawłaszcza zaś w rekrucie, bo przecież bez armii nie pokonamy Rosji do końca, a trzeba ją rzucić na kolana i wymusić odtworzenie Polski. Istnieją, jak pani wiadomo, jednostki polskie przy armii austriackiej, istnieją przy naszej. To wszystko jednak za mało. Im większy wysiłek zostanie włożony w pokonanie nieprzyjaciela, tym większych zdobyczy mogą się Polacy spodziewać.

Pani Katarzyna słuchała tych planów z nadzieją, ale i z wątpliwościami. Niemcy wprawdzie wygrywali, ale nie obserwowano masowego wstępowania do ich armii młodzieży gotowej umrzeć za cesarza. Sukcesy Niemiec, choć rzeczywiście bardzo znaczące w ciągu minionego roku, nie oznaczały jeszcze pokonania cara Mikołaja. W wielu miejscach, nie tylko na Podlasiu czy Litwie, leżących w dawnych granicach imperium, ale nawet i w Warszawie ze strachem myślano o powrocie Moskali. W niektórych miastach rady miejskie nadal obradowały po rosyjsku i w tym języku sporządzano urzędowe dokumenty. Po stuleciu bezwzględnego panowania Rosji trudno było uwierzyć, że Moskwa nie wróci już nad Wisłę, Bug, Narew i Niemen.

– Polakom zależy na odbudowie niepodległości – powiedziała pani Katarzyna. – Walczyliśmy przecież razem z wami przeciw Rosji u boku Napoleona. Teraz też nie żałujemy wysiłku i krwi. Nawet z naszej wsi niedawno dwaj młodzieńcy poszli na wojnę na ochotnika.

– Na ochotnika? – zaciekawił się porucznik. – To bardzo dobry przykład właściwej postawy, szanowna pani. Warto go rozpowszechnić, aby był naśladowany przez innych.

Otto von Lammers, którego służbowym zadaniem było zachęcanie Polaków do wstępowania do wojska, chętnie rozwinąłby ten temat, ale nie chciał urazić pani Kalinowskiej.

Czuł się w jej towarzystwie swobodnie, a i pani Katarzyna nie uważała za stosowne zachowywanie ostrożności w rozmowach z oficerem.

Porucznik von Lammers dawno wypił już herbatę, pozwolił się poczęstować koniakiem i wcale nie zdradzał ochoty do zakończenia rozmowy. Pani Katarzyna bynajmniej go do tego nie zachęcała. Miała wiele pytań i spodziewała się choć na część z nich uzyskać odpowiedź.

– Zapewne to tajemnica wojskowa, ale mam podejrzenia, że gazety nie piszą całej prawdy – zauważyła. – Mój wnuk tłumaczył kiedyś, że każda władza ma coś do ukrycia i podając wiadomości, podaje je w sposób dla siebie wygodny...

Von Lammers uśmiechnął się.

– Co szanowna pani ma na myśli?

– To, że tak trudno określić prawdziwą sytuację – starsza pani odpowiedziała uśmiechem. – Gazety piszą o sukcesach armii niemieckiej na wszystkich frontach, a także o sukcesach cesarsko-królewskiej armii Austrii. Skąd więc tak wielu rannych żołnierzy? Podobno całymi pociągami jadą ranni na leczenie do Warszawy i innych miast...

Von Lammers uśmiechnął się z uznaniem.

– Rozmowa z panią, osobą tak znakomicie zorientowaną, to prawdziwa przyjemność – oznajmił.

– Więc jaka jest prawda? – naciskała pani Katarzyna Kalinowska.

Von Lammers ujął kieliszek i wychylił z niego resztkę koniaku.

– Znakomity! – pochwalił. – Co zaś do pytania szanownej pani, to odpowiem tak, jak mi na to pozwalają okoliczności. Jeśli można, przytoczę żart, jaki krąży wśród moich znajomych, a który dobrze oddaje aktualną sytuację. Niemcy biją Rosjan, Francuzi Niemców, więc dla Polaków nie ma lepszej sytuacji...

Pani Katarzyna doceniła szczerość oficera.

– Naprawdę tak się mówi w pana otoczeniu? – spytała z niedowierzaniem. – I to prawda, że Francuzi was...

Von Lammers skinął głową.

– Tak to wygląda w tej chwili – przyznał. – To sytuacja przejściowa, jak sadzę, ale tak się przedstawia. Na zachodnim froncie nadal przecież stoimy pod Verdun i nie wygląda na to, żebyśmy się bardzo posunęli. Dlatego jestem zdania, podobnie jak jego wysokość cesarz Wilhelm, że rozstrzygnięcie będzie miało miejsce na wschodzie. Owszem, Rosjanie podejmują ofensywy, przejściowo zajęli Bukowinę, spuścili lanie Turkom, ale to lokalne sukcesy, bez większego znaczenia strategicznego. Zapewne czytała pani, że przed miesiącem wygraliśmy wielką bitwę morską przy Jutlandii, pokonując ogromną flotę angielską. Blokada Anglii przez nasze okręty wojenne zaczyna przynosić pierwsze efekty. Nasze możliwości wojenne są ogromne, a zostały wzmocnione poprzez sukcesy w koloniach, a to są niezbędne dla wojny surowce. Wojna wchodzi więc w decydującą fazę, szanowna pani. Intensywnie pracują stare i nowe fabryki zbrojeniowe, a produkcja materiałów wojennych, w tym amunicji artyleryjskiej, jest kilkakrotnie wyższa niż w kilku innych krajach razem wziętych. Owszem, pod Baranowiczami trwa wielka, zacięta bitwa. Zapewne z tego kierunku pochodzą ranni, o których raczyła pani wspomnieć. Mówiąc nawiasem, w bitwie tej po obu stronach biorą udział pani rodacy. Wynik jest przesądzony...

Pani Katarzyna słuchała uważnie, ale nie dowierzała wszystkiemu co mówi Niemiec.

– Ale ludzie narzekają na rekwizycje i obciążenia – zauważyła. – Skoro jest tak dobrze, jak pan mówi, czemu jest tak źle? Armia zabiera już nie tylko dzwony, ale gromadzi bawełnę i szereg innych materiałów.

Otto von Lammers chrząknął niepewnie.

– Już gratulowałem szanownej pani rozpoznania – przypomniał. – Teraz to powtórzę. Znakomicie ocenia pani sytuację. Wojna wymaga wielkiego wysiłku. Od moich rodaków i od wszystkich, którzy biorą w niej udział w taki czy inny sposób. Podczas wojennej zawieruchy musimy ponosić ofiary. To prawda, nie brakuje trudności, zwłaszcza w polityce wewnętrznej, ale trudności są rozdmuchiwane przez przeciwników cesarza i złych patriotów Osobiście jestem zdania, że wszystkiemu są winni socjaliści, zwłaszcza ci pochodzenia żydowskiego. Oni nawołują do ograniczenia produkcji w fabrykach, organizują strajki i protesty. W czyim interesie? Zechce pani sama odpowiedzieć na to pytanie. Ale nie jesteśmy barbarzyńcami. Przywódca socjalistów niemieckich, niejaki Liebknecht, nie został rozstrzelany za takie szkodzenie interesom Niemiec, a tylko skazany na ledwo trzy miesiące twierdzy. Na pewno przyzna pani, że to nader łagodne, humanitarne postępowanie. To wprawdzie Żyd, ale jednak podany cesarza i obywatel Niemiec, w Niemczech zaś prawo jest najważniejsze.

Von Lammers rozgadał się, z uznaniem przyjął kolejną porcję koniaku i kontynuował wystąpienie.

– Otóż, odgadła zapewne pani, że moja wizyta nie ma wyłącznie charakteru towarzyskiego. Bardzo mi miło rozmawiać z panią, ale muszę się przyznać, że przybyłem tu także z bardziej konkretnego powodu...

– Domyśliłam się – powiedziała starsza pani.

– Występują bardzo poważne trudności aprowizacyjne. To prawda, której nie mogę i nie chcę ukrywać. Wkrótce zostaną wydane nowe zarządzenia, mówiące o ograniczonych przydziałach i kontyngentach dla wojska i ludności cywilnej. Nie wszyscy chcą bowiem ponosić koszta wojny, ukrywają żywność i furaż, jakby nie rozumieli, że służyć one powinny ogółowi. Tych władza zapewne przekona do tego, aby zechcieli się podzielić. Jednakże nie dotyczy to oczywiście gospodarstwa szanownej pani. Przyjechałem zapytać, czy w ramach konieczności wojennych nie zechce majątek Kalinówka dostarczać do Białegostoku nadwyżki zbywających produktów. Czasy nastały trudne, ale są ciężkie dla wszystkich.

Pani Katarzyna pokręciła głową.

– W tej sprawie powinien pan rozmawiać z moim synem – oznajmiła. – On jest tu właścicielem i gospodarzem. Ja mogę mu jedynie doradzać. Wróci za kilka dni, wyjechał w ważnej sprawie rodzinnej. Gdyby zechciał pan przyjechać po jego powrocie, uzyskałby pan wszystkie niezbędne informacje.

Porucznik spojrzał uważnym wzrokiem.

– A jakie będą rady szanownej pani?

Pani Katarzyna uśmiechnęła się spokojnie.

– Podpowiem mu, żeby najpierw zechciał się ugodzić – odpowiedziała.

Von Lammers z uznaniem skinął głową.

– Szanowna pani ma całkowitą rację. Nie chciałbym, aby do majątku przyszli sekwestatorzy. Chciałbym po przyjacielsku poradzić, aby zgłosić do władz nadwyżki żywności i innych materiałów. Wówczas Kalinówka uniknie rekwizycji.

– Ciekawe, na jak długo – mruknęła pani Katarzyna. – Najpierw obrali nas Moskale, potem wasze wojsko. Niewiele nam zostało, tyle co na przeżycie.

Von Lammers poruszył się niespokojnie

– Wojna, szanowna pani – przypomniał. – Nic nie jest tak jak zwyczajnie. Mój majątek ziemski w Prusach Wschodnich został obrabowany i podpalony. Różnica między nimi a nami jest taka, że my nie niszczymy tylko po to, żeby niszczyć.

– Pewnie – zgodziła się starsza pani z lekką ironią w głosie. – Niemcy są mądrzejsi, znani z gospodarności i zapobiegliwości. Nie niszczą tego, co może pracować na nich.

Porucznik von Lammers nie skomentował wypowiedzi, takie podejście było dla niego oczywiste.

Pani Katarzyna zmarszczyła brwi, jak gdyby przyszła jej do głowy jakaś nowa myśl.

– Panie poruczniku – spytała. – Będziecie wszystkich traktować jednakowo bezwzględnie i bezmyślnie, czy też jest pan gotowy na rozmowę i pertraktacje?

– Co pani ma na myśli? – zapytał von Lammers ostrożnie.

– Ustalenia poczyni pan z moim synem, gdy Michał wróci – powiedziała starsza pani. – Ale pewne rzeczy mogę podpowiedzieć panu już teraz. Otóż, jak pan doskonale wie, ziemia wymaga pracy i potu, żeby dawała dobry plon. Wymaga też myślenia i dobrego planowania. Czy pan wie, że największą bolączką gospodarstw jest teraz brak ludzi – do obrobku, a także koni do orki, do zwózki. Gdyby Kalinówka, a zapewne i inne gospodarstwa, dysponowały większą liczbą pracowników, może dałoby się z ziemi wycisnąć więcej. Wszelkie nadwyżki mogłyby iść do miasta...

Von Lammers szeroko otworzył oczy.

– To z pewnością jest dobry kierunek działania, szanowna pani – oznajmił. – Przypadkowo mam pewien wpływ na poborowych. Mógłbym spowodować, żeby jacyś młodzi ludzie, zanim udadzą się do koszar, by przywdziać mundury, pełnili służbę na polach, na przykład pomagając przy żniwach.

– To dobry pomysł – pochwaliła pani Kalinowska. – Na pewno w ten sposób osiągniemy więcej.

Von Lammers zapalił się do projektu.

– Warto nad tym popracować – oświadczył z zapałem. – Co do kilku robotników, poborowych mogę ich obiecać już teraz. Kiedy mają się stawić? Za tydzień, za dwa tygodnie?

– Za dwa.

– Doskonale! Zorientuję się także w możliwościach transportowych. Wiem doskonale, że na wsi brakuje koni, może uda się wypożyczyć zaprzęgi, na pewno się uda. Trzeba będzie przecież przewieźć ziarno lub mąkę, bo i młyn należy do państwa, prawda? Doskonale! Popracuję nad tym i za kilka dni, jeśli pani pozwoli, stawię się z konkretnym planem, aby omówić go z panem Kalinowskim. Bardzo dziękuję za okazane zaufanie. Mam też nadzieję, że obie strony będą zadowolone, na tyle, na ile to jest oczywiście możliwe w dzisiejszych okolicznościach...

Zamierzał wstać, pożegnać się i biec do wypełniania nowych zadań, ale starsza pani dała znak, aby został jeszcze chwilę.

– W takim razie czy i ja mogę mieć prośbę do pana porucznika?

– Oczywiście! – szybko zgodził się von Lammers. – Szanowna pani może rozkazywać.

– Chodzi o mojego wnuka – wyjaśniła pani Kalinowska. – Jak wielu innych młodych mężczyzn poszedł na wojnę. Dostaliśmy o nim wiadomość jeszcze w zeszłym roku, był w obozie jenieckim w Świdnicy. Potem jednak kontakt się urwał. Czy pan porucznik mógłby spróbować dowiedzieć się, gdzie jest i czy jest zdrowy? Cywilna poczta podlega bardzo surowym restrykcjom. To bardzo przykre nie mieć od wnuka wiadomości tak długo. Nazywa się Stanisław Kalinowski.

– Słyszałem o nim od pana Kalinowskiego – przypomniał sobie von Lammers. – Bitwa pod Tannenbergiem. Ale byłem przekonany, że jest tu na miejscu, nie wiem dlaczego...

 

– Chodzi o innego wnuka – uśmiechnęła się starsza pani. – Ignaś wrócił po kilku tygodniach. Ten drugi, młodszy, Stanisław, najpierw był w Rosji jako więzień polityczny, a następnie trafił na front i z rosyjską armią poszedł na zachód.

– Więzień? – przymrużył oczy von Lammers. – Czy nie z powodu socjalizmu?

– Boże broń! – oburzyła się starsza pani. – Tego słowa nawet nie wymawia się w moim domu! Występował przeciw caratowi, za co został osądzony przez wojskowy trybunał. Z dzisiejszego punktu widzenia patrząc, był wrogiem Rosji, zatem niekoniecznie waszym przeciwnikiem...

Taka perspektywa zaciekawiła Lammersa. Zapisał sobie nazwisko i datę urodzenia Stanisława Kalinowskiego, syna Michała.

– Mam nadzieję, że szanowna pani rozumie, że mimo najlepszych chęci, niczego nie mogę obiecać – zastrzegł się. – Ale zapewniam, że zrobię co należy, aby się dowiedzieć, w jakim obozie przebywa i czy można jakoś ułatwić mu życie za drutami.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?