Dworek pod Malwami. Cukrowy baranekTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #21
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 21 - Cukrowy baranek

Saga

Dworek pod Malwami 21 - Cukrowy baranek

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801804

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

DYLEMATY IGNASIA

Styczeń 1916

Pani Katarzyna Kalinowska nie umarła, mimo poważnego stanu, w jakim – jej zdaniem – znajdowała się jesienią. Na drugi dzień po przyjęciu sakramentu ostatniego namaszczenia i pożegnaniu się z domownikami, starsza pani poczuła się lepiej, na trzeci dzień nieźle, a po kilku całkiem dobrze. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

W tydzień po chorobie, która miała być śmiertelna, pani Katarzyna jak dawniej chodziła po Kalinówce, wydawała polecenia, sprawdzała ich wykonanie i wtrącała się do wszelkich spraw i czynności gospodarskich.

Wydawało się więc, że wszystko wróciło do poprzedniego stanu.

Był to jednak tylko pozór, ponieważ we dworze zaszła znacząca zmiana. Ignaś Kalinowski złożył umierającej babce przysięgę, że się nie ożeni z dziewczyną ze wsi, a żony poszuka sobie w rodzinach szlacheckiego pochodzenia. Obietnica ta wprawiła go w wielką frustrację.

Oczywiście, początkowo nic nie wskazywało, że życie w Kalinówce zmieni się bardzo poważnie.

Po ostatnim pożegnaniu babki, po wymuszonej przez nią przysiędze, Ignaś pognał w pola i wrócił dopiero w nocy, gdy wszyscy już spali. Przez następne dni unikał kontaktu z kimkolwiek, prawie się nie pokazywał, a wszelkie próby nawiązania rozmowy kwitował groźną miną lub wzruszeniem ramion.

Jeden tylko pan Michał odważył się mówić z synem, ale była to rozmowa dziwaczna, ponieważ ograniczyła się do filozoficznego stwierdzenia pana Kalinowskiego.

– Twoja babka umie przeprowadzić swoją wolę. Pamiętaj, że ona chce dla ciebie jak najlepiej.

Ignaś nie był tego zdania. Ukrywanie się przed innym przychodziło mu łatwo, ponieważ jak zwykle jesienią, gdy zaczynały się chłody i szarugi, prawie nie opuszczał swojej części domu. Brakowało jego wieczornych wizyt w salonie, gdy przynosił gazety do głośnego czytania lub długo dyskutował z ojcem nad nowymi sposobami gospodarowania.

Ale choć wszyscy uważali, że babka wymusiła na wnuku obietnicę wbrew jego woli, nikt nie śmiał podważyć jej głośno. Przysięgę daną osobie umierającej należało bezwzględnie wypełnić.

Franciszka miała pretensje do teściowej, zmuszającej wnuka do postępowania zgodnie ze swoim widzimisię, ale i ona odważyła się mówić o tym tylko z mężem. Jednakże pan Michał nie widział większego problemu.

– Ignaś zauroczył się twoją siostrą – ocenił. – Sabina ma widać w sobie coś szczególnego, skoro tak się uparł. Ale teraz, gdy złożył tę przysięgę, to może zastanowi się nad inną możliwością.

Kalinowski poważnie traktował przysięgę syna i był przekonany, że Ignaś zrezygnuje z pomysłu poślubienia Sabiny Lulewicz.

– Nieszczęśliwie ulokował swoje uczucia – ocenił. – Stanął przed trudnym wyborem pomiędzy rodziną a zakochaniem. Im szybciej się pogodzi z koniecznościami, tym lepiej dla wszystkich.

Przemyśliwał nad skierowaniem zainteresowania syna ku innej osobie, choćby ku pannie Semkowicz, za czym optowała babka Kalinowska, ale uważał, że trzeba dać Ignasiowi czas na zrozumienie sytuacji.

– Dobrze by było, gdybyś pomówiła z siostrą – powiedział do Franciszki. – Być może udałoby się jej wytłumaczyć, czego nie powinna spodziewać się po Ignasiu.

– Być może? – spytała Franciszka. – I czego nie powinna się spodziewać?

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Pytasz jak dziecko. Rozumiesz chyba, że moja matka nigdy nie zapomni tamtej sprawy na polu. Choćby Sabina na kolanach przyszła przepraszać, moja matka jej nie wybaczy. Nigdy jej nie wybaczy. Więc czy Ignaś przysięgał, czy nie przysięgał, z Sabiną nie może się ożenić. Najlepiej by było, gdyby ona sama go zniechęciła.

Franciszka miała na końcu języka pytanie, czy gdyby między młodymi istniało uczucie, pan Michał też byłby taki zasadniczy, ale nie zapytała o to. Brakowało jej przekonania, że Ignaś Kalinowski myśli o Sabinie poważnie.

***

Pani Katarzyna nie czuła się zupełnie zdrowa, ale jednak nie było z nią aż tak źle, żeby nie wiedziała, co dzieje się w Kalinówce i aby nad tym wszystkim utracić kontrolę.

Wacia Potocka donosiła jej wszelkie gadki służby oraz plotki ze wsi. Wynikało z nich, że Ignaś nadal chodzi w wielkim żalu i nie brakowało takich, co współczuli mu, że babka zmusiła go do przysięgi. Ta była takimi uwagami bardzo oburzona.

– Ja go zmuszałam?! – pytała Wacię po raz kolejny. – Jak można w ten sposób mówić?! Sama powiedz, czy ja go w jakikolwiek sposób zmuszałam?

Panna Potocka przyznawała rację starszej pani, ale w duchu nawet i ona uważała, że Ignaś wpadł w zastawioną pułapkę.

***

Przez następne dni Franciszka szukała odpowiedniej chwili, żeby w sprzyjających okolicznościach rozmówić się z pasierbem i wybadać jego zamiary. Ale Ignaś nie pokazywał się wcale, a jeśli spotykali się przelotnie, miał nachmurzoną minę i nie zdradzał ochoty na jakiekolwiek dyskusje.

W końcu Franciszka postanowiła poprosić go o rozmowę. Żyli dotąd obok siebie zgodnie i bez swarów, liczyła więc, że Ignaś nie odmówi.

Siedział w swojej części domu, zajęty czytaniem gazet rolniczych i obmyślaniem planów pracy na rok następny. Rękawy koszuli miał podwinięte, w izbie było bardzo gorąco, zgodnie z zaleceniem lekarza palono tu w piecu znacznie więcej, niż w pozostałych częściach domu.

Ignaś bardzo zdziwił się na widok macochy, Franciszka nigdy sama nie zaglądała do pokoju pasierba.

– Ma Franciszka jakąś sprawę? – uśmiechnął się na powitanie. – Proszę wejść, bo z sieni zimno ciągnie, a ja na przeziębienia jestem wrażliwy...

Franciszka weszła do pokoju, przymknęła za sobą drzwi, ale nie zamykała ich zupełnie. Przecież przyszła tylko na chwilę, nikt nie może jej zarzucić nieprzystojnego zachowania.

– Ignaś nie przychodzi do kuchni albo do salonu, to sama musiałam go znaleźć – wyjaśniła. – Nie ma okazji porozmawiać...

Kalinowski wskazał wzrokiem krzesło.

– Niech Franciszka usiądzie, bardzo proszę.

– Nie, nie! – zawołała szybko. – Ja tylko o jedną rzecz chciałam zapytać i muszę uciekać do swojej roboty.

– No dobrze – westchnął. – Niech i tak będzie. Rzadko mnie kto tu odwiedza, jak Franciszka wie. A ostatnio, to nawet jakby jeszcze mniej... No, słucham, jaki kłopot Franciszkę do mnie sprowadza?

– Zmartwienie – odpowiedziała szybko. – Bo ja Ignasia lubię i źle się czuję, kiedy on ma jakiś kłopot albo zmartwienie.

Głośno przełknęła ślinę.

– Powiem prosto z mostu – ostrzegła – bo czasu nie ma. To niech się Ignaś nie gniewa, jak powiem coś nie tak. Ale widziałam pewnego razu, jak przyglądał się obrazowi w salonie. No, temu, co jest na nim ta hrabianka, co rzuciła się do rzeki...

– Do stawu – poprawił machinalnie.

– Do stawu – zgodziła się Franciszka. – Widziałam, jak Ignaś patrzy i jak bardzo jest zamyślony. I przestraszyłam się, że może co złego... co złego mu po głowie chodzi...

Kalinowski spoważniał.

– Franciszka sądzi, że myślałem o samobójstwie?

Pytanie zadano tonem bardzo serio i Franciszka zrozumiała nagle, że wyrwała się jak Filip z konopi. Próbowała wycofać się, wyjaśnić, ale nie mogła znaleźć odpowiednich słów i określeń.

– Bardzo przepraszam – mówiła z opuszczonymi oczami. – Przepraszam, że tak głupio pomyślałam. Bo przecież Ignaś mądry jest człowiek, i katolik, na pewno by takiego głupstwa... i to jeszcze z takiego powodu...

Ignaś Kalinowski nie przerywał. Pozwolił jej mówić, plątać się, tłumaczyć. Gdy wreszcie przerwała, w przeświadczeniu, że więcej już namotać nie można, młody Kalinowski powiedział:

– Franciszka nie całkiem odgadła.

Zrobiło się jej jeszcze bardziej głupio i przykro, ze wstydu zapadłaby się pod ziemię.

– Powiem Franciszce – ciągnął Ignaś bardzo poważnym tonem. – Powiem, ale lepiej niech to zatrzyma przy sobie. Otóż, rzeczywiście pomyślałem o czymś podobnym. O tym, że właściwie babunia Kalinowska... mogłaby... w tym stawie...

Było to coś strasznego. Franciszka gwałtownie podniosła ręce do góry.

– Nie, nie! – zawołała. – Niechaj Ignaś tak nie mówi. Nie wolno!

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Wolno, nie wolno – mruknął. – Zakazy, nakazy, obietnice, przysięgi... Wszystko po to, żeby człowieka związać i zniewolić... Naprawdę, czasem mam już tego wszystkiego dosyć. Wie Franciszka, że czasem żałuję, że urodziłem się tutaj, a nie w chłopskiej chacie? Wcale nie czuję się rycerzem, żaden ze mnie wojownik. Ja lubię pracę w polu, w lesie. Do tego nie jest potrzebne szlacheckie pochodzenie i wszystkie te głupie literackie obrazki. Dwory, malwy i inne. W chacie może miałbym więcej swobody i wolności, bo by mnie nie krępowały obowiązki wobec rodu, wydumana napuszona tradycja, przesadny kult przodków. To wszystko, co według niektórych powinno dawać mi siłę, krępuje mnie i wiąże...

 

Franciszka nie odzywała się. Chciała wyjaśnić, że los chłopski tylko panom wydaje się ciekawy i swobodny, a jest zupełnie, zupełnie inaczej. Ją samą zmuszono do przyjścia do Kalinówki, ojciec nie liczył się z jej zdaniem, sprzedał jak zwierzę domowe. Myślała o tym, że to kto się gdzie urodził, ma w jego życiu zasadnicze znaczenie. Ona była chłopką, pasierb był szlachcicem, a im więcej wolno, więcej im uchodzi. Siedział teraz cały nieszczęśliwy, że nie może połączyć się z chłopską córką, ale czy on wie, czego naprawdę pragnie?

– Ignasiu – przemówiła. – Niech się Ignaś nie pogniewa, jak powiem co głupiego. Ale jakby Ignaś chciał, jakby mu zależało, żeby ożenić się z Sabiną, to może z czasem znajdzie się jakiś sposób. Na pewno się znajdzie. Ale tylko wtedy, jakby Ignaś bardzo chciał...

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Za późno – przypomniał. – Już obiecałem. Przysięgałem babce, przy świadkach. Wszyscy widzieli i słyszeli.

Franciszka nie ustępowała.

– Ale czy Ignaś naprawdę tak bardzo by chciał Sabinę? – spytała ponownie. – Czy znalazłby siłę, że stanąć przeciw rodzinie? Ja myślę, że Ignasiowi nikt nie pomoże, jedna tylko ja...

Kalinowski spojrzał na macochę z zastanowieniem. Nie wierzył, żeby znała sposób na ominięcie czegoś tak trudnego i nieprzekraczalnego, jak przysięga dana umierającej.

– Nie mogę postąpić wbrew babce – oznajmił po chwili. – Doceniam troskę Franciszki, ale nie mogę zawieść babki. Nawet jeśli czasem myślę o niej tak jak wtedy pod tym obrazem, o czym mam nadzieję Franciszka zapomni...

MALWINA

Serafina, kucharka w Kalinówce, często występowała w roli pierwszej pomocy. I to nie tylko w nagłych wypadkach, ale i wówczas, gdy niezbędna była porada na problem trapiący kogoś przez dłuższy czas, nie zawsze w zakresie medycznym.

Najważniejszą uczennicą Serafiny była podkuchenna Malwina, dziewczyna duża i może nieco powolna, ale bardzo chętna do nauki.

– Lekarstw jest na świecie bardzo wiele – mówiła kucharka. – Ludzie tylko ich jeszcze nie znają, albo nie umieją stosować.

Wszelkiego rodzaju alkohol stał u Serafiny na czołowym miejscu, ale znała również szereg innych sposobów i przepisów na różne dolegliwości.

– Ucz się – powtarzała na każdym kroku. – Co jak co, ale takie rzeczy bardzo przydają się w życiu.

– Na wszystko to chyba nie ma lekarstwa – powątpiewała Malwina. – Jak komu nogę utną, to żadne lekarstwo nie pomoże.

Serafina nawet nie bardzo złościła się na takie gadki, przywykła już, że Malwina nie jest najlotniejsza i trzeba do niej wiele cierpliwości.

– Nie na wszystko jest lek – zgodziła się. – Dajmy na to, nie można nikomu oleju do głowy nalać, a niejednemu by się przydało.

Malwina nie obrażała się o przytyki, przywykła do nich w Kalinówce.

– I na łysienie nie ma – oświadczyła z triumfem. – Jak komu włosy z głowy wyjdą, to nie da się ich przywrócić.

– Są tacy, co potrafią – sprzeciwiła się kucharka.

Malwina zrobiła wielkie oczy ze zdumienia, bo dziwiła się często i z wielu rozmaitych powodów.

– Fina też to potrafi? – spytała.

Kucharka dyskretnie pociągnęła z małej butelki. W ciągu dnia stale miała naczynie pod ręką i korzystała z niego wielokrotnie. Jej odwaga rosła w miarę upływu dnia, przy zmniejszaniu się objętości płynu w małym naczyniu. Szczęśliwie jednak dla mieszkańców Kalinówki, Malwina umiała coraz więcej i coraz częściej zastępowała Serafinę w przygotowywaniu posiłków. Franciszka cieszyła się z takiego obrotu sprawy, ponieważ oznaczało to powrót do czasów, gdy posiłki były podawane regularnie, o ściśle wyznaczonych porach. Zauważyła to zarówno pani Katarzyna, jak i pan Michał, narzekający do niedawna na rozchwianie domowych porządków.

– Czyżby Fina przestała pić? – nie dowierzała starsza pani. – Byłby to chyba jakiś cud.

Nie pochwaliła jednak Serafiny za powrót na dobrą drogę, a że poprawę zawdzięcza Malwinie, nie przyszło jej do głowy.

Podkuchenna tymczasem podpytywała, jak przywrócić włosy, których nie ma już na głowie.

– Jest przepis – zdradziła Serafina. – Nie wiem tylko, po co on tobie potrzebny. Zamierzasz wyłysieć czy co?

– To dla Poleszuka – zdradziła z przejęciem Malwina. – On ma takie ładne, gęste włosy, a tylko na czubku głowy placek się mu zrobił. Cieszyłby się na pewno, gdybym pomogła coś...

Kucharka spojrzała spod oka.

– A co ty za interesy masz z Poleszukiem?

– Pomóc chciałam – tłumaczyła się niepewnie Malwina, ale uciekała wzrokiem.

Podkuchenna Malwina bardzo chciała wyjść za mąż, wszyscy to wiedzieli, i oglądała się za każdym mężczyzną i za każdą szansą. Tymczasem szans było niewiele. Większość młodych ludzi poszła na wojnę, inni uciekli do Rosji, w okolicy zostało bardzo niewielu kawalerów. Każda para spodni była dla samotnych kobiet wiele warta, pozwalała marzyć, że znajdą kogoś dla siebie. Poleszuk był od niedawna młynarzem w Kalinówce i nie miał żony.

– To chyba nic złego, że pomagam? – spytała Malwina.

– A pewnie, pewnie – zgodziła się kucharka. – Pewnie, że nic złego. Pod warunkiem, że nie będziesz taka głupia jak ta Natalia od starego Wudkiewicza świętej pamięci. Wystawić tyłek nietrudno, trudniej pomyśleć zawczasu, co dalej może być.

Pani Kalinowska bardzo oburzyłaby się na taki sposób mówienia. Ale kucharka Serafina nie lubiła owijać w bawełnę i tłumaczyła pomocnicy, czego w żadnym wypadku nie powinna robić.

– Nie patrz za każdym – pouczała. – Poczekaj, aż ten właściwy sam przyjdzie. Jak będziesz za każdym patrzeć, żaden szanować cię nie będzie. Tak sobie nabiłaś głowę, że poszłabyś za każdego, kto by tylko palcem kiwnął! Ale uważaj, mówię ci. Chłop każdy tak samo łakomy jest. Patrzy tylko, jak skorzystać. Choć Poleszuk dobry człowiek, spokojny taki i pomocny, w zwierza się zamieni, jak tylko dasz po temu okazję.

– Ja tylko pomóc chciałam – tłumaczyła się Malwina.

– Akurat! To ja niby nie widzę, jak kolanami trzesz na jego widok. Zapomnij, głupia!

Malwina przekonywała, że kierują nią wyłącznie dobre chęci. Poleszuk wcale się jej nie podoba, może go wziąć każda inna, nawet i Wacia Potocka, pokojowa starszej pani. Wszyscy przecież wiedzą, że kiedyś kwiaty jej nawet przyniósł. Jej chodziło tylko o przepis na powstrzymanie łysienia.

Serafina przymrużyła oczy i wyrecytowała:

– Kilka garści liści, kwiatów i świeżych nasion nasturcji i tyle samo liści pokrzywy weźmiesz. Wszystko drobno posiekać i wymieszać, potem zalać spirytusem. Jedna flaszka będzie w sam raz. Odstawić w ciemne miejsce na dwie niedziele, potem odfiltrować i gotowe. Lekarstwo trzeba wcierać w głowę przed snem.

– Aha – powiedziała Malwina. – A ile razy na dzień?

Kucharka wzniosła oczy do nieba.

– Trzymajcie mnie, bo padnę! Co za tępa dziewczyna! Była tu taka Amelka, to ona była głupia. Ale do ciebie to bardzo jej daleko! Ile razy dziennie, pyta się! Przecież mówię, że przed snem! Więc jeden raz! Rozumiesz? Jeden!

Malwina uśmiechnęła się z podziękowaniem.

– Wszystko rozumiem – zapewniła.

Po czym spytała:

– A pokrzywy skąd wezmę?

Serafina wzruszyła ramionami.

– Poczekaj do wiosny, same ci w ręce wejdą.

– Aha – odpowiedziała Malwina.

Z żalem zrezygnowała z wykorzystania przepisu na lekarstwo.

– Trudno – oznajmiła po namyśle. – Aż do wiosny nie mogę czekać. To już chyba prędzej pan Ignaś spełni swoje postanowienie i znajdzie dla mnie męża. Mówiłam wam, że mi obiecał.

– Mówiłaś – wzruszyła ramionami kucharka. – Tysiąc razy. A teraz weź się do obierania kartofli.

Malwina ochoczo ruszyła do roboty. Żywiła mocne przekonanie, że Ignaś Kalinowski wreszcie doprowadzi do realizacji jej największego marzenia. Nie przypominała mu się, ale ile razy widziała panicza, patrzyła na niego z niemą prośbą.

– Nie zapomni? – upewniała się co jakiś czas u Sabiny Lulewicz. – Prawda, że nie zapomni? Dał słowo, a pańskie słowo nie byle co.

– Na pewno – pocieszyła Sabina.

Jej Ignaś też dał słowo, dał je także swojej babce i nic nie wskazywało na to, żeby którekolwiek obietnice Ignasia przybliżyły się choć trochę do spełnienia.

Ale pewnego dnia na początku stycznia sytuacja uległa zasadniczej zmianie.

***

W przeddzień święta Trzech Króli przyszli do dworu w Kalinówce dwaj chłopcy ze wsi i poprosili o rozmowę z paniczem Ignasiem.

Ignaś siedział samotnie w swojej części domu, dzień był mroźny i zapewne nie miałby ochoty wychodzić. Franciszka wahała się, czy w ogóle zawracać mu głowę wiadomością o gościach ze wsi. Ale przypomniawszy sobie, że pasierb na ten właśnie dzień zapowiadał odwiedziny w stajni, kazała im zaczekać na ganku.

Usłyszawszy, że przyszli Borysewicz i Kuczko, młody Kalinowski ożywił się i podziękował za dobre wiadomości.

– Chętnie z nimi pogadam.

Założył kożuszek, futrzaną czapkę i długi wełniany szalik. Wyszedł przed dwór i skrzywił się od zimnych powiewów wiatru.

Borysewicz i Kuczko ukłonili się z daleka. Mieli po dwadzieścia lat, mieszkali w sąsiadujących ze sobą zagrodach. Kiedy niedawno wybuchła wojna, zgłosili się obaj na ochotnika i drogę odbywali z Ignasiem Kalinowskim, który wówczas także się zaciągnął.

– Poradzić się przyszlim – oznajmił Borysewicz. – Jeśli pan Ignaś będzie dla nas łaskawy.

Kłaniali się lekko, bez uniżoności.

– Zawsze mam czas dla kolegów z armii – odpowiedział Kalinowski.

Przywitał się z nimi przez podanie ręki, co przyjęli z zadowoleniem.

– Chodźmy to stajni – zaproponował Ignaś. – Dla mnie tu trochę za zimno, a akurat mojego nowego trzylatka planowałem dojrzeć. Nie będzie wam przeszkadzało?

– Nie będzie – zapewnił Kuczko. – Nawet lepiej, bo chcieliśmy o sprawach wojskowych pomówić, to i może słyszeć nie powinien kto niepowołany...

Przeszli na drugą stronę drogi, do długiego budynku, z boksami dla koni. Większość boksów była od ubiegłego lata pusta, stały tu tylko dwa konie robocze i jeden trzylatek, oczko w głowie panicza.

Obejrzeli, pochwalili, a następnie w otwartych wrotach wszyscy trzej zapalili tanie papierosy.

– Bieda, panie Ignasiu – oznajmił Borysewicz. – Bieda nas do panicza przygnała. Naradzalim się i uradzilim, że coś trzeba zrobić, żeby z głodu nie umrzeć.

– Ciężko w chałupie – dodał z westchnieniem Kuczko. – Patrzeć nie można, jak każdy jeden brzuch sznurkiem ściąga.

Ignaś pokręcił głową.

– Wszędzie bieda – przytaknął. – Może znajdę dla was trochę zboża, ale chyba nie więcej jak metr. I to na dwóch.

Pokręcili głowami.

– Dziękujemy paniczowi, ale my nie w tej sprawie...

– Nie? – zdziwił się. – Więc o co chodzi?

– Do wojska chcielim się zapisać – wyjaśnił Kuczko. – Przyszlim zapytać, czy na pewno dobrze planujemy.

– Do wojska? – powtórzył Ignaś. – Do jakiego wojska?

– O to chodzi, że nie wiemy – podchwycił Borysewicz. – Jeden taki był we wsi i mówił, że można się zapisać. Dają jeść i ubranie, jak to w służbie.

– To do Niemca chcecie iść?

Borysewicz skinął głową.

– Do Niemca – potwierdził. – Wszystkie mówią, że na wiosnę nowa wojna będzie, to będą do armii siłą brać. Jak się teraz zgłosim, będzie lepiej.

Ignaś wzruszył ramionami.

– Może i racja – zauważył. – Widzę, że już postanowiliście, moja rada wam niepotrzebna.

Okazało się jednak, że wprost przeciwnie. Chociaż bowiem byli zdecydowani odejść ze wsi, mieli liczne wątpliwości.

– Bilim Niemca zeszłego roku – przypomniał Kuczko. – Teraz przyjdzie nam Ruskiego bić. To zapytać chcemy, czy to się godzi?

Ignasia zaskoczyło takie postawienie sprawy.

– Macie rację, że należy spodziewać się poboru – odpowiedział. – Gdy was siłą wezmą, nie będą o nic pytać. Dadzą karabin i pokażą, w którą stronę wymierzyć.

Popatrzyli na siebie.

– Nam nie jest wszystko jedno – powiedział Borysewicz. – Bo my by chcieli dla Polski się bić. Sam pan Ignaś mówił, że to nie wszystko jedno...

Kuczko wyjaśnił dokładniej stanowisko ich obu.

– Bili my Niemców, teraz na Moskali przyszła pora. Słyszelim, że Austria też przegrywa. Myślimy sobie, że jak wszystkie te państwa, co kiedyś na nas napadły, osłabione będą, to może powstanie Polska...

Ignaś Kalinowski pokręcił głową.

– Jeszcze nieprędko – stwierdził z przekonaniem. – Obiecywali Moskale, obiecują Niemcy, obiecuje Austria. Jak to u nas mówią, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Bo wszystkim im jednakowo chodzi o to, żeby jak najwięcej rekruta zdobyć. To jest tajemnica tych obietnic.

 

Patrzyli po sobie, niepewni czy dobrze zrozumieli lekceważące nagle słowa Kalinowskiego.

– To mamy nie iść? – spytał Borysewicz.

Ignaś pokręcił głową.

– Nie to miałem na myśli – wyjaśnił. – Chodziło mi o to, że nasi zaborcy wykorzystują sytuację do swoich celów. Oni za nic mają nasze narodowe, polskie aspiracje. Ale z drugiej strony, może przy okazji da się coś wyrwać dla Polski. Zatem jednocześnie macie rację. Trzeba coś robić, ponieważ nikt nam nie da niepodległości w podarunku.

Uśmiechnęli się obaj z nadzieją.

– To my pójdziemy się zapisać – oznajmił Borysewicz. – Skoro pan Ignaś mówi, że nie ma szkody, a może zasługa jaka będzie, to pójdziem.

– Idźcie. Niechaj was Bóg prowadzi.

Kalinowski, zanim podał im rękę na pożegnanie, wyjął z zanadrza kilka małych kartek.

– Weźcie ze sobą. To i owo tu jest napisane o tych sprawach. Że wojnę toczą bardzo bogaci ludzi między sobą, cesarze między sobą, ale cudzymi rękami i cudzą krwią.

– Teraz podobno w wojsku wszędzie Polacy służą – zauważył Kuczko. – To jak ta Polska ma być, jak jedni z drugimi się biją?

Kalinowski wskazał na kartki, które im dał.

– Poczytajcie – zachęcił. – Innym możecie dać, ale tylko zaufanym. Oni może będą coś mieli dla was. Tylko nie mówicie nikomu, od kogo dostaliście.

– Nie powiemy – zapewnił Kuczko. – Widzieli my już przecież takie kartki zeszłego roku i też nikomu nie powiedzieli.

– Bardzo dobrze.

Kuferki z zapasową bielizną mieli ze sobą, podnieśli je teraz ziemi.

– A pan Ignaś nie pójdzie? – spytał Borysewicz. – Myśleli my, że może razem, jak tamtego roku...

Kalinowski pokręcił głową przecząco.

– Nie zimą – mruknął w odpowiedzi. – Zdrowie mi nie pozwala na zimowe kampanie...

– To zostańcie z Bogiem, panie Ignaś.

Ukłonili się i poszli. Planowali w Zabłudowie złapać jakaś furkę i dostać się do Białegostoku. Ignaś patrzył za nimi, aż zniknęli w perspektywie drogi. Dopiero wtedy zawrócił do dworu.

***

Tu na skraju podwórza Ignaś natknął się na podkuchenną Malwinę. Był zamyślony, prawie wpadł na nią.

– Przepraszam! – krzyknęła Malwina. – Bardzo przepraszam!

Kalinowski skrzywił się.

– Jak to Malwina chodzi, że się o nią potykam?! – burknął niegrzecznie.

Dziewczyna jednak nie ustąpiła i zadała pytanie, powtarzane nieśmiało co parę tygodni.

– Bo ja zapytać chciałam – odezwała się i dygnęła dwa razy.

– O co? – zmarszczył brwi Ignaś. – Bo jak znowu o męża...

Malwina zrobiła nieszczęśliwą minę.

– O męża – przyznała się. – Pan Ignaś obiecał, a ja tak już długo czekam. Sabina powiedziała, że jak pan Ignaś słowo dał, to na pewno dotrzyma. Dlatego śmiałość miałam zapytać. Bardzo przepraszam, że się panu Ignasiowi naprzykrzam. Ale jak słowo...

Kalinowski nie był zadowolony z namolności podkuchennej. Miał własne sprawy i obietnice. Przypomnienie o słowie bardzo mu się nie spodobało.

– A co Malwina sobie myśli? – warknął nagle. – Nie widzi, że mężczyzn prawie nie ma w okolicy, bo na wojnę poszli albo uciekli nie wiadomo gdzie. W jaki to niby sposób mam jej męża znaleźć? Ot, tak strzelić pacami, a mąż dla Malwiny spadnie z dachu jak jaki podarunek od świętego Mikołaja?!

Rozzłoszczony minął podkuchenną i szybko poszedł do domu. Nie widział, jak Malwina najpierw zbladła, a potem rozpłakała się głośno.

Stała w miejscu i beczała wielkimi łzami.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?