Dworek pod Malwami. Franciszka

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Franciszka
Dworek pod Malwami. Franciszka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Franciszka
Dworek pod Malwami. Franciszka
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99  10,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 2 - Franciszka

Saga

Dworek pod Malwami 2 - Franciszka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801996

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PALCEM NA WODZIE

Otym, że nie ma już stałej kochanki, Michał Kalinowski dowiedział się w niedzielę. Siedział przy śniadaniu tylko z matką, synowie pojechali do kościoła w Zabłudowie. Starsza pani zrezygnowała tego dnia z nabożeństwa z powodu silnego bólu głowy.

Wyglądała jednak na zupełnie zdrową, gdy zwróciła się do syna z uśmiechem:

– Powinieneś wiedzieć, mój drogi, że byłam niedawno w Białymstoku, na dworcu poleskiej kolei. Co za okropne miejsce! I ten hałas!

Pan Michał był zdziwiony wiadomością. Matka nie wspomniała o wizycie w mieście.

– Tak, mamo? W jakiej sprawie, jeśli wolno spytać?

Starsza pani smarowała masłem kromkę chleba, wolno, dokładnie. Syn długą chwilę musiał czekać na odpowiedź.

– Ponieważ chciałam ci pomóc uporządkować niektóre sprawy – wyjaśniła. – Dopilnowałam, żeby wiadoma osoba wyjechała.

Pan Kalinowski zmarszczył brwi, po czym przez dłuższą chwilę nie odpowiadał.

– Niepotrzebnie mama się fatygowała – odezwał się w końcu z odcieniem pretensji. – Przecież obiecałem sam to załatwić.

– Chciałam tylko pomóc – łagodnie tłumaczyła starsza pani. – Czasami bywasz taki niepozbierany...

Pan Michał z trudem hamował niezadowolenie. Patrzył na matkę spod oka, jak gdyby chciał ocenić, czy cokolwiek da się jeszcze uratować.

– Czy wszystko w porządku? – spytał po chwili. – Mam nadzieję, że nie wywołała mama skandalu.

Katarzyna Kalinowska nie przestała się uśmiechać.

– Ta osoba odjechała ze wszystkim – oświadczyła dobitnie. – Podobno do swojej rodziny. Prosiła cię pożegnać i zwrócić drobiazgi, które nieopatrznie u niej zostawiłeś.

Gestem wskazała mały stolik, przykryty lnianą serwetką. Pan Michał zobaczył kilka błyszczących przedmiotów, w tym papierośnicę ze srebra.

– To były podarunki – zauważył.

Starsza pani wzruszyła ramionami.

– Sama mi to oddała – wyjaśniła. – Powiedziałam jej, jaki bywasz roztargniony.

Powąchała posmarowany masłem chleb, ukroiła kęs, skosztowała i uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Świeżutkie masło! Zdrowe i pożywne. A próbowałeś już tej konfitury malinowej? Według przepisu naszej Waci.

Pan Michał pokręcił głową. Nie miał ochoty na śniadanie. Wypił jedynie pół filiżanki herbaty.

– Na pewno odjechała? – zapytał dość obojętnym tonem.

Ten ton przyszedł mu z trudem. Helenę Mittag, nauczycielkę rysunków, odwiedzał regularnie od ponad roku i miał nadzieję ciągnąć romans jak długo się da.

– Przy mnie wsiadała do wagonu – odpowiedziała pani Kalinowska.

– Rozumiem. A mama wie, dokąd?

Starsza pani wzruszyła ramionami. Ukroiła kolejny kawałeczek chleba i włożyła go do ust.

– Nie jestem pewna – odpowiedziała lekceważąco. – Do Charkowa. Albo może do Petersburga...

Pan Kalinowski nie zapytał o inne szczegóły.

– Przecież obiecałem mamie – przypomniał. – Czemu mama mi nie ufa?

Pani Katarzyna podsunęła synowi talerzyk z konfiturą malinową.

– Może jednak spróbujesz? Oczywiście, Michale, że ci ufam. Ale taki bywasz roztargniony, że nie zawsze pamiętasz, co trzeba zrobić koniecznie, a na co można przymknąć oko. A trzeba, aby w pewnych okolicznościach wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Kto ma ci w tym pomóc, jeśli nie twoja rodzona matka?

Michał Kalinowski nie odpowiedział. Jeżeli Helena Mittag wyjechała, a nie przysłała żadnej wiadomości, sprawę należy uznać za beznadziejną.

Machinalnie sięgnął po chleb, co pani Katarzyna przyjęła z widocznym zadowoleniem.

– Jedz, jedz – powiedziała z troską głosie. – Śniadanie jest bardzo ważne dla zdrowia. Prawda, że ta konfitura jest znakomita?

***

Wiosna 1910

Pan Jacek Nowacki wykazał wiele cierpliwości, oczekując na oświadczyny Michała Kalinowskiego o swoją córkę. Z aprobatą obserwował jej przygotowania, choć okazały się kosztowne i kłopotliwe. Justyna robiła wokół siebie niemało zamieszania.

Po kilku jednak miesiącach, gdy pan Michał, mając wiele okazji, ani razu nie wspomniał o swoich zamiarach, pan Jacek uznał, że powinien go ośmielić. Ale krępował się uczynić to bezpośrednio i postanowił zwrócić się do pani Katarzyny Kalinowskiej.

Któregoś poniedziałku zastał ją w gospodzie u Joska w Zabłudowie, gdzie zajrzał niby za jakimś interesem. Jak zawsze kręciło się tu wielu ludzi – kupców, dzierżawców i rozmaitych typów, które on nazywał niewyraźnymi. Miasto huczało od plotek na temat wielkiego kontraktu, jaki mieli otrzymać miejscowi rzemieślnicy, a który miał dotyczyć dostaw dla wojska. Spodziewano się niemałych zarobków. Pomiędzy kupcami i pośrednikami nie mogło oczywiście zabraknąć i miejscowych ziemian, ponieważ to oni byli dostawcami skór zwierzęcych, a na skóry właśnie miało opiewać rządowe zamówienie.

– Pan dziedzic też chce zarobić na ten interes? – zapytał z ukłonem Josek i zaraz sobie odpowiedział: – Co ja się głupio pytam! Każdy chce zarobić na dobry, wojskowy interes. Czy stolik dla pana dziedzica?

Pan Nowacki pokręcił głową. Rozglądał się za panią Kalinowską. Siedziała oczywiście przy swoim stole, a szczęśliwie dla pana Jacka, akurat nie było przy niej syna. Pan Jacek natychmiast ruszył w jej kierunku.

– Moje uszanowanie łaskawej pani, moje uszanowanie.

– Witaj, panie Nowacki – pani Katarzyna uśmiechnęła się przyjaźnie, podając dłoń do pocałowania. – Widzisz, jakie poruszenie? Czy i pan liczysz na te plotki?

Pan Jacek przysiadł na krześle.

– Naturalnie, szanowna pani – odpowiedział ze swoistą nonszalancją. – Mam przecież kontrakt z tutejszą garbarnią.

Pani Katarzyna uśmiechnęła się z uznaniem. Dziedzic Topolan był cichym udziałowcem kilku poważnych interesów nie tylko w białostockim okręgu, co według niej stanowiło dla niego powód do chwały. Nowacki odznaczał się dobrym zmysłem do interesów, czasem nawet ryzykownych, ale mógł sobie pozwolić na ryzyko, ponieważ dysponował nadwyżkami środków.

Przez chwilę opowiadał o nich rozmówczyni, oceniając potencjalny zysk z zamówień dla wojska. Szybko jednak zorientował się, że wchodzi w zbyt zawiłe rozważania i wycofał się z tematu.

– Przepraszam, że nudzę szanowną panią – tłumaczył się. – Ale zrobił się wielki szum wokół tych zamówień, prawda zaś jest taka, że nie wszyscy mogą zarobić. Ktoś musi stracić, by zyskali inni. Tym razem pieniądze ma wyłożyć wojsko, więc dla kupców i rzemieślników zarobek jest pewny. O ile oczywiście znajdują się odpowiednio wysoko na liście gubernatora.

– A pan jesteś? – spytała pani Katarzyna bez ogródek.

Nowacki potwierdził bez słowa.

– Prawdę mówiąc... – odezwał się po chwili. – Prawdę mówiąc, pani, nie tego typu interesy sprowadziły mnie dziś tutaj...

Pani Katarzyna odpowiedziała zachęcającym uśmiechem.

– Wiem, z czym przychodzisz – oznajmiła ze spokojem.

– Doskonale – ucieszył się pan Jacek. – To mi ułatwia sytuację...

Pani Katarzyna życzliwie pokiwała głową.

– Rozumiem twoje zniecierpliwienie, panie Jacku – oznajmiła. – Jako prawie już członkowi rodziny, mogę chyba zdradzić przyczynę pewnego rodzaju opóźnienia w planach, o których oboje myślimy... Otóż mój Michał, jak wiesz, ma dwóch synów. Umyślił sobie, a ja go w tym utwierdziłam, żeby przed podjęciem pewnych niezbędnych działań, dotyczących swojego życia, uporządkował sprawy z synami. Sam rozumiesz: gdy te sprawy zostaną uładzone, inne rozmowy staną się łatwiejsze i szybciej postanowione zostanie to, co postanowione być powinno.

– Bardzo słusznie, łaskawa pani – zgodził się pan Nowacki. – Bardzo słusznie.

Nie zapytał o szczegóły ani o terminy. Gdyby pani Kalinowska uznała to za właściwe, sama by o nich poinformowała. Pożegnany uprzejmie i z serdecznością, wyjeżdżał z Zabłudowa zadowolony. W ważnej, życiowej sprawie postąpił kilka kroków do przodu.

– Bądź cierpliwa, Justysiu – powiedział w domu do córki. – Sprawa znajduje się w najlepszych rękach.

Justyna nie miała co do tego wątpliwości.

– Bardzo jestem wdzięczna pani Kalinowskiej – oznajmiła. – Czy nie powinnam jej znowu odwiedzić? Miałabym wielką ochotę, to taka miła starsza pani. Rozmowa z nią jest przyjemnością. Ale obawiam się, żeby nie zostało to wzięte za narzucanie się...

Nowacki podzielił te obawy.

– Wstrzymajmy się jeszcze jakiś czas – poradził. – Wkrótce będziesz mogła rozmawiać z nią, jak długo zechcesz.

***

Zamysł urządzenia stawów rybnych w Kalinówce pozostawał nadal w sferze projektów. Wyliczenia Ignasia na temat koniecznych wydatków zasmuciły Michała Kalinowskiego.

– Dwa tysiące rubli? – zapytał ze zrezygnowana miną. – Skąd miałbym wziąć tyle pieniędzy? A jeszcze trzeba będzie za narybek zapłacić...

 

Wydawał się rozczarowany wysokimi szacunkami syna i kilkakrotnie sprawdzał jego obliczenia.

Ignaś, który spodziewał się, że ojciec wyrazi entuzjazm nie mniejszy od tego, jakiego sam doznawał, zmarkotniał.

– A kredyt, ojcze? – podpowiedział ostrożnie.

Pan Kalinowski pokręcił głową.

– Z czego miałbym spłacić? Kredyt to najprostsza droga, żeby stracić majątek. Przecież musiałbym dać jakieś zabezpieczenie. Banki najpewniej chciałyby ziemi, wszystko jedno czy pójdę do Tulskiego, czy do Kredytowego. Zresztą, co by powiedziała twoja babka, jeślibym tak postąpił. Iść po kredyt do rosyjskiego banku, ryzykować utratą ziemi? Miałaby to za narodową zdradę!

Ignaś zasępił się. Chciał zadać ojcu poważne pytanie, ale nie był pewny, czy ten się nie rozgniewa.

– No – zapytał Michał Kalinowski. – Zdaje się, że masz jeszcze coś w zanadrzu...

Ignaś zawahał się.

– Proszę mnie dobrze zrozumieć, ojcze. Pomyślałem o pewnym rozwiązaniu, ale nie wiem, czy wolno mi o nim wspomnieć...

Michał Kalinowski milczał, czekając na dalszy ciąg wypowiedzi syna.

– Babunia wspomniała o pewnych ojca zamierzeniach... – podsunął Ignaś niepewnie. – Ja wiem, że to nie moja sprawa i bardzo ojca przepraszam, że ośmielam się mówić. Ale może ojciec chciałby wiedzieć, że ja nie miałbym żadnych zastrzeżeń do jego planów... małżeńskich. Ale proszę ojca, żeby w żaden sposób nie brał pod uwagę mojej opinii przy podejmowaniu postanowienia.

Nie powiedział wprost, co ma na myśli. W ostatniej chwili wycofał się z powiedzenia, że w przypadku ożenku ojciec mógłby liczyć na posag.

Pan Kalinowski, choć był ciekawy opinii, nie okazał zadowolenia zainteresowaniem syna.

– Słusznie mówisz, że to nie twoja sprawa – zauważył sucho.

– Przepraszam, ojcze – żarliwie powiedział Ignaś. – Bardzo przepraszam za taki brak delikatności.

Michał Kalinowski uśmiechnął się niespodziewanie.

– Jesteś prawie dorosły. Masz prawo zapytać.

Nie odpowiedział jednak, co myśli.

***

Stawy hodowlane w Kalinówce leżały na sercu także księdzu Miodyńskiemu, który wracał do tematu przy każdej okazji. Podczas wizyty niedługo po Wielkanocy wypytywał o szczegóły przedsięwzięcia i sugerował konieczność przejścia od słów do czynów.

– Taki piękny projekt, przeważnie nie może się zmarnować. Pomyśl, panie Michale, jakie wspaniałe ryby mielibyśmy na wigilię. I nie musielibyśmy kupować u Żydów.

Pan Kalinowski nie uważał, żeby inicjatywa starszego syna mogła być szybko wprowadzona w życie.

– Potrzeba wiele pieniędzy – zauważył. – A skąd je brać, jak nawet w kartach ostatnio mi się nie wiedzie. Proboszcz to co innego, gdyby częściej do stolika siadał, cały powiat ogoliłby z gotówki!

Była to aluzja do ostatniej partii, w której ksiądz Miodyński wygrał od Kalinowskiego sześćdziesiąt rubli, tych samych, które ten nieco wcześniej zdobył na Jacku Nowackim.

Duchowny uśmiechnął się skromnie.

– Nie żałuj już tego, nie żałuj, panie Michale – odpowiedział pojednawczo. – Na zbożny cel to przecież. A w sprawie stawów porozmawiaj z synem, bo to przeważnie dobry projekt. Sam się przekonasz, powiadam, jaki przeważnie skarb masz pod bokiem. Niemały pieniądz można by z tego wyciągnąć.

– Na pewno – zgodził się Michał Kalinowski. – Zanim jednak te tłuste ryby zaczną pływać w stawach, zanim urosną i trafią na stół, wiele czasu upłynie. Przecież i samych stawów jeszcze nie mam! Trzeba byłoby wyłożyć tysiąc albo i dwa tysiące rubli. I dziesiątej części tego nie mam na takie niepewne inwestycje!

Ksiądz Miodyński prychnął z lekceważeniem.

– Pieniądze? – spytał. – Pieniądze wcale nie są najważniejsze. My, Polacy, cierpimy więcej na brak przeważnie czego innego. Na brak fachowców cierpimy, panie Michale. Inżynierów nam brakuje, specjalistów. Pieniądze łatwiej u nas znaleźć niż fachowca. Kiedy zaś masz przeważnie fachowca, pieniądze da się zdobyć bez trudu.

Proboszcz uważał się za polskiego patriotę, w czym upewniała go pani Katarzyna. Oboje poświęcali niemało czasu na rozmowy o takim charakterze.

– Duch jest we wszystkim najważniejszy – przekonywał proboszcz. – Nasz narodowy, polski duch. Czyż bez ducha nasi przodkowie dokonaliby choć połowy tego, co przeważnie dokonali? Duch jest najważniejszy. Jak powiada wieszcz: szkapa najdzielniejszego rumaka wyprzedzi, jeśli zamiast jeźdźca duch na szkapie siedzi! Wszystko inne znaleźć w świecie łatwo. Najtrudniej przeważnie o dobrego ducha, twórczego, wznoszącego się przeważnie nad naszą szarzyznę i biedę.

– Księdzu łatwo mówić – uśmiechnął się pan Michał. – Ksiądz dobrodziej stale w wyższych rejonach świata przebywa...

Proboszcz uniósł wskazujący palec.

– Duch najważniejszy – powtórzył. – I ja to panu Michałowi przeważnie udowodnię. Staw hodowlany trzeba założyć? Trzeba koniecznie. Nie ma pieniędzy? Niechaj mi pan Michał da wyliczenia, ile przeważnie potrzeba kredytu pod ten interes. A ja panu Michałowi zdobędę ten kredyt.

– Doprawdy? – zdumiał się pan Kalinowski. – A to jakim sposobem?

Ksiądz Miodyński uśmiechnął się skromnie.

– Duchowym przeważnie sposobem – odpowiedział. – Powiadam przecież, że pieniądz, a jeszcze kredytowy, łatwa rzecz. O fachowca trudniej. Organy w kościele od tygodni niedobre. Pisałem do mistrza, dopiero za kilka tygodni można spodziewać się przyjazdu. Nie wcześniej pewnie niż po Bożym Narodzeniu. A jakie to święta przeważnie bez organów? Fachowców nam brak. Jakby jaki był, nie trzeba byłoby prosić daleko i dużych pieniędzy płacić za jego pracę. I co z tego, że pieniądze na naprawę, dzięki hojności parafian, zgromadziłem. No i trochę innymi sposobami, Bóg wybaczy. Pieniądze przeważnie mam, ale fachowca brakuje. Ty masz fachowca w domu, ja pieniądze załatwię i wszyscy będą zadowoleni!

JÓZEF LULEWICZ

Wczesnym rankiem Józef Lulewicz wyszedł przed chałupę i spojrzał w niebo. Słońce wisiało jeszcze nisko nad wsią Nowosady, ale dzień zapowiadał się upalny. Dobra pogoda, panująca od kilku dni, pozwoliła zebrać siano z pól i bezpiecznie zwieźć je do szop i stodół. Kto tego nie zrobił, będzie miał możliwość dokończyć zwózkę.

W sąsiednich zagrodach zaczynał się poranny ruch. Chłopi zbierali się do roboty, całymi rodzinami wychodząc z opłotków na drogę, i spieszyli ku polom.

Józef Lulewicz stał przed swoją chałupą i patrzył w górę.

– Coś wisi w powietrzu – powiedział.

Drzwi otworzyły się. Wyszła żona Józefa, Antonina, przysadzista, trzydziestodwuletnia kobieta o rzadkich włosach, na których zawiązywała właśnie lnianą chustkę. Za nią wysypała się gromada dzieciaków. Sześć córek Józefa Lulewicza: Franciszka najstarsza, prawie osiemnastoletnia, dalej Sabina, Marianna i Jadwiga. Wszystkie ubrane jednakowo w proste koszule i spódnice. Dwie najmłodsze, Bronia i Wikcia, ledwo kilkuletnie, tylko w koszulach do połowy łydki. Stanęły rządkiem i czekały na polecenia.

***

Lulewicz miał we wsi opinię dziwaka. Czasami przerywał robotę i przystawał zamyślony z zadartą głową.

Kiedy był dzieckiem – miał dziesięć czy jedenaście lat – zyskał niejaką sławę, ponieważ zbierał kamienie po polach, a następnie układał je w różne wzory. Te wzory nie służyły niczemu konkretnemu. Pola, na których pracował Lulewicz, nie należały do niego, kamienie też były własnością kogo innego. Ale któregoś razu pan Stanisław Kalinowski, właściciel dworu Kalinówka, przejeżdżał akurat tamtędy, zobaczył te kamienie zebrane w jednym miejscu, zatrzymał się i z zaciekawieniem oglądał figury ułożone przez Józefa.

– Ty to zebrałeś? – spytał. – Co przedstawiają?

– Ja, wielmożny panie. A przedstawiają, co wielmożny pan sobie życzy. Dom, wiatrak, górę. Tu szyszka sosnowa, ryba, żaba i koń. Tam dalej będzie kościół.

Pan Kalinowski pokiwał głową z uznaniem.

– Kupię od ciebie te kamienie – oznajmił.

Powiedział tak, choć kamienie należały do niego, pochodziły bowiem z pól dworskich. I dał Józefowi trzy ruble. Z kamieni tych wybudowano później nową oborę w Kalinówce.

– Odgadłeś, co chcę z nimi zrobić – powiedział pan.

Od tamtego czasu mówiono, że Józef Lulewicz słyszy głosy i potrafi przewidywać przyszłość.

Liczył lat pięćdziesiąt cztery, wszystkim przypominał świętego Józefa Cieślę. Miał siwą brodę, wydatny nos i grube wargi. Nawet ubrany był podobnie – w długą lnianą koszulę, przepasaną sznurkiem, opadającą nisko na płócienne portki. Wizerunek świętego Józefa znano z obrazów, wisiały w wielu chałupach. Kiedyś wędrowny malarz przyniósł ich do wsi stos, mało kto nie kupił. Na tych obrazach święty miał laskę, czy może raczej pasterski kij, bardzo podobny do tego, jakiego używał Józef Lulewicz. Na obrazie nie widać było butów. Zapewne, jak wszyscy na wsi, święty miał na nogach łapcie z łyka, albo chodził boso.

– Coś wisi w powietrzu – oznajmił tego ranka Józef Lulewicz.

Jego żona, młodsza o ponad dwadzieścia lat, wzruszyła ramionami.

– Jak wisi, to i spadnie – odezwała się gderliwym tonem. – Lepiej już idź do roboty, czas najwyższy.

Lulewicz zgromił ją wzrokiem. Nie spodziewał się po swojej kobiecie zrozumienia. Nie po to ją brał. Kiedy umarła pierwsza żona, będzie z dziesięć lat, zaraz wziął drugą, żeby było komu zajmować się dzieciakami po tej pierwszej. No, nie można powiedzieć, dobra kobieta, choć trochę swarliwa, jak to baba. Dała mu dwie kolejne dziewczynki, na utrapienie. Z córkami to tylko kłopot, w gospodarstwie niewielka pomoc, a jak dorosną, same wydatki. Syna ani jednego. We wsi byli tacy, co mieli lepiej, ale widać nie dla każdego Bóg jednakowo łaskawy.

Antonina podeszła i szturchnęła męża w bok.

– Wymyśliłeś co?

Józef Lulewicz wzruszył ramionami.

– Widzieli ją! – mruknął. – Przez jedną noc miałem wymyślić!

Antonina odwróciła się do dzieci, dając im znak, żeby szły z podwórka na drogę. Czas był iść w pole, z wioski wszyscy już poszli, tylko oni jeszcze nie.

– Trzeba szybko wymyślić – odezwała się Antonina do męża. – Nie ma co czekać.

Józef Lulewicz nie odpowiedział. Zarzucił na ramię drewniane grabie i poszedł, a wszystkie córki stadkiem za nim, w odległości. Tylko Antonina biegła tuż obok, dreptała, zaglądając mężowi co chwila w twarz i zagadując.

– Trzeba, żeby Franka poszła do dworu – przekonywała. – Będzie miała co jeść, ubranie dostanie i kąt do spania. Od razu nam się polepszy.

Józef Lulewicz westchnął. Franciszka była najstarsza. Czas byłby ją za mąż wydać, może byłby z tego jaki pożytek. Ale kto weźmie biedną dziewczynę bez posagu, a nawet i bez wyprawy? No, owszem, zdrowa, robotna i nawet niebrzydka, ale miłością się nie najesz, mówi przysłowie.

– Taka okazja może się drugi raz nie trafić – przekonywała Antonina. – Mało to dziewczyn we wsi? Weźmie pani jaką inną, jak będziesz wybrzydzał...

– Nie wybrzydzam, kobieto – odburknął zniecierpliwiony. – Tylko myślę, jak zrobić, żeby na dobre obróciło się. Rozmaicie mówią o panu Kalinowskim...

Teraz Antonina wzruszyła ramionami.

– Zawsze przecież coś mówią – zauważyła z lekceważeniem. – Kto by tam plotek słuchał! Idź i powiedz pani, że Franka przyjdzie. Przecież to okazja. Będzie jej jak w niebie, a może i jaki grosz zarobi.

Józef Lulewicz zamruczał niezadowolony.

– Pewnie, że zarobi – zauważył. – Żebym tylko tego zarobku potem żywić nie musiał!

Rozzłoszczona Antonina ujęła się pod boki.

– Głupi! – warknęła. – Tobie tylko jedno w głowie! Przecież im dziewczyna do roboty potrzebna. A nasza Franka robotna, od razu się na niej poznają. Idź i powiedz. Bo jak nie, to ja sama pójdę.

Józef zatrzymał się i pogroził żonie pięścią.

– Jeszcze czego! Ani się waż! Wszystko zepsujesz.

Antonina uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– To pójdziesz? – upewniła się.

– Pójdę, pójdę – zamruczał. – Odczep się wreszcie!

***

W jakiś czas później Józef Lulewicz czekał przed gospodą Joska przy zabłudowskim rynku. Stał i trzymał w garści kapelusz, ponieważ z gospody wychodził właśnie pan Michał Kalinowski. Dziedzic wydawał się lekko podchmielony, trochę chwiał się na nogach, ale spojrzenie miał trzeźwe.

– O! – powiedział. – Józef Lulewicz, jak widzę.

– Tak, panie dziedzicu – przyznał zapytany. – To ja. Nisko się kłaniam panu dziedzicowi.

***

Stał przed nim, obracając w dłoniach wytarty słomiany kapelusz.

 

– Upraszam łaski pana dziedzica...

Pan Michał życzliwie skinął dłonią.

– No, co tam?

Józef Lulewicz ukłonił się ponownie.

– Mówią, że we dworze dziewczyna potrzebna. Prosić chciałem, żeby pan dziedzic moją córkę wziął. Franka robotna jest, umie co trzeba, a i zje niedużo...

Michał Kalinowski czknął głośno.

– Która to córka? – zapytał. – Bo u ciebie, zdaje się, same córki.

– Sześć, panie dziedzicu. Po pierwszej żonie cztery i teraz, po drugiej, dwie. Franka najstarsza, idzie jej osiemnasty rok.

– Aha – powiedział pan Kalinowski. – Rozumiem. Ale wiesz co, u nas starsza pani najmuje służące. Mnie o zdanie nie pyta. Jednakże wspomnę o twojej France.

– Bardzo dziękuję panu dziedzicowi. Bardzo dziękuję.

Lulewicz ukłonił się i czekał z założeniem kapelusza, póki pan Michał nie odejdzie. Ten jednak zawrócił, jakby sobie coś ważnego przypomniał.

– Jesienią poważne roboty może zacznę w Kalinówce – powiedział. – Będę potrzebował wielu ludzi. Pogadaj ze swoimi, niech przyjdą.

– Jak wielmożny pan sobie życzy – rozpromienił się Lulewicz. – Przyjdą na pewno.

– Właśnie na to liczę, że ich przekonasz. No, do widzenia, Lulewicz.

– Nisko się kłaniam panu dziedzicowi. Nisko się kłaniam.

Pod starą lipą, w pobliżu miejsca, gdzie spotykały się drogi z Nowosadów do Kalinówki i dalej do Zabłudowa, leżał na trawie Szczepan Sienkiewicz, głowę trzymając na kolanach Franciszki Lulewicz.

– Będzie dobrze, Franka. Zobaczysz, że będzie dobrze.

Szczepan był piękny i wysoki. Pracował w majątku pana Kalinowskiego, gdzie niedawno awansował na stangreta. Nie było w okolicy lepszego tancerza. Dziewczyny patrzyły za nim z zachwytem, a on wybrał biedną córkę zagrodnika.

– Już niedługo będę mógł się ożenić – oznajmił. – Ale tylko z tobą, Franka. Żadnej innej nie wezmę.

Franciszka Lulewicz śmiała się zadowolona.

– Wszystkim tak mówisz.

Uderzył się pięścią w pierś.

– Żadnej! Żebym tak zdrów był!

Franciszka westchnęła.

– I gdzie pójdę? – spytała z żalem. – Własnej chałupy nie masz.

– Jeszcze nie mam – zgodził się. – Ale niedługo będę miał.

Zerwał się, chwycił dłonie dziewczyny.

– Jestem prawie gotowy. Przez krewnego wszystkiego już się dowiedziałem. On wyrobił dla mnie miejsce na tej fabryce w Michałowie. Dostanę czterdzieści kopiejek na jeden dzień. Rozumiesz, Franka? Czterdzieści kopiejek! Będziemy bogaczami!

Już wcześniej wspominał o porzuceniu służby, ale nie wiedziała, że coś w tej sprawie postanowił.

– A twoja ciotka? – spytała. – Samą ją zostawisz?

Rozłożył ręce.

– Co zrobić, że nie umarła? Tylko gadała, że niedługo będę czekał. Że umrze i mnie wszystko zostawi. A teraz całkiem wyzdrowiała. Daj jej Boże i sto lat.

Gospodarstwo, gdzie mieszkał Szczepan, na samym skraju wsi, składało się z domu o dwóch izbach, warzywniaka i spłachetka ziemi pod żytem i kartoflami. Oboje z Franciszką marzyli, że wkrótce osiądą tam, już na swoim. Liczyli na zagon ziemi pod lasem, który miałaby dostać od ojca. Franciszka już widziała swój przyszły dom, gromadkę dzieci wokół siebie i opiekuńcze ramiona Szczepana. A teraz namawiał ją do porzucenia wsi.

– Wszystko dokładnie policzyłem – tłumaczył. – Lepiej nam będzie iść do Michałowa, niż czekać na cudzą łaskę. Na fabryce dadzą mieszkanie, izba jedna, ale za to porządna, z podłogą. Nie trzeba kupować, można spłacać z zarobków. Słyszałaś, ile zarobię? Więcej jak dwa ruble w tydzień!

Franciszka nie była jednak zachwycona. Nie bardzo odpowiadała jej taka perspektywa. Choć chciała opuścić rodzinny dom, bała się nowego, zupełnie nieznanego. Fabryka? Co to takiego? Maszyny groźne podobno, straszne, niejednego poraniły. Może lepiej zostać przy tym, co się zna od dziecka. Ziemia jest najważniejsza, ziemia nigdy nie zawiedzie człowieka.

– Nie wiem, ale czegoś się boję... – przyznała cichutko.

Szczepan był tak podekscytowany, że wcale nie zwracał uwagi na jej zastrzeżenia.

– Wiele luda pcha się na fabrykę. Strasznie musiałem prosić tego krewnego, żeby wyrobił miejsce. Jest, powiada, możesz przychodzić. Potrzeba silnych rąk do pracy, ale szybko musisz przyjść, bo inni zajmą. Myślałem iść do pana Kalinowskiego, poprosić, żeby mnie zwolnił z umowy. To dobry pan, na pewno się zgodzi. A nająć nowego parobka i stangreta do Kalinówki żaden kłopot. Taką robotę każdy przyjmie z pocałowaniem ręki.

Franciszka zrozumiała, że jest zdecydowany i ogarnął ją prawdziwy strach.

– A jak ojciec się dowie? – spytała. – Gotowy iść za mną i siłą zawrócić.

Szczepan uśmiechnął się zawadiacko.

– Nie bój się, Franka. Przecież ja ciebie obronię. Dobrze pomyśl, bo taka okazja może się nam prędko nie trafić. Teraz i robotę dają, i mieszkanie. Trzeba rzucić tę biedę tutaj i iść do miasta. Tam to dopiero jest życie!

Franciszka wpatrywała się w niebieskie oczy Szczepana. Obroni na pewno, nie zostawi samej.

Myślała o tym, że trafiło się jej wielkie szczęście. Wtedy, gdy podszedł pierwszy raz, gdy pierwszy raz poczuła na ramionach jego silne dłonie, zamarzyła, żeby to on był towarzyszem jej życia. Od razu wiedziała, że tylko przy nim może się ono zmienić na lepsze.

Macocha Antonina najchętniej wszystko zostawiłaby przy sobie, miała dwie własne córki, nie musiała pamiętać o pasierbicach. Franciszka i jej trzy rodzone siostry nie miały lekkiego życia. Matka umarła za wcześnie, zanim je odchowała. Nawet najstarsza niewiele pamiętała. Dla młodszych matka była tylko niewyraźnym wspomnieniem. Niewyraźnym, ale ważnym. Matka była dobra, umiała przytulić, uśmiechnąć się, wesoło zaśpiewać. Wspomnienie urosło, gdy ich ojciec wziął sobie nową kobietę. Antonina nie była prawdziwą matką, chyba że dla swoich własnych córek. Bronka i Wikcia mogły liczyć na jej opiekę i miłość, surową i prostą. Starsze dziewczynki stanowiły tylko część domowego inwentarza.

Pracowały ciężko, okrągły rok, mało mniej w niedziele i święta. Często o pustym żołądku. Najczęściej w byle jakim ubraniu, boso, a jesienią w drewnianych chodakach. W deszczu, chłodzie, na śniegu, podczas mrozu. Wiele godzin dziennie, o wiele za dużo na małe ręce, dziecięcą siłę. Jadły rzadko i mało.

– Chciałabym inaczej – marzyła Franciszka. – Nie tak ciężko i głodno jak teraz. Jak mama umarła i ojciec drugi raz się ożenił, to o nas, siostrach, nikt ani pomyślał. Ciężko pracuj, od najmłodszych lat, od świtu do zmroku, w polu, na łące, a jeszcze w domu, w oborze. Jeść dawali byle co i nie zawsze pamiętali, żeby dać. Czasami nic nie zostawało, to o głodzie spać się chodziło, a z samego rana wstawać kazali do roboty. Nawet i w święta zawsze jakaś robota znalazła się, jak to w gospodarstwie. Trudno było nam wszystkim, mnie może najbardziej, bo ja najstarsza byłam i najwięcej obowiązków na mnie przypadało. Nie chciałabym tak dalej...

– I nie będziesz – zapewniał Szczepan. – Roboty niemało, prawda, ale na swoim. Będziesz panią u siebie.

Franciszka uśmiechała się z nadzieją.

– A nie zostawisz ty mnie? – zapytała.

– Nie zostawię! – Szczepan podniósł rękę, jakby chciał przysięgać. – Tylko mi się nie sprzeciwiaj. A ślub weźmiemy jak się patrzy.

***

– Najwyższy czas coś postanowić w sprawie Franki – gderała Antonina stawiając na stole kopiastą miskę kartofli. – Tylko się wałkoni bez pożytku. Nie możesz być jak kołek w płocie. Albo niech idzie na służbę, albo ją za mąż wydaj.

Franciszka skrzywiła wargi, gotowa odpowiedzieć, ale ojciec podniósł łyżkę władczym gestem.

– Przyjdzie pora, to wydam – oznajmił. – Albo na służbę do dworu poślę. Jeszcze zobaczymy. Teraz daj zjeść w spokoju pod moim własnym dachem.

W chałupie Lulewiczów było jak gdzie indziej. Jedna duża izba na prawo od sieni, z dwoma małymi oknami. W izbie wielki piec chlebowy, miejsce spania dla dzieciaków. Stół pod ścianą, ławy do siedzenia, stołki dla dzieci. Kolorowe chodniki, tkane ręcznie, z wyprawy pierwszej żony. Na noc trzeba było rozkładać sienniki z grochowinami na glinianej polepie, nie mieściła się ta cała czereda na piecu. Latem to nawet nie było najgorzej, zimą jednak bywało różnie. Ogień wygaszano wieczorem, piec długo trzymał ciepło, ale nad ranem, bywało, dzieciaki piszczały od chłodu.

– Też mi gospodarz! – mruknęła Antonina lekceważąco, stawiając drugą miskę z cienkim chłodnikiem.

Józef zmarszczył brwi.

– Znowu bez omasty? – spytał niezadowolony.

Antonina wzruszyła ramionami.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?