Dworek pod Malwami. Dwie wdowy

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #19
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 19 - Dwie wdowy

Saga

Dworek pod Malwami 19 - Dwie wdowy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801828

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PANI JUSTYNA

Po kilku dniach od powrotu Justyny zwołano do Topolan wielkie sąsiedzkie zgromadzenie, żeby wszystkim mógł zaprezentować się jej mąż, Adam Połczyński. Wypadł bardzo dobrze, okazując się człowiekiem towarzyskim, uprzejmym i dobrze wychowanym. Spostrzeżono także, że Justyna jest w niego wpatrzona jak w obraz i gratulowano zarówno jej, jak i jej ojcu.

Od następnego tygodnia Adam Połczyński zaczął odwiedzać z żoną dwory w okolicy, wszędzie przyjmowany bardzo serdecznie. Zaczął też bywać w Kalinówce, tu w sprawach, jakie mu zlecił teść, ponieważ panu Nowackiemu także zależało na ostatecznym pogodzeniu się obu rodzin.

Pani Katarzyna Kalinowska przystała na to łatwo, zbudowana patriotyczną postawą Justyny Nowackiej, teraz Połczyńskiej.

– Obawialiśmy się, że ona zapomniała o swoich korzeniach i wyszła za cudzoziemca, a ona zrobiła nam wszystkim taką wielką niespodziankę! Żeby tak wszystkie polskie panny pamiętały o swoim pochodzeniu!

Serdecznie uściskała swoją dawną protegowaną i pobłażliwie traktowała teatralne westchnienia Jacka Nowackiego, który nie potrafił ukryć dumy.

– Był czas, kochana pani, gdy obawiałem się, że nigdy już nie zaznam uroków posiadania zięcia, a co za tym idzie, możliwości posiadania wnuka.

Starsza pani z zaciekawieniem podniosła brwi.

– Czyżby coś się zapowiadało? – zapytała domyślnie.

– Właśnie tak – potwierdził radośnie pan Nowacki. – To nieoficjalna wiadomość, młodzi prosili mnie o dyskrecję. Ale trudno mi się taką radością nie podzielić z najbliższą sąsiadką i przyjaciółką. Jestem rad, jak bardzo jestem rad!

Pani Katarzyna pogratulowała przyszłemu dziadkowi, a także przyszłej mamie, co ta przyjęła z wielkim rumieńcem zawstydzenia.

– Bardzo proszę nie mówić o tym innym – poprosiła szeptem. – To dla mnie nowa sytuacja i po prostu nie wiem, jaki powinnam się zachowywać...

– Tak jak do tej pory, Justysiu – uśmiechnęła się życzliwie starsza pani. – Masz wrodzony wdzięk, niczego więcej nie potrzebujesz.

Pani Justyna przywiozła małej Wiktorii owalne lustereczko w srebrnej oprawie z wygrawerowanym napisem Verona na odwrocie. Podeszła do miejsca, gdzie siedziała Franciszka przy kołysce córeczki, ale nie zdobyła się na to, aby odezwać się do położnicy. Po prostu położyła lusterko na brzegu posłania i szybko zawróciła. Ten gest dawnej rywalki został jednak dostrzeżony przez obecnych. Franciszka, uprzedzona o wizycie dawnej panny z Topolan, miała czas przygotować się na jej widok i z ulgą stwierdziła, że nie czuje do niej urazy za uderzeniem biczem.

– Brawo, moja droga – powiedział później Michał Kalinowski. – Zachowałaś się jak prawdziwa dama. Kamienna twarz i zimna uprzejmość.

Przez minione pół roku Franciszka nie słyszała od męża nic równie przyjemnego.

Adam Połczyński podbił serca mieszkańców Kalinówki dobrym wychowaniem, dowcipem i wielkim szacunkiem, okazywanym pani Katarzynie. Opowiadał barwnie o swoich podróżach i swoich losach na Ukrainie. Starsza pani chwaliła bardzo obrazy, jakich był autorem, te zaś – o tematyce religijnej i historycznej – podobały się także wielu innym osobom. Miał ich kilka, demonstrował chętnie i ubolewał, że to ledwie szkice, ponieważ w planach ma stworzenie wielkich dzieł, jak Jan Styka i jemu podobni malarze. Na razie był zdecydowany porzucić zawód artysty i zająć się gospodarowaniem na ziemi.

– Nie mam w tym żadnego doświadczenia – zastrzegał się przed panem Michałem. – Teść uczy mnie podstaw i mam nadzieję okazać się co najmniej tak dobrym uczniem, jak on nauczycielem.

Prosił pana Michała o pomoc, na co Kalinowski przystał z ochotą. Adam Połczyński odszedł z rodzinnego domu jako młodzieniec, uczył się we Lwowie, później studiował sztukę malarską w Wiedniu i w Monachium, do rodzinnego gospodarstwa gdzieś nad Dniestrem już nie powrócił.

– Panie Michale – mówił z przejęciem. – Będę wdzięczny za każdą radę i każdą pomoc.

Otrzymał właśnie na swoje imię posag Justyny i zastanawiał się nad sposobem jego zagospodarowania.

– Wszyscy mówią, że niedługe wojna dotrze i do nas – mówił zmartwionym głosem. – Czy jesteśmy tu bezpieczni? Co zrobić z pieniędzmi? Czy aby nie lepiej byłoby ulolować je gdzieś za granicą?

Michał Kalinowski starał się unikać dawania rad wprost, zwłaszcza gdy sprawa dotyczyła finansów.

– W tej kwestii nie potrafię doradzić – odpowiedział. – Tu każdy odpowiada sam za swoje decyzje.

– Ale chyba dobrze zrobiłem, wymieniając papierowe ruble na złoto, jak pan myśli? Straciłem trochę na różnicach kursowych, ale mam nadzieję, że tylko chwilowo. Złoto to jednak zawsze złoto.

Pan Michał wspomniał, że wielu sąsiadów w obawie o aktywa w bankach już w poprzednim roku wycofało rozmaite walory, zamieniając je na kamienie szlachetne lub złote imperiały.

– Sam nie miałem z tym wielkiego problemu – zażartował. – Największy majątek ukryłem w ziemi. Tej zaś nikt mi nie ukradnie ani też nie zabierze, aby wywieźć za granicę.

Adam Połczyński miał poczucie humoru i rozumiał sposób żartowania Kalinowskiego. Nie uznał też za wścibstwo pytania pana Michała, czy Połczyński nie żałuje wyjazdu z Rzymu.

– Nie myślę o tym – lekko odpowiedział malarz. – Chodziło mi o Justysię i jej ojca. Była bardzo niespokojna, a pan Jacek stale przysyłał listy, aby wracała. Myślę, że za jakiś czas pojedziemy znowu oboje do Włoch. Na razie urządzam sobie pracownię w Topolanach. Nigdy tu nie będę miał takich warunków do pracy, jakie miałem w Rzymie, ale lepiej chyba robić cokolwiek, niż nie robić nic. Łatwo wypaść z wprawy. Poza tym istnieje jeszcze coś takiego, jak przymus twórczy. Artysta, prawdziwy artysta, musi pracować, to wewnętrzny nakaz, przymus, obowiązek. Nie spodziewam się wprawdzie, żebym tutaj, na tych piaskach i tak biednym tle, gdzie nie ma prawie zabytków historycznych, gdzie nie ma tamtego słońca i tamtego nieba, stworzył jakieś szczególnie wybitne dzieła, ale nie mogę nie robić nic.

– Ja się na sztuce znam mało – przyznał się Kalinowski. – Wydaje mi się jednak, że miejsce nie ma wielkiego znaczenia.

– Tak pan myśli? – zainteresował się malarz. – To czemu najwybitniejsi artyści jeżdżą do Paryża?

– Dla mody – uśmiechnął się pan Michał. – Nie miejsce jest ważne, tylko to, co artysta ma w sobie i czy umie to przekazać. Bo weźmy Homera, najwspanialszego poetę. Czy nie był ślepy, gdy tworzył swoje wielkie dzieła?

Adam Połczyński ofiarował do Kalinówki niewielkie płótno, przedstawiające Samsona w świątyni Filistynów, którym zachwyciła się pani Katarzyna, widząc w tym alegorię aktualnej sytuacji politycznej.

– Barbarzyńcy zostaną pogrzebani pod gruzami swoich świątyń! – oznajmiła z emfazą i kazała zawiesić malowidło w salonie.

Obrazem zachwycała się także Wacia Potocka, dla której wszelkie katastrofy, kataklizmy i gwałtowne wydarzenia godne były upamiętnienia

Osiągnięcia Adama Połczyńskiego na polu sztuki pozostawały mało znane w okolicy. Nikt nie widział obrazów, które malował we Włoszech, a szkice, jakie przywiózł do Topolan, nie wzbudziły szczególnych zachwytów. Wielkie poruszenie wywołała jednak wiadomość, że malarz zajmuje się także wykonywaniem portretów i chętnie podejmie się podobnych prac, o ile otrzyma takie zamówienia. W ciągu miesiąca obstalowano u niego cztery takie płótna, a pan Halicki dodatkowo także portret rodzinny – z żoną i trojgiem dzieci.

Michał Kalinowski nie był wysokiego mniemania o umiejętnościach Adama Połczyńskiego, ale od razu zastrzegł nie bez ironii, że malarz jest jeszcze młody, ma więc czas na wypracowanie dojrzałego stylu i na zdobycie sławy.

Jego opinia okazała się bardzo bliska ocenie baronowej von Tromm.

– Marny z niego malarz – uznała pani Olga. – Albo tak bardzo niedoceniony, że wcale nieznany. Podczas mojego pobytu w Rzymie przed dwoma laty zupełnie o nim nie słyszałam, a akurat malarstwem interesowałam się w stopniu szczególnym.

– A te szkice, które każdemu pokazuje? – spytał pan Michał. – Ja słabo się w tej materii wyznaję, ale nie zrobiły na mnie większego wrażenia.

– Zapewne słusznie – potwierdziła baronowa. – Na naszej pustyni kulturalnej każdy malarz wzbudza zainteresowanie, choćby wobec umiejętności innych był mało utalentowany. Widziałam tylko nieliczne jego prace, ale nie zauważyłam w nich mistrzostwa. Zauważyłam natomiast co innego. Pan Połczyński wydaje krocie na urządzenie pracowni malarskiej, sprowadzając wyposażenie z Petersburga i Warszawy. To duża przesada.

Opowiadała o wizycie malarza w Jeronimowie, gdzie zrobił dobre wrażenie manierami i znajomością sztuki. Ale przekonywała Michała Kalinowskiego, że wiedzieć coś na temat sztuki, a umieć ją uprawiać, to dwie zupełnie różne sprawy.

 

– Słyszałam, że nasze panie z okolicy zamawiają portrety jedna przed drugą – zauważyła. – Ja sama nie zdecydowałam się, choć pan Połczyński zaofiarował się z tym prawie wprost.

– Czemu? – mina Kalinowskiego wyrażała rozczarowanie. – Wyszłabyś pięknie, baronowo, jak zawsze zresztą. Jesteś tak piękna, że nawet marnemu malarzowi wyszedłby dobry portret.

Pani Olga uśmiechnęła się z zadowoleniem i pocałowała kochanka w ucho.

– Umiesz mnie rozbawić, kochany Michale! A co do portretów, niech Połczyński maluje młodsze. Taki portret, a jeszcze może niezbyt udany, to przecież wielkie obciążenie dla kobiecej próżności. Będą go oglądać mężczyźni, także i tacy, którym nie chciałabym się pokazywać, będą oglądać i komentować. Wolę nie mieć portretu, żeby nie dawać im takiej sposobności. W życiu namolnych mężczyzn mogę po prostu odprawić, od portretu nie odpędzę.

– Jesteś bardziej próżna, niż się do tego przyznajesz, droga Olgo – śmiał się pan Michał. – Ale to jest cecha kobieca, którą nawet lubię w pewnym zakresie, przynajmniej u ciebie. Jesteś piękna i taka będziesz zawsze, jestem przekonany. Wiele panien, odrobinę młodszych mogłoby ci pozazdrościć.

– Odrobinę młodszych? – zachichotała baronowa. – Jesteś, Michale, jak zawsze nieoceniony w swoich komplementach!

To było ich pierwsze spotkanie od dłuższego czasu. Baronowa zatrzymała się w eleganckim, niedawno otwartym hotelu Ritz przy ulicy Niemieckiej, tuż na wprost bramy dawnego pałacu Branickich. Zajmowała apartament na pierwszym piętrze, z dobrym widokiem na pałac, w którym mieścił się Instytut Panien Szlacheckich, elegancka szkoła dla panien z wyższych sfer.

– Niejedna oddałaby wszystko, żeby mieć portret, choćby tylko wykonany przez takiego artystę jak Połczyński – powiedziała. – Z czasów swojej nauki pamiętam, że wszystkie o tym marzyłyśmy. Może nawet nie tyle o samym portrecie, co o możliwości obcowania z malarzem. Uważałyśmy, że to ktoś niezwykły i dałybyśmy wszystko za małe sam na sam z kimś takim. Nasza opiekunka, panna Giller, nigdy jednak nie wyraziłaby zgody na taką ekstrawagancję jak rozmowa z malarzem, nie mówiąc oczywiście o malowaniu.

– Portret to dobry pomysł – Michał Kalinowski pogłaskał po policzku siedzącą naprzeciw kobietę, – Zwłaszcza, gdyby obejmował nieco więcej niż sama tylko twarz. Żałuję, że nie jestem malarzem. Gdybym miał odpowiednie umiejętności, namalowałbym cię nagą, a portret powiesiłbym w sypialni.

– Och! – udawała oburzenie pani Olga. – Mówisz straszne rzeczy. Miałabym pokazać się malarzowi? I czemu miałabym wisieć w małżeńskiej sypialni?

Pan Michał uśmiechnął się rozbawiony.

– To jedyne miejsce w całym domu, gdzie moja matka nigdy nie zagląda – wyjaśnił. – Tylko tam podobne malowidło byłoby bezpieczne.

– A twoja żona?

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Jej powiedziałbym, że jest to Ewa w raju.

– Uwierzyłaby?

– Tak bym powiedział, że uwierzyłaby.

– A gdyby mnie poznała na obrazie?

– Jakiś sposób wymyśliłbym – pan Michał nie widział w tym problemu. – Może mogłabyś lekko odwrócić głowę lub coś w tym rodzaju...

Olga von Tromm położyła się na pościeli, przyjmując pozę Wenus z obrazu, na boku, z ręką pod głową. Jej piękne ciało błyszczało w świetle nieco tylko przysłoniętego okna.

– Pięknie! – powiedział Kalinowski, stając o dwa kroki od łóżka. – Oryginał przy tobie to tylko marnakopia.

Baronowa zachichotała.

– Jesteś bardzo miły. Ciekawa jestem, czy byłbyś zazdrosny, gdybym zdecydowała się na taki bezwstydny obraz?

– Nie byłbym – zaprzeczył szybko Kalinowski.

– Dlatego, że byś się na to nie zdobyła, moja droga.

Olga von Tromm potwierdziła to uśmiechem.

– Masz rację – powiedziała. – A ponieważ nie możesz mieć mnie na obrazie, musi ci wystarczyć moja rzeczywista obecność. Chodź do mnie, proszę...

MALARZ

Spokojne życie małżeńskie w Topolanach trwało przez kilka tygodni. Adam i Justyna Połczyńscy odbyli już sąsiedzkie wizyty, przyjęli wizyty gości, raz i drugi pojechali do miasta po sprawunki, wszędzie razem, jedno obok drugiego. Pan Jacek Nowacki nie mógł się nachwalić dobrego, zgodnego małżeństwa córki.

– Warto było czekać – powtarzał. – Jak się pobierają całkiem młodzi, to bywa, że mają pstro w głowie. Jak wiążą się w słusznym wieku, podchodzą do małżeństwa poważnie i odpowiedzialnie. Aż miło popatrzeć, jak wszystko pięknie się układa.

Ale nie układało się pięknie. W kilka tygodni po powrocie do domu, pani Justyna zaczęła narzekać na samopoczucie, objawiać skłonności do zdenerwowania z byle powodu, miewać ataki zazdrości. Raz była niezadowolona, że mąż zamyka się w pracowni, urządzonej na parterze dworu, innym razem narzekała, że nie poświęca jej dość czasu.

– Sama przecież chciałaś mieć jak najwięcej spokoju i odpoczynku – pan Adam wykazywał bardzo wiele cierpliwości. – W twoim stanie jest to bardzo wskazane.

– Mój stan nic do tego nie ma! – irytowała się Justyna. – Albo malujesz, albo zajmujesz się gospodarstwem, ja zupełnie przestałam cię interesować.

Pan Adam wzdychał, tłumaczył się i robił wszystko, żeby dawać jak najmniej powodów do kłótni. A nie było to łatwe, bo Justynę wszystko mogło wyprowadzić z równowagi.

Pan Adam miał ochotę namalować portret żony, ale stanowczo odmówiła pozowania.

– Nie teraz – odpowiedziała zdecydowanie. – Nie wyglądam dość ładnie, żeby mnie malować.

Nie dała się i namówić ani mężowi, ani ojcu, choć obaj przekonywali, że teraz wygląda szczególnie ładnie.

– Znajdź sobie inny obiekt – powiedziała. – Nie ma dnia, żeby jakaś panna czy pani nie prosiła mnie o pośrednictwo w złożeniu zamówienia na portret.

Adam Połczyński zawiesił więc na czas nieokreślony pomysł namalowania portretu żony.

Teść nie wymagał od niego, żeby angażował się przesadnie w prace polowe, nawet namawiał artystę, aby nie marnował swojego talentu.

– Ziemian wokoło mamy mnóstwo – powiedział. – Ale tylko ty otrzymałeś dar pracy na polu ducha. Nie marnuj go przy sianie czy słomie.

Adam Połczyński w krótkim czasie stał się nieodłącznym fragmentem okolicznych pejzaży. Brał na plecy sztalugi, worek z farbami i pędzlami i udawał się w pola. Widywano go na skraju lasu, nad rzeczką, na brzegu tej czy tamtej wioski, w polu, gdy ubrany w szeroki płócienny fartuch i słomkowy kapelusz utrwalał na płótnach krajobrazy.

Wykonał dwie niewielkie akwarele, te zaś przypadły pani Justynie do smaku.

– Och, przepraszam, przepraszam! – zawołała na ich widok. – Jestem strasznie niedobra! A ty tak pięknie malujesz!

Była zachwycona, wypowiedziała wiele komplementów.

– Wybacz moje zachowanie – powtarzała. – Przecież nie zabronię ci chodzenia po polach, jeśli powstają z tego dzieła tak piękne. Musiałabym nie mieć sumienia!

Natychmiast wycofała swój sprzeciw wobec wędrówek męża i wprost go zachęcała do podejmowania nowych poszukiwań.

Pan Jacek Nowacki przyjął to z satysfakcją.

– No widzisz, kochany Adamie – powiedział do zięcia. – Mówiłem ci, że twoja cierpliwość zostanie nagrodzona. Justysia zrozumiała, jak ważna jest twoja praca. A ja ci jeszcze powiem, że rzeczywiście wspaniałe obrazki namalowałeś.

Pan Połczyński nie był jednak zachwycony.

– Właśnie – zauważył z ponurym grymasem. – Obrazki. Namalowane dla świętego spokoju. A mnie chodzi o nieco inny rodzaj sztuki i dla niej chciałbym mieć akceptację mojej żony, teść to chyba rozumie.

– Oczywiście, że rozumiem – zapewnił pan Jacek. – Ale czy nie mógłbyś jeszcze trochę się poświęcić? Skoro Justysia tak chwali twoje akwarele, na pewno wykaże zrozumienia dla innych twoich pomysłów...

Pomysłów pan Adam miał wiele. Jednocześnie malował dwa portrety. W poniedziałki na werandzie w Topolanach zasiadał pan Halicki – w czarnym surducie i z cylindrem na kolanach, we czwartki pan Połczyński jeździł do Kurkowa, gdzie pod czujnym okiem matki pozowała mu osiemnastoletnia panna Kurkiewicz

Odznaczał się wielką pracowitością, nie rozstawał się ze szkicownikiem, można go było zobaczyć rysującego na łące, na jarmarku w Zabłudowie, albo wprost na drodze, gdy stawał nagle poruszony jakimś widokiem, który natychmiast chciał utrwalić.

W czasie tych swoich wędrówek zaglądał czasem do Kalinówki. Lato było bardzo skwarne i pan Adam chętnie przystawał we dworze, by odpocząć przy szklance zimnego napoju i pogawędzić z mieszkańcami.

Prawie każdego rozmówcę namawiał do pozowania, udowadniając że jego twarz, postawa lub strój godne są utrwalenia. Nierzadko spotykały go odmowy, ale zupełnie się nimi nie zrażał i podczas następnej wizyty powtarzał propozycję.

Odnosiło się to zwłaszcza do pani Katarzyny Kalinowskiej.

– Szanowna pani emanuje dostojeństwem – mówił, kłaniając się i przykładając rękę do serca, co jednak nie zapewniło mu zgody na portretowanie.

– Co to, to nie! – sprzeciwiła się pani Katarzyna. Nie jestem aż tak próżna, żeby mnie malowano jak jaką baronową czy hrabinę. Szkoda talentu pana na okazy w moim wieku. Proszę szukać ładniejszych, które ucieszą oko.

Tego lata powstało kilka obrazów Adama Połczyńskiego, a ci którzy je widzieli skończone, chwalili dobrze uchwycone podobieństwo modeli oraz oddanie wszystkich szczegółów stroju.

Pani Justyna nie potrafiła jednak docenić artystycznego zaangażowania męża i na tym tle wybuchła wkrótce wielka awantura.

Poszło o obraz ze sceną rodzajową – wiejskie dziewczyny idące drogą do kościoła. Obraz był wykonany ledwie w połowie, ale żona artysty stanowczo zażądała, aby natychmiast porzucił malowanie tego dzieła.

Wpadła pewnego ranka do pracowni Połczyńskiego, wzburzona i zdenerwowana.

– Dosyć tego zepsucia! – krzyczała. – Nie mogę już znieść myśli, co ludzie powiedzą, gdy zobaczą, jak fatalnie się zachowujesz!

Pan Adam był zaskoczony atakiem żony

– Zepsucia? – zapytał. – O czym ty mówisz, moja droga?

Pani Justyna podbiegła do rozstawionych sztalug i wyciągnęła w ich stronę palec w oskarżającym geście.

– A co to jest?! – spytała. – Czy można nazwać to inaczej?! Miałeś malować obrazy religijne. Czy nie taka jest twoja specjalizacja?

– To jest obraz religijny – tłumaczył spokojnie pan Adam. – Wiejskie dziewczyny idą do kościoła, żegnają się przed krzyżem na rozstajach.

Pani Justynie chodziło o to, że przedstawione na płótnie dziewczyny nie zachowywały odpowiedniej powagi, śmiały się, żartowały, a temat ich rozmów raczej nie należał do religijnych.

– Tak myślisz? – zdziwił się pan Adam. – Nie bardzo rozumiem, gdzie to dostrzegasz.

– W lubieżnych spojrzeniach tych dziewczyn, w ich bezczelnym zachowaniu! Już ja dobrze wiem, o czym one myślą. Już ja wiem!

Wpadła w histerię. Krzyczała, płakała, wymachiwała ramionami. Miotała się po pracowni, potraciła sztalugi, obraz spadł na podłogę. Pan Adam podniósł go, zakrył płótnem, a potem uspokoił żonę, co wymagało czasu, ale i delikatności.

Wieczorem powiedział do teścia:

– Justyna łatwo popada w rozdrażnienie, pewnie za sprawą swojego stanu. Chyba na jakiś czas powinienem przestać malować. Albo może robić to gdzie indziej, żeby nie widziała...

Jacek Nowacki, zmartwiony częstymi wybuchami córki, pocieszył zięcia, że to jedynie stan przejściowy i radził zachować cierpliwość.

– Jest rozdrażniona, to się kobietom zdarza w takim stanie. Ale to wkrótce minie.

Pomysł z malowaniem gdzie indziej także nie podobał się Justynie, ponieważ z trudem znosiła konieczność wychodzenia męża z domu.

– Umrę od tego – zapowiadała. – Umrę, a ciebie nawet nie będzie w pobliżu, żeby zobaczyć, jak za ciebie cierpię.

– Za mnie? – powtórzył zaskoczony. – Czemu za mnie?

– Przecież to twoje dziecko.

Adam Połczyński wzdychał, ale pouczony przez doktora, żeby starać się nie denerwować przyszłej matki, nie rozwijał tematu. Rada nie była jednak chyba najlepsza, bo depresyjne stany, w jakie Justyna popadała coraz częściej, pogłębiały się i stawały się coraz trudniejsze do wytrzymania dla wszystkich domowników. Pan Jacek Nowacki łagodził słowa i postępowanie córki i z tygodnia na tydzień przypominał, że do rozwiązania zostawało coraz mniej czasu, więc i coraz bliżej było do chwili, gdy Justyna powróci do swojego normalnego stanu.

– To z wrażliwości – oceniła pani Katarzyna Kalinowska, do której dotarły echa zachowań pani Połczyńskiej. – Z wrodzonej wrażliwości. Justysia jest delikatna jak polna róża, gdy taką na przykład nasza Franciszka jest jak rzepa na zagonie, co to jej nie zmoże ani upał, ani deszcz...

 

W innych okolicznościach Franciszka byłaby zła na teściową. Ale teraz była zadowolona. Pani Katarzyna powiedziała: nasza Franciszka. Po pięciu latach uznała Franciszkę za swoją. Wprawdzie mogło to znaczyć nasza – więc przynależąca do dworu, jak nasza jest służba albo zwierzęta, ale Franciszka wołała widzieć to po swojemu. Teściowa powiedziała: nasza Franciszka. Był to powód do satysfakcji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?