Dworek pod Malwami. Lato żelazaTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #17
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 17 - Lato żelaza

Saga

Dworek pod Malwami 17 - Lato żelaza

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801842

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PLAN PANI KATARZYNY

Michał Kalinowski opowiadał o swojej wyprawie do dworu w Semkowiczach zupełnie bez entuzjazmu. Wrócił z drogi zmęczony i marzył o odpoczynku, a tymczasem starsza pani domagała się szczegółowej relacji.

– Mówże wreszcie! – niecierpliwiła się. – Będzie co z tego?

Pan Michał pokręcił głową.

– Nie wydaje mi się. Z całym szacunkiem dla mamy dobrych chęci, nie był to dobry pomysł.

Pani Katarzyna oczekiwała powrotu syna z wielką niecierpliwością, ponieważ wysłała go w podróż, aby przyjrzał się pannie Semkowicz i ocenił, czy nada się na żonę dla Ignasia.

Rozmawiali w salonie, bez obecności kogokolwiek postronnego, aby plany pani Katarzyny nie zostały przedwcześnie ujawnione. Zwłaszcza wnuk nie mógł się dowiedzieć, że za jego plecami układane są jakiekolwiek projekty małżeńskie.

– Rodzina owszem, bardzo porządna – przyznał Kalinowski. – Przyjęli mnie niezwykle serdecznie, są gościnni i szczerzy. Prosili zostać, jak długo zechcę. Duże wrażenie zrobił na mnie pradziadek...

– To stary major jeszcze żyje? – ucieszyła się starsza pani. – Daj mu, Boże, jak najdłużej! Ma pewnie pod dziewięćdziesiątkę!

– Osiemdziesiąt cztery. Dawny żołnierz i wielki patriota, co lubi sobie golnąć i bez przerwy wspomina stare, dobre czasy. Czy mama wie, że w czasie powstania był majorem w partii Wróblewskiego? Znał oczywiście naszego Janka i mówił o nim z wielkim uznaniem.

– Pamiętałam o tym – przyznała pani Kalinowska. – A jakże jego siostrzenice?

– Żyje tylko jedna, Karolina. To babka dziewczyny. Kobieta szczera i życzliwa, prosta i niewykształcona...

– I jej niech Bóg da zdrowie! – niecierpliwiła się starsza pani. – Ale panna! Jaka jest panna?! O nią przecież najwięcej chodzi!

Patrzyła na syna ze zdumieniem, nie mogąc zrozumieć jego rezerwy. Opowiadał jak z musu, każde zdanie musiała z niego wyciągać.

– Jest i panna, mama dobrze wszystko pamiętała – podjął. – Władysława, a mówią o niej Adzia. Nie będę ukrywał, że spodziewałem się trochę więcej.... To znaczy, nie tyle więcej, bo sama w sobie jest duża, ale lepiej. Otóż, to jest dziewczyna nieszczęśliwa, bo brzydka, jakaś taka nieforemna, z wielkim nosem i szerokimi barami, niby u mężczyzny...

Przybrał lekceważący wyraz twarzy i lekceważący ton. Liczył, że matka odstąpi od swoich planów.

– Bieda w tych Semkowiczach okropna – podkreślił. – Ledwo wiążą koniec z końcem. Ziemi tyle, co kot napłakał, gospodarstwo w gorszym stanie, niż u niejednego z naszych chłopów. Mieszkają byle jak w domu, co przypomina kurnik. Pracują ciężko, jedzą postnie i rzadko, a pieniądze w gotówce widzieli pewnie ze trzydzieści lat temu...

Kalinowski spodziewał się, że dla matki, kobiety która potrafiła postawić majątek na nogi, taka opinia będzie przeciwwskazaniem do matrymonialnych planów. Tymczasem pani Katarzyna wszystko, co on przedstawiał jako wady, brała za zalety.

– To bogobojna, zasłużona dla kraju rodzina, mój drogi – powiedziała z uśmiechem. – Prawda, że biedna, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była bogata. Na tych piaskach i podmokłych łąkach? Bieda może tu być zaletą, znają oni ciężką pracę i wiedzą, że ziemia nie lubi lekkoduchów. Zapewne panna jest pracowita?

– O, tak! – skinął głową Kalinowski. – W tej kwestii mama ma całkowitą rację. Mają tam tylko jedną służącą, panna Adzia prawie wszystko musi robić sama.

– Widzisz! – rozpromieniła się pani Katarzyna. – Surowe, ale dobre wychowanie. To najważniejsze. Pobożność, skromność, zamiłowanie do pracy na roli. Czy to nie jest to, co tak lubisz podkreślać? Praktyczne podejście do życia. Dziewczyna pracuje, nie leni się, zna się na gospodarstwie. Jeśli pójdzie za Ignasia, będzie mu posłuszna i wierna, bo wiele mu będzie zawdzięczała. Nie ma przecież pstro w głowie, jak mają bogate panny, i nasze, i miejskie.

– No, tak – zgodził się po namyśle pan Michał. – Owszem, w rozmowie nawet uprzejma. Ale nie ma w niej żadnej subtelności, żadnego pragnienia spraw wyższych...

Starsza pani wydęła usta.

– Mój drogi – powiedziała z naciskiem. – Na ten temat oboje wiemy chyba niemało, prawda? Nie powiesz chyba, że jest gorzej wykształcona i wychowana od Franciszki?

Przed takim argumentem dziedzic Kalinowski zawsze musiał ustąpić. Jego żona pochodziła z rodziny chłopskiej.

Chrząknął, jakby zamierzał powiedzieć coś istotnego.

– Rzecz nie tylko w pochodzeniu – zauważył. – Adzia jest brzydka, proszę mamy. Franciszka przy niej to prawdziwa księżniczka.

Pani Katarzyna aż usta otworzyła na taką profanację, a pan Michał bezlitośnie ciągnął dalej.

– Brzydka! – powtórzył z naciskiem. – Ale przede wszystkim za młoda. Ma dopiero szesnaście lat. Ignaś musiałby czekać rok albo dwa, a na koniec dostałby potwora! Czy mama chce go unieszczęśliwić?

Starsza pani za nic nie chciała porzucić swojego pomysłu.

– Nieładna? – zapytała. – To zależy, co się komu podoba. Może akurat Ignasiowi będzie odpowiadała...

Kalinowski pokręcił głową.

– Przepraszam, ale mama chyba mnie nie słuchała. Nie mówiłem, że panna Adzia Semkowicz jest nieładna. Mówiłem, że jest brzydka. W dodatku na tym pustkowiu wychowali ją na dziką i mało okrzesaną. W całym dworze nie ma ani jednej książki!

Pani Katarzyna przyglądała się synowi z uśmiechem pełnym wyższości.

– Michale – odezwała się. – Widzę, że chcesz mnie zupełnie zniechęcić. Zapomniałeś, że twoja żona nie potrafi czytać? A ja bardzo dobrze pamiętam, jaką wiedzę miała matka panny, Katarzyna jak ja. Na pewno przekazała córce dość. Ty mogłeś tego nie zauważyć, byłeś tam przecież krótko, interesowałeś się gospodarstwem, nie starczyło ci czasu na właściwe poznanie osoby. Jest zapewne trochę skryta, to nie dziwne u kogoś, kto jest wychowany daleko od ludzi.

Kalinowski opuścił głowę z rezygnacją.

– Mama mówi poważnie? – upewnił się. – Będzie się upierać, by swatać Ignasia z tą panną?

– Oczywiście! – starsza pani nie miała wątpliwości. – Dziwię ci się, że taki jesteś zapiekły w niechęci do tej osoby.

– Nie jestem zapiekły – próbował bronić się pan Michał. – Pytała mnie mama o zdanie, to je przedstawiłem.

Starsza pani pokręciła głową.

– Doprawdy? Czemu, mój drogi, akcentujesz tylko wady i niedociągnięcia, a wcale nie widzisz zalet?

– A mama widzi zalety?

– Naturalnie – odpowiedziała starsza pani pogodnie. – Nie oceniajmy człowieka tylko po wyglądzie i po majątku. To po pierwsze. A po drugie, panna jest młoda. Za młoda, jak twierdzisz. Może i racja, że spieszyć się aż tak bardzo nie ma potrzeby. Zatem więc i ona, i Ignaś mają dość czasu, żeby się poznać i polubić. Zaraz napiszę do jej opiekunów, że jesteśmy zainteresowani i niech za jakiś czas pozwolą jej odwiedzić Kalinówkę. Nie masz zapewne nic przeciw temu?

Z zadowolonym uśmiechem pani Katarzyna Kalinowska poklepała syna po ręce.

– Zobaczysz, Michale, jakie to będzie udane, zgodne małżeństwo!

Kalinowski zrezygnował już z oporu, ale jeszcze zapytał:

– Skąd mama wie, że będzie udane?

Starsza pani zrobiła tajemniczą minę.

– Skąd wiem? Przeczucie mi to podpowiada. A przeczucia nigdy mnie nie zawodzą.

CHUSTKA

Jesień 1913

Ignaś Kalinowski nie miał pojęcia, że babka Kalinowska i ojciec szykują za jego plecami niespodziankę i szukają dla niego narzeczonej. Gdyby to wiedział, nie okazałby zadowolenia. On bowiem wyraźnie interesował się Sabiną Lulewicz, młodszą siostrą swojej macochy i opiekunką przyrodniego brata. Nie czynił tego nachalnie, jak to bywało wtedy, gdy miał kilkanaście lat i podglądał służące. Teraz opór, jaki stawiała siostra macochy, był dla niego wyzwaniem. Nie był tego świadomy, w ogóle się nad powodami swego zainteresowania nie zastanawiał. Po prostu chodził za Sabiną i próbował spotkać się z nią sam na sam. Uważał, że wówczas mógłby jej wyłożyć swoje zamiary, choć te nie były skonkretyzowane.

Na jarmarku w Zabłudowie kupił piękną chustkę w wielkie czerwone kwiaty. Następnego dnia, w porze południowej, usiadł przed drewutnią na pieńku, służącym do rąbania drzewa. Wyjął z zanadrza chustkę, rozpostarł ją i przyglądał się, jak prezentuje się na wietrze.

Podkuchenna Malwina, wielka i niezgrabna, nadeszła jak zwykle o tej porze, żeby zabrać naręcze polan do kuchni.

– Ładna? – zapytał Ignaś.

– Przepiękna! – Malwina była zachwycona.

Ignaś powiewał chustką we wszystkie strony, żeby dziewczyna mogła ją dokładnie obejrzeć.

– Kupiłem dla babuni – wyjaśnił. – Chciałem coś ładnego przywieźć z Zabłudowa, ale akurat nic odpowiedniego nie widziałem. Kupiłem chustkę, ale nie dam jej, bo wiadomo, że babunia nie zechce takiej nosić. Dla niej to jest nadto wiejskie...

 

Malwina patrzyła z zazdrością. Chusta była cienka i mocna, w sam raz do niedzielnego stroju.

– Najlepiej wygląda na osobie – powiedział Ignaś. – Niech Malwina sama zobaczy.

Zanim się zorientowała, podszedł i zarzucił jej chustkę na ramiona. Cofnął się o krok, żeby lepiej ocenić.

– Bardzo ładnie Malwina wygląda.

W służącą jakby piorun strzelił. Nikt nigdy nie powiedział jej niczego podobnego.

– Naprawdę – stwierdził Ignaś z przekonaniem.

– Tak ładnie, że chyba najlepiej będzie, żeby już na Malwinie została...

Dziewczyna zaniemówiła z wrażenia. Nie śmiałaby marzyć o tak pięknym prezencie. Podniosła ręce, zarzuciła chustkę na głowę, potem znowu na ramiona. Ignaś przyglądał się tym przymiarkom z aprobatą. Malwina zakręciła się w kółko, ale nie było w pobliżu miejsca, gdzie mogłaby się przyjrzeć, ani też nikogo, kto potwierdziłby obserwacje panicza. Końcami palców pogłaskała końce chustki. Jaki miękki, delikatny materiał!

Z ociąganiem zdjęła chustkę z ramion.

– Nie mam pieniędzy – oznajmiła z żalem. – A pewnie bardzo droga jest...

– Nawet nie bardzo – zaprzeczył Ignaś. – Okazja była, to kupiłem.

Po czym dodał:

– Niech Malwina nosi na zdrowie.

Dziewczyna zawstydziła się i stanowczym gestem wyciągnęła przed siebie rękę z prezentem.

– Nie, nie – powiedziała. – Pan Ignaś niech lepiej komu innemu da...

Kalinowski już postanowił, że chustkę ofiaruje podkuchennej.

– Ale pytać będą – broniła się. – Skąd mam, zapytają. Co ja wtedy powiem?

Ignaś machnął ręką lekceważąco.

– A niech pytają i zgadują. Malwina nic nie musi mówić.

Nie była przekonana. Najbardziej chodziło jej o Sabinę. Kto jak kto, ale Sabina na pewno zapyta. I co wtedy odpowiedzieć? Że panicz Ignaś dał? Przecież Sabina może być zazdrosna, żal może mieć...

– A dla Sabiny pan Ignaś chustki nie ma? – zapytała.

– Dla Sabiny? Czemu dla Sabiny?

Służąca zaczerwieniła się po same uszy.

– Bo Sabina... bo myślałam...

Czekał, ale nie miała odwagi wytłumaczyć swojego pytania. Dopiero, gdy ją zaczął łagodnie podpytywać i zapewniać, że się nie pogniewa, wyraziła swoje wątpliwości.

– Tak pomyślałam, że pan Ignaś może dla kogo innego kupił... Dla Sabiny... Ona powiedziała, że prezentów nie chce, ale może pan Ignaś nie wie, że tak mówiła...

– A powiedziała, że nie chce?

– Tak – zapewniła Malwina. – Tak mówiła. Że prezentów nie przyjmie i obietnic nie przyjmie...

Przerwała i mimo nalegania Kalinowskiego nic więcej nie chciała zdradzić. Ignaś w końcu dał spokój dopytywaniom.

– Na siłę nie można nikomu niczego ofiarować – zgodził się. – Ale widzę, że Malwinie się podoba ta chustka. To niech nosi na zdrowie.

Skinął dłonią i odszedł. Malwina została, niepewna, co powinna zrobić. Złożyła chustkę i pobiegła w stronę domu. Sabinę znalazła w drodze do obory.

– Patrz, co mi pan Ignaś ofiarował! – oznajmiła podekscytowana, pokazując prezent.

Sabina wysłuchała relacji ze zmarszczonymi brwiami.

– I tak za nic ci dał? – spytała podejrzliwie.

– Za nic – paplała Malwina. – Dla starszej pani kupił, ale ona takich nie nosi, to mnie dał. Zobacz, jaka ładna!

Sabina wytarła czoło ramieniem.

– Na pewno za nic? – spytała poważnie.

Malwina zrobiła nadąsaną minę.

– Przecież mówię!

Ale Sabina nie uwierzyła przyjaciółce.

– I tak sobie, bez niczego dał? – powątpiewała. – Nikt w to nie uwierzy. Lepiej nie pokazuj jej nikomu i nikomu nie mów.

Malwina pomyślała przez chwilę, po czym skinęła głową.

– Może i racja – zgodziła się z wahaniem.

Sabina zabrała jej chustkę i oddała dopiero wieczorem, gdy były już w swoim pokoju na poddaszu. Malwina siedziała na łóżku z chustką na ramionach, zerkała do starego lusterka.

– Też mi prezent – mruknęła z rozczarowaniem.

– Jak nikomu nie mogę pokazać, to na co mi on?

– Trzeba było wcześniej pomyśleć – strofowała przyjaciółkę Sabina. – Przecież każdy będzie pytał, skąd to masz. Chcesz, głupia, dostać się na ludzkie języki?

– To co zrobić? – pytała zafrasowana Malwina.

– Oddać – pouczyła Sabina. – Od razu jutro.

– No tak – zgodziła się po chwili Malwina. – Ale co powiedzieć?

Sabina wzniosła oczy ku sufitowi.

– Jak oddać? – wahała się podkuchenna. – Taka ładna jest, że żal...

– Ty faktycznie czasem jesteś jak tłumok – zauważyła rozeźlona przyjaciółka. – Nic nie mówić, głupia! Oddać i już.

Malwina zrobiła płaczliwą minę, na co Sabina szybko wzięła dziewczynę w objęcia i zaczęła ją uspokajać łagodnym głosem.

– Tak będzie najlepiej, uwierz mi – tłumaczyła. – Inaczej żyć ci nie dadzą we wsi. A i nie wiadomo, co starsza pani powie. Może nawet cię wyrzucić z dworu. I gdzie wtedy pójdziesz?

Malwina popłakała trochę, ale spakowała chustkę, zdecydowana postąpić jednak zgodnie z radą przyjaciółki.

Jednakże, jak to Malwina, niczego nie umiała przeprowadzić porządnie.

***

Chustka tak bardzo podobała się Malwinie, że przez kilka pierwszych dni po jej otrzymaniu nie mogła się zdecydować, by oddać ją Ignasiowi Kalinowskiemu. Wieczorami zakładała chustkę na ramiona i cieszyła się dotykiem miłego, gładkiego materiału. Każdego jednak wieczora Sabina Lulewicz przypominała jej o potrzebie zwrócenia podarunku.

– Jeszcze tylko trochę ponoszę i zaraz oddam – odpowiadała służąca, patrząc na współlokatorkę proszącym wzrokiem.

I rzeczywiście, czwartego dnia Malwina wzięła chustkę ze sobą, gdy wychodziła do drewutni po polana. Liczyła, że zobaczy gdzieś Ignasia i będzie mogła pomówić z nim bez świadków.

Ignaś przebywał w ogrodzie, oceniając, jakie będą zbiory kapusty i pozostałych warzyw.

– Widzi Malwina, jak zielono na naszych grządkach? – zapytał z zadowoleniem.

Podeszła bliżej, rozglądając się czy ktoś nie podsłuchuje. Wyjęła chustkę zza fartucha.

– Oddać chciałam.

– A to czemu? – zdziwił się Ignaś. – Nie podoba się Malwinie?

– Podoba się, ale chciałam oddać. I tak nie mam gdzie nosić.

Tak samo jak za pierwszym razem, trzymała chustkę w ręce wyciągniętej przed siebie i tak samo jak poprzednio, Ignaś nie wyciągnął dłoni.

– Dałem, to i nie odbiorę – powiedział. – Bo kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera.

Wyszedł spomiędzy grządek i skierował się w głąb ogrodu. Malwina szła za nim, z chustką w ręce, nie wiedząc, jak ma go przekonać.

– Ale będą mówić, że pan Ignaś nie za darmo dał... – zauważyła z rozpaczą, ponieważ nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

Zatrzymał się, odwrócił do służącej.

– Kto tak mówi?

– Jeszcze nikt – zarumieniła się Malwina. – Ale jakbym założyła kiedy do kościoła, zaraz by pytali, skąd mam i zaraz by mówili, że...

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Plotki – mruknął lekceważąco. – A Sabina co mówi?

Wspomnienie Sabiny dodało Malwinie odwagi.

– Ona właśnie tak mówi – przyznała się. – Radziła oddać, żeby na ludzkie języki się nie dostać.

Ignaś Kalinowski niepewnie wziął chustkę.

– Może i racja – powiedział. – Ludzie są chętni do plotkowania.

Malwina uśmiechnęła się z ulgą. Ale jej wzrok posmutniał na widok Ignasia składającego chustkę i chowającego ją do wewnętrznej kieszeni.

– Ale Malwina, oddając podarunek, poniosła stratę – zauważył z zafrasowaniem. – To może zrobimy tak... Niech mi Malwina powie, co by chciała mieć, coś takiego mniej krępującego, a ja Malwinie coś takiego dam w zamian za tę chustkę.

Twarz służącej rozjaśniła się szerokim uśmiechem, pomysł się jej spodobał.

– No – zapytał Ignaś. – Co by Malwina chciała?

– Sama nie wiem... – krygowała się służąca, kręcąc się w miejscu i nie podnosząc oczu.

– Niech Malwina się nie wstydzi – zachęcił.

– Obiecuję, że ani się nie będę śmiał, ani nic. Na pewno jest coś, co by chciała mieć.

– Najbardziej? – spytała.

– Co by chciała mieć najbardziej.

Podkuchenna Malwina nie zawahała się.

– Najbardziej to bym chciała męża i dzieci!

Zaskoczony Ignaś podniósł brwi. Do głowy mu nie przyszło, że ta duża, brzydka służąca może mieć takie marzenia.

– Aha – powiedział. – Wiem, co Malwina ma na myśli. Kto wie, czy bym nie umiał pomóc w tym kłopocie...

Patrzył uważnie na służącą, a na twarzy Malwiny nie było żadnej tajemnicy. Jej myśli i uczucia wyraźnie rysowały się w rozjaśnionych nagle oczach, w podniesionych w uśmiechu policzkach.

– Pomogę – obiecał. – Malwina dobra jest dziewczyna i zasługuje na coś lepszego, niż tylko w kuchni i w kuchni...

Każda służąca przyjęłaby takie uwagi z wdzięcznością. Malwina dygnęła niezgrabnie.

– Pomogę – powtórzył Kalinowski. – Ale nie za darmo.

Malwina zaczerwieniła się po same uszy.

– Nie za darmo? – szepnęła zawstydzona. – Czy pan Ignaś aby nie chce...

Nie śmiała dokończyć. Kalinowski zaprzeczył gestem.

– Nie, nie to – uspokoił. – Malwina chyba plotek nie słucha? Bo to plotki tylko, te wszystkie gadania o Natalii i tak dalej. Jeśli Malwina umie dochować tajemnicy, to jej powiem prawdę.

Podkuchenna przeżegnała się szybko na znak, że obiecuje milczenie.

– Zrobimy tak – zaproponował Ignaś. – Ja Malwinie pomogę znaleźć odpowiedniego męża. Obiecuję, że znajdę. Pod warunkiem jednak, że Malwina wstawi się za mną u Sabiny.

Służąca za obietnicę spełnienia jej największego marzenia była gotowa zrobić wiele więcej.

– Wszystko powiem – zadeklarowała pospiesznie. – Sabina to nawet nie byłaby od tego, ale ona... Przerwała nagle, przypomniawszy sobie, że obiecała przyjaciółce zachowanie tajemnicy.

– Nie byłaby od tego? – powtórzył zaskoczony Ignaś.

Malwina nie wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji, ale nie umiała się wykręcić.

– No, chciałam powiedzieć, że tak myślę – tłumaczyła się. – Ja o panu Ignasiu same tylko dobre rzeczy wiem. I tylko same dobre do niej mówię. Ona panicza bardzo uważa...

– Tak? – zaciekawił się Kalinowski. – To czemu ucieka, jak tylko mnie zobaczy?

Malwina uznała, że powinna być szczera wobec panicza, jeśli chce, żeby rzeczywiście pomógł w jej własnej sprawie.

– Czasem tak sobie rozmawiamy wieczorem – przyznała się. – To i więcej wiem, jak inne. Sabina niebogata, ale bardzo ładna jest. Jak ja bym takie ciało miała, to za samego księcia mogłabym iść. To i nie dziwne, że ona tak się ceni.

Malwina, przejęta tym, że tak mało od niej wymagają w zamian za ważną dla niej przysługę, paplała dalej.

– Dziewczyny we wsi to różnie myślą – oznajmiła. – Niejedna gotowa dać co ma najcenniejszego, żeby tylko z chałupy się wyrwać. Ale Sabina to nie.

Ignaś Kalinowski zacisnął szczęki.

– Chyba mnie Malwina źle zrozumiała – zauważył. – Nie nastaję na cześć Sabiny. Prosiłem tylko, żeby jej powtórzyć, aby nie słuchała plotek o mnie.

– O, jak to dobrze! – zawołała na to rozpromieniona służąca. – Bo Sabina to taka twarda jest. Jakby kto ją palcem tknął, to chyba zaraz by go nożem poczęstowała, albo i gorzej. Żadnych prezentów nie przyjmie, powiedziała. A męskie obietnice mam za niestałe. Jak kto mnie chce, to niech się najpierw ożeni.

– Tak powiedziała? – upewnił się Ignaś.

– Tak, tak – zapewniła Malwina. – Ona uparta jest. Jak się na coś zaweźmie, to nie ma sposobu.

Kalinowski zamilkł na chwilę.

– Malwina szczera jest – zauważył. – Prawdziwa z niej przyjaciółka. Pewnie niejedną jeszcze tajemnicę Sabiny zna. Nie, nie, nie wypytuję. Ale może Malwina powie, dla kogo ona tak się stara? To znaczy, czy może kogoś ma na sercu?

Malwina podniosła brwi zdumiona. Mężczyźni rzeczywiście są bardzo naiwni. Kobieta od razu wiedziałaby wszystko.

– Nikogo obcego przy niej nie ma – powiedziała. – Jakby kto taki był, to bym zaraz panu Ignasiowi powiedziała. Ja taka szczera jestem, a jak panicz dla mnie taki dobry, to jeszcze i więcej. Jakbym ja dostała dobrego męża, to paniczowi byłabym wdzięczna do końca życia.

Ignaś dotknął dłonią ubrania na piersi, gdzie miał schowaną kolorową chustkę.

– Obiecałem już – przypomniał. – Ja zawsze obietnic dotrzymuję. Malwina już o wyprawie ślubnej może myśleć. A ta chustka na przechowaniu u mnie będzie. Malwina na nią zapracuje, jak czasem opowie o swoich rozmowach z Sabiną. Tylko do czasu tajemnicę trzeba zachować, bo ludzie tacy chętni są do plotkowania...

 

– Grób, mogiła! – obiecała Malwina, podnosząc rękę do przysięgi.

Po czym spytała zaniepokojona:

– Ale Sabinie to chyba mogę powiedzieć, że będę miała narzeczonego?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?