Dworek pod Malwami. Deszczowi kochankowie

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 16 - Deszczowi kochankowie

Tom 16.

DESZCZOWI KOCHANKOWIE

Saga

Dworek pod Malwami 16 - Deszczowi kochankowie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801859

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

OPÓR

Wiosna 1913

Sędzia śledczy Krawcow pilnie pragnął dowiedzieć się prawdy o śmierci starego młynarza z Kalinówki, nie odkładał więc koniecznych działań, aby ustalić sprawców. Zjawił się pewnego ranka przed cmentarzem w Zabłudowie w towarzystwie urzędników sądowych, lekarza i robotników, niosących łopaty i kilofy.

Jednak gdy tylko przekroczyli cmentarną bramę, zatrzymał ich tłum ludzi, gniewnych i gotowych siłą powstrzymać urzędowe czynności. Wieści o planowanej ekshumacji młynarza Wudkiewicza oraz możliwym otwarciu innych grobów rozeszły się po okolicy i mieszkańcy wiosek z parafii stawili się, aby bronić swojego cmentarza.

Na widok nadchodzących tłum zafalował i ruszył w ich stronę, a sponad głów zaczęły się rozlegać się nieprzyjazne okrzyki.

– Nie damy kości naszych dziadów!

– To nasz cmentarz!

– Innym wara!

– Nie damy!

Ksiądz Miodyński, w liturgicznym żałobnym stroju, z czarną kapą na ramionach i z krzyżem w ręku, wyszedł spomiędzy nich i śmiało kroczył naprzeciw nadchodzącym.

– Stójcie! – wołał. – Stójcie, w imię Boga! Niech Jego imię chroni was przed świętokradztwem!

Sędzia Krawcow, w czarnym palcie i białym jedwabnym szaliku, także wyszedł naprzeciw, nakazując swoim towarzyszom, by zostali na miejscu. Było to rozsądne posunięcie, jeden rzut oka przekonałby każdego, że jakiekolwiek siłowanie się narazi tę szczupłą garstkę na poważne kłopoty. Stanęli więc niepewnie, a narzędzia, mające służyć rozkopywaniu grobów, zdjęli z ramion i usiłowali je ukryć za sobą. Byli wprawdzie tylko wynajętymi robotnikami, ale wiadomo, że podczas zamieszek może się dostać także całkiem niewinnym.

Sędzia z daleka zobaczył człowieka, którego podejrzewał o wywołanie zamieszania i ukłonił się jego w stronę kapeluszem.

– Panie dziedzicu, pozwoli pan na słówko...

Rzeczywiście, trafił bezbłędnie. To Michał Kalinowski był inicjatorem oporu. Opowiedział o swojej rozmowie z sędzią proboszczowi Miodyńskiemu, ten zaś zmobilizował ludzi w obronie cmentarza. A było czego bronić. Ekshumacja miała bowiem dotyczyć nie tylko ciała zmarłego młynarza Wudkiewicza, ale i kilku innych grobów, położonych najbliżej.

Taki był wymóg formalny, aby stwierdzić, czy aresztowana Natalia Grygorczuk otruła swojego ojca. Należało wykopać ciało ofiary, zbadać w nim zawartość arszeniku, następnie zaś porównać wynik z ilością trucizny w zwłokach innych zmarłych. Biegły lekarz sądowy łatwo ustaliłby, czy trucizna w szczątkach młynarza odbiega od typowej zawartości arszeniku w każdym człowieku.

– Zapewne to pan spowodował to poruszenie – zauważył sędzia Krawcow z kwaśną miną. – I co ja mam teraz robić, zdaniem pana? Wezwać żandarmów i siłą usunąć tych ludzi?

– Takie zachowanie odradzam – odparł pan Michał. – Ci ludzie przyszli tu bronić grobów swoich bliskich, które ich zdaniem zostaną zbezczeszczone. Dojdzie więc do zamieszek, będą ranni, a na pewno poszkodowani. Władzom chyba nie zależy na ofiarach.

Sędzia zagryzł wargi. Może uważał, że aresztowanie podejrzanej nie wywoła tak wielkiego echa, a raczej wpłynie na uspokojenie nastrojów. Nikt przecież nie okaże współczucia kobiecie, która zabiła swojego ojca.

– To jest nawoływanie do nieporządków – odezwał się Krawcow. – Mogę pana kazać zamknąć pod takim zarzutem. Uniemożliwia pan wykonywanie obowiązków sędziego. Zwłaszcza, że dobrze pan zna moje intencje. Prowadzę śledztwo i muszę przeprowadzić badania.

Kalinowski pokręcił głową.

– Pańskie śledztwo zakłada, że winna jest nie tylko Natalia, ale także ja, mój syn i Bóg wie, kto jeszcze. Sam pan to przyznał, a ja upieram się, aby najpierw przedstawił pan dowody, a potem dopiero dokonywał aresztowań. Nie to jednak zdecydowało, że widzi pan tutaj nas wszystkich. Pan sam jest temu winny. Uprzedziłem księdza proboszcza o pańskich zamiarach, ponieważ panu nie przyszło do głowy przyjść i zapytać o zgodę.

– Nie muszę jej mieć! – oburzył się Krawcow. – Proszę mnie nie pouczać, z łaski swojej!

Kalinowski ruchem głowy wskazał tłum za sobą.

– Proszę wybaczyć, ale pan się myli – zauważył stanowczo. – Otóż, musi pan. To jest cmentarz kościelny, katolicki. Pan nie powinien na niego wkraczać z policją, jeśli nie chce pan zadrażnień z miejscową ludnością. To chyba nie jest najlepszy czas na takie sprawy. Władze w Petersburgu...

Sędzia Krawcow wydął wargi.

– A cóż pan może o tym wiedzieć? – spytał lekceważąco. – Skąd pan wie, co myśli władza i to jeszcze w samym Petersburgu?

Kalinowski nie pozostał dłużny, jego mina wyrażała pewność siebie.

– Od władzy w Grodnie – odpowiedział spokojnie. – Niedawno widziałem się z gubernatorem, a wkrótce mam nadzieję gościć go w moim domu. Myśli pan, że będzie zachwycony pana postępowaniem? On planuje przyjazd tutaj na odpoczynek, a pan zamierza mu zafundować kłopoty...

Kalinowski mówił nieco na wyrost, ale sędzia Krawcow nie był w stanie sprawdzić szczegółów. Być może słyszał, że pan Michał dostał od gubernatora zgodę na zawiązanie spółki zbożowej i już samo to świadczyć mogło o jego dobrych układach z generałem gubernatorem. Trzeba się więc było liczyć z gniewem wysokiego urzędnika.

Sędzia Krawcow dyskretnie rzucił spojrzenie w bok, gdzie stali miejscowi. Ksiądz Miodyński znajdował się najbliżej, ledwie o dziesięć kroków, nadal trzymając krucyfiks w podniesionej ręce. Sędzia patrzył na niego, na tłum chłopów i bab zaraz za proboszczem i na nieliczną grupę swoich ludzi, czekających przy bramie.

– Niech pan się nie spodziewa, że jakiekolwiek sztuczki z pana strony przekreślają założenia śledztwa – oświadczył. – Jestem też zmuszony napisać raport o pańskim zachowaniu, panie Kalinowski, i nie wiem, czy odwrotną pocztą nie otrzymam polecenia aresztowania pana pod wspomnianymi zarzutami. Nie jest bowiem niezrozumiała pańska postawa w kontekście możliwego oskarżenia o udział w tej zbrodni...

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Proszę robić, co pan uważa za stosowne. Jeśli pragnie pan się ośmieszyć, nie będę stawał na przeszkodzie. Oświadczam jednak, że dzisiaj pan na cmentarz nie wejdzie, ani też żaden z pańskich ludzi. Będzie to możliwe dopiero po ustaleniach z księdzem proboszczem.

– Z tym fanatykiem?! – żachnął się sędzia.

Rozmawiali przez kilka minut. Sędzia Krawcow wahał się przed wezwaniem policji czy nawet wojska, pan Kalinowski przekonywał, że sprawę da się załatwić polubownie.

Nie była łatwa. Zasady badania sądowego wyłożył panu Michałowi doktor Werner, stający czasem jako biegły w procesach sądowych.

– Jeśli zachodzi podejrzenie otrucia, należy przeprowadzić sekcję zwłok pod kątem poszukiwania trucizny, w tym wypadku arszeniku.

– Trzeba więc wykopać zwłoki i sprawdzić, czy trucizna jest w ciele młynarza?

– To nieco bardziej skomplikowane. Do każdego z nas nawet po śmierci przenika pewna ilość tego typu substancji. Badanie musi ustalić, czy w ciele denata jest trucizny więcej niż gdzie indziej.

– Rozumiem. To jakaś konkretna ilość?

Doktor pokręcił głową.

– Otóż nie. W każdym przypadku możemy mieć do czynienia z inną. Procedura jest więc następująca. Należy wykopać z danego cmentarza kilka ciał, pochowanych niedaleko i mniej więcej w tym samym czasie. Następnie zbadać zawartość arszeniku w poszczególnych zwłokach. Jeśli okaże się, że w ciele młynarza jest trucizny znacząco więcej, niż w ciałach osób pochowanych obok, należy wyciągnąć wniosek, że został on otruty.

Pan Michał zmarszczył brwi.

– Więc trzeba wykopać kilka ciał? Naruszyć kilka grobów ludzi, którzy z tym wszystkim nie mieli nic wspólnego?

– Tak. Dla porównania zawartości arszeniku.

– I nie ma innego sposobu?

Doktor pokręcił głową.

– Nie ma.

Teraz pan Kalinowski powiedział do sędziego:

– Wiem, w jaki sposób należy przeprowadzić badanie zwłok na obecność trucizny. Że potrzeba kilku ciał dla porównania wyników. Pan sędzia myślał zapewne o takim właśnie rozwiązaniu. Czy może istnieją inne sposoby?

Krawcow żachnął się, że Kalinowski wchodzi na pole jego kompetencji, ale po krótkim zastanowieniu udzielił twierdzącej odpowiedzi.

– To jedyny sposób.

– Ile ciał trzeba wykopać?

Sędzia wzruszył ramionami.

– Poza ofiarą, minimum jedno. Lepiej dwa lub więcej, Domyślam się, że ma pan wpływ na tych ludzi. Proszę ich odwołać i pozwolić przeprowadzić czynności prawne.

– Ratuję panu sędziemu skórę – wyjaśnił Kalinowski. – Gdyby mnie tu nie było, zapewne już miałby pan zamieszki.

Sędzia patrzył złym wzrokiem. Wiedział, że siłą nie wskóra wiele. Mógłby wprawdzie doprowadzić do ekshumacji w asyście żandarmów, ale z zamieszania, jakie to by wywołało, musiałby tłumaczyć się przed zwierzchnikami. Tego nikt nie lubi.

 

– Jestem w sytuacji krytycznej – oznajmił. – Urzędowo została nakazana ekshumacja. Nie mogę cofnąć tej decyzji.

Pan Michał skinął głową.

– Rozumiem, że tu chodzi o autorytet pana sędziego i może pan ustąpić.

Sędzia wykrzywił usta.

– Nie o mój – oświadczył dobitnie. – O autorytet władzy.

Pan Michał skinął głową w kierunku księdza.

– A jeśli przekonamy proboszcza?

– Do czego? – zdziwił się Krawcow. – Żeby odszedł? Byłbym zobowiązany...

Zauważył liczbę mnogą w słowach dziedzica.

– Przekonamy? – spytał. – To znaczy, kto?

– My obaj. Pan sędzia i ja. Pojedziemy na plebanię i porozmawiamy. Porozmawiamy i znajdziemy wyjście z tej przykrej sytuacji. Ustalimy na przykład, że ekshumacja będzie miała miejsce, ale w sposób nieco bardziej dyskretny. Wówczas autorytet władzy nie ucierpi.

Krawcow machnął ręka.

– Nie ma mowy! O nic nie będę go prosił.

Pan Michał uśmiechnął się uspokajająco.

– Oczywiście, panie sędzio. Ja poproszę. Pan będzie tylko obecny przy rozmowie.

Krawcow namyślał się krótko.

– Dobrze – oznajmił. – Spróbujemy załatwić to w taki sposób. Może to racja, że nie należy zaogniać sytuacji.

– Zatem pan sędzia się zgadza? – uśmiechnął się Kalinowski.

– Nie mam innego wyjścia...

Pan Michał zostawił sędziego na miejscu i podszedł do księdza Miodyńskiego. Po drodze dawał znaki ludziom stojącym pomiędzy nagrobkami, aby zachowali spokój. Czekali w napiętym milczeniu na wynik mediacji i przyjęli z ulgą zapowiedź wycofania obcych robotników.

– Zgoda – odpowiedział bowiem proboszcz. – Możemy przeważnie rozmawiać u mnie na plebanii. Ale nie pojadę z tym Moskalem przeważnie jednym powozem. To już wolę piechotą iść!

***

Rosyjski sędzia śledczy, katolicki ksiądz i polski ziemianin doszli do porozumienia po długiej dyskusji. Ustalono, że prace ekshumacyjne na cmentarzu odbędą się za trzy dni, ale pod osłoną nocy i bez powiadamiania mieszkańców okolicy. Sędzia zgodził się, by przy czynnościach tych byli obecni ksiądz Michał Kalinowski, oraz robotnicy wyznaczeni przez proboszcza. Miano ich wezwać tuż przed samą ekshumacją. Poza ciałem Wudkiewicza planowano wykopać tylko ciało starej Kostrzychy, zmarłej wiosną wdowy z Nowosadów.

– To wystarczy dla badań porównawczych – przytaknął sędzia Krawcow.

Zwłoki miano przewieźć do Białegostoku i tam poddać badaniom w szpitalnym laboratorium.

Gdy rozmowy dobiegły końca i zebrani żegnali się, nieco sztywno i oficjalnie, sędzią Krawcow powiedział do Kalinowskiego.

– Zważywszy pańskie zaangażowanie w tę sprawę, muszę stwierdzić, że albo jest pan niewinny, albo bardzo sprytny

– Mnie chodzi o prawdę w kwestii śmierci młynarza – zauważył pan Michał. – Może pan sędzia łaskawie weźmie pod uwagę taki aspekt.

***

Badania wypadły do myśli Michała Kalinowskiego. Biegły lekarz nie stwierdził, żeby w ciele zmarłego młynarza znajdowało się więcej trucizny niż w grobie sąsiednim, to zaś stało się przyczyną zamknięcia i umorzenia postępowania w sprawie śmierci Wudkiewicza. Sędzia śledczy Krawcow podpisał zwolnienie z aresztu Natalii Grygorczuk, podejrzewanej o tę zbrodnię.

Do młyna w Kalinówce Natalia wróciła odmieniona. Wydawała się poszarzała, wokół oczu zrobiły się jej zmarszczki, włosy także straciły połysk i Franciszka, która przyszła się przywitać, zobaczyła nagle w miejscu ładnej i efektownej Natalii starszą kobietę.

– Dzięki Bogu, że jesteś z powrotem!

Natalia siedziała w izbie, w kołysce leżało jej dziecko. Córka Owczarkowej, która zajmowała się chłopczykiem podczas nieobecności jego matki, właśnie je przyniosła ze swojej chałupy.

– Zdrowy! – oznajmiła z uśmiechem. – Ani dnia nie chorował!

Natalia nie okazała większego zainteresowania. Wzięła synka na ręce, ale zaraz odłożyła go na posłanie. Córka Owczarkowej wzruszyła ramionami i odeszła.

– I bądź tu dla kogo dobry! – rzuciła w kierunku Franciszki. – Nawet ci dziękuję nie powiedzą!

Franciszka stanęła w obronie przyjaciółki.

– Ona jest wam bardzo wdzięczna – zapewniła. – Tylko teraz bardzo zmęczona. Jak tylko odpocznie, to...

Tamtej już nie było. Do wieczora cała okolica wiedziała o powrocie Natalii i o tym, że wygląda na bardzo zmarnowaną.

– Jak się czujesz? – spytała Franciszka. – Wszyscy martwiliśmy się tym, co się stało. Bardzo było źle w tym więzieniu?

Natalia wzruszyła ramionami.

– Źle? – spytała z gorzką ironią. – Czemu źle? Bardzo dobrze było! Każdemu życzę takich przyjemności!

Franciszce było przykro z powodu zachowania przyjaciółki, ale tłumaczyła to sobie jej złym stanem i odrzucała pretensje. Usiłowała natomiast wyjaśnić, co kto dobrego zrobił dla dziecka, pomniejszając przy tym rolę swojego męża.

– Wszyscy stali za tobą! Nikt nie wierzył, że mogłaś... Na cmentarzu, jak ten sędzia przyjechał, to omal nie doszło do bitki!

Natalia przyjmowała informacje w milczeniu. Rozglądała się po izbie obojętnym wzrokiem. Nie zapytała o męża. Franciszka posiedziała chwilę jeszcze, po czym wstała, by wracać do domu.

– Odpocznij, Natalia. Porozmawiamy, gdy wrócisz do siebie.

Do głowy jej nie przyszło, że zły humor przyjaciółki bierze się nie tylko z niedawnych przeżyć, ale i z prostej kobiecej zazdrości. Franciszka była w ciąży i wyglądała kwitnąco, co Natalia zauważyła od razu.

– Jakoś wyładniałaś – powiedziała, marszcząc brwi. – Ja też bym nie zbrzydła, gdyby mnie traktowano należycie.

Franciszka udała, że nie słyszała pierwszej części wypowiedzi i z wielką energią zaczęła opowiadać, jak tęsknił za żoną Wasyl Grygorczuk.

– O bardzo za tobą jest – przekonywała. – Każdy słyszał, jak ciebie bronił. I jak mówił, że bardzo kocha.

– Akurat! – burknęła Natalia. – Ludzie widzą tylko to, co chcą widzieć. Naopowiadał głupot, bo pewnie był pijany.

Wasyl Grygorczuk pojawił się dopiero pod wieczór, o zwolnieniu żony z aresztu usłyszawszy przypadkowo w gospodzie. Wpadł do domu, spragniony widoku i uścisków kobiety, tym bardziej, że wcześniej pokrzepił się dla kurażu.

– Natalia! Gdzie ty jesteś, Natalia?!

Przebywała w sypialnej izbie.

– Odejdź. Chcę spać.

Długo dobijał się do drzwi. Zupełnie nie reagowała. Stukał i prosił, aż wreszcie zasnął na progu.

***

W Kalinówce umorzenie śledztwa i powrót żony młynarza przyjęto z wielką ulgą.

– Dziękować Bogu, że się skończyło, jak skończyło! – zawołała pani Katarzyna. – Aż boję się pomyśleć, co by było, gdyby te badania nie wykazały, że ona jest niewinna. Przecież w przeciwnym wypadku mogliby i ciebie oskarżyć, Michale.

– Prawie oskarżyli – uśmiechnął się Kalinowski. – Sędzia zamknąłby mnie w więzieniu z wielką ochotą, ale zabrakło dowodów. Nawet Moskale muszą się stosować do prawa, proszę mamy.

Starsza pani wzruszyła ramionami.

– Oni stale coś knują – zauważyła. – Jak im się nie udało w jednym miejscu, spróbują w następnym. Po coś ty się z nimi zadał, synu?! Tak nam było dobrze bez tych moskiewskich wizyt.

Aluzja dotyczyła nie tylko rosyjskich urzędników sądu, ale i aktywności pana Kalinowskiego na polu interesów. Spółka zbożowa, zawarta dzięki protekcji pułkownika Mikołaja Kawelina, rozpoczęła działalność, co nie spodobało się niektórym spośród polskich ziemian.

– Z Moskalami interesy robić? – pytali z wyższością. – Nigdy!

Takiego pretekstu użył między innymi pan Jacek Nowacki z Topolan, który ostatecznie nie tylko zrezygnował ze współpracy z Kalinówką, ale zbuntował kilku innych sąsiadów, z którymi usiłował powołać niezależną firmę. Pan Michał przyjął to ze spokojem.

– Jeśli nasz interes się powiedzie, oni też przyjdą – zauważył.

MARIA GOŁOWINA

Wiosna 1913, Sankt Petersburg

Wiosna w Petersburgu była niezwykle piękna. Po ostrej zimie wydłużające się dni, słoneczne i jasne, zazieleniły parki i ogrody przy licznych pałacach stolicy i tłumy wyległy na ulice.

Maria Gołowina wracała z przechadzek rozradowana i uśmiechnięta. W ciągu kilku tygodni z nerwowej, smutnej, opryskliwej kobiety stała się uśmiechniętą, miłą dla wszystkich osobą, do towarzystwa której lgnęli nie tylko mężczyźni mogący starać się o jej względy, ale każdy, kto tylko się z nią zetknął. Na szerokich bulwarach Newy towarzyszyło jej zwykle kilku kawalerów, cywilów i wojskowych, a dom Gołowinów zaludnił się gośćmi i zatętnił zabawami.

Anatolij Gołowin patrzył na to roziskrzonym z radości wzrokiem.

– Widzisz, nianiu, co znaczy dobry doktor? – zwracał się do starej służącej. – Fortunę straciłem na cudzoziemskich szarlatanów, a tymczasem naszych rosyjskich lekarzy nikt nie przewyższy!

– Co prawda, to prawda – odpowiadała z podziwem. – Doktor Wasiljew ma bardzo dobre podejście. Słyszał kto, żeby człowiek z chęcią chodził do lekarza? A nasza gołąbeczka w te pędy leci, jak tylko przychodzi pora i ani nie pomyśli, że mogłaby opuścić wizytę.

Masza Gołowina jeździła do doktora w co drugi czwartek, bez sprzeciwu, a nawet z zadowoleniem. Ojciec dziwił się takiej postawie, pamiętał bowiem dobrze, ile musiał tłumaczyć i przekonywać, zanim Masza zechciała przyjąć lekarza. Teraz nie dość, że jeździła na kurację sama, to jeszcze czyniła tak bez dodatkowych zachęt.

Madame Lebiediewa, sławna wróżka i przyjaciółka domu, uważała, że w zachowaniu dziewczyny nie ma nic dziwnego.

– Mówiłam panu, kochany Anatoliju, że tylko doktor Wasiljew! – uśmiechała się zalotnie. – Tylko mi przykro, że wpadłam na to tak późno. Przecież Griszka mówił mi o doktorze już dawno temu. Ja zapomniałam, a pan niepotrzebnie się opierał namowom starszej kobiety.

Anatolij Gołowin całował ręce Madame Lebiediewej wypełniony wdzięcznością.

– Ależ nie powinna pani niczego sobie wyrzucać – zapewniał. – W żadnym zaś wypadku nie wolno pani lekceważąco mówić o swojej wspaniałej urodzie. Tylko skromność nie pozwala mi powiedzieć o tym więcej, zapewniam. Byłem głupi, nie słuchając pani rad od razu.

Nie pamiętał już prawie, że niedawno wydał fortunę na odszukanie człowieka, o którym wróżka mówiła jako o opiekuńczym duchu jego córki i całej rodziny. Po niespodziewanym zniknięciu młodego człowieka, który ocalił Gołowinów na dworcu kolejowym w Białymstoku, bankier był załamany i oczekiwał katastrofy. Tymczasem jednak interesy szły dobrze, córka odzyskiwała zdrowie, a Madame Lebiediewa przedstawiła kolejne wiarygodne tłumaczenie. Horoskopy, biała magia, okultyzm oraz astralne połączenia z zaświatami pozwoliły jej na przekonujące wyjaśnienia.

– Nie zmieniłam zdania, kochany Anatoliju Aleksiejewiczu – powiedziała. – Bo przecież i nie o moje zdanie tu chodzi. Znaki nieodmiennie wskazują na stałą, istotną rolę owego człowieka w życiu pańskiej rodziny. Póki jest on w pobliżu, we wszystkim może pan być spokojny. A jest właśnie tu, w Petersburgu, jego promieniowanie odbieram wyraźnie. Dociera również do pańskiej Maszy. Zapewniam, że nie ruszy się z miasta bez zgody najwyższych czynników Zapewniam, że najwyższych.

Anatolij miał głębokie zaufanie do Madame Lebiediewej, a nie zdarzyło się nic, co mogłoby je podważyć. Ona wiedziała wszystko, to tylko jego rozumienie nie zawsze było odpowiednie.

– Chyba nie chciał go pan uwięzić w swoim domu jako talizman lub zajęczą łapkę? – Madame Lebiediewa karcąco pogroziła palcem. – Jego kosmiczna aura powinna służyć także innym, kochany Anatoliju Aleksiejewiczu. Nie myślał pan chyba o wydaniu córki za kogoś takiego?

Gołowin uciekł wzrokiem, żeby nie przyznać się, że brał pod uwagę taką możliwość wobec Stanisława Kalinowskiego, byłego skazańca.

– Och, zapewne nic z tego by nie wynikło – zauważyła Madame Lebiediewa. – Nie chodzi o to, że to Polak i katolik, ale o aurę, jaka została mu nadana. To ten rodzaj aury astralnej, której na długo nie da się uwięzić gdziekolwiek. Naszym zadaniem jest umiejętne skorzystanie z darów, jakimi został obdarzony, a z których nie zdaje sobie sprawy, gdyż jest tylko przekaźnikiem kosmicznej energii. Jak już to tłumaczyłam, gdy on jest w Petersburgu, pańska Masza w pełni może korzystać z parasola, jaki wytwarza jego aura.

Anatolij Gołowin przyjmował w ciemno wszystkie teorie tego typu. Choć miał ścisły umysł finansisty, nie ośmielał się być mądrzejszy od najważniejszych osób w państwie, zwłaszcza Jej Wysokości Cesarzowej.

 

– Parasol, kochany Anatoliju Aleksiejewiczu – powtórzyła Madame Lebiediewa. – A teraz, gdy mamy jeszcze nad sobą parasol świętego męża Griszki, nic, dosłownie nic, nie grozi nikomu w tym mieście...

Wspomniany Griszka nazywał się Grigorij Rasputin i był najbardziej znaną postacią w całym Petersburgu. Bankier Gołowin wiedział, że znajduje się on bardzo blisko rodziny carskiej, ale w duchu uważał, że człowiek tak niskiego pochodzenia ma zbyt wielkie wpływy na dworze, zwłaszcza na osobę carycy, i ani nie okazywał zachwytu jego zachowaniem, ani nie kwapił się do wejścia w krąg jego znajomych. Griszka Rasputin szalał po lokalach, pił i podobno urządzał dzikie orgie.

– Griszka może czasem jest nieobliczalny – przyznała Madame Lebiediewa. – Ale to święty człowiek! Zapewniam, że święty! I zapewniam, że znajomość z nim przynosi tylko dobre efekty. Nie trzeba ufać plotkom, rozsiewanym przez małych, zawistnych ludzi.

– Odwdzięczę się – zapewnił bankier Gołowin. – Oczywiście, że się odwdzięczę. I pani, kochana Madame, i ojcu Grigorijowi...

– Doskonale! – pani Lebiediewa kiwnęła głową. – W przyszłym tygodniu grupa przyjaciół zbiera się w księcia Zabierskiego. Jeśli zechciałby pan zajrzeć, będzie okazja podziękować.

– Uprzejmie dziękuję, Madame – radośnie odpowiedział Gołowin. – Czy mam spodziewać się formalnego zaproszenia?

Pani Lebiediewa pokręciła głową i położyła palec na ustach.

– Nie, nie – wyjaśniła tajemniczo. – To takie nieformalne zebranie. Tylko dla przyjaciół.

Anatolij Gołowin skłonił się.

– Tym bardziej dziękuję za zaproszenie. Przybędę niezawodnie.

***

Uwolniony od codziennej troski o zdrowie córki, której zafundował skuteczną, a w dodatku niedrogą, terapię, Anatolij Gołowin rzucił się w wir interesów.

A czasy sprzyjały interesom jak rzadko. Coraz głośniej mówiono o nadciągającej wojnie i zamówienia ze strony wojska sypały się jak z rękawa. Gołowin zawdzięczał je bliskiej znajomości z ministrem spraw wojskowych, Jakowem Suchomlinowem. Sukno, skóry, materiały na koszule i kalesony, znikały prawie bez śladu w przepastnych magazynach armijnych, a kwatermistrzowie wołali: jeszcze, jeszcze! Gołowin finansował produkcję, skupował, sprzedawał, pośredniczył. Nie każda dostawa była najwyższej jakości, ale Gołowin mógł się nie przejmować takimi szczegółami, odpowiedzialność, za odpowiednią część zysków, brał za to generał Suchomlinow. Minister najlepiej wiedział, czego i ile potrzebuje armia, rozdzielał koncesje, obławiając się przy tym i dając zarobić innym. Anatolij Gołowin nie nadążał liczyć zysków.

– Kuchnie polowe? – zapytał pewnego razu Suchomlinow. – Na kołach? Bardzo dobry pomysł, inne armie też je mają. U nas na pewno bardzo są potrzebne, ale tylko przy kawalerii. Piechota czegoś takiego nie potrzebuje, żołnierze i tak są obciążeni. Mieliby jeszcze kuchnie ciągnąć po polach? Koni przecież nie dam, bo tyle nie ma. Zresztą, nasi ludzie są przyzwyczajeni do warunków, które znają. Żołnierze szybciej i mniejszym wysiłkiem zagotują kaszę w kociołkach nad ogniskiem.

Gołowin nie protestował. Spółka produkująca kuchnie nowego wzoru zwróciła się do niego o protekcję, zrobił co mógł.

– Zatem dla kawalerii? – upewnił się.

– Tak właśnie – uśmiechnął się Suchomlinow. – Nie damy ich na wyposażenie pułków piechoty, zwłaszcza czołowych, przeznaczonych do pierwszego uderzenia. Wyobrażasz sobie. Anatolij, jak by to wyglądało? Trafi artyleria w kuchnię i cały batalion nie ma obiadu! A tak, przy ogniskach, choćby nie wiem jak celowali, trafić mogą tylko w niektóre i ludzie się najedzą.

Trudno było odmówić słuszności takiemu rozumowaniu. Zwłaszcza, że część zamówienia zostanie zrealizowana i grupa przemysłowców, która prosiła Gołowina o wstawiennictwo, powinna być zadowolona.

– Dziękuję, generale – ukłonił się bankier. – Przekażę pana decyzję a potem, jeśli pan pozwoli, kilka dni chciałbym spędzić w domu...

– Naturalnie! – minister nie widział przeciwwskazań. – Człowiek musi czasem odpocząć, nie może tylko pracować. Jak tam pańska urocza córka, Anatoliju?

– Dziękuję, generale. W dobrym zdrowiu.

– Proszę ją ode mnie pozdrowić. Piękna panna, doprawdy! Ma pan już dla niej pewnie kogo upatrzonego?

Gołowin podziękował ukłonem.

– Co do planów małżeńskich, to jeszcze nic konkretnego – wyjaśnił. – Kręcą się, nie powiem, różni, ale żeby tak który konkretnie się oświadczył, to jeszcze nie.

– Rozumiem – uśmiechnął się minister. – Pan przecież byle kogo nie weźmie, trzeba się dobrze zastanowić. Jedyna córka to duża odpowiedziałność.

***

Maria Gołowina regularnie odwiedzała doktora Wasiljewa. Po zabiegach wracała odprężona i uśmiechnięta.

– Widzę, jak dobrze robią ci te lekarstwa – zauważył Anatolij Gołowin. – Bogu dziękuję, że znaleźliśmy takiego dobrego doktora.

Marią przytakiwała skwapliwie.

– Nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze.

Stała się znowu towarzyska, wesoła i chętna do zabawy. W domu bankiera odbywały się huczne spotkania, wieczory muzyczne, zabawy. Uczestniczyła w nich młodzież z lepszych domów Petersburga i w krótkim czasie salon Maszy Gołowiny zasłynął w całym mieście. Zdarzało się, że ktoś z ważnych osób zwracał się do bankiera o zaproszenie dla syna, córki czy krewnej. Pan Gołowin był bardzo zadowolony z takiej zmiany.

Niepokoił go trochę krąg znajomych córki. Przebąkiwano tu i ówdzie, że są w nim młode kobiety bardzo podatne na nowe mody, idące z Zachodu. Dotyczyło to zwłaszcza strojów. Moda oczywiście zawsze przychodziła stamtąd, ale teraz trendy były niepokojące. Tamtejsze panie wołały podobno,żeby się pozbywać gorsetów! Szczęśliwie w Rosji nie znajdywały tak wiele naśladowczyń, jak to było w Paryżu albo w Ameryce.

W Petersburgu prym wiodła panna Wierlińska, piękna i bogata, mogąca sobie pozwolić na szaleństwa. Wiele jeździła po świecie, a z Ameryki wróciła przekonana, że stoi przed nią wielka misja.

– Precz z gorsetami!

Wszędzie tymczasem obowiązywał dawny klasyczny wzór. Suknie miały być w kroju tradycyjne. Zaznaczały one damskie biusty, ale przód sukni był tak uszyty, żeby nie sugerował kształtu tego co pod spodem. Że kobieta ma dwie piersi, mogli wiedzieć tylko ci, którzy wiedzieli je w naturze, strojem skryte były starannie, równie starannie jak kształt dolnych partii ciała. Kibić miała być wcięta, owszem, biodra zaznaczone z konieczności. Żadnych cech indywidualnych, mogących wywołać skojarzenia natury erotycznej. Kobieta była przyszłą matką i matroną rodu, bezdyskusyjnie. Strój wyrażał skromność i poczucie rodzinnej misji.

Nieco inaczej widziano fizjologię mężczyzn. Młodzi panowie muszą się wyszumieć, powiadano, co oznaczało przyzwolenie na ich niezbyt moralne prowadzenie się. Ale tylko mężczyzn. Nauka zaprzeczała, jakoby kobiety mogły być istotami seksualnymi, odczuwać jakieś potrzeby w tym zakresie. Nowe teorie, nieśmiało lansujące ten rewolucyjny pogląd, z wielkim trudem przebijały się do świadomości. Panna Wierlińska, zbierająca wokół siebie zwolenników zachodnich nauk, zdobywała popularność, ale nie zdobywała uznania wśród tych, od których wszystko zależało. W tym zaś świecie wszystko zależało od mężczyzn.

Bałamutnej teorii o seksualności kobiet zaprzeczał także doktor Wasiljew, u którego bywała Maria Gołowina. Miał więcej młodych pacjentek ze schorzeniami, na które ona cierpiała, odwiedzających gabinet raz lub dwa razy w tygodniu.

Lekarz traktował je wszystkie w jednakowy sposób, oschle i z pewną niecierpliwością. I nie do końca rozumiał, dlaczego większość pacjentek nie mogła doczekać się kolejnego z nim spotkania. Już w przeddzień wizyty Maria Gołowina odczuwała niepokój i wzrastającą nerwowość. W nocy budziła się co chwila, prześladowały ją obrazy tego, co przeżyła i marzenia o tym, czego oczekiwała. Rano nie chciała jeść śniadania, gotowa od razu biec do gabinetu Wasiljewa, tak trudno było jej doczekać wyznaczonej godziny.

Anatolij Gołowin, który zauważył tę prawidłowość, traktował zachowanie córki jako dowód na to, że dawkowanie lekarstwa jest odpowiednie.

– Gdyby miała czekać jeszcze dwa albo trzy dni, pewnie objawy by się nasiliły – powiedział pocieszająco do niani. – Może powinienem poprosić doktora, żeby częściej stosował zabiegi.

Ewdokia, która niańczyła jeszcze samego Anatolija, potakująco kiwała głową.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?