Dworek pod Malwami. AutomobilTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #14
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 14 - Automobil

Saga

Dworek pod Malwami 14 - Automobil

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801873

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

GDZIE JEST WITIA?

Zapowiedź pana Michała, że lada dzień należy się spodziewać powrotu Witii Sidorowicza, wywołała w Kalinówce wielkie poruszenie.

Nowinę powitano z niedowierzaniem i westchnieniem ulgi. Natychmiast rozpoczęto też przygotowania do odpowiedniego przyjęcia chłopca. Nikt nie pamiętał, co wyprawiał piekielny Witia, w czasie przymusowej nieobecności wyrósł na dziecko dobrze ułożone. Przyszykowano jego pokój, wywietrzono pomieszczenie i umyto podłogę, założono nową pościel, kucharka zaczęła planować smakołyki, jakie należało przygotować.

– Pewnie będzie wygłodzony jak wilk – Serafina była przekonana, że tylko ona potrafi sprostać apetytom chłopca. – Ta jego ciotka wyglądała mi na taką, co głodziła chłopaka.

Wezwała zaraz dziewczynę podkuchenną i oświadczyła jej, że na powitanie Witii zaplanowany jest piętrowy tort.

– Tort? – zrobiła wielkie oczy podkuchenna Malwina, znana z tego, że lubiła słodycze i współzawodniczyła z Witią w podbieraniu konfitur. – Piętrowy?

– A jakże! – Serafina miała już opracowane szczegóły. – Masa z ciemnego ciasta, krem zrobimy owocowy, cytrynowy i czekoladowy. Potrzeba też pół funta orzechów, zajmiesz się zaraz łuskaniem. Tylko nie podjadaj, bo wszystko zważę dokładnie!

Dziewczyna kiwała głową. Wiadomo, że państwo nigdy nie zjadają wszystkiego do ostatniego okruszka, zawsze coś zostaje. Nigdy nie brakuje chętnych do zjedzenia pozostawionych porcji, a im ciasto większe, tym więcej może zostać dla służby.

– To chyba trzeba zrobić bardzo duży – podpowiedziała nieśmiało. – Wiadomo, że Witia ma straszny apetyt, a teraz, jak tak dawno nie kosztował tortów Finy, będzie miał apetyt za dwóch.

Zatoczyła dłońmi odpowiednio wielki krąg:

– O, taki co najmniej – oznajmiła.

Serafina westchnęła ciężko.

– Co za tłumok! – mruknęła pod adresem podkuchennej. – Tępa jak tłuczek do kartofli! Przecież wyraźnie mówię, że tort piętrowy będzie.

– Rozumiem – nieśmiało potwierdziła Malwina. – Chciałam tylko, żeby duży był...

Zanim kucharka zdzieliła pomocnicę ścierką przez plecy, jak to miała we zwyczaju, do kuchni weszła pani Katarzyna. Jej mina wyrażała niezadowolenie.

– Co Fina dzisiaj z obiadem wyprawia? – spytała surowo. – Nogi indyczki całkiem niedopieczone w środku! Mówiłam przecież, żeby przed pieczeniem podgotować trochę. Pan Michał ledwo spróbował!

– A bo mi od tych wiadomości wszystko z rąk leci! – broniła się kucharka. – A jeszcze ta głupia Malwina! Ona nie wie, co to jest tort trzypiętrowy! Jakby nigdy piętra nie widziała!

Pani Katarzyna niespodziewanie wzięła podkuchenną w obronę.

– A gdzie miała widzieć? – spytała retorycznie, po czym wróciła do tematu, jaki ją sprowadził do kuchni: – Niech chociaż dobry deser Fina poda, bo wszyscy głodni od stołu wstaną.

Serafina przyjęła dumna postawę.

– Głodni? – powtórzyła z urazą. – To się na mojej kuchni nigdy nie zdarzyło! Już podajemy, starsza pani może być spokojna. Kisiel ze słodką śmietaną i owocami, posypany rodzynkami. I wafle czekoladowe. Malwina, chodźże tu! Bierz się do roboty, dziewczyno!

* * *

Witia Sidorowicz nie przyjechał w sobotę, jak to zapowiadał panu Michałowi mecenas Harasimowicz. Cała Kalinówka była przygotowana na jego przyjęcie, a Witia nie przyjechał. Nie nadeszła też żadna wiadomość, wyjaśniająca z jakich powodów czekano na próżno i kiedy wreszcie nadjedzie.

– Może pociąg się spóźnił? – pocieszał Franciszkę pan Michał. – Spóźnił się, to nie było kiedy jechać do Kalinówki.

A wszystkich innych uspokajał zapowiedzią:

– Jutro wszystko się wyjaśni.

Pociąg z Sosnowca nie spóźnił się jednak ani minuty. Wiedział o tym mecenas Harasimowicz, który czekał na dworcu kolejowym w Białymstoku. Pociąg przyjechał punktualnie, wysiedli pasażerowie, wyładowano ich bagaże. Ale wśród podróżnych nie było wysokiego mężczyzny z siwymi włosami, który miał przywieźć z Częstochowy Witię Sidorowicza.

Prawnik przeszedł dwa razy wzdłuż pociągu, rozpytywał, zaglądał przez okna. Początkowo myślał, że opiekun chłopca zaspał i nie obudził się na właściwej stacji. Po kilku minutach zrozumiał jednak, że chłopca nie ma w pociągu. Zaniepokoił się, ale nie znalazł nikogo, kto mógłby udzielić odpowiedzi na pytanie, co się stało. Poszedł nawet do pomieszczenia naczelnika stacji, aby upewnić się, czy nie nadeszła jakaś depesza wyjaśniająca okoliczności, ale nic podobnego nie otrzymał.

Zirytowanemu adwokatowi nie pozostało nic innego, jak wracać do domu. Stamtąd natychmiast zatelefonował do doktora Meierbachera.

– Witam mecenasa! – powitał go doktor z jowialną uprzejmością. – Nasza przesyłka już na miejscu?

– Nie ma! – wykrzyknął prawnik z pretensją. – Ani chłopca, ani żadnej wiadomości!

Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza. Doktor Meierbacher był nie mniej zaskoczony tak niespodziewanym finałem transakcji.

– Nie ma? – zapytał. – Nic nie rozumiem. Mój człowiek na kwadrans przed odjazdem pociągu z Częstochowy przysłał depeszę, że właśnie wsiada do wagonu razem z chłopcem.

Jego zaskoczenie wydawało się prawdziwe.

– Więc wyjechał z Częstochowy? – upewnił się adwokat.

– Depeszował, że właśnie wyjeżdża.

– Ale pociąg przyszedł bez niego! – denerwował się Harasimowicz. – I bez chłopca!

Rozmawiali przez chwilę, zastanawiając się, co mogło być przyczyną nieobecności obu oczekiwanych pasażerów. Doktor łatwiej zachowywał zimną krew i to on narzucił prawnikowi dalsze postępowanie.

– Posłuchaj, mecenasie! – podsumował z naciskiem. – Chłopak wyjechał z Częstochowy do Białegostoku. Może coś nieprzewidzianego zdarzyło się po drodze i musieli przerwać podróż. Dzieciak jest dziki, może wyrwał się spod opieki mojego człowieka i stąd to opóźnienie. Zajmę się natychmiast ustaleniem, co i dlaczego się stało. Ty wracaj do domu i czekaj na wiadomości. Jak tylko dzieciak trafi do miasta, natychmiast ci go dostarczę. Osobiście i za pokwitowaniem.

– Jak mam ci wierzyć? – warknął Harasimowicz. – Muszę powiedzieć, że moje rozczarowanie co do współpracy z tobą...

Usłyszał w słuchawce, jak wzburzony Meierbacher uderzył dłonią w blat stołu.

– Bo ja tak mówię! – krzyczał. – Dla mnie taka sama dziwna sprawa, jak dla ciebie! Idź i czekaj! Jak się czegoś dowiem, zaraz zadzwonię!

Pożegnali się w gniewie.

* * *

Mecenasa Harasimowicza trapił niepokój o los transakcji, jaką zawarł z Michałem Kalinowskim i przeczucie, że ucierpi na tym jego reputacja.

Doktor Meierbacher złościł się na swojego zaufanego człowieka, który niedokładnie wypełnił postawione przed nim zadanie. Im więcej upływało czasu, tym irytacja doktora była większa, nie udało mu się bowiem, pomimo wielu telefonów, dowiedzieć, gdzie podział się Piekarski i gdzie znajduje się mały Sidorowicz.

Adwokat spędził prawie bezsenną noc, nękany wyrzutami sumienia i obawą, że mogą wyjść na jaw jego nie zawsze uczciwe posunięcia. Cierpiał na żołądek i stan takiego szarpiącego niepokoju bardzo pogarszał jego zdrowie. Leżał, zażywał lekarstwa, ale spać nie mógł.

Rozeźlony doktor Meierbacher położył się do łóżka bardzo późno, jego sytuacja wyjaśniła się kwadrans po pierwszej w nocy.

Właśnie zasnął, gdy obudziło go stukanie do bramy. Krótko potem zapukał do drzwi mieszkania stróż, aby powiadomić, że pan Piekarski czeka z pilnymi wiadomościami. Meierbacher zerwał się, narzucił szlafrok i wybiegł z mieszkania na schody. Piekarski szedł już po nich, niosąc na plecach coś wielkiego, zawiniętego w płaszcz.

– Gdzieś ty się podziewał, człowieku?! – wykrzyknął Meierbacher. – Przecież ja tu szaleję z niepokoju!

Przybyły, zadyszany od ciężaru wnoszonego na piętro, gestem głowy wskazał na stróża, który zaciekawiony szedł o trzy kroki za nim.

– Wszystko w porządku, doktorze – odpowiedział idący. – Były kłopoty po drodze, ale już jest w porządku.

Odwrócił się tak, aby doktor mógł zobaczyć, że w płaszczu niesie chłopca. Witia Sidorowicz miał zamknięte oczy i najwyraźniej spał.

– Dziecko źle się czuje – wyjaśnił Piekarski. – To nic szczególnego po tak długiej drodze. Podałem lekarstwo i dlatego zasnął.

Meierbacher nie znalazł w kieszeni szlafroka żadnych pieniędzy, żeby zapłacić stróżowi za otwarcie bramy.

– Niech Antoni zaczeka.

Otworzył drzwi do mieszkania, przepuścił Piekarskiego z ładunkiem, po czym wbiegł za nim i zaczął przetrząsać kieszenie palta wiszącego w przedpokoju w poszukiwaniu drobnych.

– Czterdzieści rubli – odezwał się Piekarski. – Na dole czeka dorożka. Trzeba zapłacić.

– Zwariowałeś?! – doktor wbiegł za towarzyszem do pokoju dziennego. – Czterdzieści rubli?!

 

– Jechałem z Łap dorożką – wyjaśnił spokojnie Piekarski. – A dlaczego? Żeby nikt się nie dowiedział, że dostaniemy górę pieniędzy.

GÓRA PIENIEDZY

Piekarski położył chłopca na kanapce, przykrył go płaszczem. Gestem, w którym niespodziewanie pojawiła się odrobina czułości, odgarnął włosy, spadające dziecku na czoło. Witia spał twardo, nie poruszył się nawet.

– Zaraz wszystko wyjaśnię – zapowiedział gość doktora. – Nie ma powodu do niepokoju. Wszystko załatwiłem jak należy. Ale zanim opowiem o moich przygodach, trzeba odesłać dorożkę. Proszę mi dać te ruble. Sam to załatwię, lepiej, żeby dorożkarz pana doktora nie widział.

Meierbacher podbiegł do sekretarzyka, wyjął pieniądze, odliczył kilka banknotów, dołożył ćwierć rubla w monecie.

– Dla dozorcy – wyjaśnił ze skrzywionymi wargami. – Zdaje się, że znowu w coś mnie wpakowałeś i będę musiał opłacać jego milczenie.

Piekarski wziął pieniądze i wyszedł. Meierbacher podskoczył do chłopca, przytknął dwa palce do jego szyi i upewniwszy się, że puls leżącego jest spokojny i miarowy, z ulgą usiadł przy stole.

Siwowłosy wrócił po kilku minutach, ciężko usiadł na krześle.

– Zasłużyłem na porządnego kielicha, doktorze – powiedział i uśmiechnął się.

Doktor Meierbacher dobrze znał ten uśmiech, drapieżny i pełen ledwo ukrywanej pewności siebie. Ten uśmiech oznaczał, że Piekarski dobrze wypełnił to, do czego się zobowiązał i doktor Meierbacher poczuł, jak się uspokajają wzburzone nerwy. Skoro Piekarski mówi, że wszystko jest w porządku, nie może być inaczej.

Wstał i skinął, by przeszli do salonu. Piekarski zamknął za sobą drzwi, powoli i starannie, aby stukaniem nie obudzić chłopca.

– Na wszelki wypadek dałem mu podwójną dawkę – wyjaśnił. – Będzie spał do południa.

Meierbacher skinął potakująco. Sam wypisał laudanum i sam odbierał je z apteki Cyngara, wiedział, jak skuteczne jest to lekarstwo w takich wypadkach. Piekarski rozwalił się na kanapie, widać było po nim, że jest zmęczony, ale oczy błyszczały mu podnieceniem.

– Mów wreszcie! – nie wytrzymał Meierbacher, który zwykle pozował na opanowanego.

Wyjął z kredensu karafkę z czystą wódką, napełnił kieliszki. Piekarski wychylił swój jednym haustem, westchnął z zadowoleniem i gestem poprosił o następny. Doktor nie odmówił, ale sam wypił tylko pół kieliszka.

– Pan to ma szczęście doktorze, jak Boga kocham! – oznajmił Piekarski z uznaniem. – A ja mam szczęście, że się pana trzymam. Otóż trafiliśmy na kopalnię złota! Jeszcze kieliszek poproszę, szanowny doktorze!

– Kopalnię? – Meierbacher zmarszczył brwi. – Chyba już jesteś pijany!

Piekarski uśmiechnął się z zadowoleniem. Wziął karafkę z rak pryncypała, napełnił swój kieliszek.

– Za pańskie szczęście, doktorze!

Otarł usta i gestem uspokoił rozmówcę.

– Po kolei? – zapytał domyślnie, ale specjalnie rozwlekając słowa, jakby sprawiało mu przyjemność oglądanie zaskoczenia Meierbachera. – Oczywiście, już mówię po kolei. Wszystko załatwiłem według naszego planu. Aż do wejścia do pociągu nie było w nim żadnej zmiany, wszystko przebiegało dokładnie tak, jak przewidywaliśmy. Znalazłem dzieciaka, kupiłem cukierki, zabrałem go na dworzec, kupiłem cukierki, wytłumaczyłem, że jedziemy do dobrego wujka w Kalinówce. Mniejsza w tej chwili o osobę tej starej panny, Wiklińskiej. Wobec tego, co zdarzyło się później, moje z nią kłopoty nie mają znaczenia.

– Co dalej? – niecierpliwił się Meierbacher. – Co się wydarzyło w pociągu? Czemu nie przyjechałeś jak było umówione? Mecenas czekał na dworcu i bardzo się zdenerwował, gdy was nie było.

– Przyjechałem koleją – uśmiechnął się Piekarski. – Zgodnie z depeszą, wsiadłem z chłopakiem do pociągu i ruszyliśmy w drogę. Ale musiałem wysiąść nieco wcześniej, przed dojechaniem do Białegostoku. Właśnie z powodu Harasimowicza. Wysiadłem w Łapach, skąd wziąłem dorożkę. No i jestem.

Bawiła go oszołomiona mina doktora. Ten zorientował się i pogroził palcem, jak uczniowi w szkole.

– Nie pozwalaj sobie – poradził ostrzegawczo.

Piekarski nieco spoważniał.

– Z powodu Harasimowicza – powtórzył. – A chodziło o to, żeby ten adwokat nie dostał dzieciaka przed czasem. Pomyślałem, że nie może zobaczyć chłopca, zanim pan nie postanowi, czy mu go wydamy...

– To już postanowione – przerwał Meierbacher.

– Zapłacił za dostarczenie dzieciaka, zapomniałeś?

Piekarski wzruszył ramionami.

– Pan ma szczęście, doktorze – przypomniał. – Tak w ogóle, ale także i z tego powodu, że ma pan mnie. Mało brakowało, a przeszedłby panu koło nosa bardzo tłusty kąsek...

Doktor Meierbacher zaczynał rozumieć, że Piekarski ma coś arcyważnego do powiedzenia i na razie przestał go strofować. Nalał kolejny kieliszek wódki.

– Coś odkryłeś? – spytał domyślnie. – Coś na temat Harasimowicza, tak? Co to takiego?

Piekarski wypił alkohol.

– Chciał pana oszukać.

– Harasimowicz? – wzruszył ramionami doktor. – Nie jestem zdziwiony. Prawnicy to oszuści, a już Harasimowicz to największy. Gdybym się nie pilnował, obdarłby mnie do skóry ten adwokacina.

Piekarski pokiwał głową.

– I to jak chciał oszukać! – oznajmił z podziwem. – Na kupę pieniędzy! Nie jakieś tam sto czy dwieście rubli, albo i marny tysiąc. Chciał pana oszukać na tysiące, może dziesiątki tysięcy...

Meierbacher otworzył usta ze zdumienia.

– Dziesiątki tysięcy? – powtórzył po chwili. – Coś musiałeś źle usłyszeć, chłopcze.

Piekarski westchnął. W innych warunkach obraziłby się za taki epitet, ale teraz nie to było najważniejsze. Doktor miał na co dzień do czynienia z niedorostkami, tak się do nich zwracał. Zaraz będzie go przepraszał za niewłaściwe sformułowania.

– To naprawdę bardzo dla pana korzystne, doktorze, że ma pan mnie – zauważył. – Kto inny nie potrafiłby wyciągnąć wniosków z tej sprawy, a jeśliby nawet wyciągnął, nie umiałby tego przekuć w praktykę.

Ten wieczór kosztował doktora. Meierbachera bardzo wiele zdrowia i nerwów. Gdyby go zapytać, które dni swojego życia uważa za najtrudniejsze, najbardziej wyczerpujące, wśród kilku innych na pewno wymieniłby ten wieczór. Nie dość, że z trudem panował nad nerwami, próbując się dowiedzieć czegoś w ważnej dla siebie sprawie, to jeszcze musiał znosić grubiańskie zachowanie pyszałkowatego nagle Piekarskiego. Człowiek, którego wyciągnął z rynsztoka, który wszystko mu zawdzięczał, odpłacił mu nagle niewdzięcznością, brakiem szacunku i bezczelnymi żądaniami ustalenia warunków wstępnych.

– Proszę mnie zrozumieć, szanowny doktorze – poprosił Piekarski, ale w jego głosie wcale nie wyczuwało się proszącego tonu. – To jest sprawa warta bardzo wiele. Ja odkryłem jej sedno, ja wyciągnąłem wnioski, ja wiem, jak to przeprowadzić. Beze mnie nie ma pan tej nitki, którą można pociągnąć, aby mieć cały wielki kłębek. Naprawdę wielki. Dlatego, z całym dla pana doktora szacunkiem, proszę o gwarancje.

Meierbacher podniósł brwi.

– Chyba nie rozumiem... – zauważył. – Jakie znowu gwarancje?

Piekarski pogłaskał wąsy otwarta dłonią.

– Wiem, w jaki sposób przy pomocy tego dzieciaka Harasimowicz chciał zarobić duże pieniądze – oznajmił. – Dowiedziałem się też, jak pan może te pieniądze dostać, jemu nie dając nic. Zatem nie tylko utrze pan nosa, szanowny doktorze, naszemu prawnikowi, ale i zagarnie całą pulę. Ponieważ pula jest duża, proszę o udziały jako ten, który odszyfrował brudne gry Harasimowicza.

– Najpierw muszę się dowiedzieć, o co chodzi – mruknął z niechęcią Meierbacher. – Na razie słyszę tylko o kopalniach, złotych górach i tym podobnych, a nie widzę niczego konkretnego.

– Zaraz przedstawię konkrety – obiecał Piekarski. – Ale chciałbym mieć pańskie słowo, doktorze. Nie jestem chciwy, zapewniam. Mnie wystarczy dwadzieścia procent.

– Dwadzieścia? – w głosie gospodarza zabrzmiała ironia. – Czemu dwadzieścia, a nie trzydzieści albo więcej? Jasne, że mogę ci obiecać udziały w tak niepewnym przedsięwzięciu.

– Zgoda – oświadczył Piekarski. – Niech będzie trzydzieści. Widzi pan, jaki jestem skromny? Nawet nie pomyślałem, że należy mi się połowa.

Powiedział to zupełnie poważnie, a dzwonek alarmowy w głowie doktora zadźwięczał z całą mocą. Coś musiało być na rzeczy, skoro ktoś tak sprytny jak Piekarski podchodzi do tego tak poważnie. Ale nikt nie przechytrzy doktora Meierbachera!

– Dwadzieścia pięć – poprawił, starając się, aby ton jego głosu nie zdradzał czujności.

– Dobrze – powiedział Piekarski po chwili zastanowienia i wyciągnął rękę. – Niechaj będzie dwadzieścia pięć.

Meierbacher ujął dłoń wspólnika, nie patrząc mu w oczy. Co za bezczelny człowiek! – stukało mu w duszy. Co za bezczelny!

Tymczasem gość znowu sięgnął po karafkę, rozlał alkohol do kieliszków, a puste już naczynie z wyraźnym żalem odstawił na bok.

– Za naszą pomyślność, doktorze – zaproponował ze swobodą.

– Za pomyślność – zgodził się Meierbacher.

Przeklinał w duchu swoje zapominalstwo, za sprawą którego nie zakupił odpowiedniego zapasu wódki. Piekarski na ogół stronił od alkoholu, ponieważ przy jego zajęciach trzeźwy umysł i skoordynowane ruchy ciała są podstawą powodzenia. Może powiedziałby więcej przy pełnej butelce.

– Dobrze – oznajmił doktor, odstawiając kieliszek. – Skoro już zostaliśmy wspólnikami, opowiedz, na czym polega nasz interes.

Piekarski ze spokojem przeciągnął się i wygodnie rozsiadł się na kanapie. Pożądliwym wzrokiem spojrzał raz i drugi na pudełko z cygarami, ale rozmówca udał, że tego nie zauważa.

– Czy pan doktor pamięta, jak zastanawialiśmy się, czemu tej Wiklińskiej tak zależy na chłopcu? – zapytał. – W drodze do Częstochowy dalej się nad tym zastanawiałem. Byłem przekonany, że musi chodzić o coś więcej, niż tylko o rozbudzone nagle uczucia rodzinne. I miałem rację! Chodzi o pieniądze. O duże pieniądze!

* * *

Doktor Meierbacher doskonale wiedział, jak postępować z ludźmi pokroju Piekarskiego. Dobrze rozumiał, że tylko spokojem i opanowaniem skłoni Piekarskiego do współpracy. Współpraca miała polegać na tym, aby Piekarski, na początek, wyznał doktorowi wszystko, co wie. Potem mądrzejszy wykorzysta głupszego.

Doktor Meierbacher milczał i jeśli ponaglał Piekarskiego, to jedynie spojrzeniem.

– Nieźle się zaczyna – zauważył z uznaniem. – Mów dalej o swoich sukcesach.

Piekarski przełknął pochlebstwo.

– Wiklińska dowiedziała się, że może dostać pieniądze, ale pod warunkiem, że zaopiekuje się synem swojej siostry – tłumaczył. – Przyjechała więc do Kalinówki i próbowała odebrać chłopca, a że nie dała rady po dobroci, zleciła kidnaping. Pomagał jej Harasimowicz, dla zysku, a że potrzebował pomocy, zwrócił się do nas. Moim zdaniem, a zdobyłem na to pewne dowody, Wiklińska nie powiedziała mu wszystkiego. Jest naiwną starą panną, ale nie aż tak głupią, żeby o wszystkim opowiadać jakiemuś tam adwokatowi, co go widziała pierwszy raz na oczy. Powiedziała mu tylko tyle, ile musiała, większość zachowując przy sobie. Otóż chodzi o to, doktorze, że wszyscy byli przekonani, że dzieciak nie ma już innych krewnych. A tymczasem znalazł się ktoś taki za granicą, a na dodatek to ktoś bardzo bogaty. Fabrykant spod Berlina, nazwiskiem Ludenberg. Maksymilian August Ludenberg.

Doktor Meierbacher zabębnił palcami po stole.

– Maksymilian Ludenberg? – upewnił się z niedowierzaniem. – Boże, ten milioner?!

– Właśnie – potwierdził spokojnie siwowłosy. – Niedawno zmarły milioner i mąż ciotecznej siostry Anny Sidorowicz. Umarł w zeszłym roku, był wdowcem, bezdzietnym i całkiem samotnym. Chyba trochę wariatem, bo zapisał większość majątku na różne dziwne stowarzyszenia i towarzystwa. Dla Towarzystwa Badania Afryki, to jeszcze rozumiem. Ale on wyznaczył pensję dla swojego kota! Wariat. To dlatego sprawa z uprawomocnieniem się testamentu trwała tak długo. W gazetach pisali, że nigdy się nie skończy. Ale mniejsza o to, nas interesuje to, że w testamencie nagle przypomniał sobie o dalekich krewnych. Dokładniej o jednym z krewnych, i uczynił zapis właśnie dla tego dzieciaka. Czemu tylko dla niego, nie wiadomo. Wykonawca jego testamentu nie bez trudu znalazł Wiklińską. Podobno zemdlała, jak powiedział, z czym przyszedł. Testament stanowił, że ta stara panna będzie otrzymywać okrągłą sumę, rok w rok aż do ukończenia przez chłopca dwudziestu jeden lat, jako jego opiekunka. A gdy on uzyska pełnoletność, sam dostanie inną, zapewne niemałą, kwotę.

 

Doktor Meierbacher jęknął. Spotykał się czasem z podobnymi zapisami i zaczynał się domyślać, na czym polegać miał interes.

– Oczywiście, w testamencie jest zapis o matce chłopca jako jego opiekunce, stary nic nie wiedział o jej śmierci. Ale jest i zapis, że po jej śmierci pieniądze te miały przypaść opiekunowi chłopca. Raty będą wypłacane tylko osobie lub instytucji, która sprawuje rzeczywistą opiekę nad chłopcem, sprawdzenie czego jest zadaniem wykonawcy testamentu. Dlatego tak bardzo zależało tej kobiecie nad odebraniu dzieciaka Kalinowskiemu, bo przecież niemiecki adwokat dotarłby w końcu do niego i przyniósł mu te pieniądze na tacy.

– Rozumiem – skinął głową Meierbacher. – Harasimowicz wymyślił, że będzie doradcą starej panny i swoimi sztuczkami położy ręce na tych pieniądzach.

Posmutniał nagle.

– Prawnicy to umieją się urządzić – zauważył z zazdrością. – Dobrze, że mi to wszystko powiedziałeś, damy nauczkę Harasimowiczowi. Nie rozumiem tylko, w jaki sposób chcesz zrobić interes, nie jesteś adwokatem, ja też nie. Z tymi krętaczami niełatwo wygrać w sądzie.

Piekarski uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Nie słuchał mnie pan uważnie, drogi doktorze. Testament powiada przecież wyraźnie, że pieniądze przeznaczone dla tego tam śpiącego słodko Witolda Sidorowicza mają być wypłacane osobie lub instytucji, która sprawuje rzeczywistą opiekę nad chłopcem. Czy słyszy pan, doktorze, jak to interesująco brzmi? Osobie lub instytucji, która sprawuje opiekę...

– O, do diabła! – zaklął doktor Meierbacher. – Ja jestem taką instytucją! Mój zakład sprawował opiekę nad tym... dzieckiem i powinien sprawować ją nadal...

Piekarski uśmiechał się potakująco.

– Czy ten pomysł nie jest wart moich udziałów? – zapytał skromnie.

Doktor, rozpromieniony, wziął pudełko cygar i z szerokim gestem poczęstował gościa.

– Chyba nie możesz narzekać na naszą dotychczasową współpracę – zauważył. – Zapewniam cię, że i dalej nie będzie gorzej. Ale musisz mi wyjaśnić kilka rzeczy. Po pierwsze, skąd to wszystko wiesz. Po drugie, ile wie o wszystkim Harasimowicz, a po trzecie, czy on nie położył już na tym łapy? Może podpisał z Wiklińską jakiś kontrakt, tajną umowę albo coś w tym rodzaju?

Piekarski uśmiechał się spokojnie.

– Okoliczności przekonują mnie, że Harasimowicz jest pionkiem, którego jednym ruchem zbijemy z szachownicy – oznajmił z pewnością w głosie. – A jeśli chodzi o to, jak się o tym dowiedziałem, to sprawa jest nieco zabawna i skomplikowana...

Doktor zdziwił się, gdy Piekarski sięgnął w zanadrze i wyjął kartkę papieru, złożoną w kształt strzałki, dziecięcej zabawki. Rozprostował skrzydełka i puścił ją w powietrze. Strzałka poleciała kilka kroków i delikatnie wylądowała w kącie.

Meierbacher obserwował to bez słowa. Piekarski wstał, podniósł papier i wrócił z nim na swoje miejsce.

– To zabawka naszego małego – wyjaśnił. – Wiklińska, jak pan wie, bardzo go pilnowała. Dzieciak nudził się zamknięty w domu. Według sąsiadów bardzo rzadko ciotka zabierała go na spacer do parku. Skarżyli się, bo krzyczał i kopał w drzwi.

Meierbacher niecierpliwie poruszył głową.

– Rozumiem, ale co to ma...

Gość gestem poprosił o cierpliwość.

– Tu wszystko ma znaczenie – wyjaśnił. – Bo to sam dzieciak naprowadził mnie na trop. Otóż, siedział on całymi dniami w domu i się nudził. Ma fioła na punkcie latających aparatów. W domu robił sobie takie strzałki i puszczał je co i raz. Musiał ich mieć niemało, jeszcze w pociągu miał przy sobie trzy czy cztery...

Położył kartkę na stole, starannie wyprostował jej zagięcia.

– Niech pan sam zobaczy – skinął ręką zachęcająco. – To wszystko wyczytałem z tych kartek. Najwyraźniej dzieciak robił strzałki z każdego papieru, jaki znalazł w domu...

Meierbacher wziął kartkę do ręki i czytał tekst ze wzrastającym zdumieniem. Był to bowiem list z niemieckiej kancelarii prawniczej, adresowanej do pani Janiny Wiklińskiej. Zapewne nie pierwszy, autor listu odwoływał się w nim do wcześniejszej korespondencji.

– Tę strzałkę znalazłem jako pierwszą – wyjaśnił Piekarski. – A potem znalazłem jeszcze tę drugą. Jest wprawdzie z połowy arkusza tylko, ale dość, żeby wszystko było jasne do końca...

Wyjął mniejszą zabawkę i podał ją rozmówcy. Doktor niecierpliwymi palcami rozwinął papier, szybko przeczytał tekst. Był to fragment odpisu testamentu pana Ludenberga, o którym Piekarski mówił doktorowi wcześniej.

– Złożyłem to do kupy i wyszło mi, że możemy niemało zarobić – pochwalił się Piekarski. – Wystarczy, że zatrzyma pan dzieciaka w swoim zakładzie, a cała ta forsa będzie nasza. Trzeba go tylko pilnować i nikomu nie pozwolić go odebrać. Dlatego wysiadłem z pociągu. Gdybym spotkał Harasimowicza, chciałby zabrać chłopca, a ja nie potrafiłbym wytłumaczyć, czemu nie chcę go oddać. A tak nikomu niczego nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy napisać do tego adwokata, a wcześniej zadzwonić, przecież ma chyba telefon...

Doktor Meierbacher rozpromienił się.

– Rzeczywiście, zarobiłeś na te dwadzieścia procent – pochwalił.

– Dwadzieścia pięć – poprawił Piekarski.

– Dwadzieścia pięć – zgodził się Meierbacher. – Będą z tym wszystkim związane wydatki i kłopoty, bo trzeba zadbać o chłopca, zapewnić mu ochronę i tak dalej, ale masz rację, to nic wobec tego, czego możemy się spodziewać...

* * *

Rozmowa doktora Meierbachera z Piekarskim trwała przez długie godziny i skończyła się szeregiem precyzyjnych ustaleń. Gdy wreszcie omówili wszystko, obaj odczuli ulgę.

– Harasimowicz nie powinien dowiedzieć się o wszystkim zbyt wcześnie. Idź po dorożkę, zawieziemy chłopca do zakładu. Na razie, potem zastanowię się nad innym, bezpieczniejszym miejscem. Teraz najważniejsze jest zachowanie tajemnicy.

– A jeśli mecenas dowie się, że jednak przywiozłem dzieciaka z Częstochowy?

Meierbacher uśmiechnął się uspokajająco.

– Nic nie zrobi. Zagrożę, że ujawnię wszystko przed policją. Tak samo postąpię w stosunku do Kalinowskiego oraz Wiklińskiej. Nikt z nich nie upomni się o chłopca. Oni dobrze wiedzą, że potrafię być bardzo zdecydowany.

– Rozumiem. To pójdę po dorożkę.

Wyszli z salonu i skierowali się do przedpokoju. Jednocześnie wpadli na myśl, żeby rzucić okiem na chłopca, swój skarb i swoją nadzieję.

– Tylko cicho – pouczył Meierbacher, kładąc rękę na klamce.

Powoli uchylił drzwi, wstawił głowę w szparę, ale zaraz otworzył je szeroko.

– Do ciężkiego diabła! – zaklął.

Piekarski wszedł do pokoju, gdzie spał Witia i zaklął dużo dosadniej.

Kanapa, na której niedawno spało odurzone lekarstwami dziecko, była pusta.

Witia Sidorowicz zniknął

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?