Dworek pod Malwami. Szantaż

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #13
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 13 - Szantaż

Saga

Dworek pod Malwami 13 - Szantaż

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801880

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

POWRÓT JUSTYNY

Wdrugą niedzielę grudnia na nabożeństwie w Zabłudowie panna Justyna Nowacka wystąpiła na tle kościelnego chóru. Jej śpiew oceniono na ogół dość dobrze, choć nie brakowało malkontentów, dla których tylko głos młynarzówny, pełny i pewny, ładnie wybrzmiewał w kościele.

Początkowo wszyscy rozglądali się za Natalią Wudkiewicz, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, ale wszystko szybko wróciło do normy.

W kazaniu ksiądz Miodyński wiele czasu poświęcił odpowiedniemu zachowaniu chrześcijańskich kobiet i napiętnował dobitnie “niepoczciwą pannę przeważnie z naszej parafii”, która straciła skarb czystości. Wszyscy odgadli, kogo proboszcz miał na myśli, ponieważ winowajczynię wprost określił jako córkę młynarza.

Po nabożeństwie panna Justyna wyszła ze świątyni z wysoko podniesioną głową, uważnie oglądając się na gesty uznania i podziwu. Wolno przeszła do bryczki, przy której pan Jacek Nowacki już czekał, zadowolony i pęczniejący z dumy.

– Zupełnie nieźle – oceniła pani Katarzyna. – Na tyle dobrze, że może powinnam jej pogratulować.

Przyjechała na mszę tylko z parobkiem, który czekał przy powozie i pomógł starszej pani zająć w nim miejsce. Pani Katarzyna wahała się, ale w końcu poleciła odwieźć się na drugą stronę kościelnego placu, gdzie stał powóz pana Nowackiego. Panna Justyna siedziała na miejscu, obok powozu stały jakieś osoby, najwyraźniej składające jej wyrazy uznania, dziewczyna uśmiechała się i z zadowoleniem potakiwała głową. Usunęły się natychmiast, jak tylko zbliżyła się starsza pani.

– Przyszłam podziękować za pani piękny śpiew – oznajmiła Kalinowska.

Panna Justyna zarumieniła się wyraźnie, spuściła oczy i dziękowała cichym głosem.

– To chyba nieco przedwczesne pochwały. dopiero niedawno zaczęłam ćwiczyć z chórem. Może za jakiś czas lepiej się zestroimy...

Zofia Waldeck trzymała przyjaciółkę za rękę i od czsu do czasu szeptem dodawała jej odwagi.

– Ależ naprawdę było nieźle – powiedziała pani Katarzyna.

Panna Justyna uśmiechnęła się w odpowiedzi serdecznie i ciepło, jak przed laty.

– Pani zawsze była dla mnie taka miła...

W Kalinówce pani Katarzyna z wielkim przejęciem opowiadała o córce Jacka Nowackiego.

– Wygląda bardzo dobrze – oceniła. – Jakoś tak wyładniała i trochę jakby spoważniała. Dawniej wydawała mi się nieco dziecinna, ale teraz niczego takiego w niej nie dostrzegam.

– Dziecinna? – spytał Michał Kalinowski. – Mama nie wspominała o niej nigdy w taki sposób.

Starsza pani wzruszyła ramionami.

– Wybrałeś, trudno – oznajmiła. – Pozwól mi jednak mieć w tej sprawie własne zdanie. A według mnie popełniłeś błąd, czyniąc tak wielki zawód tej dziewczynie. Wspaniale pasowałaby do naszej rodziny. I nie mielibyśmy tych kłopotów, jakie mamy. Tylko ta jej przyjaciółka jakoś mi się wydaje dziwnie niedostępna i apodyktyczna. Podobno ma wielki wpływ i na pana Jacka. Słowem się przy mnie nie odezwała.

* * *

Justyna Nowacka wydawała się całkowicie wyleczona. Przez kilka pierwszych tygodni pobytu w Topolanach nie zdarzyło się nic, co mogłoby podważyć tę opinię.

– To wspaniałe, czego pani dokonała – zachwycał się pan Jacek. – A jeszcze niedawno obawiałem się, że straciłem córkę.

Zofia Waldeck z uśmiechem przyjmowała pochwały i słowa podziękowania.

– Nie było łatwo – przyznała. – Opowiem o tym panu wkrótce, jak już Justysia nacieszy się domem.

Panna Nowacka zachowywała się w sposób spokojny i opanowany, nie wpadała w melancholię, czego jej ojciec obawiał się najbardziej. Wtedy bowiem opanowywało ją zniechęcenie, nie chciała opuszczać domu, zamykała się w swoim pokoju i nie rozmawiała z nikim. Teraz chętnie uczestniczyła w życiu dworu i planowała, że jak dawniej zacznie bywać u sąsiadów i sama przyjmować gości.

– To pani zasługa, kochana pani Zofio – powtarzał pan Nowacki. – Jest pani aniołem opiekuńczym naszej rodziny.

W okolicy słyszano już o powrocie panny Nowackiej i nie brakowało ciekawskich, co chcieli na własne oczy zobaczyć Justynę i sprawdzić, jak się czuje i jak wygląda. Pan Jacek zdawał sobie z tego sprawę i pierwszą wyprawę do kościoła bardzo przeżywał, obawiając się reakcji córki na spodziewane plotki i chichoty.

Ale Justyna zachowywała się wspaniale. Jak zawsze elegancka i nieco sztywna, z głową wysoko podniesioną, nic sobie nie robiła ze spojrzeń i szeptów. Jakby specjalnie się na nie wystawiając, zwlekała z wyjściem po nabożeństwie, potem zaś długo marudziła przed wejściem do powozu. Pan Jacek z zadowoleniem zaprezentował podobną postawę, dumnego człowieka, który niewiele sobie robi z krytycznych spojrzeń sąsiadów.

– To było zupełnie łatwe – oznajmiła Justyna po powrocie do domu. – Aż się dziwię, że miałam obawy. Ale kochana Zosia nauczyła mnie nie zwracać uwagi na sprawy nieistotne.

Choć Justyna długo była nieobecna w domu, szybko przypomniała sobie wszystko i już po kilku dniach ani ona, ani ojciec, ani też nikt ze służby nie pamiętał, że dopiero co powróciła. Życie toczyło się dawnym, codziennym rytmem, spokojnie i w sposób uporządkowany. Córka pana Jacka zauważyła rozmaite zaniedbania w domu i w gospodarstwie i rzuciła się natychmiast do pracy, aby wszędzie zaprowadzono porządek. Kazała prać, czyścić i trzepać, ustawiać na nowo. Przybyło wiele drobiazgów, upiększających dom i ułatwiających życie.

– Nie rozumiem, jak do tej pory obchodziłem się bez rzeczy absolutnie niezbędnych – dziwował się pan Jacek Nowacki.

* * *

Matka Michała Kalinowskiego nie wspominała już synowi o konieczności rozwodu z Franciszką.

Przynajmniej nie głośno. Nad zmianą jej stanowiska pracował od tygodni ksiądz Miodyński.

– Jaki to byłby przykład dla ludzi – ubolewał. – Jaki przeważnie niedobry wzór! Owieczki nasze są wpatrzone w dwór jako przeważnie wzorzec postępowania. Jeśli ich wiara się zachwieje, co im pozostanie? Socjaliści im przeważnie pozostaną, kochana pani, socjaliści!

To był cios dobrze wymierzony. Pani Katarzyna socjalistów obawiała się najbardziej i opinii księdza nie mogła lekceważyć.

– Jakby proboszcz nie zwlekał, coś już by się wydarzyło – zauważyła jednak cierpko. – Proces kanoniczny może jeszcze nie, ale jakieś procedury sprawdzające zostałyby uruchomione. A tak, znowu na samym początku jesteśmy...

Ksiądz Miodyński wiedział, że pani Kalinowska nie dysponuje pieniędzmi na kosztowne zabiegi prawne i mógł bezpiecznie omijać trudne pytania.

– Jestem sobie tylko przeważnie skromnym proboszczem – powiedział. – Ale niedługo odwiedzi parafię nasz kochany przeważnie ksiądz biskup. Najsolenniej obiecuję, że poproszę o czas na rozmowę. Może on wytłumaczy łaskawej pani pewną hm... przeważnie niestosowność takich zabiegów. Dziś trzeba nam przykładów dobrych, przeważnie szczerych obywateli, przywiązanych do ojczyzny i wiary, a nie wichrzycieli i wątpiących. Pani to przeważnie własne słowa. Nie dawajmy więc wichrzycielom i przeważnie mącicielom argumentów do ręki, aby ich używali potem przeciw Kościołowi i nam wszystkim.

Starsza pani nie lekceważyła podnoszonych argumentów, na tyle przynajmniej, na ile dogadzało to jej interesom.

– Proboszcz zawsze kota umie ogonem odwrócić – powiedziała teraz. – Po co mieszać w to wszystko biskupa? Przecież prosiłam, żeby rzecz całą załatwić po cichu.

– Po cichu się nie da – sprzeciwił się ksiądz Miodyński. – Jakże mi przyłożyć ręki do niszczenia przeważnie dobrej opinii o polskim ziemiaństwie i naszych przeważnie pięknych polskich tradycjach? Tego przeważnie zrobić nie mogę.

– No, mówiłam, że odwróci kota ogonem! – podsumowała pani Katarzyna.

SPOWIEDŹ
CÓRKI MŁYNARZA

Córka młynarza czasem odwiedzała Franciszkę w Kalinówce, ale stosunki pomiędzy nimi nie były tak bliskie jak dawniej. Natalia Wudkiewicz, mimo zdarzeń, jakie uczyniły z niej ofiarę plotek i żartów, nadal nosiła wysoko głowę i dawała do zrozumienia, że jej pozycja niedługo będzie równa pozycji żony właściciela dworu.

Franciszka, choć współczuła młynarzównie, nie odważyła się mówić o jej przyszłym losie ani z Ignasiem Kalinowskim, domniemanym ojcem dziecka Natalii, ani ze swoim mężem, potencjalnym dziadkiem. Gdy się spotykały, Franciszka czuła się niezręcznie wobec dawnej przyjaciółki, nie mogąc zdecydowanie opowiedzieć się po którejkolwiek stronie. Zwykle ona pierwsza zaczynała rozmowę.

– Kiedy urodzisz, Natalia? – spytała Franciszka. – Chyba za jaki miesiąc?

Dzień był ciepły, młynarzówna wyglądała na zmęczoną, ale jej mina świadczyła, że jest w dobrym nastroju.

– Za miesiąc – odpowiedziała pogodnym głosem.

– To już niedługo.

Ciąża bardzo dobrze podziałała na Wudkiewiczównę, która – choć nieco niekształtna – wyglądała na ładniejszą niż kiedykolwiek.

 

– Będziemy powinowatymi – uśmiechnęła się córka młynarza. – Jak się urodzi chłopak, będziemy powinowatymi.

Franciszka nie wiedziała, jak nazywa się takie powinowactwo – dziecko jej pasierba będzie dla niej jakby wnukiem, a Natalia jakby synową.

– Wiesz, że to będzie syn? – spytała. – Zgadujesz tak, czy może wywróżyłaś?

– Tak czuję.

Franciszka westchnęła.

– Szkoda, że nieślubny.

Wiedziała, że Ignaś Kalinowski nie zamierza uznać dziecka, wprost odżegnywał się od ojcostwa. Ale Natalia najwyraźniej nie straciła jeszcze nadziei.

– To na pewno będzie syn – oświadczyła z przekonaniem. – A czy nieślubny? To jeszcze zobaczymy. Ja liczę, że Ignaś się namyśli. Może dopiero jak zobaczy dzieciaka, ale na pewno się namyśli.

Franciszka nie skomentowała naiwności dziewczyny. Ignaś stanowczo stwierdził przed ojcem, że nie ma nic wspólnego z córką młynarza i mieć nie zamierza.

– Chciałabym jakoś pomóc – powiedziała Franciszka.

Natalia wzruszyła ramionami.

– Pomóc? – spytała z wyższością w głosie. – Wszyscy na mnie patrzą krzywo, wszyscy śmieją się albo wyszydzają. Nikt nie pomyśli, co będzie, gdy prawda wyjdzie wreszcie na jaw.

– Jaka prawda? – nie zrozumiała Franciszka.

– Oj, aleś ty niedomyślna, Franka! – młynarzówna przybrała zwykły dla siebie wyraz twarzy. – Cała prawda! Przecież ja chyba najlepiej wiem, jak było. Ignaś przychodził do mnie niejeden raz i to jego dziecko. Nie da się temu zaprzeczyć. Zobaczymy, co ludzie powiedzą, jak wreszcie wszystko zostanie wyjaśnione.

Kto jak kto, ale Franciszka wiedziała najlepiej, że Ignaś Kalinowski przychodził do domu Natalii, sama ich przecież widziała któregoś razu w łóżku. Ale wiedziała też, że bez woli Ignasia nic w sprawie dziecka nie da się zrobić. Syna mógł młody pan Kalinowski uznać po dobrej woli i tylko w taki sposób. Żaden sędzia nie nakazałby mu poślubienia Natalii.

– Pójdziesz po odszkodowanie do sądu? – spytała.

Młynarzówna wzruszyła ramionami.

– Do sądu? A kto mi uwierzy? Ludzie zmówili się przeciw mnie. Nie spodziewałam się niczego innego.

– A jakbyś znalazła świadków, to byś poszła?

– Czego świadków? – spytała Wudkiewiczówna.

– Mało to ludzi wiedziało, jak Ignaś do mnie przychodzi? I co z tego? Nikt nie będzie świadczyć przeciw paniczowi z Kalinówki.

Franciszka pomyślała, że Natalia ma rację. Żaden z okolicznych mieszkańców nie zaryzykowałby konfliktu z dworem. Gdyby był jakiś spór o majątek, o drewno, ziemię, zwierzynę, to może tak, ponieważ wtedy byłaby jakaś nadzieja na sprawiedliwość i wygranie sprawy. Ale nikt nie poszedłby do sądu z taką sprawą, jaką przedstawiała młynarzówna. Ponieważ nie mógłby wygrać. O ile w ogóle doszłoby do procesu. Cóż z tego, że chodziłem do niej? – zapytałby Ignaś Kalinowski. Chodziłem, bo tak chciałem, a i ona nie była od tego. Może sąd nakazałby zapłacić grzywnę, ale na pewno nie kazałby mu się ożenić, uznać dziecka za swoje czy choćby tylko wyznaczyć sumę, która starczyłaby na utrzymanie potomka. I z czego miałby płacić Ignaś Kalinowski? Sam był na utrzymaniu ojca. Nieślubne dziecko nie ma praw dziecka oficjalnego. To przecież oczywiste.

Franciszka westchnęła współczująco. Życie z piętnem nieślubnego dziecka nie zapowiadało się radośnie i dostatnio.

– Pomodlę się za ciebie – obiecała.

Wudkiewiczówna zgodziła się bez protestów.

– Pomódl się – przyzwoliła. – Wszystko w ręku Pana Boga. On sprawi, że wszyscy zobaczą, do kogo dzieciak jest podobny.

Franciszka nie zapytała, co będzie, jeśli noworodek nie okaże się podobny do Ignasia.

– O konie przyszłam prosić – wyjaśniła Natalia. – Mam na dziś naznaczoną spowiedź, a sama nie dam rady powozić...

Franciszka ucieszyła się z możliwości pomocy. Poszła zaraz zapytać męża, czy może kazać parobkowi jechać z Natalią do Zabłudowa.

– Ja wiem, Michale, że możesz się rozgniewać – przeprosiła od progu. – Ale może byś się nie sprzeciwił? Natalia niedługo rodzi...

Kalinowski zdziwił się przekazaną prośbą.

– Ma tupet dziewczyna! Żeby po tym wszystkim przychodzić jak gdyby nigdy nic. Ale może to i dobrze, że jest właśnie taka. Jakoś sobie poradzi w życiu.

– To nie odmawiasz? – ucieszyła się Franciszka.

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Nie dałem zrobić z siebie dziadka, mogę sobie pozwolić na wspaniałomyślność. Powiedz, proszę, Wasylowi, niech z nią pojedzie. A jak już będzie w Zabłudowie, niech weźmie u Silbersteina funt dużych gwoździ. Tych największych, pięciocalowych.

* * *

Ksiądz Miodyński uległ wreszcie prośbom i zgodził się, aby Natalia Wudkiewicz przystąpiła do sakramentu spowiedzi. Wyznaczył jej spotkanie we wtorek rano, gdy nikogo nie będzie w kościele.

– Tylko przyjdź tak, żeby cię nikt nie widział – pouczył z naciskiem. – Wyspowiadam cię, a potem przeważnie zobaczymy, co będzie dalej.

Młynarzówna stawiła się w świątyni nieco przed czasem, skromnie ubrana i ze skromną miną. Kościół był świeżo posprzątany, stara Maciochowa właśnie zamiotła posadzkę, wkrótce miała wrócić z wodą we wiaderku, aby ją przetrzeć na mokro.

– To Ignaś Kalinowski – oświadczyła Natalia Wudkiewicz w konfesjonale. – On mi to zrobił.

Ksiądz Miodyński znał plotki krążące po okolicy, ale teraz usłyszał oskarżenie oficjalnie, podczas spowiedzi.

– Przymusił cię? – zapytał. – Użył podstępu, albo przeważnie siły?

– Nie, proszę księdza dobrodzieja. Ale obiecał, że się ze mną ożeni.

– Na pewno obiecał? Może przeważnie źle usłyszałaś. Niemądre dziewczyny często słyszą nie to, co przeważnie powinny, tylko to, co chcą usłyszeć.

– Wiele razy obiecał.

Proboszcz wypytał szczegółowo, jak doszło do pierwszego zbliżenia.

– We młynie – odpowiedziała Natalia. – Byliśmy tam, bo Ignaś pomagał mi zgodzić pomocnika.

Ksiądz Miodyński wiedział oczywiście o kłopotach zdrowotnych młynarza Wudkiewicza, a także i o tym, że przyjęto do roboty pomocnika, a młyn wznowił pracę.

– Że najęłaś pomocnika, to bardzo ci się przeważnie chwali – powiedział. – Młyn ważna rzecz, trudno przecież, żeby ludzie kręcili żarnam, jak kiedyś ich ojcowie. Nie wiem tylko, co pan Ignaś robił przeważnie w młynie. Sam przyszedł, czy może zapraszałaś?

Natalia zawahała się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Sam przyszedł – powiedziała w końcu.

– Kłamiesz! – oburzył się ksiądz Miodyński. – Po co miałyby przychodzić?

– Ojciec chory.

Szept Natalii był cichy i łagodny. Szept księdza rozchodził się echem po całym kościele.

– Kłamać tu przyszłaś? – syczał przez kratki. – Do konfesjonału?! Ojciec twój najlepiej wie, jakiego pomocnika trzeba. Całkiem zapomniałaś przeważnie o wstydzie i tym, czego cię nauczono?

– Nie kłamię – szeptała Wudkiewiczówna. – Uwiódł mnie. Mówił piękne słówka, obiecywał. Opierałam się...

– Słabo się opierałaś! – grzmiał ksiądz Miodyński. – Przeważnie bardzo słabo! I widzisz, co teraz się dzieje? Wszyscy cię palcami wytykają! I dobrze! I przeważnie bardzo dobrze! Zasłużyłaś, zasłużyłaś!

Natalia rozpłakała się.

– Wiem – szepnęła. – Wiem, że zawsze już będę zhańbiona. Ale jak miałam się bronić? Przychodził do mnie, kusił, obiecywał, mamił. Teraz mnie palcami wytykają, ale jak była pora, nikt mi nie pomógł. Nikt nie przestrzegł, nie poradził. Przecież ja nie mam matki! Kto miał mi powiedzieć, kto ostrzec?! Ojciec tylko pijany leży...

– Wiara! – zauważył spowiednik surowo. – Twoja głęboka, przeważnie prawdziwa wiara powinna być ci strażnikiem. Zapomniałaś o wszystkim, co przeważnie słyszałaś w kościele.

Gromił ją, ale już jakby mniej. Argumenty, jakie przytoczyła młynarzówna, trafiły częściowo duchownemu do przekonania. Tak to jest, gdy dziewczyna sama mieszka, bez rodziców, bez krewnych, tylko z jednym ojcem. Takiej na pewno trudniej opierać się pokusom, zwłaszcza jak trafi się jej ktoś choć trochę doświadczony. A ksiądz Miodyński wiedział, że Ignaś Kalinowski miał już to i owo na sumieniu.

– Dalej – zażądał. – Co było dalej? Obiecywał różności, a ty, głupia, myślałaś może, że się przeważnie z tobą ożeni?

– Tak obiecywał.

– Głupia! Dziewczyna powinna wiedzieć, że mężczyźni tak obiecują, żeby przeważnie do grzechu namówić! Daleko im do ślubu! Żenią się z dziewczynami czystymi, przeważnie bez grzechu.

Natalia płakała.

– Opowiadaj! – ponaglił ksiądz Miodyński. – Nie będę tu siedział przez cały dzień. Więc ci naobiecywał, a ty zapomniałaś o swoich powinnościach.

– W głowie mi zawrócił...

Spowiednik uderzył pięścią w kolano.

– Bezwstydnico! W głowie zawrócił? I może jeszcze powiesz, że nie miałaś czasu się zastanowić nad swoim postępowaniem, co? Przecież niejeden raz do ciebie przychodził. Wiem, ze przeważnie niejeden!

– Prawda – potwierdziła Wudkiewiczówna. – Po tym jak mnie uwiódł we młynie, to już przychodził.

– Często? Ile razy?

– Nie wiem. Często.

Ksiądz Miodyński westchnął. Zamknął oczy i zastanawiał się nad sposobami zaradzenia złu.

– Co się stało, to się nie odstanie – odezwał się po chwili. – Urodzisz przeważnie nieślubne dziecko, trudno. Nie ty pierwsza i nie ty ostatnia. Ale może twój przykład podziała na inne niewiasty w parafii. Taką mam przeważnie nadzieję.

– Obiecywał – upierała się Natalia.

Ksiądz zamyślił się znowu.

– Prosiłaś, żeby cię wziął? Jak już się okazało wszystko...

– Tak, proszę księdza. Wyśmiał mnie.

– To może trzeba było do ojca iść?

– Byłam – przyznała się Natalia. – Pan Kalinowski powiedział, że Ignaś jest dorosły i on nie będzie się wtrącał.

Ksiądz Miodyński nie spodziewał się innego podejścia. Nierzadko zdarzały się podobne pomówienia i rozumiał, że gdyby panowie za każdym razem poczuwali się do winy, świat stanąłby na głowie.

– Będzie to nauczka dla całej parafii – powtórzył z westchnieniem. – Szkoda, że przeważnie na ciebie trafiło, Natalia. Miałem nadzieję, że będziesz wzorową żoną i matką. Ale trudno, na kogoś widać musiało przeważnie trafić. Dobrze, idźmy dalej. Więc pan Ignaś omamił cię, a ty uległaś. Ile razy przeważnie zgrzeszyliście?

– Ile razy? – zacukała się nagle młynarzówna. – Nie wiem, ile razy...

– Jak to nie wiesz? – oburzył się spowiednik. – Jak mam ci wyznaczyć pokutę, jeśli przeważnie nie wiesz, ile razy zgrzeszyłaś?

Natalia klęczała ze spuszczonymi oczami.

– Nie wiem dokładnie, proszę księdza.

– To chociaż mniej więcej – niecierpliwił się proboszcz. – Już wiem, że nie jeden raz. To przeważnie ile? Trzy, pięć, osiem?

– Więcej – odpowiedziała bez zastanowienia. – Może dziesięć. No i nie wiem, jak liczyć, bo niektóre rzeczy...

Przerwała nagle. Ksiądz Miodyński był jednak czujny.

– Co to znaczy? – zapytał. – Jakie niektóre rzeczy?

Młynarzówna nie podnosiła wzroku, gdy udzieliła odpowiedzi, mówiła tak cicho, że spowiednik musiał poprosić, aby powtórzyła.

– Nie wiem, jak liczyć – tłumaczyła zawstydzona. – Bo czasem było tak normalnie... jak wszyscy wiedzą. Ale czasem... inaczej...

– Inaczej? – szept księdza był ostry i natarczywy. – To spowiedź, dziewczyno. Mów prawdę, nie kręć, bo przeważnie rozgrzeszenia nie dam! Co to znaczy inaczej, pytam jeszcze raz!

Wudkiewiczówna zwlekała z odpowiedzią. Brakowało jej słów na przedstawienie tego, co miała do powiedzenia.

– Inaczej to znaczy... to znaczy... no, to znaczy, że wcale mnie nie chędożył... tylko takie... zabawy kazał robić...

– Zabawy? Matko Boska! Jakie znowu zabawy?

– Mówił, że to zagraniczne sposoby.. Kazał mi klęczeć przed sobą i tego... no... połykać... Mówił, że od tego w ciążę się nie zajdzie...

Ksiądz Miodyński wyskoczył z konfesjonału jak oparzony.

– Ty świnio! – krzyczał. – Ty paskudna świnio! Won z mojego kościoła! Won przeważnie na koniec świata! Żeby twoja noga więcej tu nie postała!

Chwycił brzozową miotłę z kąta i zaczął nią okładać plecy Natalii.

– Won! – krzyczał. – Won! Bo przeważnie własnymi rękami zabiję! Własnymi rękami!

Stara Maciochowa, co dawno już przyniosła wodę do umycia posadzki i stojąc w przedsionku słyszała, jak ksiądz kończy spowiedź, opowiadała potem o wszystkim bardzo szczegółowo. Jak ksiądz proboszcz wyskoczył z konfesjonału, jak złapał miotłę i jak nią lał córkę młynarza, wypędzając ją na cztery wiatry.

 

– A ona wychodziła, na sztywnych nogach wychodziła – opowiadała. – I kiwała się jak kaczka. Pewnie kolana jej ścierpnęli, bo tak się kołysała...

* * *

Parobek Wasyl Grygorczuk czekał na młynarzównę przed kościołem, aby ją odwieźć do domu. Gdy wybiegła zza kościelnego ogrodzenia, niezgrabnie i potykając się, pospieszył jej na pomoc. Nerwowym ruchem odtrąciła jego ręce.

– Zostaw! Nic mi nie jest!

Domyślił się, że spotkała ją jakaś przykrość, ale nie mówi prawdy. W milczeniu poczekał, aż zajmie miejsce w bryczce. W ogóle był cierpliwy, a może tylko uparty, nie rezygnował ze swoich planów wobec córki młynarza. Gdy wyjechali z miasteczka, uznał, że dziewczyna uspokoiła się i zapytał:

– Jak z nami będzie, Natalia?

Wudkiewiczówna wzruszyła ramionami.

– Nijak.

– Jak to nijak? – zdziwił się. – Przecież wiadomo, że ksiądz ci rozgrzeszenia nie dał.

– Wiadomo? – skrzywiła usta. – A skąd wiadomo?

– Wiadomo, jaki jest.

Ponownie wzruszyła ramionami. Ale Wasyl nie zrażał się takim traktowaniem. Wiadomo też, że młynarzówna wysoko nosi głowę i jest nieprzystępna.

– Ciebie pytam – oznajmił. – Bo gotowy jestem wziąć na siebie wszystko. Ludzie pogadają i przestaną.

Natalia wzgardliwie wydęła wargi.

– Nie wyobrażaj sobie za dużo – powiedziała ostrzegawczo. – Jak komu wspomnisz o nas, kości nie porachujesz.

Nie był zadowolony z takiej odpowiedzi. Ale nie mógł oderwać zachwyconego wzroku od dziewczyny. Mimo przykrej zapewne rozmowy z księdzem, Natalia wyglądała piękniej niż kiedykolwiek. Policzki świeciły różowością, usta poruszały się niczym w tańcu.

– Mam nie mówić? – zapytał. – Mogę nie mówić. Ale i tak coś będziesz musiała postanowić. Przecież nie pójdziesz za pana Ignasia.

Zamachała gwałtownie ramionami.

– Nie twoja sprawa! Pilnuj swojego nosa!

Parobek wzruszył ramionami.

– Ja mam czas – przypomniał spokojnie. – Teraz mógłbym cię wziąć i nawet niewiele bym pytał. Potem to już może nie będzie tak, żeby bez posagu i w ogóle...

Natalia wpadła w złość. Tłukła go pięściami po szerokich plecach.

– Co ty sobie wyobrażasz, parobku? – złościła się. – Myślisz, że wydam się za takiego ciemnego chłopa?!

– Niedawno ci nie przeszkadzało, żem ciemny – zauważył. – Nawet byłaś z tego zadowolona.

– Głupiś! Tak było, bo tak chciałam. A teraz nie chcę.

– Ale dobrze ci było ze mną. Mówiłaś...

Przerwała gwałtownym gestem.

– Zapomnij – powiedziała lekceważąco. – Chciałam tylko spróbować. Spróbowałam i więcej nie potrzebuję. Teraz możesz sobie iść na pole i poszukać innej jałówki. Ja nie dla ciebie.

Nauczył się znosić jej wybuchy. Nie mógł zapomnieć, jak krzyczała w jego objęciach. Pamiętał, jak obejmowała go ramionami, jak ściskała go udami. Jak prosiła, żeby jej nie zostawiał, bo umrze.

– Ale było ci dobrze – przypomniał. – Stale powtarzałaś, że najlepiej na świecie.

– Nie pamiętam – zaprzeczyła. – Wcale tak nie mówiłam. Wymyśliłeś to sobie, tak się nie mogłeś doczekać.

– Wymyśliłem? – Wasyl podrapał się po czole.

– Może i wymyśliłem. Ale ty niemało mi pomagałaś wymyślać.

– Zapomnij! Nie dla psa kiełbasa!

Wasyl poprawił czapkę.

– Jutro znowu zapytam – zapowiedział. – Tylko pamiętaj, żebyś nie przedobrzyła. Bo sama zostaniesz z dzieciakiem. Namyśl się, im szybciej, tym lepiej. Przecież nie pójdziesz znowu do Kalinowskich prosić o łaskę.

– Może i pójdę, tobie nic do tego!

Wasyl wzruszył ramionami.

– A jak cię kijem pogonią?

Oczy Natalii pociemniały.

– To im dwór spalę!

Wasyl uśmiechnął się tylko na taką straszną zapowiedź.

– Spalisz Kalinówkę? – zapytał spokojnie. – A kto wtedy ciebie obroni, Natalia? No kto? Chyba tylko ja jeden...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?