Dworek pod Malwami. ZagubieniTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 11 - Zagubieni

Saga

Dworek pod Malwami 11 - Zagubieni

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801903

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

POGODZENI ZE STRATA

Kalinówka, lato 1912

Gdzie mama to położyła? – dopytywał się Michał Kalinowski. – Proszę sobie przypomnieć. Na pewno nie do szkatułki?

Pani Katarzyna siedziała w fotelu z opuszczoną głową, blada i nieszczęśliwa.

– W szkatułce trzymam biżuterię – odpowiedziała cicho. – Pieniądze miałam gdzie indziej.

– Jak to babunia zapakowała? – pytał Ignaś. – Na kilka części babunia podzieliła, czy cała suma była razem?

– Wszystko razem – szepnęła starsza pani. – Chyba wszystko razem...

– Chyba?

– Wydaje mi się, że razem.

– To nie jest babunia pewna?

– Już niczego nie jestem pewna...

Mimo drobiazgowych poszukiwań, najpierw w pokoju starszej pani, potem w całym dworze, nie odnaleziono śladu po pieniądzach, które ukryła pani Katarzyna Kalinowska – dla bezpieczeństwa – w sobie tylko znanym miejscu. Suma, jaką otrzymała od Jacka Nowackiego za sprzedaż sześćdziesięciu dziesięcin ziemi na Kalinówce, przepadła jak kamień w wodzie.

Pan Michał przeprowadził śledztwo, ale nie doprowadziło ono ani do odnalezienia pieniędzy, ani do wykrycia sprawcy ewentualnej kradzieży.

– Obawiam się, że twoja babka po prostu zapomniała – pan Michał przysiadł na krześle z miną pełną rezygnacji. – Podała nam osiem czy dziewięć miejsc, gdzie schowała pieniądze, a przecież mogła je włożyć tylko w jedno.

Ignaś zgodził się z ojcem. Przepytali już wszystkich, według listy – domowników, służbę, dyskretnie rozpytali nawet niektórych gości. Nikt nie wiedział, gdzie pieniądze ukryto, a pani Katarzyna nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie je ostatecznie schowała.

– Bałam się, że gdzieś zginą – tłumaczyła.

Bolała nad tak wielką stratą, odchorowała ją dwutygodniowym leżeniem w łóżku z wysoką gorączką. Była gotowa zezwolić na poproszenie o pomoc policję, ale na to stanowczo nie zgodził się pan Kalinowski.

– Policja w naszym domu niczego nie znajdzie – oświadczył. – Chyba tylko to, co sama podrzuci.

Starsza pani przytaknęła z płaczem. Wizyta policji w Kalinówce w poprzednim roku spowodowała aresztowanie Stasia Kalinowskiego, jego proces i skazanie pod fałszywymi zarzutami.

– Co teraz będzie, Michale? – szlochała pani Katarzyna. – Pozbawiłam ciebie i twoje dzieci dużej części rodzinnej schedy. A przecież ja chciałam dobrze...

Po zdenerwowaniu pierwszego dnia, a później ciężkiej chorobie matki, pan Michał rozchmurzył się i uznał, że musi pogodzić się z faktami.

– Trudno – oznajmił. – Nie zbierzesz rozlanego mleka. Stało się. Mama nie powinna się obwiniać, to przecież nic nie da. Lepiej proszę o swoim zdrowiu pomyśleć. A pieniądze, no cóż, raz są, raz nie ma...

Po kilku tygodniach starsza pani także pogodziła się ze stratą.

– To szatan wszystkiemu winien – powiedziała. – Skusił mnie i sprawił, że zdradziłam ziemię. Zasłużyłam na karę i muszę odpokutować.

Po kilku następnych tygodniach pojechała do kościoła, aby dać na mszę.

– W jakiej to przeważnie intencji? – zapytał ksiądz Miodyński.

– O oświecenie – wyjaśniła pani Katarzyna. – Żeby się znalazło to, co zostało utracone.

***

Pan Jacek Nowacki, który oznaczonego dnia przyjechał z Topolan dla omówienia szczegółów transakcji, był niemile zaskoczony. W pierwszej chwili stanowisko Kalinowskich, którzy nie kwapili się do odkupienia swojej własnej ziemi za niewygórowaną cenę, uznał za wykręt i afront. Ale po rozmowie z panią Katarzyną przyjął rzecz do wiadomości. Przy obiedzie, pierwszym w Kalinówce od dwóch lat, minę miał kwaśną, nadrabiał wymuszonym uśmiechem.

– Jesteśmy przecież sąsiadami – oznajmił. – Jakoś się dogadamy. Jeśli teraz to niemożliwe, to w innym terminie...

Wspaniałomyślność pana Jacka, który chciał się pozbyć ziemi kupionej okazyjnie od starszej pani, leżała w jego pilnych potrzebach finansowych. Justyna Nowacka, umieszczona w Wiedniu dla kuracji, pod troskliwym okiem Zofii Waldeck, miała wielkie wydatki.

Czuję się znacznie lepiej – pisała do ojca. Jestem prawie wyleczona. Zosia dba o mnie więcej jak siostra. Miałeś, kochany papo, wspaniały pomysł, żeby właśnie ją dać mi za towarzyszkę.

Pan Jacek wzdychał. Płacił Justynie wysoką i regularną pensję poprzez rosyjski bank w stolicy Austro-Węgier, a wszystkich znajomych zapewniał, że córka bawi w Wiedniu bardziej dla kaprysu niż dla zdrowia.

– Prosiła ostatnio pozdrowić wszystkich w Kalinówce – uśmiechał się blado. – A co do plotek, mało się nimi przejmuję. Ludzkich języków nie zawiązać.

UPÓR

Kurpik z Nowosadów, chłop poszkodowany w sporze z panem Kalinowskim, nie dawał za wygraną. Jego kobieta wprawdzie uważała, że trzeba się ugodzić, ale on zawziął się na dziedzica i myślał tylko o tym, jak się odkuć. Przecież i pan Kalinowski nie tylko nie wykazywał chęci do zgody, ale i jeszcze poszczuł psem. Wyżlica Bunia, która ugryzła Kurpika w łydkę, zostawiła na jego ciele bolesne i długo niegojące się rany. Smarował je tłuszczem, a ile razy smarował, tyle razy podnosił pięść i przeklinał dziedzica.

Kobieta mitygowała go, ponieważ postępowanie Kurpika przynosił dotąd tylko wstyd i straty. Ona nie uważała, że przyczyną kłopotów jest pan Kalinówki, a raczej sam Kurpik, ale mąż nie dał sobie tego wytłumaczyć.

– Co ty wiesz, głupia! – mruczał, gdy zwracała mu uwagę. – Skończy się niedługo panowanie takich Kalinowskich. Zobaczysz, że się niedługo skończy!

Na razie jednak takich czasów nie było widać. Pan Michał Kalinowski miał się jak najlepiej, a Kurpik popadał w coraz to nowe tarapaty.

Któregoś razu poszedł nad stawy dziedzica. Niby tylko popatrzeć, ale tak naprawdę miał ochotę skorzystać. Stary stróż, co tu mieszkał z rozkazu pana dziedzica i pilnował jego dobytku, akurat wyszedł na chwilę ze swojego szałasu. Kurpik miał koszyk wiklinowy, postawił go w miejsce, gdzie przy niewielkiej grobli woda uciekała cienką strużką do rzeczki Czarnej. Łatwo tu było wyłowić karpia. Już za pierwszym zanurzeniem koszyka Kurpik złowił dwie małe sztuki, a za drugim razem całkiem sporą.

Strażnik zobaczył Kurpika, domyślił się, co tamten robi i postraszył bronią. Ale Kurpik nie bał się byle czego i nie wierzył, żeby stróż odważył się użyć strzelby. Broń starego, mówiono o tym powszechnie, była marna, biła blisko i słabo.

Stróż wystrzelił na postrach, Kurpik roześmiał się w głos i odszedł bezkarnie. Jego żona usmażyła karpie, a na rybich głowach ugotowała gar gęstej zupy, zabielonej mąką.

– No i widzisz – powiedział do kobiety Kurpik. – Ryba nic nie kosztowała, co najwyżej trochę strachu. W następnym tygodniu znowu pójdę.

Strażnik znał nazwisko złodzieja, bo każdy wiedział, jak wygląda Kurpik i trudno było pomylić go z kim innym. Powiedział o wszystkim panu Kalinowskiemu, a dziedzic kazał mu wydać pudełko śrutu.

– Tylko z bliska nie strzelaj – pouczył. – To gruby śrut, może ciężko ranić nawet i człowieka.

Następnym razem, gdy Kurpik pokazał się przy stawach, stróż wystrzelił bez celowania, ale strzelba dawała duży rozrzut i złodziej został trafiony dwiema śrucinami w piersi i czterema w nogę, tę samą, co niedawno została ugryziona przez Bunię.

Kurpik wrzasnął, a potem kuśtykając uciekł, chowając się w niedalekich zaroślach.

Drugiego dnia pan Michał Kalinowski dowiedział się o wydarzeniu. Stary stróż zameldował o konieczności oddania wystrzału i martwił się, że mógł poważnie zranić złodzieja.

– Nie celowałem do nikogo, wielmożny panie – tłumaczył się. – Postraszyć tylko chciałem. Ale prawdę mówią, że choć to człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Zdarzyło się trafić... – martwił się strażnik. – I co teraz będzie, wielmożny panie? – nie krył niepokoju.

– Dobrze zrobiłeś – pochwalił Kalinowski. – Na tym właśnie polega twoja służba. Teraz każdy będzie wiedział, że niebezpiecznie jest zbliżać się do mojego stawu.

Wypłacił strażnikowi rubla nagrody za czujność i wzorowe wypełnianie obowiązków.

Kurpik bezpiecznie dotarł do swojej chałupy, gdzie żona założyła mu opatrunki, wyjmując śrut z ran i smarując je oliwą.

– Po coś tam podszedł? – biadoliła. – Mało ci było kłopotów?

– Cicho, głupia! – zbeształ kobietę swoim zwyczajem. – Poszedłem, bo tak chciałem. Nie wolno po polach chodzić? Zapłacze jeszcze dziedzic za moją krzywdę, oj, zapłacze!

Wójt Kosmala zaszedł do chałupy Kurpika, gdy ten leżał na piecu i pojękiwał.

– Co to się stało? – zapytał gość. – Podobno chorujesz.

– Dziedzic kazał do mnie strzelać! – zawarczał groźnie gospodarz. – Jak do jakiego psa.

– To po co polazłeś do stawów? – wójt rozsiadł się na ławie z miną człowieka, który nie zamierza szybko się żegnać. – Kto po pańskim nie chodzi, nie narzeka na śrut w tyłku.

 

Kurpik zerwał się z pieca.

– Przyszliście mnie pouczać, wójcie?! – syknął ze złością. – To już całkiem na dworską stronę chyba przeszliście.

I zaczął wyjaśniać, jak się sprawy miały.

– Chodziłem po swoim zagonie. To mi przecież wolno. Akurat przechodziłem koło grobli, jak mi trzeba było na stronę odejść. To zostawiłem koszyk, żeby go nie ciągać po krzakach. Wracam, a tu w srodku ryba siedzi. Widać wskoczyła, bo to przedeztnad-wodą było. Co miałem robić, jak sama weszła? Zabrałem koszyk i wracam do chałupy. A ten stary jak znienacka nie wygarnie!

Wójt kiwał głową w milczeniu.

– Tak, tak – powiedział po chwili. – Pewnie ze strachu przed strzelbą te ryby po koszykach się chowają. Ale ja tu w innej sprawie. Pan dziedzic kazał powtórzyć, że zapomni o wszystkim, jak się ugodzicie w sprawie tego zagonu koło grobli.

– Nie ma mowy! – zaperzył się Kurpik. – Niech się zmarnuje, a jemu nie sprzedam!

Część kalinowskich pól leżała w szachownicy, poprzetykana chłopskimi działkami. Pan Michał sukcesywnie wykupywał zagony, oferując chłopom ziemię w innym miejscu, a zyskując w ten sposób większe połacie pola, łatwiejsze do uprawy. Zagon Kurpika, wąski i długi, bronił dziedzicowi dostępu do planowanych prac melioracyjnych. Te zaś były konieczne, gdyż zdarzało się, że siano na zalewanych łąkach ulegało zniszczeniu.

– Pan dziedzic kazał powtórzyć, że zapłaci uczciwie – oznajmił wójt. – Zamieni grunt z tobą albo odkupi.

– Nie sprzedam! – upierał się Kurpik.

– Ale przecież nie uprawiasz – dziwił się Kosmala. – To czemu sprzedać nie chcesz? Przecież to gotowy grosz.

– Nie sprzedam – Kurpik pogroził pięścią. – Choćby mnie sto razy prosił! Moim kosztem nie będzie się bogacił!

Wójt Kosmala westchnął.

– Mówią o tobie, żeś uparty – zauważył. – Teraz jeszcze będą gadać, żeś głupi.

Kurpik wzruszył ramionami.

– Już wy się o ludzkie gadanie nie bójcie – odparł lekceważąco. – Jeszcze się okaże, kto stratny, a kto mądry! Pan Kalinowski lepiej niech syna pilnuje, bo tylko patrzeć, jak Natalia z młyna bachora mu podrzuci na wychowanie!

***

Spotkania młynarzówny z Ignasiem Kalinowskim nie należały już do sekretnych. Wiedziało o nich wiele osób, a niektóre podejrzewały, że Natalia Wudkiewicz zawzięła się, by złapać panicza i postawić go przed ołtarzem. On też prawdopodobnie zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ rzadziej odwiedzał dom przy młynie.

– Już nie jest tak jak dawniej – oznajmił, gdy spytała go o powody. – Męczysz mnie.

– Męczę? – zdziwiła się Natalia Wudkiewicz. – Czym ciebie męczę?

– Gadaniem. W kółko tylko pytasz, kiedy pójdę do ojca.

Natalia uśmiechała się zalotnie.

– Przyjdź, to zobaczysz, jak cię zmęczę.

– Tak? – zawahał się. – No to może przyjdę.

Ale spotkanie skończyło się podobnie jak poprzednie. Natalia, gdy już pozwoliła kochankowi na wszelkie zachcianki, spytała:

– Kiedy powiesz o nas ojcu?

Ignaś wzruszył ramionami.

– Przyszedłem, bo mnie zaprosiłaś. Ale jak nie zaprosisz, też straty nie będzie.

Natalia nachmurzyła się.

– Jak możesz tak mówić?! Po tym wszystkim, co dla ciebie robię? Obiecywałeś różności. Zawsze mówiłeś, że jestem najpiękniejsza i że chciałbyś być ze mną jak najdłużej.

– Tak mówiłem – potwierdził. – Ale nie wspominałem nic o ślubie. A ty tylko, żebym się żenił. A ja za młody jestem.

– Ja pamiętam inaczej – zauważyła z przekonaniem. – Pamiętam, jak mówiłeś, że jestem dla ciebie jedyna na świecie. Co to znaczy? Czy nie znaczy, że planowałeś ożenić się ze mną, tylko ze mną, ze swoją jedyną?

Ignaś tłumaczył, że to co brała za obietnice, było tylko mówieniem miłosnym, takim jakie się mówi, gdy spotykają się kochankowie. Nie rozmawiali przecież wcale kiedy indziej, a tylko wówczas, gdy byli w łóżku. Więc to nie była poważna rozmowa i poważne obietnice.

– Nie możesz mnie przymuszać – oświadczył wreszcie. – Chyba nie sądzisz, że dam się omotać twoim sztuczkom.

– Moim sztuczkom? – oburzyła się na to sformułowanie. – To nie były żadne moje sztuczki. Uwiodłeś mnie, a skoro uwiodłeś, musisz ponieść konsekwencje i pokazać swoją odpowiedzialność.

– Ja cię uwiodłem? – wzruszył ramionami. – To ty postępujesz według planu. Specjalnie mówiłaś, żebym nie uważał, bo chciałaś mnie złapać na dziecko. Liczyłaś, że zechcę się żenić. Nie zaprzeczaj, teraz to jasne. Ale to nie ze mną. Pod przymusem nie zrobisz ze mnie męża. Ani ty, ani żadna inna. Zresztą, ojciec się nie zgodzi.

Natalia Wudkiewicz spodziewała się podobnej postawy, stanowisko Ignasia nie stanowiło dla niej zaskoczenia. Była zdecydowana postępować konsekwentnie aż do osiągnięcia celu.

– Byłam tylko z tobą jednym – oświadczyła dobitnie. – Jeśli będę miała dziecko, może być tylko twoje. Musisz to przyznać. Wszystko jedno, po dobroci czy pod przymusem. Ale musisz to przyznać.

Nic nie muszę. I dziecka też nie uznam. Machnął ręką i chciał odejść bez pożegnania.

– Idź – powiedziała Natalia lekko. – Chciałeś mnie mieć, to mnie masz. I już się nie pozbędziesz.

***

Młynarz Wudkiewicz, po długim okresie spędzonym w łóżku, odzyskał nieco sił, nie na tyle jednak, żeby samodzielnie stawać do roboty. Natalia zatrudniła stałego pomocnika, młyn ruszył i pracował bez przerwy ku zadowoleniu wszystkich. Ani pan Kalinowski, ani chłopi z okolicznych wsi nie musieli już wozić zboża do innych miejscowości.

– Chwała Bogu, że twojemu ojcu lepiej – powiedziała Franciszka do młynarzówny. – Odkujesz się.

Natalia wzruszyła ramionami.

– Nie jest tak źle – oznajmiła z tajemniczym uśmiechem. – Dajemy sobie radę. A niedługo może i nowa para rąk przybędzie...

Nieco rzadziej niż dawniej zaglądała teraz w odwiedziny do Franciszki, a gdy już przyszła, nigdy nie siedziała długo. Tyle tylko, żeby wymienić nowiny i plotki. Franciszka słyszała, co mówią we wsi o romansie pasierba z jej przyjaciółką, ale nie dopytywała się, a sama Natalia też nie podejmowała tematu. Zawsze miała coś do powiedzenia o innych.

– Słyszałaś, że panna z Topolan trafiła do wariatów? – zapytała z uśmiechem. – Wcale mnie to nie dziwi, zawsze była jakaś taka dziwna... Pamiętasz, jak stale się mnie czepiała?

Franciszka zaprzeczyła niepewnie.

– Chyba nie całkiem do wariatów – wyjaśniła. – Był u nas niedawno pan Nowacki, jej ojciec, i mówił, że ona leczy się na nerwy. We Wiedniu.

– Dobre sobie! – prychnęła Wudkiewiczówna. – Nie na żadne nerwy, tylko na głowę! Ty wiesz, co ona wyprawiała zeszłego roku w Kownie? Pewna moja znajoma ma tam krewną i ta krewna mówiła, że...

Franciszka chętniej dowiedziałaby się, jak naprawdę wyglądają sprawy pomiędzy młynarzówną i Ignasiem, ale nie miała odwagi zapytać wprost.

– Ja tam plotek nie słucham! – ucinała dyskusję Natalia. – Mam dość posagu, żeby o mnie zabiegali. Przyjdzie czas, będę wybierać.

Nikt nie wiedział, że posag młynarzówny rozpłynął się w alkoholu i rozrywkach jej ojca. Ona sama, choć robiła dobrą minę, rozpaczliwie szukała wyjścia z trudnej sytuacji. Ignaś Kalinowski nie kwapił się do żeniaczki, sposobu na jego przymuszenie nie znalazła. Próbowała użyć najbardziej typowego, ale choć mijały miesiące, choć już ze dwa razy zdawało się jej, że zaszła w ciążę, wciąż nie mogła iść z żądaniami do dworu.

Rozwiązanie przyszło jej do głowy tego dnia, gdy wracała z Kalinówki po rozmowie z Franciszką o pannie Nowackiej.

Przechodziła właśnie obok szopy, gdzie mieszkali dwaj stali parobkowie Kalinówki. Niegdyś znajdowała się tu dworska wozownia i do tej pory szopę tak nazywano, choć nie trzymano w niej pojazdów. Jeszcze za poprzedniego właściciela budowla została w połowie rozebrana, a w drugiej połowie urządzono izby dla służby. Zajmowali je dwaj parobkowie, Pietrek i Wasyl. Obaj stali właśnie przed szopą i wesoło zagadali do przechodzącej.

– Natalia, dzień dobry! Co tak biegniesz?

– Bo się spieszę.

– A z nami nie pogadasz?

– Niby o czym?– młynarzówna przystanęła i spojrzała na obu z lekceważeniem.

– O różnych sprawach – podsunął Pietrek.

– O tańcach – dorzucił Wasyl. – W drugą sobotę. Przyjdziesz?

– Nie przyjdę. Za dużo mam roboty.

– Przyjdź – poprosił Pietrek. – Jak przyjdziesz, to ci w robocie pomożemy.

Prychnęła im w nos.

– Akurat! Mało to macie swojej?

Popatrzyli po sobie.

– Robota jest, czemu nie – odpowiedział Wasyl. – Ale jak ładna dziewczyna prosi, to człowiek w sobie znajduje więcej siły.

– No – zgodził się Pietrek.

Natalia pokręciła głową.

– Wiem, co się wam marzy! – zauważyła. – Ale guzik z tego będzie. Macie za brudne łapy dla mnie.

– Pewnie – zauważył Pietrek. – Tobie białe lepsze. Młynarskie...

– A może i pańskie – zaśmiał się Wasyl.

Natalia machnęła ręką i zamierzała odejść. Ale nagle rozmyśliła się, przystanęła i ponownie odwróciła do parobków.

– Może i przyjdę na tańce – oznajmiła. – Ale tańczyć będę tylko z silniejszym. Który to z was?

Zgłosili się jednocześnie.

– Obaj nie możecie być silniejsi – pouczyła Natalia z lekką pogardą. – Tylko jeden może być silniejszy. Nie wiem, który, sami to musicie ustalić.

Zastanowili się.

– A z silniejszym zatańczysz? – upewnił się Pietrek.

– Pewnie.

Zaraz zaczęli zastanawiać się, jak sprawdzić, który ma więcej siły.

– Mocujmy się – zaproponował Wasyl.

Pietrek skoczył na równe nogi.

– Zaraz ci pokażę, kto silniejszy! Aż ci w pięty pójdzie!

– Ty mnie? Chyba ja tobie!

Młynarzówna przyglądała się im ze zmarszczonym nosem.

– Jak koguty – powiedziała z niezadowoleniem.

– Zdaje się, że tylko w gębie jesteście tacy mocni.

– To co mam zrobić, żebyś mnie wybrała? – spytał Wasyl.

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Coś musicie wymyślić, żebym się przekonała, który silniejszy. Ja lubię, żeby mężczyzna mocno przycisnął...

Gdy odchodziła, kołysząc biodrami, patrzyli za nią w niemym zachwycie. Natalia Wudkiewicz była ładną dziewczyną.

O razu rzucili się do wymyślania sposobów.

– Panna Wudkiewicz chciałaby jak we dworze – powiedział Pietrek. – Żebyśmy się bili o nią.

– Jak na pańskich pojedynkach? – Wasyl domyślił się, ku czemu zmierza kolega.

– Aha.

Nie mieli broni, ale zgodzili się zaraz, że tak to powinno wyglądać.

– Zróbmy pojedynek – zaproponował Wasyl.

– Zgłupiałeś? A broń skąd weźmiesz?

– Po co zaraz broń? Bijmy się na pięści. Albo na co chcesz.

– Głupi jesteś – powtórzył Pietrek. – Na co chcesz? To może na kosy albo na sierpy, co?

– Nie – zaprzeczył Wasyl. – Ale trzeba zrobić pojedynek, jak ona chce.

– Przydałoby się.

– To na pięści?

– Niech będzie na pięści.

Wzięli się do omawiania szczegółów. Wkrótce mieli już prawie gotowy plan.

– Jak ona chce tak po pańsku, to niech ma pojedynek – oznajmił Pietrek. – Wybierzemy czas i miejsce, a potem zawiadomimy, żeby przyszła. A jak przyjdzie, będzie sędzią.

– Dobry pomysł – zgodził się Wasyl. – Pobiję ci w pięć minut.

– Akurat! To ja ciebie pobiję!

– Zobaczymy!

Kłócili się, ale do wieczora ustalili wszystko. Spotkają się za młynem, na łączce pod lasem. Popołudniu, w dzień wolny od pracy.

– A jak nie przyjdzie? – zaniepokoił się nagle Wasyl. – Po co mielibyśmy się bić, jak Natalii nie będzie?

– Przyjdzie, skoro każe nam się bić.

***

Natalia Wudkiewicz dowiedziała się o wszystkim następnego dnia. Przyszli rano obaj, żeby jej o tym powiedzieć.

– Pojedynek? – zdziwiła się. – Na pięści?

– Prawdziwy pojedynek – zapewnili. – Mógł się strzelać pan Kalinowski o kobietę, my też możemy.

– Dobrze – zgodziła się od razu. – Ale gdzie?

Wyjawili jej czas i miejsce.

– Tylko przyjdź na pewno – poprosił Pietrek. – Bo inaczej, po co mielibyśmy się bić.

Natalia byłą zaciekawiona ich rywalizacją, ale brakowało jej przekonania, że nie żartują.

– Kto was tam wie – mruknęła z powątpiewaniem. – Może tylko tak udajecie, a to wcale nie jest prawdziwy pojedynek.

– Prawdziwy! – zapewnili obaj, waląc się kułakami w piersi.

 

– Nie będzie na niby? – upewniała się, popatrując na nich kolejno. – Naprawdę będziecie się o mnie bić?

– Naprawdę!

– Aż do krwi?

– Do krwi!

Młynarzówna łaskawie skinęła głową.

– To przyjdę. Ale pod warunkiem, że nie będziecie o tym nikomu opowiadać

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?