Dworek pod Malwami. Zranione duszeTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #10
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Zranione dusze
Dworek pod Malwami. Zranione dusze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Zranione dusze
Dworek pod Malwami. Zranione dusze
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 10 - Zranione dusze

Saga

Dworek pod Malwami 10 - Zranione dusze

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801910

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

Tom 10.

ZRANIONE DUSZE

PROPOZYCJA

Wiosna 1912

Pewnego popołudnia powóz Zofii Waldeck z pędem zajechał przed werandę w Topolanach, chlapiąc wokoło błotem, ponieważ dzień był dżdżysty a ziemia rozmiękła. W taką pogodę nie spodziewano się nikogo, służba drzemała po kątach, pan Jacek siedział w gabinecie nad rachunkami. Zanim mu dano znać o wizycie, pani Waldeck wbiegła po schodach, wtargnęła na werandę, wszędzie zostawiając ślady zabłoconych wysokich butów, była bowiem ubrana na modłę męską.

– Co to znaczy?! – krzyczała z odległości. – Co to wszystko znaczy?!

Pan Jacek odrzucił rachunki, sięgnął po marynarkę, założył ją, zapiął i dopiero wówczas wyszedł do gościa.

– Pani Zofia! Witam serdecznie.

Pani Waldeck, zaróżowiona z emocji, stała pośrodku werandy, trzymając w ręku list. Drogę musiała odbywać odkrytym powozem, jej strój był przemoczony, poznaczony grudkami błota, mokry piach miała na włosach i twarzy.

– Jestem przerażona! – mówiła podniesionym głosem. – Po prostu przerażona!

Nowacki ukłonił się.

– Proszę wybaczyć moje zachowanie. Ale okoliczności są szczególne i dlatego pozwoliłem sobie...

– Co się stało tej biednej dziewczynie?! – pani Zofia była bardzo zdenerwowana.

– Proszę wybaczyć – powtórzył pan Nowacki. – Justysia jest chora. Ośmieliłem się napisać do pani, gdyż tylko pani jedna może ją uratować.

– Chora? – zdziwiła się kobieta. – Jak to chora? Na co? I w jaki sposób ja miałabym ją ratować?

Nowacki gestem wezwał służącą.

– Wiera zabierze płaszcz pani – powiedział spokojnym tonem. – Pokaże, gdzie może pani hm... odświeżyć się, a następnie nakryje do obiadu...

Pani Zofia tupnęła nogą, resztki błota z jej buta opadły na wyszorowane deski werandy.

– Nie ruszę się stąd bez wyjaśnienia! – uprzedziła. – W jakie tarapaty się wpakowała tym razem?! Inaczej padnę tu trupem!

– Jeszcze raz proszę o wybaczenie za ten alarmistyczny ton – Nowacki ucałował ręce gościa. – Zaraz wyjaśnię wszystko.

Pani Waldeck uspokajała się, widząc że gospodarz jest opanowany, co oznaczało, że sytuacja nie jest tragiczna.

– Właśnie przyjechałam z Warszawy – opowiadała. – Wchodzę do domu, a tu list od pana. Ucieszyłam się, ponieważ Justysia pisała dość dawno, więc myślałam, że są jakieś nowe wiadomości. Że nareszcie przyjeżdża do domu, stęskniłam się za nią okropnie. A tu takie rzeczy! Omal nie zemdlałam!

– Justysia jest w szpitalu – wyjaśnił pan Nowacki. – Dokładniej, w sanatorium, gdzie ją umieściłem po wypisaniu ze szpitala. Teraz musi jechać na kurację do Wiednia. Zamierzam błagać panią, żeby zechciała jej towarzyszyć.

Pani Waldeck stanęła zamurowana.

– Co takiego?

– Na kurację do Wiednia – powtórzył pan Nowacki. – Do sławnego profesora. Ale przecież nie puszczę jej samej. Ja jechać nie mogę, nie mogę opuścić gospodarstwa na dłuższy czas. Ale może pani zechciałaby jej towarzyszyć, zaopiekować się, pomóc?

Zofia Waldeck patrzyła na rozmówcę, jakby był niespełna rozumu.

– Do Wiednia? – powtórzyła. – Na dłuższy czas?

– Na mój koszt oczywiście – szybko zapewnił Nowacki. – Błagam, proszę nie odmawiać.

Pani Zofia prychnęła niecierpliwie.

– Nadal nie rozumiem, o co chodzi. Może jednak zechciałby pan opowiedzieć mi wszystko od początku. Inaczej nie dojdziemy do ładu.

– Oczywiście – skwapliwie odpowiedział Nowacki. – Ale obawiam się, że to dłuższa opowieść. Dlatego kazałem nakrywać do obiadu.

Pani Waldeck uśmiechnęła się w odpowiedzi i skinęła na pokojówkę, że może wziąć jej płaszcz.

– Był pan pewny mojej zgody? – spytała domyślnie. – Proszę jednak mnie przekonać, że rzeczywiście chodzi o dobro Justysi.

***

Rozmowa pana Nowackiego z Zofią Waldeck ciągnęła się długo w noc. Pan Jacek szczegółowo opowiadał o ostatnich miesiącach w życiu Justyny, siedząc naprzeciw gościa, od którego oczekiwał zrozumienia i współczucia.

– Tego, co przeżywałem, nie spisać na wołowej skórze – powtarzał.

Pani Zofia słuchała bardzo uważnie, mało jadła. Czasem zadawała dodatkowe pytania, nierzadko nieco podchwytliwe, jak gdyby obawiała się, że pan Nowacki nie mówi jej wszystkiego.

Miała rację. Pan Jacek nie przekazał wielu szczegółów. Jego opowieść różniła się więc od tego, co zdarzyło się naprawdę. A sprawy wyglądały następująco.

Wiera Golanko pracowała w Topolanach od roku i cieszyła się dużym zaufaniem pana Nowackiego. Była wysoka i bardzo zgrabna, czego nie ukrywała nawet szara i prosta w kroju sukienka. Tylko wówczas, gdy we dworze bawili goście, Wiera nosiła biały, wykrochmalony fartuszek i mały czepek na brązowych włosach.

– Czy przygotować kąpiel, wielmożny panie?

Nowacki siedział zgarbiony, czekał aż lekarstwo zacznie działać.

– Nie, dziękuję. Zaraz mi przejdzie...

Cierpiał na wrzody żołądka i w stanach zaostrzenia choroby gorące kąpiele najskuteczniej łagodziły ból.

– Już myślałem, że jest dobrze – odezwał się z westchnieniem. – Tymczasem jest fatalnie.

Wiera przyglądała się panu badawczo, oceniając jego samopoczucie.

– Wielmożny pan za bardzo pobłaża panience – odezwała się tonem, który świadczył, że bywa dopuszczana do rodzinnych tajemnic. – Sam zajęty pracą ponad miarę, panienka ciągle pod opieką innych. Co ona ma z ojca? Pan woli prowadzić cu-

KŁOPOTY PANA JACKA

Kłopoty pana Nowackiego zaczęły się jeszcze latem poprzedniego roku, kiedy otrzymał trzeci list od przebywającej w Kownie córki. Pan Jacek wówczas omal nie zemdlał. Serce zaczęło mu bić w szalonym rytmie, krew pulsować w skroniach. Gdyby nie to, że pokojówka Wiera była akurat w pobliżu z kroplami uspokajającymi, dotknęłaby go niewątpliwie apopleksja.

– Czy złe wiadomości, wielmożny panie? – spytała, podając krople na łyżeczce cukru.

Pan Jacek zażył lekarstwo, list zgniatając w ręku. – Niedobre – potwierdził. – Pewnie od panienki – domyśliła się pokojówka. – Panienka to nie myśli o zdrowiu ojca...

dze majątki, zamiast zająć się własnymi sprawami.

Nowacki skinął głową.

– Masz rację. Potrzebna mi była ta dzierżawa Rafałówki jak dziura w moście...

Wiera wyjęła z kredensu butelkę z ciemnego szkła, nalała z niej do kieliszka odrobinę nalewki na kasztanach.

– Proszę wypić. Ale tylko jedną porcję.

Pan Jacek zażył lekarstwo, odstawił kieliszek na tacę, którą pokojówka trzymała w rękach.

– Pomaga – pochwalił. – Ale czasem bywają takie dni, że wypiłbym wszystko.

– Nie może pan – przypomniała. – Jutro rano trzeba jechać do tartaku w Świnobrodzie.

– Pamiętam, pamiętam.

We wsi mówiono, że Wiera Golanko jest kochanką pana Nowackiego, ale to niezupełnie tak wyglądało. Pokojówka w Topolanach, choć dobrze znała jego ciało, nadal była dziewicą. Pracując we dworze zbierała na posag, a część tej sumy pochodziła z dodatkowego zarobku, który jakiś czas temu umożliwił jej pan Nowacki. Zamierzała w następnym roku wyjść za mąż, a należała do osób starannie układających wszystko – serwetki i sztućce, prześcieradła, plan dnia, plan roku, plan życia. Do uzyskania wyznaczonej sumy brakowało jej ośmiu miesięcy.

– Słusznie mnie krytykujesz – odezwał się pan Jacek. – Jako ojciec nie odniosłem wielkich sukcesów.

Ruchem głowy wskazał zmięty list od córki.

– Nie wiem, co się dzieje – poskarżył się. – Poprzednio pisała, że jest jakiś mężczyzna. Nie narzeczony. Znajomy, przewodnik po Kownie, towarzysz spacerów. A teraz pisze... teraz pisze, że będzie miała dziecko.

Rozłożył ręce bezradnym gestem.

– Rozumiesz? Będzie miała dziecko, a ja nawet nie wiem, z kim!

Wiera była bystrą dziewczyną.

– Czy bez ślubu? – zapytała.

Mężczyzna potwierdził gestem, jego ramiona zadrżały od tłumionego płaczu. Pokojówka podeszła, delikatnym ruchem objęła głowę starszego pana i przytuliła ją do siebie.

Posiadanie wnuka, a jeszcze lepiej wnuczki, od dawna było marzeniem pana Jacka. Jedyna córka niewielką dawała na to nadzieję, a i teraz nadzieja ta miałaby się spełnić nie tak jak pragnął.

Pan Nowacki szlochał dłuższą chwilę, z twarzą przytuloną do łona pokojówki. Trzymała go za głowę cierpliwie, łagodnie, uspokajająco. Nie drgnęła, gdy wyciągnął ramiona i objął ją wpół.

– Jesteś jak balsam – odezwał się po pewnym czasie. – Działasz jak najlepsze lekarstwo...

Wiera przelotnie musnęła pracodawcę po włosach.

– Powinien pan wcześniej się położyć – powiedziała. – Przygotuję łóżko.

Opuścił ręce, spojrzał w górę, na twarz dziewczyny.

 

– Racja – zgodził się. – Przygotuj. A potem przyjdź mnie pomasować.

Wiera cofnęła się o pół kroku.

– Proszę wybaczyć, wielmożny panie. Dziś jest dopiero czwartek, trzeba poczekać do jutra. Masaż wypada w piątek.

Jacek Nowacki westchnął z rozczarowaniem. Nie zrobisz wyjątku? – zapytał z prośbą w oczach. – Jednego malutkiego wyjątku?

Wiera Golanko odpowiedziała bez uśmiechu.

– Nigdy nie robię wyjątków, wielmożny panie. To zaburza ustalony porządek. A pan życzył sobie, żeby zawsze był porządek w domu.

Pan Jacek zgodził się w milczeniu. W uporządkowanym świecie Wiery nie było miejsca na improwizację.

– Proszę się położyć. Sen pomaga na kłopoty. Rano wielmożny pan zobaczy wszystko w lepszym świetle.

***

Pan Jacek wstał pogodny i zdecydowany. Po wczorajszych wątpliwościach nie było śladu.

– Spakuj mnie – powiedział do pokojówki. – Postanowiłem pojechać do Kowna i na miejscu rozeznać się w sytuacji. Pani Jabłczykowska nie raczyła mnie zawiadomić o tym, co powinienem wiedzieć, więc sam się dowiem.

Wiera uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Noc przynosi dobrą radę – stwierdziła sentencjonalnie. – Które walizy pan zabierze?

– Tylko tę dużą brązową. Wrócę za kilka dni.

Podjąwszy decyzję, pan Jacek czuł się rzeczywiście znacznie lepiej. Z apetytem zjadł śniadanie, każąc zaprzęgać za kwadrans. Miał jechać do tartaku Hasbacha, obstalować duże zamówienie.

Zanim jednak wyruszył, przyjechał posłaniec z depeszą.

– Pilna wiadomość, wielmożny panie! – wołał kurier, zeskakując z roweru. – Błyskawiczna! Ledwo wczoraj nadeszła!

Pan Jacek podpisał odbiór, wręczył listonoszowi kilka kopiejek za fatygę, po czym wziął telegram, ale go nie czytał, przez chwilę obracając w rękach.

– Czy pan nie otworzy? – spytała pokojówka Wiera.

Nowacki włożył kartkę do kieszeni.

– Nie teraz – odpowiedział. – Nie jestem przygotowany na kolejne niedobre wiadomości.

Wsiadł do powozu i pojechał do tartaku w Świnobrodzie. Ale nie ujechał daleko. Dwie wiorsty od Topolan nie wytrzymał, otworzył telegram, a przeczytawszy zawrócił i w szalonym pędzie przyjechał do domu.

– Wiera! – krzyczał z daleka. – Jestem spakowany? Pospiesz się, wyjeżdżam natychmiast!

Pół godziny później stangret Makary wiózł go na stację kolejową w Żedni.

Pokojówka Wiera Golanko, porządkując ubrania po wyjeździe pana Jacka, znalazła w kieszeni jego marynarki depeszę, która skłoniła pana do nagłego wyjazdu.

Pani Jabłczykowska pisała z Kowna, żeby pan Nowacki pofatygował się jak najszybciej, ponieważ jego córkę zamknięto w szpitalu. Dla wariatów.

***

Na stacji w Landwerowie, niedaleko Wilna, gdzie z Kolei Petersburskiej należało przesiąść się na Kolej Kowieńską, pan Jacek Nowacki z trudem znalazł miejsce w dworcowej restauracji. Ostatni stolik, w kącie, obok drzewka palmowego, kierownik sali wskazał mu dopiero na widok trzyrublowego banknotu.

Pan Nowacki usiadł, zamówił herbatę i wydał kolejnego rubla, żeby mu ją podano natychmiast. Miał wprawdzie ponad dwie godziny do pociągu, ale był zniecierpliwiony i zły. Niepokój o los córki nie opuszczał go ani na chwilę, tym silniejszy, że pan Jacek przedwcześnie uwierzył, że kłopoty z osobowością Justyny więcej się nie powtórzą.

Kelner podał nakrycie i przyniósł mały samowar z wrzątkiem, z ukłonem pytając, czym jeszcze może służyć.

– Kieliszek koniaku – zaordynował Nowacki. – Albo lepiej dwa.

Poczekalnię wypełniał tłum złożony z tak zwanego lepszego towarzystwa – panie w toaletach, panowie we frakach. Rozmawiano przyciszonymi głosami, śmiano się dyskretnie. Powiewały pióra przy damskich kapeluszach, męskie laski drgały w takt muzycznych przebojów, wygrywanych przez dwóch skrzypków, na zmianę lub w duecie.

– Wielmożny pan pozwoli nasze menu? – zapytał kelner, wskazując na kartę dań.

Pochylił się lekko, aby ją położyć na stoliku. Przechodzący tuż za nim młody mężczyzna z samowarem, po wieku sądząc zapewne pomocnik kelnera, zaczepił o coś butem, zachwiał się, jedną ręką oparł się o plecy pochylonego kolegi. Nie utrzymał równowagi, wypuścił samowar. Wrzątek chlusnął na stół obok, naczynie z głośnym brzękiem spadło na podłogę. Na chwilę zapanowała cisza, wszystkie oczy zwróciły się w tym kierunku.

Gość przy stoliku, elegancki mężczyzna w średnim wieku, z przystrzyżoną bródką, zerwał się ze swojego miejsca, w ostatniej chwili ratując się przed oparzeniem i przeklinając głośno po niemiecku.

Starszy kelner natychmiast ocenił sytuację. Wyprostował się, palnął pomocnika w łeb otwartą dłonią i kątem ust mówił, co mu wyrwie, jak tylko znajdą się na zapleczu. Kłaniał się przed przestraszonym gościem i przed wszystkimi w sali, przepraszał uniżonymi ukłonami za zamieszanie.

Nadbiegła dodatkowa obsługa, błyskawicznie zabrano naczynia, zerwano mokre obrusy, próbując uspokoić klienta. Mężczyzna, oburzony tak nieostrożnym potraktowaniem, uspokoił się już nieco i domagał nowego miejsca, jego krzesło było przemoczone.

Starszy kelner rozejrzał się bezradnie i próbował wytłumaczyć, że wszystkie miejsca są zajęte, ale za chwilę, gdy odjedzie pociąg do Baranowicz, zapewne część miejsc się zwolni i wtedy gość będzie mógł zasiąść w suchym miejscu, a naturalnie rachunek nie wyniesie ani kopiejki.

Jacek Nowacki trącił kelnera.

– Powiedz temu Niemcowi, że tymczasem może usiąść przy moim stoliku.

Kelner przedstawił propozycję, pan z siwą bródką uprzejmie ukłonił się w stronę Nowackiego, który uśmiechnął się i uczynił dłonią zachęcający gest. Niemiec odpowiedział ukłonem, po czym podszedł do stolika.

– Bardzo pan uprzejmy, dziękuję.

– Proszę nie wyciągać z tego zdarzenia ogólnych wniosków – odpowiedział pan Jacek po niemiecku. – Takie rzeczy zdarzają się nie tylko w Rosji.

Gość uśmiechnął się z ulgą na dźwięk niemieckiego, wyprostował się i przedstawił:

– Pan pozwoli się zaprezentować. Jestem doktor Freud.

Wizytówkę położył na brzegu stołu. Jacek Nowacki wstał, odkłonił się, wymienił swoje nazwisko, dodał wizytówkę.

– Proszę siadać, doktorze. Na pewno się pomieścimy.

Tamten zajął miejsce, kelnerzy podbiegli już z filiżanką, spodeczkami, łyżeczkami.

– Właściwie profesor Freud – poprawił Niemiec i uśmiechnął się przepraszająco. – Świeżo otrzymałem ten tytuł, jeszcze się nie przyzwyczaiłem...

Pan Jacek sam nalał esencji z czajniczka do filiżanki, podsunął naczynie pod kranik z wrzątkiem.

– Zatem, panie profesorze, pozwoli pan?

Freud wyglądał na uczonego. Jego spojrzenie było uważne i przenikliwe. Miał około pięćdziesięciu lat, wyraźne i głębokie zmarszczki w kącikach brązowych oczu.

– Proszę skosztować konfitur do herbaty – zachęcił pan Nowacki, pokazując na miseczkę na stoliku. – Co kraj, to obyczaj. U was, w Niemczech, nie ma chyba takiej praktyki.

– Jestem Austriakiem – wyjaśnił gość. – Z Wiednia. Z konfiturami, mówi pan? Chętnie spróbuję. Eksperymenty, można powiedzieć, to moje najważniejsze hobby.

Spędzili obaj miłe półtorej godziny na kosztowaniu herbaty, koniaku oraz towarzyskiej pogawędce.

– Uprzejmie dziękuję, panie Nowaki – uśmiechnął się uczony przy pożegnaniu. – Jestem w Rosji pierwszy raz, czułem się nieco zagubiony. Ale tylko do chwili spotkania z panem.

– Nowacki – łagodnie poprawił pan Jacek i przeliterował. – Nowazchy. Dokładniej, von Nowazchy.

– Ach, tak – uśmiechnął się profesor. – Zapamiętam. Gdyby był pan w Wiedniu, proszę mnie odwiedzić. Obiecuję zająć się panem nie gorzej, niż pan mną.

***

Jacek Nowacki dotarł do Kowna pod wieczór, na dworcu kolejowym wziął fiakra i kazał się zawieźć do domu państwa Jabłczykowskich przy placu katedralnym.

Spotkanie z doktorem Freudem oderwało na chwilę jego myśli od rzeczywistości, ale teraz trzeba było do niej wrócić. Pan Jacek zapłacił za kurs, wyskoczył z dorożki.

Mimo niezbyt późnej pory, brama domu okazała się zamknięta. Na dźwięk dzwonka po drugiej jej stronie ukazał się stróż, który uważnie zlustrował gościa przez kratki w masywnych wrotach na podwórze kamienicy.

– A wielmożny pan w jakiej sprawie?

– Otwieraj. Ja do pani Jabłczykowskiej.

Stróż nie ruszył się z miejsca.

– Pani Jabłczykowska nikogo nie przyjmuje.

– Mnie przyjmie. Przyjechałem specjalnie. Idź i powiedz, że przyjechał pan Nowacki z Topolan.

Stróż wzruszył ramionami.

– Pójść mogę zauważył flegmatycznie. – Ale nic z tego nie wyniknie, nawet jeśli pan zapłaci za fatygę.

Pan Jacek by zmęczony i zdenerwowany.

– Nie filozofuj! – pouczył stróża. – Tylko idź i mnie zapowiedz.

Tamten odczekał chwilę, aż Nowacki wręczy mu monetę i poszedł, powoli, szurając nogami.

Pan Jacek nerwowo bębnił palcami o zamkniętą bramę. Czekał kilka minut, aż tamten wrócił wreszcie.

– No mówiłem, że pani Jabłczykowska nikogo nie przyjmuje – zamruczał.

– Coś źle powtórzyłeś – denerwował się Nowacki i chciał podać wizytówkę. – Idź jeszcze raz.

Stróż nie otworzył bramy, pokazał przez kratki jakiś papier.

– Wiadomość mam – oznajmił.

– Dawaj.

Ale i to kosztowało dwadzieścia kopiejek. Pan Jacek trzęsącymi się rękami chwycił kartkę, rozwinął ją i przeczytał – Szpital sw. Magdaleny.

Nic więcej. Żadnego wyjaśnienia, żadnego podpisu.

– Nie rozumiem – westchnął Nowacki. – Czemu pani Jabłczykowska nie chce ze mną mówić? Przecież płaciłem jej regularnie.

Stróż głośno pociągnął nosem.

– Panie! – powiedział. – Co się tu wyprawiało! Awantura na całe miasto! Nic dziwnego, że pani Jabłczykowska nikogo nie chce widzieć.

Pan Jacek próbował dowiedzieć się więcej.

– Co takiego? Mówiłem, że jestem przyjezdny, nie wiem, o czym mówicie, człowieku.

Stróż zbliżył się do bramy. Widać było, że chętnie opowiedziałby szczegółowo, ale ktoś wydał mu polecenie, żeby nie gadał za wiele. Obejrzał się, po czym wyjaśnił cichym głosem:

– Straszna awantura, proszę pana! Skandal na całe miasto. Policja przyjechała, pogotowie ratunkowe i jeszcze inni. W końcu złapali ją i zawieźli do szpitala dla wariatów.

– Ale co się stało? – warknął pan Nowacki. – Nadal nie wiem, co się stało.

Stróż pokiwał głową.

– Biedny pan, proszę pana – zauważył ze współczuciem. – Taka córka to wielki kłopot...

Nowacki wiedział, że mowa o Justynie, ale ciągle nie rozumiał, z jakich powodów trafiła do szpitala, zapewne świętej Magdaleny właśnie.

– Naprawę pan nie wie? – upewnił się stróż. – Nie słyszał pan, co wyprawiała ta panna?

– Wyprawiała? Nie wiem, co wyprawiała.

Stróż nakreślił kółko na skroni.

– Musiało jej porządnie przekręcić się w głowie. A co robiła? Biegała goło po mieście! Pan jej tego chyba nie nauczył?

SZPITAL ŚW. MAGDALENY

Szpital świętej Magdaleny zajmował kilka ponurych, szarych budynków poklasztornych, otoczonych wysokim murem. Gdy pan Nowacki minął bramę i wszedł na dziedziniec, skierowano go do małego domku po lewej stronie, gdzie mieściła się administracja zakładu i gdzie urzędował doktor Wieremiejew, dyrektor szpitala.

Parterowy budynek z czerwonej cegły połączono z jednym ze szpitalnych skrzydeł. Tych było trzy, długich i wysokich na dwa piętra.

Jacek Nowacki widział kraty we wszystkich oknach, w niektórych tłoczyły się osoby w jednakowych szarych koszulach. Stały nieruchomo, inne zaś kucały lub dziwacznie wisiały na kratach.

Pan Jacek zacisnął zęby. Miał nadzieję, że jego córka przebywa w lepszych warunkach.

Dwaj mężczyźni, słudzy czy pielęgniarze, idący na ukos przez plac, prowadzili kogoś zawiniętego w kaftan bezpieczeństwa, długie rękawy były zawiązane z tylu, unieruchamiając ramiona. Pan Jacek nie widział, czy to mężczyzna, czy kobieta, ale zobaczył, że istota ta idzie nadzwyczaj chętnie, podskakuje wesoło, mruczy półgłosem jakąś piosenkę.

– To wariat – pomyślał Nowacki. – Tylko szaleniec potrafi cieszyć się w takich okolicznościach.

Wewnątrz domku, w pomieszczeniu, które było poczekalnią przed gabinetem dyrektora, Klara, zażywna siostra zakonna w szarym habicie i białym kornecie na głowie, siedziała przy stoliku. Sprawnie posługując się drewnianymi liczydłami, zapisywała swoje obliczenia w książce buchalteryjnej.

– Muszę się dowiedzieć! – zawołała Jacek Nowacki. – Chodzi o moją córkę. Gdzieś tu jest, a ja nie wiem, z jakiego powodu.

 

Siostra zapytała o nazwisko pacjentki, a usłyszawszy je, mruknęła:

– Ach, to ten przypadek...

Pan Jacek poczuł, jak ciarki przechodzą mu po grzbiecie. Ten przypadek? Cóż to znaczy, na Boga?!

– Chcę mówić z dyrektorem szpitala – zażądał. – Natychmiast. Proszę mnie zameldować.

Siostra nie straciła spokoju.

– Pan dyrektor, doktor Wieremiejew, jest dziś bardzo zajęty, proszę pana. Oprowadza gościa, znanego profesora z zagranicy. To światowa sława, jego wizyta to wielki zaszczyt dla naszego zakładu. Obawiam się, że pan dyrektor nie znajdzie dla pana czasu. Może dopiero jutro...

– Jutro?! – wykrzyknął Nowacki. – Do jutra ja sam oszaleję! Przecież ja muszę coś wiedzieć. Chodzi o moją córkę! Rozumie siostra, co mówię? O moją córkę!

Urywanymi zdaniami przedstawił swoją historie – jak dostał niespodziewany telegram, jak jechał do Kowna cały w nerwach i niepokoju, jak na miejscu zamieszkania córki nie mógł się niczego dowiedzieć.

– Rozumiem – powiedziała zakonnica, nie okazując emocji. – Powinien pan pomówić z lekarzem dyżurnym. On udzieli panu koniecznych informacji. Zaraz ktoś pana zaprowadzi.

Nacisnęła przycisk dzwonka i po chwili pojawił się barczysty, ponury pielęgniarz.

– Zaprowadź pana na oddział A – poleciła siostra. – Pan chce zobaczyć się z doktorem Pluszczem.

Pielęgniarz skinął głową, a następnie ręką, co miało znaczyć, że Nowacki ma iść za nim.

W milczeniu przeszli przez plac, do okutych drzwi w drugim skrzydle. Pan Jacek zauważył, że wszędzie bardzo dokładnie pilnowano, aby nikt obcy nie dostał się do środka, a także aby chorzy nie opuszczali przydzielonych sobie pomieszczeń. Uniemożliwiała im to krata, zamykająca długi przez cały budynek korytarz, kraty lub solidne drzwi do wszystkich pomieszczeń były zamknięte bez wyjątku. Zanim pozwolono gościowi wejść do pierwszego po lewej stronie, pielęgniarz otworzył je wyjętym z kieszeni kluczem. Drzwi nie miały klamek, okna wychodzące na podwórze w połowie wysokości zamurowano, nie przecisnęłoby się przez nie nawet małe dziecko.

Grube mury tłumiły odgłosy, słychać było jednak zza niektórych dziwne głosy – pojękiwania, regularne stukanie, gdzieś niedaleko także głos naśladujący kurę obwieszczającą światu zniesienie jajka. Któreś drzwi otworzyły się, wyszły zza nich dwie zakonnice, w podobnych jak siostra Klara habitach i dużych białych kornetach.

Gabinet doktora Pluszcza okazał się niewielkim pomieszczeniem, ze stołem, krzesłami i leżanką za płóciennym parawanem. W kącie stała jeszcze niewysoka szafka, obok blaszana spluwaczka.

Sam doktor, młody rudzielec w okularkach o malutkich szkłach, siedział przy stoliku i pisał. Drewniana obsadka stalówki była poobgryzana.

– Co tam? – zapytał nie odwracając się.

– Gość, panie doktorze – zameldował pielęgniarz. – Siostra Klara przysłała. Czy mam zaczekać?

Medyk spokojnie podniósł się, wyciągnął rękę i przedstawił.

– Witam pana. Zapewne w odwiedziny do chorego? Chyba pierwszy raz u nas?

Pan Jacek Nowacki przytaknął i powiedział, co go sprowadza. W żołądku czuł tak silny ucisk, że z trudem wydobywał słowa.

– Moja córka, Justyna, jest tutaj. Podobno na ulicy... na ulicy...

Doktor podniósł palec.

– Chwileczkę.

Energicznie podszedł do szafki w kącie, otworzył ją wyjętym z kieszeni kluczem, wydobył na zewnątrz szklane naczynie.

– Proszę wypić! – polecił Nowackiemu.

Pan Jacek zawahał się.

– To nie ja jestem chory – powiedział. – Przyszedłem tu w sprawie mojej córki.

– Rozumiem – doktor Pluszcz wyjął zegarek z kieszeni, a gestem drugiej ręki przynaglił. – Proszę wypić!

Nowacki niepewnie podniósł naczynie, powąchał, po czym umoczył usta. Płyn miał silny zapach i smak alkoholu.

– Proszę do końca – lekarz stale zerkał na tarczę zegarka. – Jednym haustem, bardzo proszę. Znakomicie. A teraz proszę policzyć do dziesięciu. Powoli, jeśli łaska.

– Ale... – próbował protestować pan Nowacki.

– Proszę liczyć! – doktor ponaglał gestami.

Nowacki liczył, czując jak spirytus zaczyna krążyć mu w żyłach. Ucisk w żołądku nieco się zmniejszył.

– Przyszedłem, ponieważ chciałem się dowiedzieć... – zaczął po raz kolejny pan Jacek.

Doktor stał naprzeciw, trzymając naczynie w jednej ręce, a zegarek w drugiej.

– Co pan czuje? – zapytał. – Prawda, że wewnętrzny ból ustąpił?

– Tak – potwierdził Nowacki. – Trochę ustąpił. Jednakże...

Doktor zakręcił się po pomieszczeniu, zamknął naczynie w szafce, a także i ją samą, szybko przyskoczył do stolika i chwycił w dłoń drewnianą obsadkę.

– Pozwoli pan, że to zanotuję?

Spojrzał na zegarek i napisał kilka linijek.

– Prowadzę pewne badania – wyjaśnił. – Proszę wybaczyć, że tak pana obcesowo potraktowałem, ale istotą tego eksperymentu jest, aby badani nie wiedzieli, na czym on będzie polegał. Badam mianowicie wpływ pewnych środków na stan nerwów, najogólniej mówiąc. Nie chcę zanudzać pana szczegółami...

Odłożył obsadkę, pobrudzone atramentem palce wytarł kawałkiem bibuły, śliniąc je przy tym, by barwnik łatwiej schodził.

– Słucham pana – uśmiechnął się zachęcająco.

– Moja córka – powtórzył pan Jacek. – Justyna Nowacka. Niedawno przywieziono ją do szpitala, ponieważ podobno... podobno...

Zawahał się, jak opisać zachowanie Justyny, o którym tylko słyszał, ale doktor nie potrzebował dalszej podpowiedzi.

– Pamiętam oczywiście. Zbulwersowała pana, co? Nie dziwię się.

– Nic o tym nie wiem – sprostował Nowacki. – Mieszka z ciotką, moją daleką krewną, przyjechała tylko na pewien czas. Ta pani przysłała mi telegram, więc szybko przyjechałem, choć to daleko. Chciałbym się dowiedzieć, w jakim jest stanie moja córka i na czym polega jej schorzenie.

Doktor Pluszcz odchylił się w krześle, przymknął oczy.

– W stanie bardzo dobrym – powiedział. – Ale na czym polega schorzenie, to już bardziej złożona sprawa...

– Czy mogę ją zobaczyć? – pan Jacek miał niewielką nadzieję, toteż zaskoczyła go odpowiedź doktora.

– Naturalnie. Choćby w tej chwili.

Doktor Pluszcz skinął na oczekującego pielęgniarza.

– Nie będziesz potrzebny. To tylko Al.

Tamten skłonił się i wyszedł, a doktor uśmiechnął się do gościa.

– Tak określamy niektóre nasze przypadki.

Włożył do kieszeni marynarki notes i ołówek.

– Pan jest przygotowany, jak rozumiem, że tutaj nie salon mody. Uprzedzam, ponieważ zdarza się, że odwiedzający ulegają hm... pewnemu zaskoczeniu. Im się zdaje, że szpital to magazyn mody.

– Jestem przygotowany – zapewnił Nowacki.

Mimo tego oświadczenia, drżały w nim wszelkie nerwy i mięśnie. Nie wiedział, co zobaczy i bał się nieznanego widoku.

Wyszli z pokoju, doktor zamknął za sobą drzwi na klucz. Prowadził pustym korytarzem, tylko gdzieś na końcu ktoś w długiej do kostek koszuli mył posadzkę.

Zatrzymali się przed jednymi z licznych drzwi, niegdyś były to prawdopodobnie klasztorne cele. Doktor sprawdził numer wypisany na górze, porównał go z tym, jaki miał w notesie, po czym otworzył zamek uniwersalnym kluczem.

Pomieszczenie, pomalowane przyszarzałym wapnem, było niewielkie, z jednym oknem, zamurowanym do połowy, wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec. Umeblowanie składało się z prostego łóżka, ławki do siedzenia i kubła w kącie.

– No – odezwał się doktor wesołym tonem. – Jak się dziś czujemy?

Pacjentka siedziała na ławce. Miała na sobie długą płócienną koszulę oraz drewniane chodaki. Koszula był bardzo obszerna, poobdzierana na dole i na końcach rękawów. Ubranie skrywało osobę, w której pan Jacek nie od razu rozpoznał swoją córkę.

Ktoś obciął jej włosy, przez co głowa miała lekko nieregularny, zupełnie inny niż pan Jacek pamiętał, kształt. Krótkie włosy obnażyły niedoskonałości urody Justyny – zbyt szerokie usta, piegowatą cerę. Jej twarz, zacięta, pochmurna, wydawała się nieobecna, dziewczyna zdawała się zatopiona w myślach bardzo głęboko. Dopiero po długiej chwili patrzenia na przybyłych błysnęło w jej oku zrozumienie.

– Papa!

Zerwała się z miejsca i przyskoczyła do ojca.

– Dziecko! – jęknął pan Nowacki. – Co oni z tobą zrobili!

Rozpłakali się oboje, obejmowali, ściskali. Doktor Pluszcz stał obok z notesem w ręku i co jakiś czas coś w nim zapisywał.

– To spisek! – płakała Justyna. – Nie wiem, jak to się stało, ale to spisek. Nagle obudziłam się w tym dziwnym pomieszczeniu. Czy to więzienie? Czemu jestem w więzieniu? Nic nie chcieli powiedzieć, zadawali tylko pytania. Nie uwierzysz, jak okropne pytania. Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?