Konopnicka, jakiej nie znamyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ale się lękam tak jak Mojżesz trądu,

Że po mej śmierci jakaś dłoń Judasza

Zacznie artykuł od słów: Znana nasza.


Znana? Kto znał mnie? Chcę widzieć człowieka,

Co by mi w oczy powtórzył to słowo

Tak, by mu kłamstwem nie drgnęła powieka.

Znana „nasza”. O nędzna wymowo.

Jakże ty jesteś od prawdy daleka!

Ten wiatr i obłok lecący nad głową

Więcej wam znane i więcej wam krewne

Niż ja, niż serce moje smutne, śpiewne.

Czy widzisz kamień leżący u drogi,

Którą chodziłam nieraz zadumana?

Czy widzisz przy nim te tarnie i głogi,

Których kwiat blady we łzach stoi z rana?

Czy widzisz gaj ten, te leśne rozłogi,

Kędy się chwieje brzoza rozpłakana?

Ta brzoza, gaj ten i to kwiecie z głazem

Lepiej mnie znają niż wy wszyscy razem.

M. Konopnicka, Imagina (fragment)

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZWIERZĘTA, CO ŚWIĘTYCH JADAJĄ

Rozdział I


PANNA Z DOBREGO DOMU

O siódmej rano w maju powietrze jest nabrzmiałe od głosów ptasich.

Skończyły się noc i świt rozdzierające ciało bólem. Krzyk dziecka.

W cztery miesiące potem organista umoczył gęsie pióro w kałamarzu i na setnej stronie „księgi urodzeń” pisał pod numerem 296:

„Działo się w Suwałkach dnia 23 września 1842 roku, o godzinie jedenastej przed południem. Stawił się wielmożny Józef Wasiłowski, obrońca Prokuratorii Jeneralnej i patron Trybunału Cywilnego I instancji guberni augustowskiej wydziału II, lat dwadzieścia dziewięć liczący, w Suwałkach zamieszkały, w obecności w-go Józefa Smolińskiego, naczelnika Sekcji Ekonomicznej przy Rządzie Gubernialnym Augustowskim […] i w-go Jana Wietckiego, patrona Trybunału Cywilnego […] i okazał nam dziecię płci żeńskiej, urodzone w Suwałkach dnia 23 maja roku bieżącego, o godzinie siódmej z rana, z jego małżonki w-ej Scholastyki z Turskich, lat liczącej dwadzieścia jeden. Dziecięciu temu na chrzcie świętym, w dniu dzisiejszym odbytym, nadane zostały imiona Maria Stanisława, a rodzicami jego chrzestnymi byli w-ny Józef Smoliński, wspomniany wyżej, i w-a Karolina Wietcka, naczelnikowa. Akt ten stawającemu i świadkom odczytany — przez nas, ojca dziecięcia i świadków, podpisany został. Opóźnienie spisania obecnego aktu nastąpiło z powodu słabego zdrowia ojca dziecięcia”.

Maria Stanisława Wasiłowska…

Maria Konopnicka.

Właśnie ona.

Ten akt urodzenia pozwolił wyjaśnić wiele nieporozumień namotanych wokół życiorysu Konopnickiej, których zresztą sama poetka bywała przyczyną. Podała ona rok 1846 jako rok urodzenia, za czym poszli wszyscy współcześni i wielu późniejszych badaczy literatury. Ba, komuś nawet „przekręciło się” miejsce urodzenia z Suwałk na „Sieniątki”. Dopiero ogłoszona w roku 1918 przez S. Dembego metryka wszystkie wątpliwości rozproszyła.

Zamiast jednak wybiegać naprzód — cofnijmy się w czas przeszły, żeby lepiej poznać dom rodzinny małej Marii Stanisławy. Ona sama napisze po latach: „Ród matki mojej i ojca mego jest ziemiański i przeważnie dotychczas trzyma się roli. Ród mój ojczysty, Wasiłowskich, z dawna osiadły był nad Bugiem. Ostatnio mieli tam dziadowie moi wieś Rynek, a prócz tego, iż dzieci była gromadka, dzierżawili Rzyśnik, Gwizdały i inne ziemie z dóbr Zamoyskich. Córki powychodziły za ziemian. Z dwóch synów, którzy obaj ukończyli naukę prawa…”

Dzięki badaniom J. Komara możemy podać dokładną datę urodzenia ojca Konopnickiej. Józef Wasiłowski przyszedł na świat 3 września 1813 roku w dzierżawionym przez jego rodziców majątku Barchów w powiecie łochowskim, parafia Kamionna. Brat jego Ignacy urodził się w 1809 roku; mieli też siostrę — nieznaną nam z imienia. Warto tu może dodać charakterystyczny drobiazg, że we wszystkich dokumentach są wzmianki „stanu szlacheckiego”, „urodzony” — natomiast żaden herbarz polski nie zna Wasiłowskich.

Gdzie bracia Wasiłowscy — Józef i Ignacy — studiowali prawo? Trudno dzisiaj dać pewną odpowiedź. Może na uniwersytecie warszawskim, jak i Zygmunt Krasiński, może należeli do tych, co sprawili słynne manto przyszłemu wieszczowi za niedostatek patriotyzmu? Może na uniwersytecie petersburskim?… Czy brali udział w powstaniu 1830/31?… Jeżeli tak, to bardzo skromny. Nie „podpadli”, mogli uniknąć emigrowania, zostali w kraju, a Józef nawet — jak nas upewniają Roczniki sądowe — już od 1832 roku jest „w służbie”.

Tyle zagadek nie do rozwiązania nasunie nam biografia Konopnickiej. O ileż gęstsza ciemność kryje postać jej ojca! Spróbujmy jednak — w miarę możności — ustalić jego losy do owej siódmej godziny 23 maja 1842 roku.

„W służbie” — jak wiemy — jest od 1832 roku (nie wiemy tylko gdzie). W 1838 roku znajdujemy go na kartkach Kalendarzyka politycznego w dziale: „Gubernia Płocka. Rząd Guberni. Służba ogólna”. Jest! To on! „Adiunkt praw Wasiłowski Józef p. o”. I taki sam zapis na rok 1839. W tym więc pewnie czasie poznał pannę Scholastykę Turską. Może jej ojciec, wielmożny pan Bartłomiej, miał jakąś sprawę w Rządzie Guberni i z wdzięczności zaprosił potem młodego urzędnika, który wszystko zręcznie załatwił. A może ówczesnym obyczajem matka, imć pani Tekla, przywiozła pannę w czas karnawału do Płocka, aby w mieście znalazła epuzera. Jak było, tak było — dość, że się poznali.

„Pan Bartłomiej Turski, ojciec mojej matki, był właścicielem Siecienia w Sierpeckiem”. Siecień — wcale niezgorsze dobra. Ale co będzie, gdy się rozkruszy w podziałach między pięcioro dzieci? Więc choć „klasa urzędnicza” (i — szerzej biorąc — cała inteligencja) długie, długie lata pozostanie w oczach ziemiaństwa „czymś niższym”, można panu adiunktowi praw Józefowi Wasiłowskiemu (z zacnej rodziny!) oddać Scholastykę. Dwie jeszcze córki pójdą za mąż; ostatnia zostanie przeoryszą zakonu w Sieradzu. Na Siecieniu osiada jedyny syn — Stanisław — ale wprędce musi wziąć znacznie mniejszy majątek Niszczyce. Konopnicka napisze: „Rodzina ta, Stanisław Turski, mój wuj, oraz Jan Turski, syn jego, siedzą w Płockiem, dawnymi czasy w Niszczycach, potem w Żytowie itd”. Zapamiętajmy sobie tego Jana, bo on to właśnie pod pseudonimem Agricola w 1910 roku będzie autorem jednego z artykułów żegnających „wieszczkę chłopskiej niedoli”. A do wspomnień Konopnickiej dodajmy imiona pozostałych dzieci Stanisława: Henryk, Zygmunt i Wanda. To cioteczne rodzeństwo Marii. (Według informacji Eugenii z Turskich Waśniewskiej.)

Młodziutkie małżeństwo przenosi się do Warszawy. Kalendarzyk polityczny na rok 1840 pozwala nam odnaleźć pana Józefa Wasiłowskiego („asesor tymczasem p. o”.) w prokuratorii. Może zresztą na marginesie warto wyjaśnić sobie, czym była Prokuratoria Jeneralna w Królestwie Polskim (przez wielu ludzi najniesłuszniej z prokuraturą mylona!). Otóż, wedle Orgelbranda, była ona „pełnomocnikiem rządu we względzie dochodzenia lub prawnej obrony własności publicznych pod opieką rządu zostających”.

W Warszawie zarobki są już lepsze. Ileż mógł adiunkt dostawać? Młodszy — 450, starszy 525 rubli srebrem rocznie. A asesor (choćby „tymczasem p. o.”) zaczyna od 675 i dojść może do 750 rubli na rok. Można by już dom na zacniejszej stopie postawić, tyle że przybywają nowe wydatki i obowiązki.

W Warszawie urodziła się państwu Wasiłowskim pierworodna — Wanda. (Tu warto może zanotować sprawę drobną, ale interesującą. Jak wiemy, Maria odmładzała się, podając w życiorysach późniejszy rok urodzenia i pisząc o swym młodszym bracie Janku jako o starszym. Kiedy więc odnalezione metryki pozwoliły ustalić prawdziwy wiek jej i rodzeństwa, uznano również za „zabieg odmładzający” słowa poetki o starszej siostrze, zwłaszcza że nie było takiej metryki w Suwałkach. Dopiero więc akt ślubu Wandy odnaleziony w Kaliszu, przy okazji naszej „zabawy w detektywa”, wywołuje znów Wandę z niebytu, na który skazała ją kokieteria Marii.)

Po krótkim pobycie w Warszawie nowa jazda, i to daleka. Karetką pocztową, karetką pocztową, karetką pocztową aż na sam koniec Królestwa Polskiego, do Suwałk. Z żoną i z malutkim dzieckiem, i ze wszystkimi gratami, w które rodzina tak szybko obrasta. Pewnie nawet jakieś podwody z Siecienia czy Niszczyc szły z rzeczami. Konie człapały i monotonnie turkotały żelazne obręcze po wybojach.

Propozycja wyjazdu była zbyt atrakcyjna. Awans na samodzielne stanowisko obrońcy prokuratorii. Nie, młode małżeństwo nie może lekkomyślnie takiej szansy odrzucać, choćby trzeba te 268 wiorst przejechać. W długie godziny jazdy można drzemać albo snuć niekończące się rozmowy.

— Jakże tam jest? — pyta pani Scholastyka.

Pan Józef opowiada. Nie możemy oczywiście wiedzieć, co mówił podczas tej podróży, możemy tylko wziąć najbliższe mu chronologicznie informacje zawarte w encyklopedii Orgelbranda i w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego. Suwałki leżą „…nad rzeką Czarną Hańczą, w dolinie ciągnącej się od jeziora Hańcza do jeziora Wigry, długiej około pięć mil, a szerokiej od półtora do trzech wiorst. […] Klimatu miasta cechą charakterystyczną jest ciągły wiatr […]. Przepuszczalność gruntu przy ciągłym ruchu powietrza i otoczeniu leśnym czynią Suwałki jednym z najzdrowszych miast w Królestwie”.

— To dobrze — cieszy się pani Scholastyka — to bardzo dobrze.

— I patrzy na małą Wandzię. A po chwili pyta: — Ale jakże tam jest naprawdę? — I w głosie jest wszystko: ciekawość, nadzieja i odrobina lęku.

 

Czy można powiedzieć, jak gdzieś jest naprawdę?! Można by tylko przy turkocie kół snuć dalej owe informacje encyklopedyczne. „Miasto samo składa się głównie z jednej wielkiej ulicy, ciągnącej się wzdłuż szosy i zwanej Warszawską, a teraz Petersburskim Prospektem. Przy tej ulicy mieszczą się prawie wszystkie instytucje, kościoły, sklepy ważniejsze. Cała zabudowana domami murowanymi, piętrowymi przeważnie. Przy innych, bocznych ulicach domy przeważnie drewniane”.

— Ten dom, gdzie zamieszkamy, jest murowany — dodaje pan Józef.

— Na pewno aby?

— Tak. Jest to podobno jeden z pierwszych murowanych domów na naszej ulicy, a może nawet najpierwszy.

Naj-pierw-szy, naj-pierw-szy — turkoczą koła.

„Do znaczniejszych gmachów […] należą ratusz, dom gubernatorski, biuro rządu gubernialnego i gmachy szkolne”. Jest tu „…trybunał cywilny guberni augustowskiej […]. Sąd pokoju okręgu dąbrowskiego, gimnazjum, urząd pocztowy, magistrat, kasa oszczędności, szpital, fabryka tałesów żydowskich, fabryka tasiemek, tytoniu i tabaki, octu, oleju, rękodzielnia kapeluszy słomkowych itd. Jarmarków odbywa się sześć do roku”. „Miejscem przechadzek jest ogród miejski, założony przed 50 laty w miejscu, gdzie stał dawniejszy kościół i cmentarz. Dalsze okolice miasta lesiste, urozmaicone jeziorami, obfitują w malownicze miejscowości nadające się do wycieczek”. „Za miastem, ku zachodowi, cmentarz grzebalny urządzony w roku 1820”.

Czy to informacje tak skrótowe? czy to sen tak wszystko miesza? Pani Scholastyka jak przez mgłę słyszy, że kościół „…w środku miasta kosztem rządu i parafian założono w roku 1820 […] podług planu budowniczego Piotra Aignera, który w roku 1825 ukończony, poświęcony został pod tytułem: Świętego Aleksandra. Budowla ta, w późniejszych latach przez powiększenie okien i podniesienie wież nieco przerobiona, jest w stylu doryckim; na jej czele znajdują się dwie wysokie wieże ze złocistymi baniami na wierzchu. […] Wewnątrz starannie i porządnie utrzymany, obejmuje trzy ołtarze pięknej snycerskiej roboty i dwa obrazy pędzla znakomitego malarza Franciszka Smuglewicza”.

— Kościół pod wezwaniem świętego Aleksandra… — powtarza pani Scholastyka. — Aha…

Z niczym się jej to nie kojarzy. Była przecież wtedy małym dopiero dzieckiem, jakżeby więc mogła pamiętać tę falę entuzjazmu dla cara Aleksandra, której wszelkimi sposobami dawano wyraz. Adresy wiernopoddańcze. Budowa kościołów pod świętego Aleksandra wezwaniem. Feliński pisze hymn: Boże, coś Polskę…, „niech zjednoczone dwa narody kwitną pod wspólnym berłem anioła pokoju!”.

Banalny paradoks historii: poetkę buntu społecznego i wolności narodowej chrzczono w kościele Świętego Aleksandra, a pieśń Boże, coś Polskę… stała się… Co tu pisać, wie o tym każdy.

Postój. Zmiana koni. Posiłek w przydrożnej karczmie. I znów gra trąbka pocztyliona i konie idą na północ.

Po latach krótkie zdanie: „Urodziłam się w Suwałkach, gdzie ojciec mój był obrońcą prokuratorii”.

Tradycja miejscowa w trzech przynajmniej domach upatruje owo miejsce, gdzie przyszła na świat późniejsza poetka. Ostatecznie przy pomocy pamiątek rodzinnych ustalono, że rodzice Konopnickiej mieszkali przy ulicy Kościuszki 31 (dawniej Szosowa).

Tradycja miejscowa, jak zawsze, wie więcej:

„— O tam, na piętrze — uzupełniał opowiadanie nauczyciela jakiś mały chłopak. — Tatuś mi mówił, że pani Konopnicka urodziła się w górnym pokoju z balkonem. […]

— Moja babka — wyznała mi jedna z kobiet — mówiła, że widziała Konopnicką, jak wyganiała gęsi na stawek, który był w pobliżu obecnego parku.

— Bzdura, paniusiu — rozzłościł się starszy człowiek. — Toż w tym miejscu nigdy nie było stawu.

— Stawu może i nie było, ale był kasztan, pod którym często siadywała Konopnicka; tak mi przynajmniej mówił ojciec — dorzuciła inna kobieta.

— Ojciec, ojciec — denerwował się ktoś. — Tu ważne są dokumenty, a nie to, co ktoś z palca wyssał".

Pewnie większość tych „wspomnień” to fantazja. Ponieważ jednak archeologia nauczyła nas, iż wszystkie uparte tradycje kryją zawsze jakieś ziarenko prawdy, przytoczmy jeszcze jedną anegdotę suwalską: „Starsi ludzie opowiadają, jak to z domu pod kolumnami, przy ulicy Szosowej, dziś Kościuszki, wybiegała boso mała dziewczynka, o włosach czerwonych jak marchew, pędząc przed sobą stadko białych kaczek.

— A nie utop się w stawie! — wołała pani Scholastyka Wasiłowska, jej matka. A Marysia przez miasto prosto nad staw, tam gdzie obecnie park miejski, w króciutkiej sukienczynie, z witką w ręku, razem z kaczkami do wody…".

Może to tylko zmyślenie powstałe w wyniku połączenia lektury Sierotki Marysi z nieistniejącym stawem i absolutną niewiedzą o tym, że w „lepszej rodzinie” pani domu w gubernialnym mieście w połowie XIX wieku nie pozwoliłaby sobie nigdy na tak skandalicznie ośmieszające wysyłanie córki za kaczkami.

A może jest w tym owo ziarenko prawdy, że pan Józef Wasiłowski, pilny czytelnik dzieł Śniadeckiego, wyznawał teorie w Wychowaniu fizycznym zawarte i pozwalał dzieciom na większą swobodę, niż obyczaj ówczesny przewidywał.

Pilnie zbieramy wymieszane okruchy prawdy i garście nieprawdy, bo inaczej jakże mało byśmy wiedzieli o dzieciństwie tej rudej — czy blond z rudawym odcieniem — dziewczynki.

Nie zachował się żaden rysunek z tego czasu, żaden wierny opis wydarzeń czy ludzi. Trzeba więc odnajdywać to, co zawarte między wierszami suchych zapisków w księgach metrykalnych, co przybliżone ku prawdzie w literackich kompozycjach nowel i opowiadań.

Dwudziestojednoletnia Scholastyka z Turskich Wasiłowska 23 maja 1842 rodzi Marię Stanisławę, potem w Suwałkach przychodzą na świat: 27 grudnia 1843 — Jan Jarosław, 6 stycznia 1846 — Laura Celina, 29 sierpnia 1848 — Jadwiga Julia. Mania nie może więc liczyć na jakąś specjalnie tkliwą, wyróżniającą ją opiekę matki, gdy ta wciąż jest zaabsorbowana kłopotami z gromadką dzieci i rozlicznymi obowiązkami, jakim w owym czasie pani domu musiała sprostać. Owe chrzciny, imieniny, Wigilie i święcone, baby zwykłe, tiulowe i parzone, owe nalewki wiśniowe, orzechowe i śliwowice, owe niezliczone zioła do apteczki.

High-life gubernialnego miasta utrzymywał ożywione kontakty towarzyskie wedle skomplikowanego rytuału.

Jeśli chodzi o krąg znajomych domu, to warto może sprawdzić, kim byli rodzice chrzestni pozostałej trójki małych Wasiłowskich: Ignacy Bańkowski (prezes trybunału) i Izabela Nestowiczowa (prokuratorowa); A. Łubiński (naczelnik sekcji skarbowej) i Aniela Smolińska (córka naczelnika sekcji dóbr i lasów); Antoni Bądkowski (prokurator) i Izabela Bądkowska (prokuratorowa). Ani razu nikt spośród ziemiaństwa nie jest świadkiem tego uroczystego obrzędu. Wyłącznie miejscowa inteligencja. Państwo Wasiłowscy snadź mocno już wrośli w „klasę urzędniczą”.

O czym toczyły się rozmowy? Łatwo się domyślić. Tyle było „nieśmiertelnych” ploteczek prowincjonalnego miasta — utrwalonych choćby przez Prusa czy Orzeszkową. Ponadto na pewno sporo uwagi zajmowała rywalizacja Suwałk i Łomży, której odebrano zaszczyt pierwszeństwa w guberni i kolejno zabierano najprzeróżniejsze przywileje. Dyskretnym zaś milczeniem pominięto prawdopodobnie wieść poufną o bolesnym ciosie, który dotknął pana Józefa — za sprawą jego brata Ignacego.

Kalendarzyk polityczny wymienia Ignacego jako „rachmistrza klasy II”w „biurze kontroli i rachunkowości w komisji rządowej” pierwszy raz dopiero w 1840 roku (dlaczego o tyle później niż młodszy brat zaczął pracę w urzędzie? może miał po prostu inne plany życiowe? a może działał w 1830/31 i potem „przywarował”, nie wstępując czas dłuższy do służby rządowej). Po przepracowaniu roku 1841 i 1842 — w 1843 zostaje awansowany do „klasy I”. I w tejże „klasie I” zapowiada go Kalendarzyk na rok 1844. Natomiast w 1845 Ignacy znika i już się więcej nie pojawia.

Takie skreślenie z listy musiało mieć swoje wielce uzasadnione przyczyny — i rzeczywiście miało.

„Ignacy pracował krótko w ówczesnej komisji skarbu, razem z T. Lenartowiczem; za czym — ze sprawy Gromskiego, która poetę uczyniła tułaczem — wzięty w Sybir, spędził długie lata w rotach aresztanckich, skazany w sołdaty bez dosługi. Piszę o tym dlatego, że jego listy, rozmowy o nim i wreszcie jego powrót w żołdackim szynelu stanowią część najsilniejszych wrażeń mego dziecięctwa”.

Ale ten powrót stryja przypada na czas o wiele późniejszy i będziemy o tym mówić pod koniec pobytu Marii w Kaliszu.

Teraz zaś jesteśmy w Suwałkach. Co o czasach suwalskich mówi twórczość Konopnickiej?

I w ogóle czy wolno, czy mamy prawo odwoływać się do dzieł literackich, by z nich poznać życie i osobowość ich twórcy? Niewątpliwie tak — pod warunkiem zachowania pamięci o tym, że dzieło literackie nie jest prostym opisem rzeczywistości, ale swobodnym wykorzystaniem jej elementów, wybranych i uszeregowanych wedle przyjętych z góry zamierzeń artystycznych. Konopnicka sama nas niejako „upoważnia” do przyporządkowywania jej utworów sprawom życia. Czy to metodą reporterskich zapisków, czy podtytułami „studium z natury”, czy nawet fragmentarycznymi wypowiedziami w różnych listach, z których najwyraźniejszą znaleźć można w liście z 3 stycznia 1910 do dzieci ze szkoły na Pradze. Stwierdza w nim Konopnicka, że jej opowiadanie o Framużakach i Szkatulakach odpowiada rzeczywistości, i pisze dalej: „Pytacie mnie, drogie dzieci, jakie bajki znałam i uważałam za najpiękniejsze za moich młodych lat. Otóż wtedy nie było jeszcze tyle co dzisiaj książek dla dzieci. Ale była u nas w domu Anusia, która umiała mnóstwo ślicznych bajek i tymi nas karmiła”.

„Kiedy nadeszła szara godzina, Anusia opowiadała nam «bajki». Właściwie mówiąc nie były to bajki, tylko «żywoty świętych»; ale ponieważ wyraz «bajka» oznaczał w naszym pojęciu wszystko, co się opowiadało i było zajmującym, nazywaliśmy przeto i te «żywoty» bajkami”. Wbrew pierwszemu wrażeniu — to już nie cytowany powyżej list, ale fragment opowiadania Anusia. „Po roku pobytu Anusi u nas tak byliśmy oswojeni z całym martyrologium, żeśmy o wyrwanych językach, rozpalonych kleszczach, plecach dartych pasami ze skóry i piłowanych ciałach rozprawiali jak o chlebie z masłem i gdyby które z nas spotkało świętego Dionizego idącego z własną uciętą głową pod pachą, myślę, że nie bardzo byłoby zdziwione.

Zoologiczne nasze pojęcia także się ustaliły w tej epoce znacznie, a kiedy przyszło później do nauki naprawdę, żadne z nas nie miało kłopotu z określeniem lwa, tygrysa, lamparta, hieny i innych dzikich bestii. Były to wszystko «takie zwierzęta, co świętych jadają».

Wkrótce utworzyły się dwa obozy. Jeden stanowił brat mój Janek, drugi ja i starsza moja siostra. Myśmy utrzymywały, że największe męki zniosły święte męczennice, na przykład: Dorota, Blandyna, Barbara, Perpetua i inne; Janek dowodził, że «co tam takie babskie męki»…".

Opowiadanie Anusia, tak nasycone autentyzmem, i cztery stroniczki wspomnień Z cmentarzy to szpara, przez którą możemy zerknąć w świat dzieciństwa Konopnickiej.

Niemałą rolę odgrywały w nim przeżycia religijne czy — raczej — silne doznania emocjonalne związane z obrzędami religijnymi. „Gdy przyszedł post, śpiewała z nami Anusia Gorzkie żale. […] Epicki ton tej pieśni robił na mnie niesłychane wrażenie. Dreszcz szedł mi po twarzy, po szyi, po plecach, oczy mi się mrużyły, a usta otwierały nerwowym ziewaniem”. W Wielki Piątek rozmyślania w ogrodzie, gdzie „sztywnymi szeregami stały bezlistne jeszcze drzewa”. „Kapliczka” z przyklejonego nad kufrem świętego obrazka.

Przez „kapliczkę” i przez włażenie na ten kufer „…rozeszła się o mnie w domu bardzo brzydka sława. Mówiono, że drę na sobie ubranie jak chłopak, że niezawodnie biegam do dzieciaków Pawła mocować się z nimi…”. I tak mimochodem dowiedzieliśmy się, że w myśl poglądów pedagogicznych — i społecznych — państwa Wasiłowskich dla panienki z dobrego domu bieganie do dzieciaków Pawła, stróża, było rzeczą „bardzo brzydką”.

Czegóż jeszcze dowiemy się mimochodem o dzieciństwie autorki?

Niewątpliwie, wychowanie ma ją przygotować do przyszłych obowiązków pani domu. „Jeśli zachowanie się moje było bez zarzutu, dostawałam od Anusi takąż igłę z takąż samą nitką bawełny, którą natychmiast zaczynałam na sobie zszywać majtki z pończochami albo spódniczkę z fartuszkiem. Mówiono wówczas, że mam wielkie zdolności do robót ręcznych”.

No i nie zapominajmy: przygotowywano ją do obowiązków kobiety-matki: „Nie opodal od okna stało wysokie, biało i puszysto zasłane łóżko Anusine, na którym piętrzyło się kilka poduszek ukoronowanych «jaśkiem» z falbanką i wszywkami. «Jasiek» ten był przedmiotem moich gorących pożądań, gdyż dość było wetknąć w niego zwinięty ręcznik i przewiązać chustką do nosa, aby mieć «dziecko w poduszce», takie samo, jakie niedawno karmiła Pawłowa. A Anusia rzadko i tylko przed praniem pozwalała na to; zazwyczaj zaś trzeba było piastować mały, drewniany, owinięty w chustkę pokojówki stołeczek, któremu niezmiernie trudno było «dać piersi», gdyż nazbyt zawsze wystawiał swoje cztery nogi. Było to niezawodnie najniesforniejsze niemowlę, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam”.

 

A życie miało jej potem dostarczyć porównań: ośmioro dzieci — sześcioro odchowanych! Stercząconogi, krnąbrny, niechętny uczuciom stołek był doprawdy dobrym przygotowaniem do przyszłych kłopotów macierzyńskich…

No, ale nie wybiegajmy w przyszłość. Z perspektywy roku 1899 — roku pierwodruku Anusi — wróćmy do Suwałk i do dzieciństwa małej narratorki i przyjrzyjmy się uważnie jednej scenie. Otóż jest talia, którą Anusia stawia „na wróżbę” pasjanse. Ale są też inne karty, które już zapowiadają, że po tym zwyczajnym dzieciństwie losy mogą się ułożyć nie tak zwyczajnie. Otóż oprócz talii używanej przez Anusię „…tułało się po oknie kilka kart luźnych z sędziwszej jeszcze i już nie istniejącej. […] Dama karo, nazwana przeze mnie «Anusią», była piękną, dobrą i uciśnioną przez jakieś niezupełnie mi świadome nieszczęścia bohaterką. […] przedstawienie rozpoczynało się niezmiennie od słów: «Anusia zaś: Ach, Boże!» — Tu następował monolog, w którym było więcej westchnień niż wyrazów, a mglista atmosfera wielkiego smutku i wielkiej melancholii życia ogarniała całe krzesło, stołek i mnie samą. […] Obok Anusi występowały w tym nigdy nie kończącym się dramacie: dama pik — «Herodiada», której czarny charakter był mi wybornie znanym jeszcze z czasów owej krwawej misy z martwą głową Jana, tudzież dama treflowa — «Szarlota», tak nazwana od imienia bony Szwajcarki, przychodzącej do nas czasem z dziećmi z naprzeciwka, płocha szatyna, element ułudy, kaprysów i zmienności. Jedynym mężczyzną w tym personelu był król karo — «Mąż prawy». […] «Mąż prawy» nie mógł się jakoś nigdy, skutkiem intryg Herodiady i Szarloty, zejść z «Anusią» na krześle, i zdaje mi się, że to było głównym powodem ich nieszczęścia, a moich westchnień, jako też osnową całego dramatu…”.

Do tej opowieści o pierwocinach twórczości dodajmy tradycję przekazywaną w rodzinie Turskich. Otóż kiedy państwo Wasiłowscy letnią porą zjeżdżali do Niszczyc, do Żytowa czy Dobrosielic, mała Mania (zabawna przez to, że zbierała najrozmaitsze błyszczące przedmioty i zagrzebywała je w różnych miejscach ogrodu) już wtedy układała różne wierszyki i piosenki. Całkiem to prawdopodobne; każde prawie dziecko ma łatwość rymowania i skłonność do „tworzenia”, tym bardziej ją musiała mieć przyszła poetka. Zresztą i jej siostra Wanda miała tę łatwość wierszopisarską — tylko nie potwierdziła jej w późniejszym życiu i tak znikła z tradycji rodzinnej.

Tymczasem — z punktu widzenia Anusi — obejrzyjmy dom rodzinny Mani. Były w nim jakieś pokoje (z najważniejszą dla dziecka „garderobą”), była kuchnia i spiżarnia. Obok domu było podwórko odgrodzone od ulicy bramą. Na podwórzu studnia i drwalka. Przy domu kamienny ganek. W suterenach mieszkali jacyś ludzie. To wszystko mogło być prawdą, bo nawet częściowo znajduje potwierdzenie w dzisiejszym stanie rzeczy. Ale to wszystko może być równie dobrze opisem jakiegokolwiek miejsca na ziemi…

Wciąż musimy o tym pamiętać, że jesteśmy w świecie domysłów, przypuszczeń. Z rąk nam ucieka prawda o nas, o naszych najbliższych — tym bardziej więc ryzykowne jest składanie mozaiki z wiadomości o życiu kobiety, która urodziła się przed stu dwudziestu przeszło laty w majowy poranek 1842 roku, trzydzieści kilka lat przeżyła „zwyczajnie” i dopiero koło czterdziestki stała się sławna. Z tak drobniutkich okruchów tworzymy nasze mozaikowe obrazy dzieciństwa poetki, jej rodziny, jej domu…

Spróbujmy jeszcze „odnaleźć” ludzi, którzy ją otaczali. Dzięki Anusi poznaliśmy dość dokładnie postać tytułową. „Szlachcianką była i miała brata księdzem. To jej dawało pewne przywileje. Niewielkie, ale dawało. Przede wszystkim siadała do stołu, na szarym wprawdzie końcu i głównie dla utrzymania pomiędzy dziećmi rygoru, ale siadała. Po wtóre, ojciec mówił jej «panno Kowalska», a kucharka i pokojówka «paniuńciu», wreszcie stróż Paweł, któremu dziecko trzymała do chrztu, całował ją w rękę”.

Z cmentarzy przynosi wiadomości o dalszych ludziach z otoczenia małej Mani Wasiłowskiej. Przede wszystkim Kostucha opisana z rzeczową amoralnością dziecka (mimo pozornej oceny „jędzy baby”) albo z hartem małych „męczenników” osłuchanych z żywotami świętych. „Nie byłam […] na Mogiłkach ani wtedy, kiedy wyniesiono na nie Kostuchę, jędzę babę, która naszej wronce chowanej łeb ucięła ot, tak wprost, tasakiem na stolnicy, za to, że biedne ptaszysko kawałek mięsa chciało jej schwycić spod ręki, ani też wtedy, kiedy na grobie Kostuchy zdechła z żalu po niej i z tęsknoty Merci, mała, żółta suczynka, Meresią w kuchni zwana, której różnymi czasy, w napadach złości, przetrąciła Kostucha łapę polanem, wybiła szpikulcem lewe ślepie, pół ogona utrzasnęła we drzwiach i cały prawie grzbiet wyparzyła z sierści wrzątkiem”. Wymieńmy jeszcze Marynkę-pokojówkę, która o mgłach nad Hańczą mówiła, że to są „duszyczki”, i guwernantkę-Francuzkę, pannę Vaucher.

Z tych pośrednio zebranych wiadomości — jeśli są prawdziwe — należałoby wnosić, że wczesne dzieciństwo poetki upływało w domu dostatnim, nawet zamożnym. Nie bez racji napisał potem jej brat cioteczny — Jan Turski (Agricola) — że „dziwnie wielkie to było maluczkich umiłowanie u tej panny z dobrego domu, wychowanej w sferze nic wspólnego z wiejską nie mającej chatą…”.