Położna. O mojej cioci Stanisławie LeszczyńskiejTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dr. Janowi Zambrzyckiemu,

Dagmarze Leszkowicz

i moim kuzynom:

Bronkowi, Jankowi, Eli i Ani – wnukom cioci Stasi,

za pomoc okazaną przy pisaniu tej książki

z serca dziękuję.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Miałam pięć, może sześć lat.

Mama zabrała mnie do filharmonii na koncert muzyki Straussa, podczas którego na cytrach grali moi wujkowie Bronisław i Henryk Leszczyńscy.

Byłam bardzo przejęta, ściskałam kurczowo jej rękę.

Tuż przed rozpoczęciem spektaklu podeszła do nas ciocia ze swoimi wnuczkami, a moimi kuzynkami – Sylwią, Anią i Elżunią, zwaną w rodzinie Ziunią. Pamiętam ich ubrania: biało-czerwone sweterki z kapturkami i fikuśnymi pomponikami do zawiązania pod brodą.

Stanisława Leszczyńska.

Pięknie się wówczas do mnie uśmiechała. Z tego wspomnienia zachowałam głównie obraz jej uśmiechu i moich trzech małych kuzynek, które natychmiast mnie otoczyły i powiedziały: „Jesteś naszą siostrzyczką”. Tak jest do dziś.

Wspomnień o cioci pozostało mi bez liku, jednak tamto w filharmonii zawsze pierwsze przychodzi mi na myśl.

Drugie to jej mieszkanie przy ulicy Zgierskiej 99.

Tam widziałam ją głównie w kuchni. Albo gotowała, albo sprzątała, albo się modliła, albo zaganiała do nauki czy sama uczyła się portugalskich słówek, bo do końca życia marzyła o ponownej wizycie w Brazylii. Nigdy nie siedziała bezczynnie.

Będąc uosobieniem miłości, była jednocześnie surowa i wymagająca. Sama doświadczyłam jej żelaznej ręki, kiedy wypytywała mnie o postępy w nauce i grze na fortepianie. Nie było przebacz, musiałam przejść przez te egzaminy.

Przez tę surowość trochę się jej bałam, zwłaszcza w okresie nastoletnim. Nie rozumiałam wówczas, że to tylko powłoka. Za nią kryła się dobra dusza, która niczego nie pragnęła bardziej niż szczęścia drugiego człowieka. Również mojego.

Uwielbiałam zaczarowany świat moich wujków, synów Stasi. Świat sztuki, poezji, muzyki, historii, nauki i wiary. Szczególnie bliski był mi wujek Bronek. To on inspirował mnie i zachęcał, żeby nigdy nie przestać marzyć i być ciekawym świata. Żeby uczyć się całe życie.

On z kolei nauczył się tego od swojej matki.

Kiedy dorosłam, a wujkowie byli już w poważnym wieku, opowiadali mi o swojej mamie i o historii naszej rodziny. Bronek i Staszek byli cierpliwymi i frapującymi gawędziarzami, którzy zaszczepili we mnie miłość do rodzinnych dziejów. Byli też niezwykle skrupulatni, dlatego ich świadectwo i opowieści traktuję jako najlepsze źródło wiadomości o cioci i naszej rodzinie.

Po ich śmierci otrzymałam od ich dzieci, a moich kuzynów i kuzynek, większość dokumentów po wujkach i cioci Stasi – listy z obozu, kartki z wakacji, dokumenty z PCK i ubezpieczalni. Stos pożółkłych świstków, które wyrywkowo opowiadały o jej życiu. „Ty będziesz wiedziała, co z nimi zrobić”, usłyszałam wówczas.

Przyznam, że wtedy jeszcze nie wiedziałam…

Nie miałam żadnego pomysłu, ale potraktowałam te zapiski jako swoisty testament, którego treść kiedyś będę musiała wypełnić.

Wielu cennych informacji na temat cioci i całej rodziny Zam­brzyckich dostarczył mi bratanek Stasi, dr Jan Zambrzycki. To on niestrudzenie podążał tropem swoich korzeni, przekopując archiwa parafialne, diecezjalne i państwowe. Gdy dzielił się ze mną kolejnymi odkryciami, rozbudził we mnie zainteresowanie genealogią. Teraz losy rodziny śledzimy oboje.

Zrządzeniem losu w 2009 roku dostałam możliwość nakręcenia filmu o cioci. Film nie ujrzał wtedy światła dziennego, a ja na kilka lat odłożyłam historię Stanisławy Leszczyńskiej na półkę. Może to nie był odpowiedni czas? Może trzeba było, z wielu względów, jeszcze poczekać?

Jednak po kilku latach ta historia do mnie wróciła. Nie starałam się o to, nie wydeptywałam ścieżek. Tym razem się udało, film skończyłam. Ale temat widocznie był nieskończony, bo podczas pracy nad nim pojawiła się kolejna propozycja – napisanie biografii Stanisławy Leszczyńskiej.

„Ciociu, dlaczego ja? Dlaczego mnie wybrałaś?!”, pytałam wielokrotnie w myślach.

Muszę przyznać, że trochę się bałam. Wszak w biografii trzeba było odtworzyć siedemdziesiąt osiem lat historii kobiety, która żyła na przełomie wieków. Siedemdziesiąt osiem lat życia kobiety znanej na świecie jako legendarna położna z Auschwitz-Birkenau. Wiedziałam, że opowieść z obozu jest powszechnie znana, jednak miałam też świadomość wielu przekłamań do dziś funkcjonujących w przestrzeni publicznej. Czułam, że muszę je sprostować.

Historia obozowa, choć tak wzniosła i ważna, zamyka się w dwóch latach życia Stasi. A co z jej wcześniejszymi losami? Co z czasem, kiedy była mała? Kiedy mieszkała w Brazylii? Co z latami pierwszej wojny światowej? I z narodzinami dzieci? Wiedziałam, że muszę pokazać ciocię w pełni. Czułam, że to mój obowiązek. Przecież naocznych świadków jej życia jest coraz mniej.

„Czy podołam?”, pytałam w myślach samą siebie.

Ciocia mnie jednak nie zawiodła.

Kiedy stawałam z pisaniem w miejscu, nagle w czeluściach mojego gabinetu podsuwała mi zaginiony dokument, który mówił o danym zdarzeniu. Ni stąd, ni zowąd znajdowałam go na stercie innych papierów. Gdy brakowało mi tła historycznego, niespodziewanie otrzymywałam odpowiedź z archiwum. I tak za każdym razem, aż do ostatniej linijki tej biografii.

Mam nadzieję, że mimo wielu trudności udało mi się opisać życie kobiety niezwykłej, wybitnej, a nadal nie dość dobrze znanej. Że udało się – po raz pierwszy – pokazać Stanisławę Leszczyńską z wielu stron, na wielu płaszczyznach i w wielu rolach. Pokazać od urodzenia aż do śmierci, dzięki czemu czytelnik będzie miał szansę poznać ją prawdziwiej i pełniej. Nie tylko najważniejsze daty z jej życia, heroiczną postawę w czasie drugiej wojny światowej, lecz także życie codzienne, sposób bycia, emocje i pasje.

To nie jest książka historyczna, chociaż historii w niej sporo.

To książka – wspomnienie.

Książka – świadectwo.

Książka – pamiętnik rodzinny, w którym każde zdarzenie rodzi kolejne.

Pisząc biografię cioci Stasi, nie chciałam postawić jej pomnika, a tym bardziej ubrać w aureolę. Zależało mi, żeby pokazać człowieka, jakim była – ze wszystkimi zaletami i wadami.

Wierzę, że mi się to udało.

Na Zgierskiej

Grudzień 1965 roku, dzień przed Wigilią.

Bałuckie ulice spowijał mrok. Prószył śnieg, który litościwie pokrywał brudne podwórka, resztki brukowanych ulic i nowo powstające bloki. Biel śniegu zmiękczała kontury zabudowy, tworząc miły dla oka krajobraz, oświetlony gdzieniegdzie lampami sodowymi.

Nad dzielnicą, przy placu Kościelnym, górowały dwie wieże parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, jak niemy świadek wichury historii, która przetoczyła się przez Bałuty. Wieże widziały napływ z pobliskich wiosek tysięcy ludzi, którzy pozajmowali drewniane klitki w niskich kamienicach i od świtu do nocy pracowali w pyle fabrycznym; widziały żydowskie dzieci spieszące do chederu i ich ojców prowadzących małe geszefty; widziały ścieki kanalizacyjne płynące w rynsztokach obok niewybrukowanego chodnika, których fetor mogli znieść bodaj tylko mieszkańcy tej dzielnicy; widziały druty kolczaste i wychudzone ciała ludzkie, które leżały na ulicach, bo nie było komu ich godnie pochować; widziały, jak Niemcy przechowywali w kościele zrabowany majątek tych, których potem spalili w piecach krematoriów Auschwitz-Birkenau, Mauthausen-Gusen czy Dachau; widziały wreszcie wagony młodych robotników, którzy z odległych polskich wiosek przyjechali budować nową rzeczywistość i tkać materiały w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego.

Kilka przecznic od placu Kościelnego, przy Zgierskiej 99, w niedużej, jednopiętrowej murowanej kamienicy całe pierwsze piętro było rzęsiście oświetlone.

Powojenne mieszkanie Stasi.

Przygotowania do świąt szły pełną parą. Stasia biegała, sprzątała i gotowała. Z kuchni unosił się zapach kapusty z grzybami i wywaru do karpia w galarecie – jej popisowego dania. Cieszyła się, że na wieczerzy będą wszystkie dzieci z rodzinami.

Przy jednym z dwóch fortepianów siedział najstarszy wnuk Bronek, zwany Bojasem. Grał wprawki przed wigilijnym kolędowaniem. Gama cis-moll, E-dur, pasaże. Koło drugiego instrumentu stał zięć Stasi Alek Gross i przeglądał nuty. Jej synowie, Bronek i Heniek, siedzieli przy stole i głośno o czymś dyskutowali. Obaj gestykulowali zamaszyście, a do reszty członków rodziny dochodziły tylko strzępy tej rozmowy – harmonia, konkurs, ekspresja Marthy Argerich w porównaniu z grą Horovitza. No tak, kilka miesięcy wcześniej odbył się Konkurs Chopinowski. Panowie wciąż żyli werdyktem.

Wokół stołu kręciły się wnuczki Stasi – dziewięcioletnie bliźniaczki Ela i Ania chichotały i szeptały sobie do ucha. Starsza Sylwia siedziała zaczytana na kanapie i czekała na dyspozycje babci.

Stasia krzątała się wokół stołu, który był już zasłany białym obrusem z angielskim wzorem. Na kredensie stały przygotowane do polerowania kieliszki z brązowego szkła, porcelanowe talerze z delikatnym złoto-kobaltowym wzorem na obrzeżach i srebrne sztućce. Całe stosy zastawy dla wielkiej rodziny. Światło lampy odbijało się od nich niczym miniaturowa poświata.

 

Na małym talerzyku leżało sianko przygotowane pod opłatek. Stasia specjalnie poszła po nie do gospodarzy na Dolną.

W kącie pokoju stołowego stała choinka. Była piękna i gęsta, jak zawsze u Leszczyńskich. Spleciona z dwóch świerków związanych ze sobą, z mnóstwem ozdób z papieru, z bibułki, sreberek, koronek, słomek i waty. I dziesiątki światełek – dawniej świeczek, potem kolorowych lampek. Leśny zapach świerku mieszał się z wonią gotowanej kapusty z grzybami.

Młody Bronek skończył wprawki i zaintonował kolędę.

– Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem…

Przy pierwszych dźwiękach Stasia zastygła, trzymając w dłoni widelczyk, który właśnie zaczęła polerować. Podniosła głowę i spojrzała na najstarszego wnuka.

– Bojas, czy mógłbyś zagrać inną kolędę? – zapytała.

Bronek przerwał i popatrzył na babcię zdziwiony.

– Dlaczego? Źle ją zagrałem, babciu?

Kolęda z pięknym tekstem, znana chyba na całym świecie, w przyjaznej tonacji, co tu mogło pójść nie tak?

Stasia odłożyła widelczyk i przetarła dłonią biały obrus, strzepując niewidzialne paproszki do drugiej dłoni.

Podeszła do fortepianu, przy którym siedział Bronek, i oparła rękę, tę bez okruszków, o instrument. Oczy miała smutne.

– Nie, nie, ładnie zagrałeś. – Potarła palcem o politurę fortepianu.

Ważyła słowa.

Po chwili dopowiedziała cichym głosem:

– Tylko… tę kolędę śpiewali Niemcy w obozie.

* * *

Stasia zawsze miała pełne ręce roboty.

Od siebie wymagała wiele i tego samego oczekiwała od innych.

Kuchnia na Zgierskiej była jej królestwem. Położona w centralnej części mieszkania, pełniła strategiczną funkcję obserwatorium, jadalni i miejsca dowodzenia, a później nawet sypialni, bo Stasia zorganizowała sobie tam łóżko, które ustawiła pod oknem. W ten sposób mogła spokojnie oddawać się gotowaniu, jednocześnie obserwując z okna podwórko i ulicę, a zarazem całe mieszkanie.

Na okrągło gotowała. Jedzenia nigdy nie mogło zabraknąć, ale nic też nie mogło się zmarnować. Na Zgierskiej trzeba było zjadać wszystko, co się nałożyło na talerz, bo posiłku się nie wyrzuca. Na słowa: „Już nie mogę” Stasia miała zawsze jedną odpowiedź:

– Trzeba było sobie tyle nie nakładać.

Na każdym bochenku chleba robiła znak krzyża, a jeśli znajdowała na ulicy wyrzucony kawałek, podnosiła go i całowała, po czym zabierała dla ptaków lub paliła w piecu. Latem kupowała dodatkowe bochenki, które kroiła w drobne kwadraciki, wkładała we własnoręcznie uszyte lniane woreczki i suszyła, aby zimą, kiedy przyjdzie mróz i śnieg, karmić wraz z wnuczkami głodne ptaki.

Miała szacunek do każdego okruszka. Chyba wszyscy, którzy przeszli piekło Auschwitz, zostali naznaczeni takim myśleniem.

Posiłki na Zgierskiej były obfite. Na śniadanie owsianka, na drugie śniadanie piętrowe kanapki: masło, wędlina, ser, warzywa. Obiad zawsze był dwudaniowy, a na deser Stasia podawała ciasta, które sama piekła lub przynosił je najmłodszy syn Heniek z ulubionej cukierni na Julianowie. Czasem były lody, które zresztą też robiła własnoręcznie.

Jedzenie przygotowywała hurtem, bo nigdy nie było wiadomo, ile osób przyjdzie na obiad. Mogło być ich nawet kilkanaście.

Kiedy Stasia robiła makaron – w tamtych czasach każda szanująca się gospodyni robiła domowy makaron – suszyła go potem w całym domu. Idealnym miejscem były stojące w salonie fortepiany – na wysokości oczu można było mieć na makaron baczenie, a jednocześnie nie zawadzał tak, jakby mógł zawadzać na stole. Średnio raz na dwa tygodnie instrumenty były obwieszone wysychającymi niteczkami ciasta pokrojonego z iście mistrzowską precyzją.

Makaron na fortepianie. Harmonia dźwięku i smaku.

Kiedy wnuczki były starsze, Stasia zaganiała je do pomocy w kuchni. Musiały z nią kroić ten nieszczęsny makaron jak pod linijkę – wszystkie nitki cieniutkie i równe co do milimetra. Kiedy im to nie wychodziło, babcia zabierała kluseczki, zagniatała ciasto i zaczynały od nowa. I tak do skutku.

Przy tak hurtowych ilościach jedzenia trudno było dbać o linię, nad czym ubolewały zwłaszcza moje kuzynki. Pod względem jedzenia Stasia była nieugięta. Trzeba zjeść, bo kolejnego posiłku może już nie być. Dbanie o szczupłą sylwetkę w wieku nastoletnim na Zgierskiej 99 okazywało się zatem niełatwe.

Pamiętam, że często zjadałam za dziewczyny te piętrowe sznytki… oczywiście po cichu, z dala od czujnego spojrzenia Stasi, w ich pokoju. A że metabolizm miałam wówczas jak koliber, spokojnie mieściłam także to, czym i mnie uraczyła ciocia.

Zgierska pachniała jedzeniem i kiedykolwiek się tam pojawiłam, zawsze burczało mi w brzuchu, nawet jeśli wcześniej już się najadłam.

Do dziś pamiętam popisowe danie cioci – karpia w galarecie. Rybę pokrojoną w dzwonka Stasia gotowała razem z głową, warzywami – cebulą, porem, marchwią, selerem i korzeniem pietruszki – liściem laurowym i zielem angielskim. Pod koniec gotowania soliła i dosładzała do smaku. Po wyjęciu karpia dodawała do wywaru startej skórki i soku z jednej cytryny, by uzyskać słodko-kwaśny smak. Jeśli ryba nie była wystarczająco tłusta, całość zagęszczała żelatyną. Dzwonka układała na specjalnym półmisku, który dekorowała pokrojoną marchewką i pietruszką, sparzonymi migdałami i rodzynkami. Wszystko zalewała odcedzonym wywarem i odstawiała w chłodne miejsce.

Przepis przechodzi z rąk do rąk w naszej rodzinie i zawsze, kiedy ktoś podaje karpia zrobionego w ten sposób, myśli zebranych osób kierują się ku Stasi…

Nie samym chlebem jednak żyła ciocia. Nie mniej ważna była nauka. Zwłaszcza znajomość języków obcych. Sama zakończyła edukację na przedwojennej małej maturze (co na ówczesne czasy było nie lada wyczynem), dołożyła do niej później dyplom zawodowy położnej, ale dla swoich dzieci, wnuków i w ogóle dla całej wielkiej rodziny pragnęła znacznie więcej. Studia to absolutne minimum, trzeba zdobyć wykształcenie.

Pilnowała, zaganiała, nadzorowała, tłumaczyła, odpytywała, a nieraz obsztorcowała. Majątek, pieniądze – to ulotne sprawy. Mogą ukraść, zabrać, przesiedlić, spalić. Wczoraj było, dzisiaj nie ma.

Tego, co masz w głowie, nie zabierze ci nikt.

Wszystkich, w tym mnie, odpytywała z postępów w nauce. Nie powiem, żebym to lubiła. Nie znam dziecka, które zamiast zabawy wolałoby odpowiadać na szczegółowe pytania o szkołę. Dlatego nierzadko zaraz po przekroczeniu progu Zgierskiej czmychałam w lewo do pokoju kuzynek. Żeby tylko uniknąć czujnego wzroku Stasi, która siedziała jak wódz w kuchni i miała baczenie na całe rodzinne plemię.

Kiedyś moja mama wpadła na chwilę na Zgierską i zastała ciocię Sylwię, wówczas już matkę trojga dzieci i lekarkę, która obierając ziemniaki, wkuwała słówka. Na stole miała rozłożony podręcznik do nauki języka francuskiego. Na pytanie zdumionej mamy, co robi, odpowiedziała:

– Mama mówi, żeby nie marnować czasu, a obierając ziemniaki, można jednocześnie uczyć się języka. Na przykład powtarzać słówka. I wiesz, ma rację… lepiej wtedy zapamiętuję.

Ciocia Stasia nie znała górnej granicy wieku do nauki. Wiedzę trzeba zdobywać całe życie!

Kolejne, tak samo ważne miejsce w świecie Stasi zajmowała muzyka. Muzyka, która towarzyszyła jej od zawsze, ponieważ jej ojciec grał na wielu instrumentach, ba, nawet zarabiał na muzykowaniu. Grali również bracia, grał mąż, a dzieci Stasi, cała czwórka, pobierały jeszcze przed wojną lekcje gry na fortepianie i na cytrach.

Skoro muzyka, musiały być też instrumenty. I były – harmonia, cytry i pianino. Po wojnie w salonie pojawiły się wspomniane wcześniej fortepiany – najpierw jeden, potem drugi. Wszak tylu muzyków znajdowało się w rodzinie.

Dobrze, że mieszkanie było obszerne, miało 117 metrów kwadratowych, więc fortepiany bez problemu się zmieściły.

Życie wnuczek Stasi, moje zresztą też, toczyło się zatem wokół triady „szkoła – granie – lekcje”. Ania, Ziunia i Sylwia były od najmłodszych lat uczone gry na fortepianie przez swojego ojca, Aleksandra Grossa. Kiedy miałam jakieś osiem lat, a mój brat sześć, moja mama, wówczas już śpiewaczka Teatru Wielkiego w Łodzi, przyprowadziła nauczycielkę fortepianu, panią profesor Zofię Budzynowską, która zgodziła się nas uczyć. To była starsza poważna dama i jak na damę przystało, miała swoje przyzwyczajenia i nawyki. Kawę piła tylko w porcelanowej filiżance. Trzymała ją pięknie długimi palcami pianistki. Pamiętam jej stroje, kapelusze i sposób bycia. Nietamtejsze, nieprzystające do siermiężnego PRL-u. Zwiewne tuniki, brzęczące bransolety, jedwabne szale.

Wprowadzała nas w tajniki muzyki w iście przedwojennym stylu – była surowa i wymagająca. Bez litości. Nieraz dostałam od niej po rękach za źle zagraną gamę czy dłoń niedbale ułożoną na klawiaturze.

Podczas jednej z wizyt u cioci Stasi moja mama powiedziała, że jest szczęśliwa, bo jej dzieci rozpoczęły naukę gry na fortepianie w domu.

– Skoro Marychna i Pawełek mają nauczycielkę gry, to pora, żeby moje wnuki też kształciły się w taki sposób! – skwitowała Stasia.

I tak pani Budzynowska trafiła na Zgierską 99.

Najpierw zastąpiła Alka i zaczęła nauczać młodą Sylwię, Elę i Anię, a potem również synów Bronka, najstarszego syna Stasi. Szło im różnie, nie wszyscy mieli zacięcie do grania. Stasia była jednak nieugięta.

Krążyła więc ta przedwojenna pianistka dzień w dzień tramwajami po całej Łodzi, najpierw na Polesie, gdzie mieszkałam z rodzicami, potem na Bałuty, na Zgierską, do wnuczek Stasi, a na koniec na Przyszkole, gdzie mieszkał Bronek z rodziną.

Nikt lepiej od pani Budzynowskiej nie wiedział, co dzieje się w całej rodzinie, bo oprócz nauczania nas zbierała sobie wszystkie zasłyszane informacje, spostrzeżenia i ploteczki. Chętnie dzieliła się nimi ze Stasią, ale ta nie była zainteresowana. Nie lubiła czczej gadaniny, interesowała się wyłącznie postępami dzieci w nauce.

Pani Budzynowska była rzekomo skoligacona z Chopinem. W jej domu na fortepianie stała zawsze fotografia jej dziadka, który rzeczywiście wyglądał na niej jak Fryderyk i – jak mówiła – był jego bratem. Czuła z tego powodu ogromną dumę.

Nauka u przedwojennej pianistki trwała kilka lat. Żadne z nas nie zostało zawodowym muzykiem, ale wszyscy do dziś kochamy grać i śpiewać. Muzykujemy przy każdej okazji, zwłaszcza przy spotkaniach rodzinnych.

Stasia nie grała na żadnym instrumencie, ale jej miłość do muzyki była wprost proporcjonalna do wiedzy zdobytej w temacie. Pamiętam, z jakim nabożeństwem słuchała dyskusji synów na tematy muzyczne, przede wszystkim wywodów Henryka, który był z wykształcenia kompozytorem.

Któregoś dnia najstarszy syn Bronek przyszedł odwiedzić Stasię na Zgierskiej. Ciocia jak zwykle krzątała się w kuchni. Na pytanie, co robi, odpowiedziała, że po raz drugi odgrzewa obiad, bo u Henia jest przyjaciel, muzyk, niejaki Miłosz Magin. Rozmawiają w gabinecie już dłuższy czas. „Ależ mamo, ja im zwrócę uwagę. Nie możesz ciągle czekać z podaniem obiadu. Trzeba im powiedzieć, że wszystko stoi już na stole”, wzburzył się Bronek. Stasia na to spokojnie: „Bronusiu, nie denerwuj się. A jeśli oni rozmawiają na bardzo ważne tematy, które zrewolucjonizują muzykę? A może właśnie powstaje wielkie dzieło? Nie mogę im przeszkadzać czymś tak prozaicznym jak obiad. Co to dla mnie odgrzać go po raz trzeci?”.

Miłosz Magin był ojcem chrzestnym Elżuni. Kilka lat później wyemigrował najpierw do Wielkiej Brytanii, a później do Francji, gdzie mieszkał aż do śmierci. Został światowej sławy kompozytorem i pianistą. Może Stasia miała więc rację i rzeczywiście podczas tamtej rozmowy młodzieńcy debatowali nad czymś, co zrewolucjonizowało światową pianistykę…

Oprócz grania ciocia kochała również śpiew. Sama ładnie śpiewała, miała zresztą słuch absolutny. Natomiast kiedykolwiek Zgierską odwiedzała moja mama, Stasia zawsze prosiła, by ta zaśpiewała jej Leci skowroneczek, wiosnę niesie.

Była to jej ulubiona polska piosenka.

Ponad muzykę, naukę i posiłki Stasia stawiała wiarę. To zgodnie z nią żyła i postępowała. Modlitwa wyznaczała rytm dnia, zresztą nie tylko jej, ale wszystkich domowników i ludzi, którymi w danym momencie była otoczona. Również w Auschwitz-Birkenau.

 

Pamiętam, że wieczór był na Zgierskiej tradycyjną porą różańca. Wszyscy musieli zebrać się przed ołtarzykiem, w którym na czołowym miejscu stała uratowana z wojny figurka Matki Boskiej. Figurkę zawsze ozdabiały świeże kwiaty, a obok niej paliła się lampa oliwna.

Córka Stasi, Sylwia, i jej mąż, Alek Gross, trochę się buntowali przeciwko tym zasadom. W domu pełnym ludzi mieli ochotę czasem pobyć sami ze sobą, wyskoczyć do kina, na ciastka, na tańce, cokolwiek. Nieraz musieli się wykazać niezłą wyobraźnią, aby przekonać Stasię, że akurat teraz mają niecierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia na mieście.

Po latach Alek przyzna się, że to głównie on był autorem koncepcji, które pozwalały grzecznie – bez urażenia uczuć Stasi i wzbudzenia podejrzeń – wymigać się od modlitwy. Niełatwo było ją przekonać. Miała łagodne usposobienie, ale rodzinę trzymała żelazną ręką.

Mieszkanie na Zgierskiej było jej królestwem, w którym panowała przez niemal trzydzieści lat. Rzadko się z niego ruszała – czasem wyjazd do Ciechocinka dla podreperowania zdrowia, niekiedy góry, Szczawnica.

Za granicą po wojnie była tylko raz. Za namową rodziny i po różnych perypetiach z uzyskaniem pozwolenia na wyjazd poleciała z Sylwią do Wielkiej Brytanii na zaproszenie fundacji Sue Ryder. Działaczka charytatywna stamtąd w czasie wojny zetknęła się z ogromem ludzkiego cierpienia, dlatego po jej zakończeniu jako dwudziestopięcioletnia panna z dobrego domu postanowiła nieść pomoc byłym więźniom obozów zagłady. Stasia była bardzo dumna i szczęśliwa z powodu tego zaproszenia.

W polskim sklepie w Londynie kupiła biografię Sikorskiego autorstwa generała T. Kutrzeby oraz książkę Nóż w plecy. Rosja napisaną przez generała W. Andersa, a wówczas obie pozycje były w Polsce zakazane. Razem z Sylwią przewiozły je przez granicę owinięte w zakupioną modną wtedy kremplinę. Dla dobrej książki Stasia była nawet gotowa dać się przesłuchać w siedzibie bezpieki. Przeżyła dwie wojny, obóz, głód – czym przy takich okropieństwach było przesłuchanie? Na szczęście sprawa się nie wydała, a książki bezpiecznie dotarły na Zgierską.

Kochała historię, tę prawdziwą. W jej domu często odbywały się spotkania ludzi związanych z nauką i sztuką. Nierzadko rozmowy były burzliwe. Podczas tych spotkań ja i moje kuzynki i kuzyni, wówczas bardzo młode pokolenie, poznawaliśmy historię Polski, o której nie uczono w szkole. Do dzisiaj zachowałam w pamięci wiele z tych rozmów.

O sobie Stasia mówiła niewiele. Wszyscy wiedzieli, że była w Auschwitz-Birkenau. To tyle. Przyciśnięta pytaniami, wykręcała się bądź zajmowała czym innym.

Jej historię z obozu Birkenau poznaliśmy lepiej, dopiero gdy napisała Raport położnej z Oświęcimia. Pytana, dlaczego nie chce o tym mówić, odpowiadała: „Nie chcę wywołać nienawiści do narodu niemieckiego. To byli biedni, skrzywdzeni ludzie, ofiary systemu”. Wzmianka o kolędzie, którą śpiewali Niemcy w obozie, była jedyną nawiązującą do jej przeżyć z Birkenau, którą usłyszały wnuki.

Historię jej życia, którą tu odtworzyłam, znam trochę z archiwalnych nagrań Stasi, ale głównie ze stosów zapisków jej synów, świadectw współwięźniarek, które przeżyły Birkenau, i oficjalnych dokumentów urzędów państwowych. Ze starych fotografii i archiwów, gdzie w trakcie wielu spędzonych godzin układałam jej życie krok po kroku niczym puzzle.

A wszystko zaczęło się pewnego mroźnego popołudnia 17 lutego 1895 roku…