Gniazdo BiałozoraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria Rodziewiczówna

Gniazdo Białozora

Warszawa 2017

Spis treści

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Epilog

Prolog

Jezioro leżało, lśniąc srebrem w triumfie słonecznym majowego odwieczerza. Wszystko żyjące było barwą, wonią i śpiewem: łozy i trzciny, olchy i brzozy, porosty wodne, jałowe piachy nadbrzeżne i powietrze aż mgławe od kwietniowego pyłu. Cały kraj święcił gody!

Otulony w gąszcz łóz, w zatoczce skąd widna była bezkresna, gładka toń wodna, niewidzialny w nawisłych warkoczach brzozy, strojnej w wielki kierz jemioły, stał człowiek ze strzelbą i patrzył. Słońce miał za sobą, więc wzroku nic nie ćmiło i biegł po widowisku cudnym dla przyrodnika. Bliżej w czerotach roiło się od kaczek wrzaskliwych, swarliwych, łapczywych i rozpustnych.

Zielonogłowe kaczory hulały zapamiętale lub tłukły się do pół śmierci. Wrzask panował jak w karczmie. Smyrgały wśród tej kaczej czeredy kuliki i rybitwy, bekasy i czajki – czasem porywał się i odlatywał zgorszony gomonem ciężki kulon lub bąk, spłoszony w swej medytacji.

Na gładzi jeziora, jak zjawy, wytryskiwały z głębi nury i nikły, przepływały majestatycznie jak nawy czarne łabędzie, przemykały śmiesznie czubate perkozy, muskały lotkami o toń w tańcach i korowodach, w igrzyskach i łowię czajki, zabłąkane mewy, przelotne miękopióry i burzyki, którym w tej rozkoszy godów nie spieszno było na daleką północ.

Wrzaski, poświsty, chrapliwe wabię, chichoty, trąbienia, hejnały, bitewne wyzwiska – cała orkiestra wiosennej gry życia.

Parę razy, na widok rzadkiego gościa, myśliwy kładł prawicę na strzelbie, jakby ją od boku do oka chciał podnieść, i wpół ruchu ustawał w refleksji – przed mordem.

A wtem w błękicie nieba zamajaczył ciemny punkt i ozwał się gwizd drapieżny.

Jezioro nagle opustoszało, co żyło, skryło się pod wodę lub w chaszcze i zapanowało milczenie lęku.

Wielki ptak zatoczył krąg nad wodą, białawymi, potężnymi skrzydły prawie musnął toń i odpłynął w dal błękitu.

Uśmiechnęła się cała twarz człowieka.

– Witaj bracie! Dobrych ci łowów! Długą chwilę obumarło jezioro trwogą.

Pierwsze nabrały rezonu kaczki, bezpieczne w trzcinach, ale nie śmiały wytknąć się na szeroką gładź – buszowały bezczelnie w ukryciu. Tedy myśliwy powoli sięgnął do torby u boku.

– Bracie, pomogę ci! – cisnął daleko na wodę ciemny przedmiot i zawabił jak cyranka.

Natychmiast z łóz porwały się dwa kaczory i spadły z pluskiem na wodę otwartą.

Jak aksamity świeciły ich zielone głowy – płynęły na wab samicy.

Nie zdążyły – jak pocisk spadł na nich ptak mocarny i już trzymał jednego w szponach stalowych, bez wysiłku uniósł zdobycz w powietrze i popłynął w błękicie ku ciemniejącym w dali borom.

Patrzył za nim człowiek z wyrazem przyjacielskim w oczach. Patrzył długo, aż dal pochłonęła skrzydlatego władcę i wyszeptał:

– Użyj, bracie, sytości! I tobie i nam już tu niedługie trwanie i panowanie!

Rozdział I

Katastrofa zdarzyła się na piaszczystym gościńcu – w pustce. Samochód zatoczył się jak człowiek kulą tknięty, skręcił w bok, uderzył o krzywą sosnę i przewrócił się.

Szofer wyleciał w powietrze i padł z jękiem na ziemię. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, krzyki – potem z rozbitego pudła wydostał się mężczyzna z okrwawioną twarzą i jął ratować resztę towarzyszy.

Było ich dwoje. Kobieta wyszła bez szwanku i wydobyta na drogę, machinalnie zaczęła poprawiać kapelusz, wołając:

– Jureczku!... Panie hrabio, co z Jurkiem?

Okrwawiony hrabia pomógł wydobyć się Jureczkowi, który okazał się szczupłym mężczyzną z trochę tylko nadwichniętą ręką. I oto stanęli wszyscy nad zepsutą maszyną, w pustce – zupełnie bezradni.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? Trzeba wydobyć mapę. Ach, do diabła, ręką nie władam.

Hrabia zaczął szukać mapy we wnętrzu samochodu.

– Panie hrabio! I moją torebkę proszę mi wydostać! – wołała kobieta. – Ach, dziękuję panu. Mówiłam ci dawno, mężusiu, że ten komunard szofer zrobi sam na złość rozbicie! Pewnie był pijany.

Wtedy dopiero właściciel obejrzał się wokoło.

– Do diabła, a toć on leży bez ruchu. Zabił się.

– Ech! – mruknęła lekceważąco dama, wydobywając z torebki puder i przeglądając się w lusterku.

Szofer nie był zabity – leżał zapatrzony w niebo, obojętny na wszystko.

– Potłuczeni jesteście mocno, Sawicki? – spytał, stając nad nim chlebodawca.

– Nogę mam złamaną! – odpowiedział spokojnie.

– Co się stało?

– Kierownica pękła!

– A do diabła! Co teraz robić?

– Do ludzi iść – po pomoc i szukać innego szofera. Ja mam miesiąc szpitala.

Hrabia rozłożył mapę na piasku i orientował się.

– Jesteśmy tutaj... Do Zahosta siedem kilometrów. Ale tu na zachód powinna być niedaleko Nietroń – wieś i dwór. Zaraz się rozejrzę! – Wyszedł na piaszczyste wzgórze i po chwili obserwacji przez lornetkę wrócił.

– Zaraz się kończą piaski i widać na prawo wieś – na lewo pewnie dwór. Nie dalej jak kilometr na oko. Pójdę tam po pomoc.

– Pójdziemy wszyscy. Ja tu za nic nie zostanę – zaprotestowała dama.

– Sawicki – miejcie oko na maszynę! – rzucił pan.

Szofer nic nie odpowiedział, a oni ruszyli: dama uczepiona ramienia hrabiego, jej mąż utykając na nogę i piastując wykręconą kiść.

Był to żałosny pochód. Pantofelki damy grzęzły w piasku, przewracała się co krok z powodu wysokich obcasów, piszczała, jęczała, bliska płaczu, zanim przebrnęli wydmę. Potem znaleźli ścieżkę wydeptaną od wsi i ruszyli ku dworowi.

Znaczył się gromadą starych drzew i wrzaskiem czarnej chmury gnieżdżących się w pobliżu gawronów.

– Ach, cóż to za straszny kraj! – jęczała dama. – A te komary! Jak ja będę wyglądała! A kto tam mieszka! Dzicy ludzie!

– Zapewne jakiś zbankrutowany szlagon. Znam tę nazwę Nietroń, ale nie pamiętam właściciela.

– Polowanie na kaczki musi tu być wspaniałe – ozwał się mąż damy.

– Chyba mi nie każesz towarzyszyć!

– Nie. Znajdziemy lepsze u hrabiego!

– Niezawodnie.

Ścieżka zmieniła się w polną drożynę, pełną wybojów i kałuż z widocznymi śladami, że wożono świeżo nawóz. Po obu stronach były już pola uprawne, przygotowane pod kartofle.

I oto znaleźli się w obejściu dworskim. Podwórze otaczały drzewa dzikie i resztki płotów, połatane starym drutem kolczastym. Wprost otworu, gdzie niegdyś była brama, stały resztki spalonego domu i dalej sad. Na lewo długa, niska, słomą kryta oficyna była widocznie zamieszkała, bo kręciły się tam kury i szczekały psy.

Zresztą nie było widać śladu człowieka i wielka cisza południowego posiłku i spoczynku panowała nad tym dworem, zmącona tylko zgiełkiem gawronich lęgów w olszynie opodal.

Skierowali się ku oficynie, a że nikt na spotkanie nie wychodził, hrabia otworzył środkowe drzwi pod gankiem z daszkiem i znaleźli się od razu w izbie niskiej, drugiej i pomimo słońca trochę mrocznej, gdzie przy stole obiadowało sporo osób.

– Przepraszam państwa! – rzekł hrabia. – Rozbił się nam samochód na trakcie – jesteśmy poturbowani, bezradni w tym bezludziu i prosimy o ratunek.

Od stołu powstał mężczyzna wysoki, szczupły, z gęstą szpakowatą czupryną.

– Proszę państwa! – rzekł spokojnie, bez wielkiego zapału.

– Jestem Wiesztorp z Rydwian, a to moi towarzysze podróży, pan wicewojewoda Siecki z małżonką – przedstawił się hrabia.

– Białozor! – mruknął gospodarz. – Proszę – niech się państwo rozgoszczą. Pan hrabia potrzebuje opatrunku, widzę – Michale!

Na to wezwanie wstał od stołu drugi mężczyzna, taki sam szczupły i szpakowaty, a reszta obiadujących poruszyła się ze swych miejsc.

Stary jegomość z wielką brodą patriarchy wycofał się zaraz w głąb domu, podeszła jejmość znikła w bocznych drzwiach, dwoje dzieci, chłopak i dziewczynka, smyrgnęły za nią. W izbie zostali dwaj mężczyźni i dziewczyna, która się zajęła rozkładaniem na stole nakryć dla gości.

– To mój brat, trochę doktor – rzekł Białozor. – On pana opatrzy. Czy nikt na miejscu wypadku nie został ciężko ranny?

– Owszem. Szofer tam leży ze złamaną podobno nogą – i samochód trzeba zabezpieczyć.

Michał już zbadał hrabiego.

– No – to głupstwo. Jodyną zalać i benzyną krew zmyć. Ida – daj mi tu apteczkę.

 

Dziewczyna wyszła i wróciła z pudełkiem. Podstawiła je pod oknem na ławce, przy czym ani spojrzała, ani okazała zajęcia gośćmi.

Za to dama nie spuszczała z niej szyderczych, krytycznych oczu. Żeby ujrzeć takiego raroga, trzeba było zajechać w ten deskami zabity kraj. Była wprawdzie dorodna, swobodna w ruchu i nawet niebrzydka, ale kiedy była, i czy w ogóle była między ludźmi?...

Głowę oplatał warkocz, gruby i tęgo spleciony, barwy dojrzałej pszenicy. Miała na sobie ciemną bluzkę pod szyją i z długimi rękawami, spódnicę tak długą, że ledwie widać było ciemne pończochy i skórzane sandały bez obcasów. Ręce i twarz były opalone jednolicie a brąz, a ręce miały zgrubiałe stawy.

– Dziewka do trzody! – zdecydowała dama.

Tymczasem gospodarz wyszedł i po chwili zajechał pod gmach wozem pojedynczym, wysłanym słomą.

– Michale, jedźmy po szofera... Ido, podaj państwu obiad i przyrządź posłanie w stryja pokoju dla tego biedaka.

– A co zrobić z samochodem? – zakłopotał się wicewojewoda.

– Radzę odstawić go końmi do Zahosta. Jest tam poczta. Wyślę depeszę do Rydwian – do wieczora mój przyślą, i będziemy mogli dalej jechać. Pan będzie tak uprzejmy wynająć na wsi konie i posłańca na mój rachunek – hrabia sięgnął do pugilaresu.

Ale Białozor odparł spokojnie:

– Posłałem już cztery fornalskie konie po samochód – i oto chłopak – co z depeszą konno do Zahosta pojedzie. Proszę, niech się państwo tymczasem posilą. Ruszajmy. Michale, tam człowiek bardzo nas wygląda.

– Proszę na obiad! – rozległ się cienki głosik i dziewczynka dziesięciolatka postawiła na stole półmisek kartofli i zaczęła rozlewać barszcz na talerze.

Zasiedli. Nakrycie było złożone z grubego fajansu i wytartego frażetu; czarny chleb, dzban mleka i bukiet bzu na stole.

Pauwes gueux! Comme c’est rustique! – rzekła dama. – La petite est gentille...

– Jak się nazywasz kochanie?

– Terka. Ale ja umiem po francusku.

– Taak! A któż cię nauczył? – zaśmiał się hrabia.

– Ciocia.

– A ty tu dawno mieszkasz?

– My tu jesteśmy zawsze. A tylko stryj i ciocia przybyli do nas z Rosji. Mamusi nie pamiętam, bo umarła na tyfus, gdy miałam trzy lata, a Michaś pięć. Nas hodowała Ida.

– A któż jest Ida?

– Nasza najstarsza, co tu wszystkim rządzi.

Gwarząc, przysuwała półmiski, kroiła chleb, zmieniała talerze, przejęta swą rolą gospodyni. Na zakończenie przyniosła foremkę czerwonego kisielu z żurawin i rzekła:

– To już wszystko – i zniknęła.

Towarzystwo zapaliło papierosy, po czym wyszli na ganek, a potem ścieżką – w stronę sadu. Stał jeszcze w pełni kwiecia, rozgrodzony, zdziczały, ale pełen subtelnej woni i brzęku pszczół. Damę jednak rychło wypłoszyły komary i wróciła ku domowi.

– I trzeba tu tkwić do wieczora! A jeśli samochód hrabiego się spóźni, to może nawet przenocować! – pomyślała z rozpaczą.

Szofer, pozostawiony na drodze, cierpiał bez skrzywienia. W wojsku był kilka razy ranny – nauczył się cierpliwości. Ułożył się trochę wygodniej i trwał w swej bezradności.

I oto ujrzał jak z pomiędzy krzaków jałowca, czając się i rozglądając, wyszło na drogę czterech chłopców i dziewczyna, wiejskie, obdarte, dzikie pastuszki.

Zawahali się na jego widok, ale gdy pozostał nieruchomy i oczy przymknął – obstąpili samochód, obejrzeli i zaczęli rewidować, jeden, najśmielszy, ściągnął derę, drugi dobrał się do koszyka z zapasami, dziewczyna ściągnęła szal jedwabny damy – czwarty, najstarszy, zbliżył się do niego – pochylił się – sięgnął do kieszeni skórzanej kurty.

Szofer błyskawicznym ruchem wydobył rewolwer i wypalił w powietrze.

Zgraja rzuciła się do ucieczki, porzucając zrabowane rzeczy, a jednocześnie ukazał się na drodze wóz i nadbiegł Białozor.

– Strzelał pan? – spytał. – Do kogo?

– Do luftu. Jakieś dranie chłopskie już przyszły rabować.

– Nie ma czemu się dziwić. Cała wieś niedawno wróciła z bolszewii. Co pan ma złamanego?

– Lewą nogę – polskim szczęściem pod kolanem. Bez doktora się nie obejdzie.

– Damy rady. Je jestem „kostopraw” – odparł Michał Białozor.

– Ale musi pan przecierpieć przewóz pod dach. To niedaleko.

– Choćby i daleko! Byłem w korpusie Dowbora, znam się z tym krajem i drogami. A moi burżuje?

– We dworze u nas. A ot konie i ludzie po samochód... No – dźwigniemy pana. Weźcie mnie za szyję – i zaciśnijcie zęby. Gdy go złożono na słomie zbielał aż do warg z bólu, ale nie syknął.

Dał mu doktor łyk wina z blaszanej manierki i powoli, stępa ruszyli ku domowi. Białozor został, dyrygując transportem rozbitego samochodu.

Gdy zajechali przed dom, dama zakryła oczy i schroniła się do wnętrza.

– Hej – jest tam kto? Chodź, Ida – zawołał doktor. – Weź go krzepko za szyję – dobrze. – Michaś, otwórz drzwi szeroko do naszej stancji. Ostrożnie, powoli – równo. Zemdlał – nic to – zaraz się ocknie. Teraz go rozebrać. Zamknij, Michaś, drzwi. To nie widowisko dla gapiów, a człowiek, co cierpi.

Stosowało się to zapewne do damy, która zaglądała do pokoju, skrapiając sobie czoło wodą kolońską.

Od sadu nadeszli mężczyźni, ale zajęli się chłopakiem, który na spienionym koniu wrócił z kwitem depeszy i zaczęli rachować, kiedy może nadejść zbawczy samochód hrabiego.

Nudzili się i niecierpliwili niesłychanie. Miejscowi byli niewidzialni i nikt się nimi nie zajmował. Stary pan z brodą patriarchy snuł się między ulami w sadzie, panna na grzędach warzyw obrabiała motyką kapustę, ciotka karmiła chmarę kurcząt – gospodarz jeszcze nie wrócił z dostawy samochodu do miasteczka, doktor był przy szoferze.

Oglądać nie było wiele. Parę gospodarskich budynków było skleconych ubogo po wojennym zniszczeniu, bydło było na paszy – z obór wyjeżdżały fury nawozu i wlekły się wolno w pole, kilkoro cieląt hasało po okólniku, dwa psy łańcuchowe, schrypnięte szczekaniem na obcych, ukryły się w budzie przed komarami, i jak zwykle na wsi cała wielka praca, trud i mozół walki o byt odbywał się w cichości i niepozornie. Darły się tylko bezustannie gawrony.

– I ci ludzie to znoszą – i mogą tu wytrzymać – oburzała się dama. – Panie hrabio, jak pan myśli? Depeszę już otrzymano? Kiedy przyjdzie wyzwolenie z tej męki?

– Myślę, że o zachodzie słońca!

– Ciekawym, czy to duży obiekt ten majątek? – zagadnął wicewojewoda. – Za powrotem sprawdzę w urzędzie ziemskim.

– Zdaje mi się, że to graniczy z Rydwianami. Mam doskonałe mapy sztabowe, niemieckie, zobaczymy! Bogactwa tu nie czuć.

– Ani kultury rolnej.

Nareszcie na drodze ukazała się wracająca fornalka i Białozor, a jednocześnie Terka z ganku zawołała piskliwie:

– Proszę na podwieczorek! Weszli do jadalni i Białozor rzekł:

– Samochód zostawiłem pod opieką policji i najlepszego kowala w miasteczku – drobiazgi zabrałem na wóz. Jakże szofer? – spytał wchodzącego brata.

– Wyliże się, ale przeleży ze sześć tygodni. Organizm ma mocno zużyty.

– U mnie służy zaledwie od miesiąca. Zostawię mu pieniądze na kurację i odszkodowanie, i sprawy za niedozór maszyny mieć nie będzie. Nie chcę go niszczyć, ani mu psuć opinii, ale to zupełny bolszewik!

– Tymczasem nie warto z nim mówić, bo bardzo wyczerpany i zaczyna się gorączka.

– Zostawię polecenie u komendanta policji, aby nim się zajęli. Przepraszam stokrotnie za ambaras, a koszta wszelkie zwrócę.

– My nie Kasa Chorych, panie wojewodo, i rachunku prowadzić i przedstawiać nie będziemy – odparł doktor spokojnie.

Dygnitarz spojrzał na mówiącego.

– Pan przecie jest lekarzem.

– Ale nie praktykuję. Odpoczywam w domu po podróży.

– A gdzie pan doktor podróżował? – spytała pani.

– Na dwa lata przed wojną – jako student czwartego kursu medycyny w Warszawie – zostałem zesłany do Tomska. Tam skończyłem nauki i miałem zacząć zarabiać. Ale mnie Moskale zabrali na służbę i tłukłem się po całej Rosji – po szpitalach. Gdy nastali bolszewicy, uciekłem i zacząłem iść do kraju; byłem dwa lata w tajgach, a potem trzy lata przedzierałem się – z przeszkodami – na zachód. No – i doszedłem, ale bez papierów i trochę zmęczony podróżą.

– Wierzę – pięć lat! – zawołał hrabia.

– A państwo ten majątek już dawno kupili? – spytał wicewojewoda gospodarza.

– Nie tak bardzo dawno. Mój pradziad kupił od Jelców sto pięćdziesiąt lat temu.

– Pan znajduje, że to niedawno? – zaśmiał się.

– Nasi sąsiedzi Protasewicze siedzą tu od królowej Bony, a Jelcowie, nasi krewni – od króla Władysława IV.

– W tym strasznym kraju tyle wytrzymać! – zawołała dama.

– To bohaterstwo! I państwo nie mogli sprzedać i wynieść się w inne strony!

Kilkoro par oczu utkwiło w niej. Szaro-zielonawe ostre źrenice Idy, lekko zmrużone doktora i siwe chłopaka Michasia; Białozor patrzył na świat za oknem.

– Proszę pani i Wiesztorpy z Rydwian siedzą tu od wieków! – zaśmiał się hrabia. – Polesie ma wielką przyszłość przed sobą. Gdy te bagna zostaną osuszone, rzeki ujęte w kanały, miliony ludzi tu znajdzie chleb, a Polska zaspokoi głód ziemi mas włościańskich.

Nikt nie zabrał głosu – więc, by rozmowę podtrzymać, spytał gospodarza:

– A sprawa osadnicza jakże się tu przedstawia?

– Ode mnie zabrano folwark i od Protasewiczów też, ale co się tam dzieje, nie wiem.

– Szkoda, że się Polacy tu nie trzymają solidarnie i nie pomagają sobie wzajemnie. Rządowi chodzi o wzmocnienie żywiołu polskiego na kresach.

– Cieszy mnie to oświadczenie pana wojewody. Może to wróży zapłatę za tę ziemię wziętą pod osadnictwo – a chociażby niepłaceniem za nią podatków jak dotychczas.

– Rozumie się, że to będzie uregulowane z czasem, ale pan pojmuje, że nie nagle. To są wielkie dzieła, a państwo nasze młode i ubogie, i w stadium tworzenia wszystkiego od podstaw. Zresztą podatki tu są minimalne i przy skrzętności i pracy byt i rozwój zupełnie możliwy. Ma pan pewnie lasy?

– Bardzo zniszczone. Częściowo obrabowane przez Niemców – a potem danina leśna na odbudowę wsi.

– No, to konieczność. Włościanie musieli mieć dach nad głową i warsztat pracy.

Znowu milczenie.

– Czy państwo mają radio? – spytała dama, zwracając się do Idy.

– Nie! – odpowiedziała z dziwnym uśmiechem.

– To państwo nie mają żadnego łącznika ze światem?

– Owszem. Gmina, starostwo, sejmik i izba skarbowa, czasem policja.

– Starościna bywa u państwa? To moja znajoma. Obydwie jesteśmy krakowianki.

– Nie znamy towarzysko nikogo z urzędników. Znamy tylko rozkazy władz i ojciec bywa w interesach po urzędach.

– I tak żyjecie bez ludzi?

– Mamy sąsiadów, spotykamy się czasami w kościele. Ale na bywanie trzeba mieć czas i konie wyjazdowe – tego u nas nie ma.

– Ach, co za kraj – i życie! – westchnęła dama.

– Biedny kraj przez Rosjan systematycznie niszczony i poniewierany! – rzucił wicewojewoda. – Sto pięćdziesiąt lat niewoli!

– Przybyliśmy wtedy tu ze Żmudzi i osiedli, i przetrwali do zmartwychwstania Polski! – rzekł Białozor.

– Troje was rodzeństwa? – spytała dama Idy.

– Czworo. Jeden brat jest w seminarium.

– Nauczycielskim? Gdzie?

– Duchownym, w Lublinie.

– Siostrzyczka uroczo rezolutna.

– Głupia! Jeszcze się nie nauczyła milczeć.

– O! To taki wdzięk dziecięcy, a pani potępia – zaśmiała się dama. – Srogo pani rządzi!

– U nas rządzi ojciec, a ja tylko pracuję – od śmierci matki.

– A przedtem była pani pewnie w klasztorze?

– Na pensji w Warszawie!

– Ach, więc pani zna Warszawę!

– Lilusiu! – zaśmiał się mąż. – Czy przypuszczasz, że obywatele tutejsi nie bywają na świecie szerokim. Przecie niektórzy mają już nawet samochody.

– Ach – nie myślę o hrabi Wiesztorpie, który chyba nie siedzi tu stale, z wyjątkiem sezonu polowań. Tu jest zwierzęcy raj, podobno! A pan myśliwy? – zwróciła się do Białozora.

– Nie mam czasu. Mój brat ma do tego pasję, ale jak medycyny nie praktykuje, bo nie ma broni.

– Dlaczego? – zagadnął wicewojewoda.

– Bo dotąd nie może jeszcze otrzymać obywatelstwa, a zatem i pozwolenia na broń.

– Niesłychane. Kiedyż pan wrócił z bolszewii?

– Trzeci rok. Na wstępie wzięto mnie do aresztu, potem zwolniono jako azylanta i sprawa się toczy – pomalutku.

– No, ja ją przyspieszę!

 

– Myśli pan? – uśmiechnął się doktor.

Dygnitarz poczerwieniał.

– A pan wątpi?

– Najzupełniej. Pan wojewoda zapomni – ale to mniejsza. Nauczyłem się cierpliwości w swej włóczędze, a nie nauczyłem się prosić i dziękować. Zresztą jestem źle notowany w urzędach.

– No, no, zobaczymy! A jak nie zapomnę – to zapraszam się do Nietroni na polowanie. Zresztą zaświadczę, że mi pan zwichniętą rękę nastawił znakomicie – łaskawie zażartował.

– Jezioro wasze i lasy ciągną się aż do Rydwian? – spytał hrabia.

– Nie. Graniczymy z Łuczą Jelców.

W jadalni opustoszało. Goście pozostali tylko z doktorem. Gospodarz przeprosił i przeszedł na gumno, panna wymknęła się, za nią zniknęły dzieci, starsza pani i patriarcha.

Na podwórzu rozpoczynał się ruch wieczorny: nawoływanie drobiu, porykiwanie wracającego z pastwisk bydła, ludzkie głosy i pokrzykiwania.

– Pan te strony, wody i knieje, zna pewnie doskonale? – zagadnął wicewojewoda.

– Włóczęga stała mi się drugą naturą, a przyroda kochanką. Tak, znam te strony, wody, knieje i wszystko, co tu żyje i schron ma, tymczasem względnie bezpieczny. Żeby nie wojna – byłyby jeszcze łosie i bobry – ale to już chłopstwo wyniszczyło.

– Odhodujemy z powrotem przy obecnych ustawach łowieckich. W lasach rządowych mamy już łosie i bobry. Z tego punktu upaństwowienie lasów byłoby wskazane.

Hrabia podał ramię damie.

– Pójdziemy na spotkanie samochodu! – rzekła, uśmiechając się do męża.

Ale, gdy się znaleźli na drodze poza obrębem dworu, skręcili w bok, gdzie stały w przepychu kwiecia bzy i zaczynały swą serenadę słowiki, i zniknęli w gąszczach.

Dama przestała się nudzić i narzekać na komary.

Szofer w półśnie gorączkowym słyszał jakąś gmatwaninę dźwięków. Jak halucynacja wibrował mu oddech samochodu, zmieszany z jakimiś niesamowitymi dźwiękami: bydło, gawrony, monotonne warczenie wirówki, potem znowu samochód, sygnał jeden i drugi, ruch w domu, głosy, śmiechy i odjazd maszyny.

Nastała wielka cisza – przez otwarte okno buchnął zapach rosy i bzów, potem trele słowicze – pociemniało w izbie, usnął na chwilę, ale go zbudził żar gorączki i dotknięcie ręki do czoła.

– Co tam? Jechać?

– Wypić i włożyć termometr! Burżuje już pojechały – odpowiedział doktor.

– A czym?

– Przyjechał samochód hrabiego.

– Dogadza babie. Jeszcze się nie nacieszył. A mnie porzucili, jak psa!

– Zostawił walizkę z rzeczami, dwieście złotych i polecenie do policji, by miała pana w opiece.

– Maszyna, garaż, knajpa, policja, szpital i znowu maszyna, garaż, knajpa, szpital – całe życie. No – i pieniądze na wódkę!... W kółko, w kółko, w kółko – aż do ostatniego rozbicia – już na fest. Proletariacki byt... Łajdackie obiecanki. Nadejdzie wreszcie dzień wypłaty – sędziami wtedy będziem my!...

Majaczył, chrapliwie zaśpiewał, i zaśmiał się.

Doktor podał mu lekarstwo, zmierzył gorączkę i poprawił posłanie.

– Co to tak huczy? W uszach mi dzwoni!

– To cisza. Macie tu pod ręką picie, starajcie się zasnąć. Przed wami teraz czas spokoju – macie przy sobie przyjaciół. Jakby wam co dolegało – wołajcie – przyjdę. Okna nie zamykam, bo majowa rośna noc zdrowa!

– Dziękuję panu! – odparł szeptem.

Doktor światła nie zapalał. Słychać było, że z kimś rozmawiał z cicha, szeleściło siano, ktoś słał na podłodze, potem rozległ się szmer dwóch głosów na przemian. Szofer wytężył słuch – doleciały go słowa:

„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy...”

Pan Michał z Michasiem odmawiali wieczorne pacierze. Dwór cały był w wielkiej ciszy spoczynku po dziennym trudzie – w bzach zawodziły słowiki.