Florian z Wielkiej HłuszyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria Rodziewiczówna

Florian z Wielkiej Hłuszy

Warszawa 2015

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział I

– A to było tak. Ze czterysta lat temu jechała tędy królowa Bona. Babsko włoskie chciwe i chytre wymaniło od męża cały ten kraj – i jechała z pocztem i zgrają dworzan ziemię dzierżawić, zastawiać i sprzedawać. Kto dukaty miał, albo drogie kamienie, leciał jak pszczoły na sytę i na każdym popasie powstawali dziedzice, arendatory, ciwuny, gubernatory, a sepet Włoszki pęczniał. Otóż się zdarzyło, że gdy do Hłuszy dotarła, już wracając ku Koronie, most się pod karocą zawalił i królowa Bona w bagnie ugrzęzła. Królowa i sepety, które zaraz za karocą podskarbi wiózł. Zrobił się sądny dzień. Rzucili się dworzanie i ci, co jeszcze nic nie dostali, i choć się dwóch utopiło, reszta królowę na ląd wyniosła, a franciszkanie dali jej pierwsze poratowanie i gościnę. Wskutek tego przebyła w Hłuszy trzy dni – na długie wieki w historii tego kraju pamiętne. Czyniła sądy – wyroki i nagrody. Więc po pierwsze wystawiono na rynku szubienicę i powieszono ciwuna i tylu chłopów, ilu dało się złapać – za niezreperowanie mostu; po drugie gubernatorem zamianowano dworzanina Rupejkę, burmistrzem Sielużyckiego, a Wereszyńskiemu, który siłacz i olbrzym był i całą karocę z bagna wydźwignął, i królowę nad głową niosąc na brzeg wysadził, dano w wiekuisty zastaw Murasznik i Czarne Jezioro. Franciszkanom opłaciła się też królewska gościna. Otrzymali wiekuiste prawo połowu ryb w jeziorze i pięćdziesiąt włók lasu z obowiązkiem utrzymywania w całości owego niefortunnego mostu. I wtedy to ufundowała królowa Bona wielki dzwon do franciszkańskiego kościoła, który otrzymał na chrzcie w królewskiej ludwisarni imię Florian, jako że wypadek i cudowne uratowanie stało się dnia czwartego maja w święto Floriana Męczennika. Dopiero w trzy lata potem dzwon tu zjechał i zawisł w nowo zmurowanej dzwonnicy – ot, tej właśnie, w której ty teraz sznury ciągasz.

Tak prawił pan Michał Horehlad do Florka Skowrońskiego, syna organisty przy kościele pofranciszkańskim w miasteczku Wielka Hłusza, na dalekich kresach dawnej Rzeczypospolitej.

Florek słuchał, miarowo ciągnąc sznur sygnaturki na Anioł Pański i gapiąc się na gołębie zaludniające dzwonnicę.

Wśród ich skrzydeł błyskał czasem, barwą zielonozłotą wielki dzwon, sława miasteczka, ów historyczny Florian.

Głos zabierał rzadko, w dorocznych świętach i wielkich wypadkach. Zwykle dumał niemy i potężny, i przez łuki otwarte widny był daleko wśród płaskiego piaszczysto-wodnego krajobrazu okolicy, której stróżował od czterystu lat.

Dzwonnica mieściła się w murze wysokim, który otaczał kościół, klasztor, cmentarz i sławne ogrody i sady franciszkańskie, ciągnące się od rynku aż do jeziora, nad którym szeroko rozsiadło się szare, brudne, senne miasteczko. Popod murem wiła się ulica niebrukowana od piaszczystego gościńca, przez rynek i miasteczko do owego mostu nad przepływającą przez jezioro rzeką. Most wysoki, wąski, bez poręczy urągał wszelkim przepisom inżynierii i stał tylko dlatego, że nie mógł się zdecydować, w którą stronę miał runąć.

– Ciekawa historia? Co? – spytał pan Michał Florka, oglądając się po ogródku przed furtą do dawnego klasztoru.

– Ja ją znam i jeszcze więcej! – odparł Florek urywając dzwonienie na: „A Słowo Ciałem się stało”. Mnie opowiadał stary pan z Murasznika, jakem tam raki nosił.

– I jeszcze więcej! – powtórzył uśmiechając się.

– Co więcej? – zagadnął pan Michał. – Stary łże, bo stary. Co łgał?

– Ot, o sepecie! Wydobyli podskarbiego brykę i zabrakło jednego sepetu. Królowa obiecała grafski tytuł temu, co odnajdzie, bo był pełen dukatów, a potem dali łozy tym wszystkim, co szukali i nurkowali, i nic nie pomogło. A mówią, że był taki, co grafem być nie chciał, łozy odleżał, a dukaty schował.

– Rozumnie zrobił! – mruknął pan Michał i dodał: – A gdzie ksiądz?

– Tato go powiózł do chorego za rzekę.

– To i majowego nabożeństwa nie będzie.

– Spóźni się, ale będzie.

Florek zaczepił sznur o kołek i wyszedł zamykając drzwi dzwonnicy.

– Rozpytam Żydków o wojnę i wstąpię, bo mam do proboszcza interes.

Już odchodził – i w bramie jeszcze rzucił:

– Twój tato się upiera i dereszki mi sprzedać nie chce, a słyszałem, że lada dzień konie do wojska brać będą.

– To po co pan kupuje, kiedy mogą wziąć.

– Ryzykuję!

– Tato też ryzykuje – odparł Florek niknąc w drzwiach zabudowań klasztornych.

Pan Michał wgramolił się na kałamaszkę, którą sam powoził, i ruszył na rynek.

Był to wielki piaszczysty plac z kwadratem drewnianych kramnic pośrodku i z wielką zieloną cerkwią u przeciwległej do kościoła strony. Resztę boków zdobiły żydowskie domy i karczmy z zajazdami. Powietrze pomimo pięknego majowego popołudnia przesycone było wonią dziegciu, konopi, ryby i rogoży – towarów, którymi handlowano; rynek jak zwykle w powszedni dzień był pusty i tylko kilka kóz spacerowało, badając wartość spożywczą śmieci pozostałych z ostatniego targu.

Pan Michał zatrzymał swą dereszowatą klacz przed najokazalszym domem, ustrojonym w szyld sklepu kolonialnego, i wszedł do środka.

Kilku Żydów rozprawiało gwałtownie przez ladę sklepową z gospodarzem, który głaskał długą szpakowatą brodę i z zadowoleniem się uśmiechał. Na dzwonek u drzwi gwar ustał, niespokojne spojrzenia objęły wchodzącego, gospodarz dość lekko głową skinął.

– Dobry wieczór, panie Abram. Co słychać w gazetach? Biorą Germańce w skórę? – zagadnął pan Michał.

– Ojoj! Biorą. Wczoraj uradniki tu zbili na rynku!

– Skądże? Jeńców pędzili?

– Ni! Tabor jechał. Kolonisty z Polski. Precz ich gonią, na Sybir. Można tanio konie i wozy kupić, bo ustają.

– Słusznie! Szpiegi, szelmy!

– A jakie zuchwałe! Jeden to w głos gadał, że Kajzer i na Sybir po nich przyjdzie.

– A policja co na to?

– Policja nie rozumie ich mowy. Żydki słyszeli.

– Trzeba było prystawowi powtórzyć.

– Nu, a jak on przyjdzie?

– Co za on?

– Nu, ten Kajzer!

– Tu do Hłuszy? Zwariowaliście!

– Dlaczego ja mam być zwariowany, dlaczego nie gubernator! Ta jeden Żydek słyszał, że mają miedź z gorzelni zabierać i wywozić, i dzwony też. Po co to?

– Et, brednie! Gdzie wojna, gdzie my!

– Nie daj Boże, żeby brednia była!

Pana Michała obleciał niepokój. Wierzył niezachwianie w Żydów.

– To wy się ich spodziewacie? – szepnął.

– Och, niech ich nasze wrogi się spodziewają. My zalękane. Oni straszne grabieżniki.

Tu pan Michał ujrzał przez okno księdza na wozie organisty i wyszedł prędko.

– Proboszczu, poczekajcie – jął wołać biegnąc za furą. Ksiądz – stary, od piętnastu lat osiadły w Hłuszy – obejrzał się, głową skinął i ręką mu dał znak, żeby do plebanii szedł, bo się spieszy.

Jakoż gdy pan Michał znowu pod kościół zjechał, dzwoniono na majowe nabożeństwo i ksiądz w kapie z zakrystii wychodził.

Pobożnych było niewiele, ale z chóru rozległ się śpiew loretańskiej litanii – na dwa głosy kobiece, tak czysty, silny i zgodny, że dziw było, skąd takie cudo istniało w dzikim poleskim miasteczku.

Pan Michał jako odwieczny tubylec wcale się nie dziwił. Wiedział, że panna Bronisława Wereszyńska skończyła konserwatorium w Warszawie, że mogłaby śpiewać na scenie, ale wedle woli dziada, pana Melchiora, siedzi w Muraszniku i uczy śpiewać chłopskie dzieci, a jako wielka demokratka przyjaźni się nawet ze Skowrońskimi i śpiewa co niedziela na chórze z piękną Łusią organiścianką, którym z tej racji wyrosły rogi, że się mają za obywatelstwo – łyki, dłabidudy!

Pan Michał nienawidził Wereszyńskich, nienawidził ich sąsiadów Skołubów, nienawidził w ogóle sąsiadów, którzy nie byli tak jak on groszorobem, koniarzem, jarmarkowiczem, plotkarzem i na pół żydowskim geszefciarzem. Ale pomimo swej poziomej natury nie mógł się powstrzymać, by na Bronkę Wereszyńską nie popatrzeć i przywitał ją uniżenie, gdy po skończeniu nabożeństwa zeszła z chóru.

Była bo piękna, że oczy rwała, piękna wzrostem, linią młodego ciała, piękna złotą glorią włosów nad głową kształtną i hardo osadzoną, piękna oczami prawie czarnymi, tak były fiołkowe, i bladym koralem warg trochę dumnych w wyrazie, i złotawą barwą zdrowia na ściągłych licach.

Nikła przy niej urodziwa Łusia Skowrońska; choć nie było młodego człowieka w miasteczku i okolicy, który by się nie podkochiwał w pięknej organiściance.

Odkłoniła się lekko Bronka Wereszyńska panu Michałowi i szła z nim przez kościół do zakrystii, gdzie ksiądz kapę zdejmował i zaprosił ich oboje za sobą.

Szli sklepionymi korytarzami dawnego klasztoru aż do mieszkania proboszcza, przerobionego z dawnego refektarza i paru sąsiednich cel. Pierwotne, nieudolne freski zdobiły korytarze i oczy Bronki ciekawie śledziły naiwne sceny z życia wielkiego naśladowcy Chrystusa, a pan Michał recytował księdzu wieści żydowskie.

– Broń Boże nieszczęścia i Niemcy przyjdą.

– Skołuba będzie się cieszył! – zaśmiał się ksiądz niefrasobliwie. – On ich wygląda jak zbawienia.

– A co myśli dziad pani? – spytał pan Michał Bronki.

 

– Dziad ich też czeka, chociaż nie jak zbawienia. Właśnie w kwestii dzwonów kazał mi do księdza wstąpić. Moskale z Królestwa już dzwony wywożą.

– To źle idzie? – niespokojnie szepnął Horehlad.

– Nie może iść dobrze w Rosji.

– No, no! Pan Melchior patrzy przez swą nienawiść.

– A pan ich kocha? – rzuciła ostro.

– Kto by gałganów kochał, ale zawsze mniej straszni niż Szwaby.

– Toteż Szwaby ich stąd przegonią.

– To już my zginiemy z kretesem w takim razie.

– My odzyszczemy Ojczyznę.

Pan Horehlad poruszył brwiami, skrzywił się i ręką machnął. Wiadomo było, że w Muraszniku politykowano i spiskowano, i że ród Wereszyńskich przy każdej okazji stawał z motyką na słońce i karmił się chimerą – no i wskutek tego interesy były, że pożal się Boże.

– A jakże ja, nieszczęsny, uratuję te dzwony? Toć miasteczko, dwóch popów, prystaw, uradniki! – stęknął ksiądz zwalony w fotel, jak ruina człowiecza. – Jeszcze parę sygnaturek, to można by nocą cichaczem ze Skowrońskimi ściągnąć, ale Florian przepadł.

Krew uderzyła do twarzy Bronki.

– A właśnie Floriana dać nie można!

– To niechże pan Melchior nie daje! – mruknął ksiądz. – Łatwo komenderować!

– Dziad też przypomina, żeby pochować zawczasu stare ornaty, cyny do organów, złote i srebrne przybory i wszystko co jest cennym metalem.

– Co znowu za panika i krakanie – oburzył się ksiądz – gdzie front, gdzie my! Kto w te bagna, piaski, wody i chaszcze zalezie, gdzie tu teren dla bitew. Królestwo nietknięte, a ja mam tu w Hłuszy spodziewać się Niemców. Aeroplanem zlecą?

– My za Bugiem i Brześciem bezpieczni – nabrał rezonu pan Michał. – Byle żniw się doczekać, to i ceny będą wojenne, a Żydzi mówią, że od tych kolonistów, co przeciągają, można za bezcen konie kupić. Niech pani to powie dziadowi, bo was podobno bardzo mobilizacja obrała.

Bronka zaczęła naciągać rękawiczki.

– Polecenie spełniłam, więc żegnam proboszcza – rzekła spokojnie. – Muszę spieszyć, bo na piechotę się wybrałam.

Skinęła głową w stronę pana Michała i wyszła.

– Ot, będzie komuś jędza! – rzekł pan Michał. – W tym Muraszniku to gniazdo rewolucji. Ksiądz wie, że obydwóch wnuków stary gdzieś wysłał, niby na studia za granicę, a przecie starszy powinien w wojsku służyć.

– Dzwonów nie dać! Ukaz wydał i basta. A jakże ja ich nie dam! Będę się bić z policją, czy mieszczan zbuntuję, żeby kozaków przysłali na egzekucję. Trudno, każą, to i wezmą! – mruczał ksiądz, w głębi duszy czując coś głucho niezadowolonego.

A Bronka Wereszyńska poszła dalej korytarzem, aż do mieszkania Skowrońskich w końcu zabudowań klasztornych z wyjściem na gospodarskie podwórza i ogrody.

Znalazła całą rodzinę przy wieczerzy i usiadłszy wśród nich przy misie kwaśnego mleka, zagaiła sprawę krótko i szczerze.

– Lada dzień Moskale będą dzwony zabierać. Musimy uratować Floriana.

– Rozumie się! – odparł Skowroński.

Przestał jeść i zamyślił się.

– Nie damy! Bunt zrobimy, całe miasteczko poruszymy! – zawołała Skowrońska, kobieta potężnych barów i sławna z bezczelnego zuchwalstwa.

Bronka potrząsła głową.

– Dziadek mówił, cichaczem zrobić, nocą!

– Ile on waży, tatu? – spytał Florek.

– Dwanaście pudów.

– Windą spuścimy.

– Po drodze mniejsze zawadzają.

– Spuścimy i mniejsze.

– Głupiś. Trzeba ze sześciu ludzi i noc majowa, i łoskot, i jak, dokąd wywieźć? Trzeba dużo pomyśleć. Księdza się poradzić.

– Ksiądz mi odmówił, na niego nie liczcie.

– Odmówił, bo mu tak wypada. Już ja go znam. Nie zechce o niczym wiedzieć, ale rad będzie, jak zrobimy. Ludziom też trudno ufać, pewnychmieć. Jak się zacznie śledztwo, wygadać może głupi albo podły, albo tchórz.

– Przygotujcie sznury, windy, ja wam czterech przyprowadzę. Przypłyniemy łódką jeziorem aż pod ogrody.

– Panienka ma czterech pewnych ludzi? – zdziwił się Skowroński.

– Mam! Czterech Skołubiaków.

Zastanowił się Skowroński, pomyślał, wreszcie się uśmiechnął.

– No, ci to i diabła za rogi przyprowadzą, ale to dzieciuchy słabe!

– Trudno! Moc musi być i znajdzie się. Zresztą niech nam święty Florian sekunduje.

– My też na coś się zdamy! – rzekła Skowrońska wskazując na córkę.

– A gdzie schowamy? – spytał Florek.

– To mniejsza. Jezioro głębokie.

– Ale do jeziora przez klasztor i mury nie przeniesiemy. Trzeba dereszką wywieźć.

– No to rozdzielmy robotę! – rzekła Bronka. – Pan, panie Skowroński, obmyślcie windy, bloki, przygotujcie sznury. Pani Skowrońska z Łusią przyszykują płótna, lniane pakuły, żeby dzwon spowinąć, by głosu nie wydał. Florek zajmie się wysłaniem i przykryciem wozu, ja na oznaczony wieczór przypłynę z moją komendą pod starą wierzbę. Jutro po majowym nabożeństwie dzień postanowicie. Trzeba się spieszyć.

Wstała i oni powstali wszyscy, by ją przeprowadzić. Spojrzała na nich.

– Nie straszno? – spytała z uśmiechem.

– Ot i czego! – odparł spokojnie Skowroński. – Wiadomo, że trzeba zrobić, nie można dać świętości na pohańbienie.

– Mnie tylko straszno tej wojny, co na nas idzie. A może Bóg odwróci! – stęknęła Skowrońska. – Dzwon by im dać, to niedoczekanie tych świntuchów.

– A ja myślę, jak go dobrze schowam, a potem wydobędę i znowu zawiśnie, i będziemy weń grać, grać! – rzekł swym powolnym głosem Florek. – A gdzie schowam, to nikomu nie powiem, chyba w chwili skonania!

– Ot, skonanie mu w głowie, mazgaj – fuknęła rezolutna Łusia.

Wypuścili Bronkę gospodarską bramką na zaułek przy jeziorze i dziewczyna poszła szybko ku wodzie, rozglądając się czy nie dojrzy spóźnionego rybaka z łodzią. A wtem z jakiegoś żydowskiego podwórka wpadła jej pod nogi wielka siwa koza, na której siedział chłopak i pchał uparte bydlę ku jezioru.

– Gaweł! – zawołała uradowana.

Chłopak się obejrzał.

– Ja jestem Paweł, ale to mniejsza. Ot, pomóż mi kozę do czółna dopchać.

– Dobrze, to i mnie zabierzesz, i przy Muraszniku wysadzisz. A po co ta koza?

– A to dla Ewy. Matysowa powiada, że dzieci powinny pić kozie mleko. Sprzedałem ryby Nuchimowi i kupiłem kozę. Pięć rubli kosztuje.

Wspólnymi siłami dopchali kozę do brzegu i wsadzili do łódki. Kupa Żydziaków im pomogła i gapili się starsi. Nikt się nie dziwił tej robocie eleganckiej panny i strasznie oberwanego, bosego wyrostka.

Koza tak się zachowywała niespokojnie w czółnie, że chłopak związał ją rzemiennym paskiem od spodni, a potem zażądał od Bronki paska od bluzy, a gdy odmówiła, kazał jej trzymać bydlę za rogi – i tak odbili na jezioro.

Zziajany, wiosłował sprawnie i klął.

– Mówiłem Gawłowi, żeby mi choć Judę dał do pomocy – to zabrał się znimi na raki.

– Wuj w domu?

– Nie wiem, bom od rana w domu nie był.

– Toś bardzo głodny.

– At, głupstwo. Kozę kazałem wydoić Żydówce na próbę, tom się mleka napił. Dobrze daje, na raz trzy kwarty.

– I wszystkoś wypił.

– Przecie Żydówce nie darowałem.

– A cóż u was się dzieje?

– Do ojca złe przystąpiło. Lekcje nam daje. Dwie godziny rano uczymy się po niemiecku.

– No, no i naprawdę się uczycie?

– Musimy! Obiecał każdemu fuzję prawdziwą.

– A ty umiesz po niemiecku?

– Umiem.

– To dobrze, bo ojciec mówi, że Niemcy wypędzą Moskali i zajmą nasz kraj.

– Słuchaj no, Paweł. Ja do was pojutrze przyjadę, albo lepiej wy wszyscy przyjedźcie do nas, ale żeby nikt o tym nie wiedział.

– A kto ma wiedzieć. Tylko napisz wezwanie do naszego związku na imię naczelnika.

– Do jakiego związku? Kto naczelnik?

– My jesteśmy „Kawalerowie Ciemności”. Naczelnikiem jest Gaweł, bo przeszedł zwycięsko próbę męstwa. Leliśmy mu lak roztopiony na plecy, a on gwizdał.

– Dobrze. Napiszę, tylko potrzymaj kozę.

Znalazła kawałek papieru wśród zwitka nut, nagryzmoliła słów parę i wręczyła mu.

– Czy mamy przyjść z bronią?

– Na razie nie. To będzie narada.

– Podałaś miejsce schadzki, godzinę, hasło?

– Znajdziecie mnie w gaju, za stodołą.

– Co za głupie, babskie gadanie. Musi być oznaczone drzewo – ot, ta narożna sosna, o północy mamy się zejść, sygnał: wabienie kuropatwy.

– Dobrze, tak powiedz Gawłowi. A teraz przybij tu do brzegu, bo mi najbliżej do domu. Ale jak dasz sam radę kozie?

– Kurtą jej łeb obmotam?

– Czemuś tego od razu nie zrobił, a ja się tyli czas męczę z tym upartym stworzeniem.

– Nie chciałem rozbierać się przy damie.

Parsknęła śmiechem, wyskoczyła na brzeg i poszła szybko łąką ku gęstwinie dworu, a chłopak zdjął kurtę i wtedy się okazało, że słusznie się żenował, ile że koszuli miał na sobie ledwie strzępy. Ale zresztą mało co sobie z tego robił, bo skrępowawszy łeb kozy puścił się szybko na przełaj ku piaszczystym górom nad wodą i po półgodzinie wylądował o pół wiorsty od rodzinnego gniazda.

Był to także dwór, a raczej był nim kiedyś, bo teraz była to gęstwina drzew, krzaków, bez ogrodzenia, bez dróg, bez mostów na porosłych rzęsą kanałach. W tej gęstwinie dzikich i owocowych drzew wiły się ścieżki wśród chwastów, aż się dobrnęło do wielkiego murowanego domu, w którym połowa okien była zabita deskami, a ganek wchodowy porosły przepiękne okazy pokrzywy.

Dostawało się do środka bocznym wejściem, widocznie kuchennym, sądząc po ilości śmieci, trzasek, cebrów i zgrai różnobarwnych chudych psów.

Na rozpaczliwe beczenie kozy zaroiło się przed domem. Wypadło trzech chłopców identycznie podobnych do Pawła, Matys spełniający zbiorowefunkcje kucharza, ogrodnika i lokaja, żona jego, wszechwładna Matysowa, i dużo mniejsza od chłopców dziewczynka, siostrzyczka czeredy Skołubiaków.

Powstał istny jarmark. Chłopcy urządzili jakiś indyjski taniec wkoło kozy, Matys rozpędził psy. Matysowa wydzierała płaczącą dziewczynkę, którą bracia chcieli wsadzić na kozę – a wszyscy krzyczeli wniebogłosy.

Na to widowisko wyszedł z domu pan i ojciec rodu, Skołuba, pomimo ciepła w watowanym szlafroku, mały, szczupły, z brodą zwieszoną i głową dawno niestrzyżoną ni czesaną, i najspokojniej w świecie zapytał:

– Który z was był w miasteczku?

– Ja! – odparł Paweł, nie przerywając tańca.

– Gazety masz?

Chłopak zaczął szperać w bezdennych kieszeniach spodni i wydobył zmięty numer. Skołuba porwał skwapliwie pismo i zniknął w domu.

Matysowa po chwili zrobiła porządek. Kozę zamknięto w sionce, dziewczynkę utuliła na ręku i, odchodząc rzuciła chłopcom tonem niepodlegającym kwestii:

– Kto za pięć minut nie będzie w jadalni, ten kolacji nie dostanie. A dziś jest twaróg ze śmietaną.

Było to magiczne zaklęcie. Taniec się skończył, zadudniły w korytarzu bose pięty i wszyscy „Kawalerowie Ciemności” znaleźli się w jadalni, czekając przy krzesłach na ojca.

Matysowa i względem chlebodawcy stosowała rygor, bo otworzyła drzwi dalsze i stentorowym głosem oznajmiła:

– Proszę pana zaraz na kolację, bo mi do doju spieszno.

Zamruczał Skołuba, ale zjawił się z gazetą w ręku, usiadł i, jedząc, dalej czytał.

Chłopcy niewiele nań zwracali uwagi. Pożerali jak głodne wilczęta i opowiadali sobie zdarzenia dnia. Teraz, gdy tak siedzieli spokojnie, widać było, że były to dwie pary bliźniąt, o rok różnicy wieku.

Skołuba ożeniony był z córką Wereszyńskiego i co rok rodziły się im bliźnięta. Pierwszych dwóch nazwano Paweł i Gaweł, drugich Szymon i Juda, na trzeci rok przybył Adam i Ewa, ale Adam umarł zaraz po urodzeniu, a matka w parę dni po nim.

Całą piątkę wychowała Opatrzność Boska pod postacią Matysowej, bo Skołuba całe życie zajęty był archeologią i wertowaniem starych dokumentów, i o nic się na świecie zresztą nie troszczył.

Chłopcy skończyli jeść i rzucili się do drzwi na swobodę, gdy ich powstrzymał głos ojca.

– Jutro w nocy będę was potrzebować.

Milczenie, spojrzeli po sobie i Gaweł odparł:

– Jutro właśnie mamy noc zajętą.

Skołuba aż oderwał oczy od gazety.

– Taak, a gdzież to i czymże?

– Cudza tajemnica, nie możemy zdradzić.

– Zapewne, to chwalebne. Więc może pojutrze będą panowie wolni?

– Nie wiemy, co nam Bronka powie – wyrwał się Juda i jęknął, bo go Gaweł zdzielił pięścią w kark.

 

– Ach więc to z Bronką sprawa? – badał Skołuba.

Ale nikt mu nie odpowiedział, bo cała banda wyrwała się na korytarz i zginęła w chaszczach ogrodu.

Więc Skołuba zawołał Matysa i poczęli tajemniczo szeptać, a potem poszli w głąb domu i dopiero późno w noc udali się na spoczynek.

Matysowa, załatwiwszy kwestię mleczywa, drobiu, trzody, zajrzała do sypialni dzieci i spostrzegła jedno puste posłanie.

Zapaliła tedy świecę i przekonała się, że brakuje Judy.

Z wielkim trudem, prośbą i groźbą rozbudziła obok śpiącego Szymona.

– Gdzie Juda?

– Przy palu męczarni! – sennym głosem odpowiedział.

– Co takiego? Gadaj do sensu.

– Zdradził tajemnicę. Musi nocować uwiązany u pala męczarni, na pastwę czarnych mrówek i moskitów.

– Jezu Nazareński! To szatany, nie dzieci. Gdzieście go zostawili? Gadaj, bo inaczej jutro cały dzień nie dam jeść.

– Za kanałem pod starą gruszą sapieżanką – bełkotał Szymon półsennie i zachrapał.

Matysowa poszła na poszukiwanie w towarzystwie psów i chłopca świniarka. Na jej wołanie Juda odpowiedział płaczliwie, bo mu się czas dłużył i spać chciał.

Był istotnie uwiązany do suchego drzewa, na którego szczycie zatknięta była końska czaszka i dwie wyschłe sowy.

– Moje sznury od bielizny – warczała Matysowa odwiązując skazańca.

– Czemuś nie uciekł, nie wołał ratunku! A to byś do rana tu zmarł! – gderała prowadząc chłopaka do domu.

– Kiedy, wedle naszego zaprzysiężenia, byłem winien! – smętnie, cicho mówił Juda. – Złożyli sąd, przyjąłem wyrok. Tak mi się nieuważnie wymknęło słowo. Matysowa zaświadczy, że mnie sama odnalazła i odwiązała.

– Et, na czysto powariowaliście! Kładź się i śpij. Powiem jutro, co o tym myślę.

Ale gdy rano wróciła z folwarku, już ani śladu nie było po chłopcach, a co najgorsza, że zabrali z sobą Ewę i kozę.

Dziewczynkę kochała Matysowa nade wszystko, więc w wielkiej alteracji poniechawszy pilnych robót, poczęła po ogrodzie szukać, wołać i ledwie około południa odnalazła w jakiejś napowietrznej altanie, skleconej w czarnym starym świerku, gdzie całe towarzystwo zajmowało się fabrykacją łuków i maczug, przy czym Matysowa przekonała się ze zgrozą, że Ewa umie już łazić po drzewach i gwizdać przeraźliwie, wkładając palce do ust.

Zabrała jednak dziewczynkę i uprowadziła ją gderząc i wstydząc. Na pożegnanie Paweł posłał za nią strzałę, która utkwiła w czepcu, nie czyniąc zresztą wielkiej szkody, bo ostrze zrobione było z małego ćwieczka. Gdy przyszła obiadowa pora, chłopcy zdecydowali, że będzie bezpieczniej w domu się nie pokazywać, bo sumienie mieli nieczyste i bali się, że Matys, który był bardzo przebiegły, wymyśli coś, by im w nocnej wyprawie przeszkodzić.

Wysłali tedy Szymona, który zdobył kartofli i chleba, i posiliwszy się przesiedzieli ukryci w gąszczach, do zmierzchu.

Wtedy Gaweł dał sygnał wymarszu. Odbyły się różne indyjskie ceremonie i wreszcie ruszyli jeden za drugim, w milczeniu, uzbrojeni w łuki i maczugi, zresztą bosi i w obdartych kapeluszach, i bardzo pierwotnym stroju.

Na wygonie było pusto, czółno znaleźli i popłynęli.

– Wolno mówić, ale cicho! – rozkazał Gaweł.

Naturalnie z tego pozwolenia skwapliwie skorzystał Juda.

– Wiem, co Bronka powie – szepnął. – Ona nam da do przechowania swoją klacz, bo słyszałem, jak uradnik mówił do Matysa, że mają zabierać konie do wojska.

– To i u nas wezmą? Ot, byłoby dobrze, żeby i nas do koni wzięli. Użylibyśmy wojny, pognaliby na kraj świata! – szepnął łapczywie Szymon.

Spojrzał na Gawła, ale ten milczał.

– Onegdaj mi mówił Florek Skowroński, że widział kozaka czternastoletniego. U nich wszyscy, co chcą, idą do wojska – rzekłPaweł.

– To i co z tego – rzucił ostro Gaweł.

– Ano, może by i nas wzięli.

– Kto? Moskale? A nam co do nich!

Gaweł był brzydki. Nos miał zadarty, usta szerokie, oczy bez brwi, masę piegów na twarzy, ale było coś w tej twarzy, wola i zawziętość. Bliźniaczo doń podobny Paweł różnił się wyrazem. Ten miał wypisane na twarzy niefrasobliwe zuchwalstwo.

– Juda plecie. Właśnie Bronce w głowie kobyła. Może ona myśli partię tworzyć.

– Szwabom pomagać! – ruszył ramionami Gaweł.

– No więc co?

– Idziemy, żeby się dowiedzieć. A teraz milczeć, bo przybijamy.

Zostawili czółno w tatarakach u brzegu i szeroko, okrążywszy dwór, wszyli się w gęstwinę zagajnika poza folwarkiem. Teraz należało czekać nocy, to jednak przechodziło miarę cierpliwości chłopców i Juda zaproponował, że się nieznacznie wślizgnie do ogrodu i sprowadzi Bronkę, pozostali zajęli się szukaniem gniazd.

Zaledwie szarzało, gdy posłyszeli wabienie kuropatwy i zbiegli się do starej sosny. Ale tam na zwalonej kłodzie ujrzeli nie tylko Bronkę, ale i Dziada Zimę, jak nazywali matczynego ojca, pana Melchiora Wereszyńskiego, dla którego mieli wielki respekt i trwogę.

Dziad Zima był olbrzymiego wzrostu, krzepki i prosty starzec, z brodą patriarchy i gęstą siwą czupryną nad czołem. Spojrzał po nich bystro i rzekł:

– Stanąć na baczność!

Chłopcy zszeregowali się, wyprostowali, stuknęli bosymi piętami i patrzyli na dziada.

– Starszy o pół kroku naprzód!

Gaweł spełnił rozkaz.

– Kto jesteście?

Sekunda wahania, krew uderzyła do oczu Gawła.

– Młoda Polska! – odparł.

– Po coście tu przyszli?

– Po rozkaz.

Starzec i wyrostek patrzyli sobie w oczy z jednakim skupieniem i powagą.

– Rozkaz jest ten. Od dnia dzisiejszego przestajecie być dziećmi. Jesteście, jakeście się nazwali: młoda Polska. Byłem od was dwa lata starszy, jakem poszedł w las z myśliwską dwururką na całą moskiewską potęgę. Wiedzieliśmy, że nie możemy zwyciężyć, ale w naszej historii niewoli każde pokolenie rzucało się w walkę bez nadziei zwycięstwa, ale by świadectwo krwią złożyć, że jeszcze Polska nie zginęła. Polska musi zmartwychwstać, i wy tego dożyjecie. Przyszedł czas na was obowiązek spełnić. Od dziś stajecie pod moją komendę.

Tu gorący i gadatliwy Juda nie wytrzymał.

– My też mamy dwururkę i...

Oniemiał pod wzrokiem Gawła i szturchańcem Szymona, a dziad rzekł:

– Starszy, postawisz go z tą dwururką na dwie godziny, za niesubordynację.

– Tak jest! – rzekł Gaweł.

– Przyjdzie dzień, gdy was wyprawię w pole, jak już wyprawiłem waszych braci starszych, Janka i Kazika, którym groziła moskiewska służba. Gdy ci przyjadą do kraju z Zachodu, wy się z nimi złączycie pod jednym znakiem, teraz czeka was inna robota. Na łup jesteście oddani, na grabież wrogów, co będą ustępować pod naciskiem drugiego wroga. Takzrządził Bóg w swej cudownej sprawiedliwości. Oni siebie nawzajem zniszczą, ale i my na zniszczenie jesteśmy skazani. Kamień na kamieniu nie zostanie z naszych siedzib, nędzarze zostaniemy na pustyni. Trzeba ratować, kryć, chronić, co jest najcenniejsze. Jutrzejszej nocy w tajemnicy i cichości musi być zdjęty i ukryty wielki dzwon z naszego kościoła. Czy czujecie się na siłach to zrobić?

– Zrobimy! – rzekł Gaweł.

– Rzekłeś, musi być spełnione. Samochwalstwo – zdrada! Zadanie ciężkie. Lekkomyślnie porywać się i przegrać, to wstyd! Rozumiecie?

Tu Gaweł poczerwieniał i rzekł:

– Rozumiałem, że to rozkaz.

– Tak jest. Bronka będzie z wami. Skończyłem, możecie się rozejść!

Rozprężyli się chłopcy, a dziad wydobył kapciuch z tytuniem, zapalił fajkę i już nie urzędowo otrzymał pocałowanie w rękę i pogłaskał spocone głowy.

– Teraz narada! Jakże wszystko to zrobić.

– Trzeba dopuścić do tajemnicy Florka! – wyrwał się Juda.

– To już zrobione! – rzekła Bronka. – Na jutrzejszą noc postanowione. Robota bardzo ciężka wobec krótkiej nocy.

– Trzeba w dzień zacząć! – rzekł Gaweł. – My tam w dzwonnicy nieraz łapaliśmy gołębie. To i jutro wielkie polowanie urządzim. Ludzie się pogapią i przyzwyczają się. – Mówił powoli, namyślając się.

– Furą się wywiezie! – dorzucił Paweł. – To żeby fura nie zwróciła uwagi, trzeba rozgadać na rynku, że się coś kupiło u księdza czy organisty.

– I to zrobione! – rzekła Bronka. – Kupiłam u Skowrońskich kartofle. Florek ma je przywieźć.

– Dziadziu – ozwał się Szymon – to jeśli nam wszystko popalą, trzeba porobić lochy, pochować broń i te stare armaty co ojciec w błotach znalazł, i miedź, i mosiądz, bo potem dla polskiego wojska trzeba będzie broni.

– Ukrywajcie, chrońcie i spodziewajcie się i polskich orłów na chorągwiach, i zbrojnych ułanów, i wolności.

– A jak Moskale będą zmykać, można będzie paru położyć. Dwururka dobra! – zaśmiał się Paweł.

– Jakże to! Z ukrycia do uciekającego będziesz strzelał?

– A oni tak nie robili?

– Oni to nie my! Daj pokój, na nich idzie dzień pokuty i kary, a nam policzone dni ucisku. No, chodźcie na wieczerzę. Zanocujecie, jutro rano do dzieła.

Dwór w Muraszniku stary, odwieczny, szeroko był rozbudowany, tonął w sadach i starych lipach, tworząc olbrzymi bukiet drzew wśród płaszczyzny piaszczysto-błotnej. Dom sam, za Sasów stawiany, niski, murowany, z łamanym dachem, dużo burz krajowych przetrwał, a trzymał się krzepko, jak i właściciel.