Czarny chlebTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria Rodziewiczówna

Czarny chleb

Opowiadania

Warszawa 2017

Spis treści

Czarny chleb

Jezioro

Kolega Szoll

Pierścień

Starzec

Złota dola

Znachor

Pierwsza kula

W noc grudniową

Jedna droga

Czarny chleb

Pociąg kolei żelaznej przeleciał po moście i wstrząsnął łoskotem martwą ciszę pustkowia. Linia szła przez bagna i rozlewy leniwej rzeki i przerzynała wielki szmat tych mokradeł białą taśmą sztucznego nasypu. Wokoło, jak okiem sięgnąć, był monotonny obszar czarnych wód, niskich łóz i bezdennych torfowisk pokrytych rzadką trawą i siwym mchem. Nikt tu nie kosił ani tu się osiedlał i jedynym mieszkańcem był stróż z dalekiego dworu, pilnujący przylegającego do tych bagien lasu. Właściwie służba jego potrzebna była tylko zimą, gdy lody i mrozy utrwalały moczary, latem nikt tam się dostać nie mógł.

Człowiek mieszkał w szarej, starej chacie, na tak zwanym ostrówku, nie miał ni ogrodu, ni pola do uprawy, więc dla zabicia czasu polował i łowił ryby. Polowanie nie bardzo się udawało, bo strzelbę miał lichą, dworską, kupioną u kowala za dwa ruble, brakło też często prochu i pistonów, ale kosze na ryby sam sporządzał misterne i posiadał łódkę, zrobioną ze starego koryta, więc połów bywał obfity. Rybą się żywił, rybę suszył, i po całych dniach się tym zabawiał.

Zdarzyło się, że niedaleko mostu żelaznego bobrował po rzece, gdy w kwadrans po przejściu pociągu posłyszał na moście jakiś szmer. Podniósł oczy, przesłonił je od słońca i ujrzał w czerwonej łunie zachodu postać ludzką, idącą po szynach. Człowiek wydawał się bardzo drobny wśród żelaznego szkieletu – stróż kolejowy zapewne.

Rybak, nie widujący tygodniami sobie podobnych istot, patrzał nań z ciekawością. Był mu zjawiskiem, czymś bardzo możnym i bogatym. Miał pewnie zapałki, tytoń, mógł dostać wódki, okrasy, z ludźmi się nagadać, i wiedział mnóstwo nowin, bo wracał pewnie ze stacji do swej budki, przy nasypie. Zmrużone od słońca, jastrzębie oczy starego chłopa śledziły szczęśliwca; tak by chętnie doń zagadał, spytał, ale było za daleko, za wysoko.

W samym środku mostu człowiek stanął, spojrzał w czarną toń rzeki – chwilę zamajaczył nieruchomy, czarny pająk na czerwonym niebie – i runął w przestrzeń. Rozległo się tępe uderzenie, plusk wody, okrzyk, szamotanie się tonącego. Chłop instynktownym ruchem chwycił wiosło, odepchnął od brzegu swój statek i cisnął go w stronę wypadku. Jeszcze bełkotała tam woda, burzona walką życia z grobem. Gdy dopłynął, jeszcze coś ujrzał w wodzie, przechylił się, podał wiosło. Dłoń je uchwyciła kurczowo – wydźwignął, porwał za rękaw, potem dłoń mu się ośliznęła po krótko ostrzyżonych włosach, ale zdołał jeszcze uchwycić kołnierz odzieży, gdy ręka tonącego puściła wiosło i całe ciało opadło bezwładem martwoty.

Ale chłop dzierżył kołnierz jak w kleszczach; prąd wody niósł czółno – zepchnął je wnet w zatokę, pod łozy. Tedy chłop, pomagając sobie zębami, wparł je między krze, zsunął się w wodę i wywlókł na brzeg topielca.

– Aaa, jakiś pan! – mruknął zdumiony. Nie dróżnik to był, ale mężczyzna elegancko ubrany, w letnim paltocie i surowym jedwabiu, cienkiej bieliźnie i żółtych półbucikach. Drugą myślą chłopa było, że ratunek był spóźniony i że wyciągnął trupa, i bez nadziei, a tylko odruchowo począł go obracać, trząść i rozcierać, i zdziwił się, gdy wywołał wreszcie krztuszenie i natychmiast potem wymioty.

– Ot, zaczaiła się dusza! – mruknął. – Trza zawieźć do chaty. Odejdzie do nocy! – Złożył go do czółna i począł wiosłować. Byli na środku rzeki czerwonej od zachodu, gdy topielec rozwarł oczy, błędnie się rozejrzał, spotkał utkwione w sobie źrenice chłopa i spytał jakby ze zgrozą:

– Kto wy?

– Ryby łowił przy moście, jak pan spadł. Podpłynął – wyciągnął w porę. Do chaty zawiozę.

Uratowany począł się trząść jak w febrze, oczy znowu zamknął, wyczerpany.

– Zmarzł z lęku! – pomyślał chłop; ściągnął ze siebie siermięgę i przykrył go.

Gdy czółno przybiło do ostrówka, musiał go znowu dźwigać i wlec do chaty. Zmordowany, gdy go ułożył na pomoście z desek przy piecu, gdzie sam sypiał, pokręcił głową markotnie.

– Coś z nim źle się dzieje – pomyślał – ciężki jak ołów i nie patrzy. Może co sobie odbił we środku z impetu! Ciepła mu trzeba.

Napalił w piecu, przystawił do ognia garnek z kaszą, leżącego okrył kożuchem i filozoficznie czekał dalszego losu.

Będzie żyć, to sam o sobie pomyśli, a umrze, no to trzeba będzie dobrnąć na plant kolei – do ludzi – i zdać sprawę. Wolał to pierwsze, bo i ambaras mniejszy, i taki pan pewnie wynagrodzi, i żadnej ciąganiny po urzędach nie będzie.

Wziął się tedy do roboty. Złowione ryby płatał, nizał na łozowe witki, gotował do suszenia, gdy garnek zakipiał, spożył wieczerzę. Na dworze ściemniało, przygasł i ogień, niczym niezmącona letnia cisza nocna ogarnęła pustkę. Chłop zatlił suchą drzazgę i poświecił na posłanie. Człowiek leżał nieruchomo, ale oczy miał otwarte, tępe i patrzał na sufit. Na blask odwrócił je i rzekł:

– Po coś mnie ratował?

– No, co miałem robić. Myślałem – budnik idzie pijany, w głowie mu się zamroczyło. Jakże panu, odeszło?

– Co to za chata? Wieś?

– Nie, to straż dworska.

– Ty tu sam?

– Sam. A pan skąd? Tutejszy? Może kogo sprowadzić albo kartę zanieść?

– Nie.

– Niech pan spróbuje, czy dychać może, czy co we wnętrzu nie zepsute. Ciepło teraz. Trza odzież zdjąć, wysuszyć.

– Zanadto mi słabo. Tak zostanę.

– No, to niech pan do potu się ugrzeje, to jutro całkiem odejdzie. A może panu głodno?

– Daj mi gorącej herbaty.

– Herbaty? Skądże u mnie herbata? Krupnik jest.

– To daj mleka.

– Mleka? Nie ma. Toć tu błota, rzeka. Niech pan odpocznie, prześpi się, to odwiozę pod żelazny most, pójdzie pan do stacji, to tam wszystkiego dostanie. Teraz noc.

– Mnie się spać nie chce. Zostaw zapaloną lampę na noc. Głowę mam bolącą, ciężką, a oczu zamknąć nie mogę.

– Lampy nie ma, rozpalę trochę drzewek na przodzie pieca, a potem miesiąc zejdzie. Sen sam przyjdzie, choć człowiek nie chce. Czasami pilnujesz złodzieja czy zwierzyny i klniesz się, że nie zaśniesz, a sen jak zbój z nóg powali. Co tu już gadać, że przyjdzie do chaty, jak pan leży pod piecem! Zestrachał się pan z tego wypadku, ta tak się zdaje, że rozbudzony.

Chłop rozpalił garść szczap, czas jakiś siedział na ławie pod oknem, mrucząc pacierze, potem podesłał pod głowę siermięgę i legł na deskach. W chacie puste kąty ogarnął czerwono płomień ognia, potem srebrem osnuł miesiąc. Ciszę przerywało chrapanie chłopa, czasem głuche stęknięcie obcego, który nie spał objęty grozą wewnętrznej, dusznej męki. I tak upłynęła noc pierwsza.

Nazajutrz rano chłop znowu zajrzał na posłanie pod piecem. Obcy nie spał, ale spojrzał bezdusznie i słabo się odezwał:

– Zostaw mnie w spokoju. Zapłacę ci za gościnę.

– Może by pan co zjadł?

– Nic nie chcę. Pić mi daj.

Chłop podał mu wody ciepławej, rzecznej w kubku blaszanym, cuchnącym rdzą i rybą. Chory przełknął raz, wzdrygnął się z obrzydzeniem. Potem znowu oczy zamknął i po chwili milczenia rzekł:

– Mógłbyś pójść czy popłynąć do stacji kolei?

– Po wódkę czy herbatę?

– Nie. Wysłać depeszę – i poczekać na odpowiedź.

– Jak zaraz popłynę do mostu, to po południu wrócę. Ale na tej bliskiej stacji nie ma bufetu. Wódki to może po znajomości dostanę, ale herbaty to chyba troszkę naczelnik da.

Sięgnął do kieszeni, wydobył przemokły pugilares, wyszukał jakąś kartkę papieru, ołówek, nakreślił słów kilka. Chłop ujrzał, że w pugilaresie było dużo pieniędzy, i wyprostował się z szacunkiem.

– Migiem się sprawię, proszę jaśnie pana – rzekł, biorąc papier i pięciorublówkę. – Niechby pan pieniądze przesuszył na słonku i odzienie też ściągnął ze siebie. Jak wrócę, to upiorę w rzece.

– Ruszaj żywo i wracaj z odpowiedzią!

Chłop wziął wiosło z kąta i, poruszony widokiem pieniędzy, parł łódkę, ile miał sił. Gdy się znalazł na stałym lądzie, chyżo też pomknął do stacji. Ale w ciągu drogi zdecydował, że najlepiej o wypadku wcale nie mówić, ludzi nie rozciekawiać – wspólników w opiece nie mieć. Więc gdy się znalazł w izbie telegrafu, na tej zgubionej w pustce, nędznej stacyjce, ucieszył się widząc, że dyżurnym jest zaspany pomocnik, niedawno przybyły. Położył papier, pieniądze i czekał u progu. Urzędnik odczytał półgłosem: Buki – doktor Barski. Kiedy pogrzeb Seweryna – Stefan. Potem szukał stacji po księgach, potem wypisał kwit, odliczył resztę i ziewając wziął się do aparatu.

– A czy prędko będzie odpowiedź, bo ja czekam – rzekł chłop. Urzędnik apatycznie ruszył ramionami.

A w szarej chacie na pustkowiu obcy przybysz leżał na ławie bez ruchu, bez woli, bez siły nawet do myśli porządnej. Gdy chłop odjechał, przez sekundę żałował, że wysłał to pytanie bezsensowne, ale odwołać, cofnąć nie miał siły. Potem zapadł na powrót w jakiś letarg. W uszach słyszał jakby słaby szmer sypiącego się powoli piasku, przez powieki zamknięte widział coś, jakby otchłań szaro – burą, pociętą brudno – krwawymi kreskami, w ustach czuł cierpką gorycz. Ręce, nogi, głowa zdawały się ciężkie jak ołów, niezdolne do ruchu, chwilami tylko odczuwał w ciele dreszcz, a w mózgu zawrót – i znowu nic – nic – nic!...

 

Aż z tego śmiertelnego odrętwienia zbudził go szelest u okna, furkot skrzydeł ptasich i świergot. Podniósł ciężkie powieki. Przez stłuczoną szybę wpadła do izby sikora. Goniła owad jakiś i przerażona poczęła rozpaczliwie tłuc do szyby, do słońca, do swobody. Za oknem odpowiadało jej wołaniom ćwierkanie towarzysza, zawtórował też spod strzechy pisk niemowląt.

Człowiek przyglądał się i odczuł w mózgu uderzenia ptasich piersi o taflę szklaną – bólem. I zdźwignął się z ławy, chwilę siedział, pasując się z okropną niemocą, wreszcie wstał, podszedł do okna – otworzył. Sikorka z radosną pieśnią śmignęła na wolę, a ze dworu sunęło do izby wonne, letnie powietrze i rzeźwość rzeki.

Człowiek nie wrócił na posłanie – usiadł na ławce, podał swą zbolałą głowę tej fali słońca, ciepła, mocy natury, i ogarnął go sen. Matka ziemia głaskała go miłosnymi dłońmi, kołysała szeptaną gadką traw, szuwarów, poszumu boru, mruczenia pszczół dzikich, bartnych i niefrasobliwego ptasiego szczebiotu. W słońcu rozgrzane balsamy i żywice woniały, a błękit spokojnego nieba, wszystkie tony zieleni łąk i łóz zabarwiły widmo oczne, starły szarość i błotną krwistość poprzednią. A w uszach zapanowała majestatyczna nuta fal – królewska nuta przyrody. Słońce zatoczyło wielki swój letni łuk i ubrało się w czerwień, gdy głos ludzki zbudził śpiącego:

– Panie, jasny panie, telegrama.

Chłop stał nad nim z papierem w ręku.

Z daleka, jakby z zaświatów, wrócił duch do jawy, nie rozumiejący, bez wiedzy. I nagle jak łuna pożaru objęła błękitne widziadło. Sięgnął ręką po tę wieść grozy i nie czytał. Po co? Zabił człowieka, przyjaciela – umarł – po co pytał o ten pogrzeb, po co? Po co? A chłop układał na stole miedziaki i mówił:

– Może pan się poswarzy, ale ja kupił herbaty i wypił wódki – niedużo, za półzłotkę – a potem się skusił, jak zobaczył u stróża świeży chleb, i wziął za całą złotówkę, a tu wszystka reszta.

Na koszlawym stole położył wielką skibę razowca i nakrył go z uszanowaniem płachetką zgrzebnego płótna. Potem zaczął rozpalać ogień i gwarzył.

– Chleb jeszcze mam, ale już miesiąc jak leży w sieni na półce i skwitł, a ten to prosto z pieca. Próbowałem – smaczny na dziwo. Zaraz nagotuję zacierki – panu pewnie strasznie głodno. Ale chwała Bogu, że już pan zdążył wstać.

– Mówiłeś komu, że ja tu jestem?

– Nikto nie pytał. Pan nietutejszy.

– Nie korciło cię gadać?

– A po co? Żeby pan, broń Boże, pomarł, to by mus był oznajmić, a jak pan żyw, to czy ja głupi pleść, policję jeszcze sobie na głowę ściągnąć.

– Myślisz pewnie, żem rad, żeś mnie uratował.

– Nie? – zdumiał chłop.

– Chciałem zginąć! Rozumiesz?

Chłop popatrzał nań długo, głową pokręcił.

– Tak na pana coś naszło. Aaa... Śmierć sobie pan chciał zrobić. Taki dur! Musiał pan mocno się napić, rozum stracić.

– Nie chcę żyć. Nie będę!

– Jak sądzono żyć, to trza, i ile sądzono. Śmierć sama przyjdzie, nie wolno z niej kpin stroić. Nie chce, to nie weźmie. A pan jeszcze kiedy mnie podziękuje, żem z wody wyciągnął. Pan młody, nie pora zgnić! Niech panu nie będzie obraźliwe moje słowo, ale u nas we wsi dwóch się powiesiło, a te dwa to durnie były i hultaje.

– A byli u was, we wsi, tacy, co by innego człowieka zabili?

– Byli, czemu nie. Każdy człowiek, jak się rozeźli, śmierć życzy drugiemu. Jeden Boga się boi, drugi sądu, a inny, jak się zapamięta, to wali w łeb – i koniec.

– To taki jak się nazywa?

– Rozmaicie. Jak co warte – złości i bitwy.

– A co warte?

– Ot, za ziemię – jak sąsiad zaorał, warto bić. Złodzieja końskiego warto – za swoje, własne, jak kto weźmie.

– A za kobietę?

– Jak to za kobietę? Czy to ona nieżywa, czy zwierzę, co ze stajni po nocy wyprowadzą? I za babę człowieka zabić to głupi grzech. Chłopcy się czasem o dziewkę pobiją – to już znak, że dziewka gałgan, latawiec, a już za żonę, żeby się człowiek źlił na drugiego, to czysta napaść. Babę sprać to racja, boć bez jej woli się nie dzieje. Takiego zabójstwa u nas, we wsi, nie było.

– Ale na świecie bywają.

– Wiem. Ja po świecie bywałem. Po miastach, po kolejach, nawet w Ameryce byłem.

– No i nie zebrałeś pieniędzy?

– Czemu nie. Zebrało się.

– To dlaczego jeszcze służysz?

– Przywykłem. W chacie dosyć rąk, baba umarła, nie chcę dzieciom na karku siedzieć taj próżnować. Z próżnowania i z sytości złe dumki przychodzą. Nie bardzo ja już mocny – zdarł się człowiek w robocie tyle lat, tutaj jeszcze wystarczę.

– Jak się pan nazywa? Czyje to błota?

– Pan to tutaj nigdy nie bywa. We dworze komisarz rządzi. Pan za granicą żyje, mówią. Nikt jego nigdy nie widział. Polanowo skarb się nazywa.

– Polanowo. Toć daleko?

– Daleko, boć to wielkie państwo – het, wszystko wokoło polanowskie. Musi temu naszemu panu rajem być życie.

Obcy słuchał ze zwieszoną głową. Na dworze było już ciemno i bardzo cicho. Świerszcze cykały w łozach, czasem plusnęła ryba w toni, jak skry błyskały w trawach świetliki. Trochę jasności dawał ogień na kominie, mroki zresztą objęły chatę.

– A pan to nawet nie przeczytał telegramy – rzekł chłop.

– Wiem, co w niej jest...

– To po co pan zapłacił tyle pieniędzy. Więcej półtora rubla.

– To ci się zdaje wiele?

– Juści. Dwa pudy żyta można za to kupić, chleba mieć na miesiąc.

– Dałbym sto rubli, żeby tego papieru nie mieć.

– To niech go pan rzuci w ogień czy wodę.

– Ale tego, co na nim napisane, nie zatrze ni ogień, ni woda.

– Oj, panoczku, czego człowiek nie strzyma. Żyć trzeba, robić trzeba i milczeć trzeba. A kartę niech pan przeczyta. Tyłem się napocił, żeby ją dostawić.

Obcy rozwinął machinalnie depeszę; spodziewał się jednego słowa, był ich cały szereg. Wstał tedy, zbliżył się do ognia i czytał: Seweryn żyje – stan groźny, ale możliwość uratowania – doktor ma nadzieję.

Ręce czytającego poczęły dygotać, usta się poruszyły jakby do okrzyku, ale nie dobył się żaden dźwięk – odwrócił się, podszedł do okienka, wpatrzył się w jasną, letnią noc i po policzkach potoczyły się wolno łzy.

Chłop spod oka mu się przyglądał i nareszcie ośmielił się odezwać:

– Zła nowina, panie?

Głos ten zerwał czar, zaklęcie wrażenia. Obcy się odwrócił, objął za szyję chłopa.

– Żyje! – wybuchnął okrzykiem.

Chłop się przeraził, osłupiał, schylił się do jego ręki, chciał pocałować.

– Kto żyje, panoczku?

– Człowiek, którego zabiłem.

– Aaaa. To pan dlatego...

– Żyje, żyje, żyje! – powtarzał.

– To pan dlatego, dlatego! – zrozumiał chłop.

– Słuchaj! Jak ty się nazywasz?

– Ja Symon Pytka.

– Powiedz, co ci dać za to, żeś mnie wyratował?

Chłop się żartobliwie uśmiechnął:

– A wtedy, na skorym razie, to pan gotów był do sądu o to mnie skarżyć.

– I depeszę przywiozłeś – drugi ratunek. Co chcesz, mów. – Sięgnął, otworzył pugilares.

– Ot, czemu pan nie wysuszył papierków? Jeszcze nie przyjmą.

– Mniejsza, dam ci innych, prosto z banku.

Chłop się zamyślił.

– Dobre i pieniądze, ale mnie nie trzeba. Dzieciom dam, będą myśleć, że co schowałem, będą pytać, dokuczać, prosić. Rozejdzie się słuch po ludziach, że u Symona grosze są, jeszcze jaki gałgan w nocy, bez pory udusi w pustce. Ot, żeby pan znał naszego pana, to by ja o coś poprosił.

– Waszego pana – znam! – uśmiechnął się obcy.

– To tak, jak go pan zobaczy, to niechby on dał kartkę do komisarza, że strażnikowi Symonowi Pytce wolno trzymać pszczoły w lesie, ile chce pni.

– Jak to?

Chłop się obejrzał i głos zniżył:

– Panoczku, ja już pszczoły mam. Po lesie, ale potajemnie. Skarb nie pozwala, ale ja nie mógł wytrzymać, pięć kłód na sosny zaciągnął. Jak kto dopatrzy, zrzucą, i mnie odprawią. Pan nie wie, jaka to mucha kochana.

– Będziesz miał pozwolenie. Ale toć głupstwo. Mów więcej!

– Jakoś nic do głowy nie przychodzi. Ot, niech pan teraz jak odszedł, o tym nie myśli. Niech się pan raduje!

– Popłyniesz jutro znowu z depeszą. A teraz daj mi jeść.

Chłop sięgnął do pasa, otworzył kozik, ukroił funtowy klon razowca, postawił na stole dymiącą misę, podał drewnianą łyżkę. Obcy wraził zęby w chleb, odczuł głód i prostą pierwotną rozkosz pożywienia. Nie znał ani głodu, ani smaku czarnego chleba, który miał w sobie czerstwość skiby rolnej, zapach kłośnego pola, wilgoć rosy wieczornej. Zdawało mu się, że chleb ten jest tym samym powietrzem, słońcem, które karmiło jego płuca w dzień, że jest mocą ziemi. Jakby hymnem uroczystym wydał mu się powolny, namaszczony głos chłopa:

– Jadło najpierwsze i najstarsze, najważniejsze ten chlebiec święty. Do chrztu jak dziecko niosą, już mu kęsek na tę pierwszą drogę dają – i całe życie, progu chaty w drogę idący nie przestąpi bez chleba.

Młodzi weselnicy go całują, od matki odchodząc, i na nowe osiedlisko przed nimi bochen swaty do izby wnoszą. A w trumnę człowiekowi kładą ostatnią skibkę. Chlebiec święty, dobrodziej żywiciel – całe w nim bezpieczeństwo i zdrowie. Powiadają niektórzy, że tyle się nad nim nabiedzisz, że aż gorzki się stanie, ale to gardło gorzkie u takiego. Chleb zawsze dobry, a tylko człowiek bywa jadowity. A ja nawet powiem, że im się więcej nad nim nabiedujesz, to smaczniejszy. Trzydzieści lat ja jego hodował, to różnie pamiętam. A zaczął, jak miał dwanaście roków; na Piotra, we środę ojciec umarł, a jak już świeczkę w ręce mu dali, to jeszcze stęknął i powiada do matki: – Żyto zeżniesz i zwieźć nie sztuka, ale bardzo mi ciężko pomyśleć, czy chłopiec zdąży i potrafi roli dogodzić, i posiać. Straszno mi, czy będziecie na drugi rok chleb swój jedli. – A potem do mnie powiada: – Pamiętaj, w czerstwą rolę siać, a przygarść bierz wielką i szeroko rzucaj, a brony nie szkoduj. A ziarno na siew lekko okłóć ze snopa, pośledniem, ziemi nie mań. A byki szanuj jak gospodarzy.

I tak mnie nauczał do ostatniej chwili. Świeć, Panie, duszy jego.

Chłop umilkł, dalekim wspomnieniem skupiony.

– I jakże ci poszło? – spytał obcy.

– Bóg dał, potrafiłem. Matka była sokół baba – duża, mocna, małomówna, jak nigdy baby nie bywają. Mnie też wzięła w ręce robota – mus i taki hambit, że ja mały, a gospodarz. Jak pierwszy raz jarzmo włożyłem na byka, sochę na jarzmo i wyszedłem w pole między oracze, to taką fanaberię czułem, jakby mnie wójtem obrali. A z lęku, żeby się z mej roboty nie naśmiali, to zebrałem w siebie taką siłę, taką ryzykę, że myślałem, żyły spod skóry wyskoczą. A najbardziej się lękałem, czy byki mnie posłuchają, za gospodarza przyjmą. Byk oracz ma wielki rozum. Broń Boże, poczuje głupie ręce, słabe plecy!

Chłop się uśmiechnął na te wspomnienia.

– Ale cię przyjęły, nie poznały się?

– Bo ja się zrobił od nich chytrzejszy. Myślę: ja nie umiem orać, a wy umiecie, to wy mnie uczcie! Ani krzyczał, ani poganiał, ani tuzał. Żyły napiął na rękojeściach sochy – trzymał, pogwizdywał – niby świadomy rataj, na zawrocie przeniósł, założył – oszukał byki, one mnie nauczyły – po ojcowsku bruzdy się pilnują. Dziwowali się ludzie, mówili: nieboszczyk sierocie woły powodzi!

A i pomnę, lato też Pan Bóg dał na cudo, na dziwo – na sierockie szczęście.

Jak zasieli ludzie i ja wyjechał w pole ze ziarnem. Przybiegła matka, opasała mnie siewną płachtą, nasypała zboża, zdjąłem kapelusz, stanęli my na pierwszym zagonie, zmówili Ojcze nasz, pobłogosławili, wspomnieli nieboszczyka i poszedłem w bruzdę.

A serce to się tak tłukło we mnie jak ptaszek, jak do chaty z przypadku wleci. Matka została na miedzy i patrzy, i uważa, i sąsiedzi się też przyglądali ze swoich zagonów. A mnie gorącość do oczu biła, i tak się staram, jak ojciec uczył garść ziarna zaczerpnąć, ile zdzierżę, i szeroko, równo ziemię obdzielić, a po czerstwej roli żyto chrząści jak to kadzidło, co na węgle cisną. A choć i krok, i garść nieduże były, zeszło zboże równiutko, w samą miarę.

 

Oczami ja każdy kieł pasł, zda się, ździebełko każde znał, a wedle obyczaju słomy krzynę ze święconego wianka na skraju swego sznura usłał, żeby Pan Bóg – jak stanie błogosławić runie – miał pod stopy czysto i miękko.

To – co zabiegnę na zagony – patrzę, czy nie ma znaku boskich stopów na słomie; i zda się je widział. A jesienią mrozu wyglądałem, żeby nie wyprzało, a zimą śniegu pierzyny, by nie zmarzło, i ledwie wiosny doczekał, by zobaczyć: czy żyje, czy rusza w górę, czy mu nie za mokro, czy wiater nie za chłodny. A potem każdej chmury prosił, by go nie zwaliła za mocno, by nie zbiła gradem, a jak okwitło i dojrzało, szkodowałem jak mąż żony brzemiennej!

Aż matka, bywało, z oczu mi czyta niespokój i swarzy: – Co ty taki truśliwy, za chmurami ino głową kręcisz. Co Bóg da ludziom, to i nam.

Alem ja dopiero odetchnął, jak kopy pod dach schował, a snopy były takie ciężkie, że widły podnosząc, krzyżów odgiąć ledwie, ledwie. No, bo i co mnie było: trzynaście roków i sam jeden chłop w chacie. I pola zrobić, i chudoby dopatrzeć, a z gminy gonili na stójki, na szarwarki, na wszelką powinność. Do dworu też odrobki były – nie tyle, co teraz, bo wtedy stary pan sam rządził, każdego we wsi znal i niedużo liczył i za paszę letnią, i za gałęzie na opał zimą. Świeć, Panie, nad jego duszą – ojciec był!

Ale nawet matka, choć sroga była, szkodowała mnie w gorący czas i jakiem pierwsze zboże na chleb omłócił, powiada: – Na wiatrak zawieź!

Ale mnie i miarki z niego szkoda było oddać – wysypałem w żarna, stałem mleć, choć ze zmęczenia trzęsły się ręce i palce odpadały od mlona. I tak doprowadziłem ten mój pierwszy chleb od nasienia do dzieży. I takiego smaku jak w nim to potem tylko jeszcze dwa razy na życie smakowałem!

Chłop przestał, zdziwiony nieruchomością obcego. Oparty o ścianę, z przymkniętymi oczami zasnął może po męce tych dni, a może osłabł. Ogienek dawno wygasł na skraju pieca, chłop przyłożył parę szczapek.

– Może by pan już spoczął! – rzekł z cicha.

Wtedy gość ocknął się, spojrzał na płomień.

– Ja spoczywam. Tak mi dobrze. Powiedz dalej, więcej o tym chlebie.

– To niech pan dozwoli lulkę zapalić. Z łaski pańskiej tytoń jest.

– Pal, bracie, i gadaj.

– Ten drugi ciężko doczekany chleb szmat później był. Matka pomarła – u mnie żonka trzeciego syna karmiła. Urodzaj tego roku był taki bogaty, że starzy ludzie takiego nie pamiętali. Po siewach już było jesienią – baby się lnem zabawiały.

Jednej nocy spałem mocno, bo po drwa jeździłem daleko i zmordowałem się, aż tu ktoś w szybę tłucze, coś woła. Schwyciłem się z ławy: w oknie łuna, a na dworze już krzyczą: gwałt, gwałt – sioło gore. Porwała się żona, pobudziły się dzieci – wylecieliśmy na dwór bosi, w koszulach tylko, ehe, już sąsiada gumno się pali.

Żona porwała poduszkę, kołyskę z dzieckiem, ja skoczyłem do chlewu, do bydła – a tu już nasza stodoła w ogniu. Wypuściłem byki – rozumne, a krowa od cielęcia ani rusz. Jeszczem czas miał to cielę wypchnąć i ją gwałtem, a ogień wpadł na strzechę, wicher wierzeje zatrzasnął; została jałowizna, owce, kobyła źrebka dwuletnia – przepadły. I takeśmy zostali – pięcioro dusz, bosych i gołych na tej pogorzeli.

– Nie dostaliście ubezpieczenia ogniowego?

– Dali trzydzieści rubli z gminy. Oj, panie, pieniądze ognia nie zapłacą. Piętnaście lat ja ten pożar odrabiał. Trza było byki i krowę sprzedać za byle co, kobieta się rozchorowała, dziecko zmarło, zimowaliśmy jak bydło – w szopach u tych, co zostali, trza było żebrać, a najbardziej głodem przymierać. Taki rok przebyć to jak innych dziesięć.

A i starego pana we dworze nie stało, pomarł, nie było do kogo po ratunek iść. Komisarz rządził za młodego, który nigdy nawet do tych majątków nie zaglądał. Poszli my do komisarza – ręce rozłożył: ja sługa – dostańcie od pana kwit, dam drzewa, zboża, sam nie mogę. A gdzie było szukać tego pana po świecie. Doradził komisarz, żeby prośbę słać! Napisał pisarz – podpisał się, kto umiał, a każdy za siebie krzyż postawił – i posłali. Czekaliśmy odpowiedzi jak wiosny, ale i dotąd nie przyszła. To, panie, ten chleb, cośmy zebrali po tej nędzy, tom go jadł i z radości łzy razem łykał, że już on mój, własny – nie kupny, nie proszony, nie wyżebrany. I znowu roki biegły. Chłopcy porośli, ciasno się zrobiło i w chacie, i na polu – wzięła się swarka i w jakiejś bitce z sąsiadem syn starszy jego chłopca kijem po głowie zdzielił, że omal nie został na miejscu. Zrobiła się sprawa – miał chłopak mój na rok do więzienia iść; myślę, on młody, szkoda i strata, między aresztantami aresztantem się zrobi – i niesława, i zagubienie duszy. Więc jakoś świadków uprosiłem – na mnie donieśli – i poszedłem za syna na pokutę.

Oj, chleb tam, panie, gorzki i cuchnący, w gardło nie lezie, a nuda kości przejada. To jakem swój czas odbył, zdało się, z piekła się wyrwał. Na jesieni puścili – ciemnym wieczorem do wioski doszedłem. Słucham, węszę, bo ćma była i deszczyk siekł. Słyszę ludzki gomon, i gęsi po chlewkach gęgają, studnie skrzypią, po chatach się świeci, dym czuć – i chleb świeży. Zradniałem, jakby dziesięć lat kto z pleców zdjął, wchodzę do izby, witają radzi – i dzieci, i wnuki malutkie. A na stole bochny leżą – tylko co synowa z pieca wyjęła – jeszcze ciepłe, pachnące; wielkie bochny na klonowych liściach.

Zrzuciłem w sieni turmą cuchnące łachy, zasiadłem do wieczerzy – i to był taki znowu pamiętny chleb, panie, na cudo smaczny.

– A dlaczegoż teraz nie gospodarujesz na swoim?

– Bo już ja swoje odrobił, panie. Czterdzieści lat zagonów swoich pilnował, ziemię i dobytek szanował, dzieci pohodował, co sam umiał, ich nauczył, podzielił, słabszym sam dopomógł, silniejszym nie dał mniejszych skrzywdzić, odsłużył w gminie setnikiem i starostą, jedną córkę, co była, za mąż oddal – wszystko sprawił, co matka umierając przykazała spełnić. Podumałem – mocy jeszcze trochę ostało, można popanować. Ze dworu przysłali – może kto tu za stróża się zgodzi. Młodzi niechętliwi byli – prawią, że nudno – a mnie chęć wzięła.

Lubo tu latem cicheńko, tajnie, spokojnie. Panowanie istne, wola i dola. I dumka się plecie, i moc się nie rwie. Wspomina człowiek lata, wspomina troski, roboty, wspomina ojców i sąsiadów, i dzieci, i sprawy różne, i uciechę ma, że tyle tego i odrobił, i wybiedował. I bez kłopotu sobie na koniec żyje, nikomu miejsca nie zawala, a jeszcze zimą, jak do swoich zajrzy, to grosz ma tknąć – najpotrzebniejszemu. Bogu niech będzie chwała, na wiek ja swój nie narzekam i nie obejrzał się, jak żywot zbył.

Gość wstał, wyprostował się, przeciągnął. Spojrzał po sobie i skrzywił się.

– Do czegom ja podobny! – mruknął.

– Ja pana prosił, by te odzienie zrzucił. Mam przecież bieliznę czystą, a te szmaty trza uprać. Smakował panu chleb, niechże pan spróbuje lnianej naszej koszuli.

Ze skrzynki dobył zwitek bielizny, a gość z uśmiechem sięgnął, wziął w ręce szarawą, gładką tkaninę, pachnącą jeszcze lnem i dymem chaty. Gdy się jej ciekawie przyglądał przy świetle ognia, chłop począł znów gwarzyć swym spokojnym głosem, co przypominał poszum zbóż w cichą letnią pogodę:

– To jeszcze z żoninego trudu – i starczy do trumny. Zostawiła mi pełną skrzynię, a obdzieliła dzieci wszystkie, a czasem i sprzedała trochę, jak bywał ciężki przednówek. A szmat się spaliło w chacie wtedy! Nie było we wsi drugiej baby tak chytrej do lnu, jak moja. A pamiętam, że ja jej brać nie chciał – na siłę matka kazała – i myślę, że żaden chłop nie pozna się tak na babie, jak druga baba. Chytrość w nich jednaka, to i znajomość lepsza. Ja po wieczorkach i muzykach dziewki upatrywał, a one po polu i po chatach. Mnie się spodobała coraz to inna, a jej tylko jedna. To jak umyślili swaty słać, to ja w głowę się drapał z namysłu: i ta ładna, i ta bogata, i ta zęby szczerzy, i ta głos cienki ma, a ona od razu prawi: – Będziesz Marynę brał.

Aż mnie coś rzuciło: bo to i ospowata była, i mruk, i raz tylko my ze sobą gadali, i to mi w pysk dała. Tak ja naprzeciw matce stanął, uparł się: jak Maryna, to i żenić się nie chcę. A matka jak nie porwie za kociubę, jak nie stanie mnie walić – zasłaniałem się, uchylałem, a w końcu do drzwi i w nogi.

No i stanęło na matczynym, bo co było poradzić. Pobraliśmy się na jesieni, a jak do roboty się wzięła, widzę, że matczyne oczy dobrze wypatrzyły, matczyna głowa dobrze wydumała. A po roku ludzie wszystkie mnie zazdrościli. Kobieta była zdrowa jak rzepa, a w robocie mocna jak koń i największa osobliwość, bez języka. Bo nie ma na całym świecie gorszej choroby jak babski język. Nigdy swarów, nigdy jazgotu. Jak do serca jej doszło, to waliła, ale dwóch słów próżnych nie powiedziała, a matkę szanowała jak rodzoną.

Przez to niegadanie to i roboty mogła tyle sprawić – bo robota babska to niby nic, ot, jak te nitki w płótnie, zda się głupstwo, ale co tego naprząść trzeba na jedną koszulę. Tylko że mało takich, co by jej podołało, a najbardziej z ich gadania mitręga.