Szkarłatna łunaTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

ANNA SLOTORSZ / artnovo.pl

Fotografie na okładce

© Joanna Czogala/Arcangel Images

© robertdering/Adobe Stock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

SZTAMBOOK KAROLINA BOROWIEC-PIENIAK

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Maria Paszyńska, Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Motto cytowane za: Anna Achmatowa, [Już na białym progu raju...], tłum. Seweryn Pollak w: tejże, Poezje, wybór i posłowie Jadwiga Szymak-Reiferowa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981.

ISBN 978-83-245-8469-7

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

1922

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

1923

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

1924

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Posłowie

Źródła cytatów

Piotrowi...

„A gdy chmury, jak po bitwie,

Płyną we krwi, purpurowe,

Moje słyszy on modlitwy

I miłości mojej słowa”.

Anna Achmatowa, [Już na białym progu raju]

Moje życie musiało się wydarzyć w międzyczasie, gdzieś wpośród całego zgiełku sztormów targających światem i burz w nas samych. Nie mogę pojąć, jak doszło do tego, że wszystko już za mną. Do dziś nie udało mi się określić granicy, za którą „teraz” bezpowrotnie przemienia się we „wtedy”. Czas jest największą tajemnicą każdego ludzkiego losu. Każdą ważną sprawę w końcu uczyni błahostką.

Z mojego życia pozostały już tylko strzępki, urywki, pojedyncze nici zdarzeń. Obrazy porzuconych przedmiotów i samotnych ludzi opuszczonych niecelowo, lecz nieodwołalnie, zagubionych w czasie.

Najpierw było tak mocno, intensywnie, tak wiele wszystkiego, że z trudem szło wytrzymać przenoszenie bagażu codzienności od wschodu do zachodu słońca. Z czasem świata wokół mnie ubywało i owego wszystkiego zaczęło się robić jakby mniej, coraz mniej i mniej. Kiedy to się stało? To pytanie powraca do mnie jak fala, lecz wciąż nie znajduję odpowiedzi. Nie potrafię wskazać konkretnego momentu dnia czy choćby pory roku, jakiegokolwiek punktu zaczepienia, za którym można by wyraźnie uznać życie za minione, ostatecznie i nieodwołalnie przeżyte. Człowiek nie zauważa powolnego znikania, dostrzega dopiero brak. Budzi się ze snu, otwiera oczy i odkrywa, że już nic nie jest takie jak dawniej; został sam ze swoim zdziwieniem. Jego świat przeminął. Pustka jest bardziej widoczna niż ubytek – i tylko jej nie sposób zagłuszyć. Jest głośna, choć nierzeczywista. I tak trudno w nią uwierzyć, gdy przecież jeszcze przed chwilą zaledwie było wokół tyle gwaru.

Gdy pojmiemy, że to już, teraźniejszość brzmi jak fałsz, jest obca, nierealna. Przecież moje życie było – wtedy? Z kim mam iść? Po co dalej, skoro nie ma już nic więcej, na co warto by czekać, czego chciałoby się pragnąć? W jakim celu stawiać kolejny krok, jeśli wszystkie drogi przeszliśmy już dawniej razem, a nie ma powrotu na tamte szlaki?

Najprawdziwsze są głosy w mojej głowie. Echa przeszłości, które wciąż domagają się uwagi, przypominają o tym, o czym nie mam odwagi pamiętać. Tyle krzywd. Tyle łez. Ból. Rozpad. Fałsz. Niedotrzymane słowa i roztrzaskane serca. Cierpienie niezasługujących na nie.

Tak mało prawdy, tak mało piękna miało to moje jedyne życie. Lecz czy ktokolwiek, dostawszy wybór, na moim miejscu podjąłby inną decyzję? Nie, z pewnością poszedłby tym samym szlakiem, ku zatraceniu. Cierpienie jest bowiem nieodłącznym elementem szczęścia, konstytutywnym elementem miłości.

Kochać i być prawdziwie kochanym, choć przez kilka chwil, to najwspanialsze, co może spotkać kluczącego po omacku przez życie człowieka. Nie ma nic prawdziwszego i potężniejszego niż ludzka miłość. I namiętność.

Namiętność jest wiatrem. Rzuca w różne strony, popycha naprzód lub zatrzymuje, uwstecznia. Nigdy jednak nie pyta, czy tego chcemy, czy się zgadzamy. Panuje niepodzielnie, a nam nie pozostaje nic innego, jak wycofać się, poddać, wiedząc, że każda próba walki skazana jest na klęskę.

Czasem – tak dawno, gdy byliśmy jeszcze razem – wracało do mnie pytanie, które wydawało mi się nierzeczywiste, tak niedorzeczne, że nieomal śmieszne. Dlaczego czuję się tak, jakby od przetrwania tej naszej małej miłości zależały losy całego wszechświata? Jakież ona ma znaczenie wobec wszystkich nieszczęść ludzkości, z całą jej biedą, strachem, nienawiścią, przemocą, wojnami, klęskami, rewolucjami, powstaniami? Przecież kochając, niczego nie zmienimy, jest nas mniej niż garstka. Wobec ogromu zła i cierpienia miłość dwojga ludzi wydaje się lżejsza niż babie lato, a mimo to dla tych dwojga... Dla nas dwojga nie liczyło się nic więcej. To uczucie było naszym wszechświatem.

Młodość i miłość napełniają człowieka wiarą we własną nieśmiertelność. Tak szczęśliwym ma on być już zawsze, już zawsze doświadczać takiej pełni. A jednak pewnego dnia przychodzi przebudzenie, gdy nasze życie z objęć namiętności we władanie bierze pustka. Młodość ustępuje miejsca starości, pełnię zasysa niebyt. Pewnego dnia budzisz się i już wiesz, że nigdy więcej nie będziesz młody. Pozostaje tęsknota za tym, co przeminęło. Ból, dotąd nieodmiennie ustępujący, nie opuści cię, żal przeniknie każdą twoją myśl, ale ty wciąż uparcie będziesz trzymać się życia, poszukiwać w nim czegokolwiek, czego mógłbyś się uchwycić – w nadziei, że pewnego dnia odnajdziesz to, co utracone.

 

Młodość i miłość, przede wszystkim miłość, są kategoryczne. Nie ma w nich miejsca na wahanie, niepewność, kwestionowanie, jakiekolwiek pytania – poza tym jednym: czy i ty mnie też? Wszystko musi być jednoznaczne, niepodważalne, ostateczne. Głęboka czerń naprzeciwko oślepiającej jasności bieli. Miłość czyni z nas ludzi skrajności. Stajemy się zwielokrotnieni uczuciem, choć wciąż po ludzku osobni. Tak było z nami. Moje ja zatracało się bez reszty w twoim, dusze mieszały się ze sobą, ciała stapiały w jedno. Wymykaliśmy się każdej dostępnej definicji tożsamości, wciąż będąc nami.

Chcę krzyczeć. Wyć z bólu za bezpowrotnie utraconą połową mojego jestestwa, zastąpioną fantomem wspomnień.

Nie mogę zacząć od początku. To nigdy nie było możliwe, choć dopiero teraz, u kresu mych dni, to rozumiem. Walka o kolejny oddech, następny przeżyty dzień i poszukiwanie w nim sensu były bezcelowe. Bez połowy duszy nic nie może być jak kiedyś.

Zabicie miłości jest największą zbrodnią, bo po pogrzebanym uczuciu nie pozostaje wiele z tego, kim było się niegdyś. Jedynie opowieść, dowód, że jednak istnieliśmy naprawdę. Przechowuję ją, strzegę jej, lecz wkrótce nie będzie już nikogo, kto by o nas pamiętał. Wtedy pozostaną już tylko słowa, które nie mogą nie mieć znaczeń, a jednak nie są nawet namiastką prawdy o nas.

Pamiętasz? Ileż to razy zastanawialiśmy się, o czym będzie opowieść naszego życia? Pragnęliśmy poznać przyszłość, a jednocześnie się jej lękaliśmy. To, co pozostawało tajemnicą, mogło kryć w sobie niebezpieczeństwo, stratę, wszystko, czego obawialiśmy się najbardziej. Nie wiedząc, co przed nami, baliśmy się utracić to, co mieliśmy w trwającej właśnie chwili.

Dziś, nie mając nic do stracenia, nie boję się już niczego. Nie mam nic poza nieukojoną tęsknotą. I opowieścią.

1922

Rozdział 1

Tego wieczoru Kazimierz wrócił do domu później niż zwykle. Czasem po całym dniu spędzonym przy stole kreślarskim na projektowaniu silników dla bolszewickiej floty wojennej zdarzało mu się zostać dłużej w pracowni. Koledzy wychodzili w pośpiechu, by wrócić do żon i dzieci, a on przysiadał przy ogromnym oknie, właściwym industrialnym budynkom, i w popołudniowym świetle rysował coś w szkicowniku. Najczęściej były to portrety, które jeszcze przed opuszczeniem terenu stoczni wrzucał do któregoś z mijanych po drodze pieców lub koksowników. Kreślił miękkim ołówkiem zarys szczęki, kształt nosa, owal twarzy, linie ust kobiety, która co noc nawiedzała go w snach, do której tęsknił w każdej minucie swojego życia. Tylko oczu Anastazji nigdy nie udało mu się oddać, a to właśnie jej spojrzenia brakowało mu najbardziej. Poirytowany zgniatał kolejne kartki z niedokończonymi rysunkami. Szkicując, nie zauważał upływu czasu, jak człowiek, który zanurza się w najpiękniejszy sen. Gdy wrzucał zmiętą kulkę papieru w płomienie, czuł, jak miejsce rozmarzenia wypełnia rezygnacja, a potem, powłócząc nogami, wlókł się z powrotem na Bulwar Angielski, gdzie w sypialni, skrzętnie ukryta, czekała na niego fotografia, którą wykonał w dniu zniknięcia Anastazji.

Oddał palto służącej i spóźniony ruszył wprost do jadalni Birsztejnów. Wkrótce znalazł się w przestronnym pokoju, gdzie przy długim, suto zastawionym stole siedzieli wszyscy domownicy. Nad porcelanową zastawą i kryształowymi kieliszkami, przy akompaniamencie srebrnych sztućców, pobrzękujących dyskretnie, toczyły się prowadzone monotonnymi głosami rozmowy. Ucichły jak przecięte wyjątkowo ostrym nożem, gdy tylko stanął w drzwiach.

– Kazimierzu! – zawołała Tatiana i odłożywszy serwetkę, ruszyła witać męża. – Nareszcie jesteś, kochany!

– Nie zamierzasz przebrać się do kolacji? – spytała w tym samym momencie jej matka. Pani Birsztejn w jednej chwili wyraźnie spurpurowiała, jakby nagle brakowało jej tchu, a jej oczy ciskały iskry w kierunku zięcia.

– Mamo... – jęknęła błagalnie Tatiana, zatrzymując się w pół kroku i odwracając w jej stronę. – Przecież jest tak późno, a Kazimierz dopiero wrócił do domu...

Stawicki skrzywił się lekko. Nie znosił, gdy prowadziły takie rozmowy, zupełnie jakby nie było go w tym samym pomieszczeniu lub przeciwnie – jakby był dzieckiem całkowicie pozbawionym prawa głosu, o którego dalszym losie musi rozstrzygnąć ktoś starszy i mądrzejszy. Żadna z kobiet nie zwróciła jednak na niego uwagi.

– W tym domu obowiązują pewne zasady, moja droga – oświadczyła pani Birsztejn. – Nie muszę tego chyba za każdym razem przypominać...

Kazimierz z trudem powstrzymał drwiący uśmiech i uszczypliwą uwagę, która cisnęła mu się na usta. Miał wyjątkową chęć wygarnąć teściowej, że i tak przy każdej możliwej sposobności podkreśla wszystkie te niedorzeczne reguły, rodem z minionego już świata, jakby miała nadzieję, że dzięki nim jej mąż i zięć, obaj bez wyśnionego przez nią arystokratycznego pochodzenia, zmienią się w prawdziwych książąt. Często zdawało mu się, że dla matki Tatiany żadna rewolucja nigdy nie miała miejsca – wciąż usiłowała ona żyć tak, jakby na świecie byli ludzie lepsi i gorsi, przy czym tych ostatnich stanowczo należało na każdym kroku nawracać na właściwą ścieżkę.

– Do kolacji zasiadamy w określonych strojach – ciągnęła tymczasem pani Birsztejn. – I, co ważniejsze, przybywamy na posiłki punktualnie.

– Mamo, Kazimierz pracował... – odezwała się ponownie Tatiana, ale małżonek nie dał jej dokończyć.

– Pójdę się przebrać – rzucił krótko i z pewną ulgą cofnął się do wyjścia. Odnotował bowiem, że byli już po przystawkach i zupie, a zatem jeśli udałoby mu się szykować odpowiednio długo, być może dołączyłby do towarzystwa dopiero w okolicy deseru, czym maksymalnie skróciłby sobie męki.

W rodzinie Birsztejnów kolacje jadano co dzień wspólnie i niejednokrotnie, zwłaszcza gdy kogoś zapraszano, przybierały one postać niewielkiej uczty.

Dziś gościem był Borys Bogdanow. Mężczyźni skinęli sobie dyskretnie głowami ponad stołem, gdy Tatiana rozmawiała z matką. W przeciwieństwie do Stawickiego Borys zdawał się szczerze ubawiony całą sytuacją.

Kazimierz na widok przyjaciela doznał pewnej ulgi. Cieszył go fakt, że Bogdanow w tych dniach często bywał w domu Birsztejnów. Niejednokrotnie przeszło mu wprawdzie przez myśl, że przyjaciel wykorzystuje ich relację, by w jakimś sobie tylko wiadomym celu raz po raz bezkarnie zaglądać na Bulwar Angielski, lecz w rzeczywistości obchodziło go to równie mało jak druga poczyniona obserwacja, z której wynikało, że Borys nadzwyczaj dużo uwagi poświęca Tatianie. Stawicki dostrzegał rzucane w jej stronę spojrzenia, słyszał komplementy, których przyjaciel nie szczędził jego żonie, słyszał zagajanie rozmów na zajmujące ją tematy i to, że Borys zawsze miał na tę sposobność przygotowaną jakąś ciekawostkę. Nie mógł powstrzymać się przed cynicznym uśmiechem, gdy patrzył, jak potężnie zbudowany przyjaciel usiłuje wziąć na ręce Karola, popatrując w tym czasie na jego matkę, wzruszoną okazywaną jej dziecku czułością. Nie, Kazimierz nie podejrzewał Bogdanowa o głębsze uczucia

Teraz, gdy coraz częściej miał wrażenie, że już przeżył swoje życie, spoglądał na Borysa z większym dystansem, a to pozwalało mu widzieć więcej, wyraźniej. Obecnie w Bogdanowie drażniło go niemal wszystko – oprócz jego wyraźnego przywiązania do Birsztejnów. Niewykluczone, że wynikało ono z tego, że Borys nie miał już własnej rodziny. Matka odumarła go niedawno, brat poległ w czasie rewolucji bolszewickiej, był więc – tak jak i Stawicki – sam na świecie. Być może jednak kryła się za tym kolejna z tajemnic Borysa.

I wcześniej Kazimierz po wielokroć miewał przeczucie, że nie wie o przyjacielu wszystkiego, lecz odkąd znów mieszkali w Petersburgu, przestał w ogóle się tym przejmować. Zaakceptował fakt, że ich drogi częściowo się rozeszły. Borys prowadził rozmaite interesy, on sam chciał się dalej uczyć, a z czasem i pracować, wykorzystując pozyskaną wiedzę. Nie przeszkadzało im to jednak nadal grać w karty i przy butelce wódki wspominać dawnych czasów, szczególnym sentymentem obdarzając okres wspólnej walki podczas wielkiej wojny. Kazimierz wciąż wierzył, że to, co łączy go z Borysem, jest swojego rodzaju braterstwem dusz. Nie musieli więc wiedzieć o sobie wszystkiego, by darzyć się zaufaniem. Starał się być wierny temu przekonaniu, a gdy nachodziły go różne wątpliwości, odsuwał je od siebie stanowczo. Od śmierci ojca i zniknięcia Anastazji Borys był dla niego namiastką rodziny.

Wszedł do swojej sypialni. Wnętrze wypełniała mieszanina zapachu świeżej pościeli i woni kwiatów ustawionych starannie na stoliku. Pani Birsztejn uwielbiała cięte kwiaty i ustawiała je, gdzie tylko mogła. Podenerwowany Kazimierz chwycił bukiet i z wściekłością wepchnął go do kosza na śmieci, łamiąc przy tym łodygi i odrywając główki. Lubił kwiaty, ale te wybierane przez teściową zwykle pachniały zbyt intensywnie, co przyprawiało go o nieznośny ból w skroniach, lecz jakkolwiek mówił jej o tym wielokrotnie, i tak zawsze je tam ustawiała. Miał dość tego miejsca, tych wszystkich absurdalnych zasad i ludzi, którzy je ustalali.

Rozpiął kołnierzyk i w ubraniu opadł na łóżko. Wyciągnął papierosa i zapalił, nie bacząc na to, że gorącym popiołem mógłby uszkodzić delikatny materiał kapy. Zapatrzony w unoszący się ku górze dym, rozmyślał o tym, jak to się stało, że w wieku dwudziestu pięciu lat nie miał własnego kąta.

Początkowy okres macierzyństwa znacznie nadwątlił wiarę Tatiany we własne siły. Rychło przestała opierać się kolejnym propozycjom pomocy ze strony rodziców. Wreszcie gotowa była schować dumę do kieszeni i przyznać się do tego, że bardzo potrzebuje, by ktoś zaopiekował się nie tylko jej dzieckiem, ale i nią samą. Kazimierz był w tamtych dniach nieobecny duchem i nazbyt przejęty wypadkami ostatnich tygodni, stanem żony, narodzinami syna, nade wszystko zaś ponownym pojawieniem się w jego życiu jedynej kobiety, którą naprawdę kochał, by się przeciwstawić.

Aby na moment odciążyć w obowiązkach młodziutką położnicę, spędzili jedną noc w willi Birsztejnów, a potem następną i następną. Stopniowo do domu rodzinnego powracały ubrania, biżuteria i drobiazgi osobiste Tatiany, do których wkrótce dołączyły buty, koszule i książki Kazimierza. Kolejne pokoje przystosowywano do potrzeb młodej rodziny, tak by dać Stawickim niezbędną dawkę swobody, zachowując przy tym odpowiednią kontrolę nad całością.

Na tę myśl Stawicki uśmiechnął się krzywo. Drażniący zapach połamanych kwiatów nie słabł, przesączał się nawet przez zasłonę dymu.

Pewnego dnia, gdy Kazimierz przechodził obok miejsca, w którym jeszcze tak niedawno mieszkał wraz z żoną i synem, wiedziony ciekawością zaszedł do środka. Naszła go bowiem nagła, nieodparta ochota, żeby przekonać się, jak wygląda ich porzucone małżeńskie gniazdko. Mieszkanie było puste. Ktoś zdążył wywieźć i pozostałe należące do nich rzeczy, sprzątnąć i starannie poprzykrywać prześcieradłami meble, by nie kurzyły się zanadto, nim znów będą w użyciu. Nakręcono nawet zegar na ścianie, co Stawickiemu zdało się tyleż niepotrzebne, co w dziwny sposób symboliczne. Gdy zamykał drzwi, zegar zabił trzy razy, ostatecznie przypieczętowując schyłek pewnej epoki. Spotkana na schodach sąsiadka wyraziła swój szczery żal, że tak kulturalni lokatorzy mieszkali w ich kamienicy zaledwie parę miesięcy. Podczas gdy poczciwa kobieta załamywała ręce, martwiąc się o to, kto wprowadzi się na ich miejsce, Kazimierz pojął z całą jasnością, że oto teść znów zadecydował za niego. Z sarkazmem zmieszanym z rozdrażnieniem pomyślał, że najwyraźniej stary Birsztejn postawił sobie za punkt honoru ostateczne związanie zięcia z rodziną, w którą się wżenił, w każdym możliwym aspekcie życia, tak by nie mógł już nigdy wyplątać się z sieci. Wszystko miał zawdzięczać teściowi i być od niego w pełni zależny. Od tamtej pory Birsztejnowie powoli przejmowali władzę nad wszystkim, nie wyłączając kwiatów w jego prywatnej sypialni.

To, co miało być tymczasowe, z biegiem dni przemieniło się w permanentne. Kazimierz jednak był z reguły całkowicie obojętny wobec takiego stanu rzeczy. Chwile buntu takiego jak dziś pojawiały się coraz rzadziej. Oczywiście w teorii, mimo starań starego Birsztejna, wciąż miał wybór. Mógł zadecydować, czy woli trzymać się życia, będąc nieszczęśliwym i rozkoszując się tym cierpiętnictwem, czy szybko z niego zrezygnować, lecz podjęcie jakiejkolwiek decyzji – tej o samobójstwie nie wyłączając – wydawało mu się nazbyt męczącym zadaniem. Nie próbował niczego zmienić, zyskać jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość, wkładać najmniejszego wysiłku, by przynajmniej spróbować zdobyć względy teścia. Pogodził się z tym, że jest niewidzialny, i nie zabiegał o to, by dzielić się z kimkolwiek swoimi przemyśleniami.

 

Był niewolnikiem drobnomieszczańskiego życia, które przyszło mu wieść, i pogodził się także z tą niewolą. Traktował ją niemal jak zasłużoną karę z niebios, wyrok boskiej sprawiedliwości wymierzony mu za popełnione grzechy, konsekwencję wszystkich błędów i zaniedbań.

– Sam jesteś sobie winien – powtarzał często, patrząc na swoje odbicie w lustrze. – Ty zawiniłeś. Ty.

Spośród przewin zaś największą była ta, że po zniknięciu Anastazji z Ołyki zbyt szybko pogodził się ze stratą. Nie szukał jej dość wytrwale, nie zawalczył o to, by samemu przekonać się, jaka jest prawda, co stało się z jego ukochaną. Uniósł się gniewem, pozwolił, by górę wzięła duma, zamiast zaufać miłości i szukać jej tak długo, jak to będzie konieczne, by wszystko wyjaśnić lub złożyć kwiaty na jej nagrobku. Tymczasem on odnalazł ukojenie w ramionach Tatiany, a potem nurt wydarzeń porwał go, trzymał i nic nie wskazywało na to, by Stawicki kiedykolwiek miał opuścić jego wartkie wody.

Dobiegający z oddali szum wyrwał go z zamyślenia. Usiadł na posłaniu, zgniótł niedopalonego papierosa w srebrnej popielniczce i zaczął zdejmować ubranie przesączone zapachami fabryki i zmierzającego ku końcowi dnia. Z odgłosów wnioskował, że służący sprzątali właśnie po głównym posiłku i zaraz podadzą deser. Nie mógł dłużej odwlekać chwili, w której dołączy do pozostałych. Cisnął koszulę na podłogę; z pewnością ktoś sprzątnie jego brudną bieliznę, nim wieczorny posiłek dobiegnie końca. Umył się, włożył świeże ubranie i zszedł po schodach, wracając do jadalni.

Siedząc przy stole, na którym teraz znajdowały się świeże owoce, patera z miodownikiem i gruszkowa pastyła w szerokich kieliszkach, patrzył na nieobce twarze ludzi, wobec których nie żywił żadnych cieplejszych uczuć, i zastanawiał się, jak to się właściwie stało, że jest w tym miejscu i prawdopodobnie zostanie tu już na zawsze. Przyglądał się staremu Birsztejnowi, który w niczym nie przypominał zmarłego ojca Kazimierza, matce Tatiany, mimo upływu lat wciąż urodziwej kobiecie, której szczerze nie znosił, własnej żonie i wreszcie dziecku, krwi z jego krwi, w którego rysach na próżno doszukiwał się jakiegokolwiek podobieństwa do Stawickich.

Karol był niewątpliwie dzieckiem, które w szerszym gronie natychmiast okrzyknięto by uroczym. Cichy i spokojny chłopczyk nie przysparzał żadnych trudności. Mamka chwaliła jego apetyt, a lekarz, którego raz czy drugi wezwano, by obejrzał dziecko, każdorazowo twierdził, że jest nad wyraz zdrowy, jak na kogoś, kto zaczął życie w tak wyjątkowy sposób. Życie ocalił mu inkubator skonstruowany przez Anastazję, i być może właśnie to było powodem niechęci, którą odczuwał do syna Kazimierz. Za każdym razem, gdy patrzył na niemowlę, myślał tylko o swojej utraconej bezpowrotnie miłości.

Dziś rozmowa toczyła się pomiędzy starym Birsztejnem a Borysem. Tatiana słuchała nieuważnie, uśmiechając się miło, w ten sposób nieudolnie markując zainteresowanie, przybierana przez nią mina nadawała bowiem jej pięknej twarzy senny wyraz. Raz po raz odwracała się do małego Karola, którego według nowej mody, ku zgorszeniu swej matki, karmiła na zmianę marchewkowym kleikiem i miękkimi kawałkami białego chleba, sadzając chłopca na własnych kolanach przy stole dla dorosłych. Pani Birsztejn była bez reszty pochłonięta obserwowaniem poczynań córki. Nie chciała uronić żadnej sposobności do okazania swojej dezaprobaty, uczestniczyła więc w konwersacji, posługując się wyłącznie sformułowaniami w jej mniemaniu pasującymi do każdej sytuacji.

– Doprawdy, mój drogi, to takie ciekawe – rzuciła teraz, choć nie miała pojęcia, o czym jej małżonek tak zawzięcie dyskutuje z Bogdanowem. O wiele bardziej zajmowała ją ugotowana marchewka rozcierana w dłoniach wnuka. Pani Birsztejn przyglądała się temu, a w jej wzroku zgroza mieszała się z fascynacją. – Całkowicie się z tobą zgadzam – dodała jeszcze, pamiętając, że przykładna żona w każdych okolicznościach winna okazywać mężowi wsparcie.

– Ale z czym dokładnie, moja miła? – spytał stary Birsztejn, który tego wieczoru za sprawą doskonałego wina przyniesionego przez Bogdanowa, a może wyjątkowo udanej transakcji, którą udało mu się sfinalizować po południu, był wyjątkowo dobrze usposobiony i miał ochotę podworować sobie z żony. – O ile wiem, zarówno kurs złota, jak i ceny miedzi nie są kwestiami szczególnie spornymi. – To powiedziawszy, mrugnął porozumiewawczo do Borysa.

Liczył, że przyłapana na roztargnieniu żona speszy się i będzie próbowała jakoś zatrzeć złe wrażenie, lecz tym razem nawet to nie było w stanie odwrócić jej uwagi od Karola, który tymczasem jedną oblepioną marchewką piąstkę wsadził sobie do ust, drugą poklepał się po głowie.

– Tatiano! – Pani Birsztejn nie zdołała powstrzymać okrzyku zgorszenia. – Każ mu natychmiast przestać!

– Obawiam się, że nie zrozumie, moja droga – odpowiedział miast córki Filip, wywołując tym samym salwę śmiechu.

Stawicki zawtórował im. Był jak manekin: śmiał się, gdy oni wybuchali śmiechem, poważniał, gdy oni poważnieli.

– Za moich czasów dzieci wychowywało się inaczej – bąknęła jeszcze pani Birsztejn, lecz zaraz rozchmurzyła się i przypomniawszy sobie nagle o dobrych manierach, dodała: – Borysie, koniecznie spróbuj białego sosu do szparagów, udał się dziś nadspodziewanie!

Kazimierz przyglądał się każdorazowo odgrywanym niemal identycznie scenom ze znudzeniem zabarwionym odrobiną politowania. W takich chwilach Birsztejnowie zdawali mu się najbardziej przewidywalnymi i schematycznymi ludźmi, jakich mógł sobie wyobrazić. Czasem, szczególnie podczas samotnych spacerów nad Newą, nachodziły go wątpliwości, czy ów osąd jest sprawiedliwy – byli wszak dla niego niezwykle hojni, umożliwili mu kontynuację nauki, a nawet znaleźli pracę, o której bez ich protekcji w bolszewickim Piotrogrodzie mógłby tylko pomarzyć. Powinien przecież poczuwać się do zobowiązań moralnych w stosunku do osób, od których doznał tyle dobroci. Jego własny ojciec i nieodżałowana panna Emilia, w dzieciństwie zastępująca mu matkę, spoglądający na niego z zaświatów, z pewnością byli rozczarowani, widząc tę rażącą niewdzięczność. Zaraz jednak Stawicki odsuwał od siebie te myśli. Dość miał Birsztejnów na co dzień w niemal każdym aspekcie swojej rzeczywistości, by i własną głowę bez potrzeby sobie nimi zaprzątać.

Już dawno przestał się odzywać przy stole. Wiedział, że nikt w tym domu nie liczy się z jego zdaniem, i nie był go nawet ciekaw. Owszem, pani Birsztejn zapytywała go na początku każdej kolacji o to, jak się miewa czy jak mu minął dzień, ale gdy raz czy drugi Kazimierz spróbował zacząć opowieść o zajmujących go sprawach, matka Tatiany już po paru chwilach kwitowała jego słowa jednym ze swoich „to doprawdy fascynujące” i podsuwała mu pieczywo. Szybko zrozumiał, że pytanie nie jest wyrazem prawdziwego zainteresowania, lecz jedynie kolejną częścią składową przedstawienia, jak świece na stole czy połyskujące w ich blasku srebrne sztućce, pełne dezaprobaty odchrząknięcia starego Birsztejna czy pozbawione znaczeń gaworzenie Karola.

On sam też był tylko elementem tej gry, opatrzonym etykietą, na której pozłacanymi literami wykaligrafowano: „mąż naszej córki”. Kazimierzowi zdawało się, że Birsztejnowie w myślach zawsze dorzucali jeszcze krótkie: „nieudacznik”. I po prawdzie nie mógł się z tym sądem nie zgodzić.