Stalowe nieboTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chyba że chciałaby obywatelka przejść się do niego do domu, ale to daleko, po drugiej stronie miasta...

Serce zadygotało w piersi dziewczyny. Skinęła głową, bo bała się, że głos mógłby zdradzić szalejące w niej emocje. Kobieta zapisała jej adres doktora i przesunęła kartkę w stronę dziewczyny.

– Nie pomyli się obywatelka, to taki całkiem nierosyjski dom – dodała jeszcze, gdy Anastazja drżącą dłonią brała od niej świstek zapisany krzywymi bukwami. – Nie sposób go przeoczyć.

– Dziękuję pani za pomoc – wykrztusiła dziewczyna i prędko schowała kartkę do kieszeni, jakby bała się, że kobieta się rozmyśli i każe jej zwrócić drogocenny adres. – Dziękuję bardzo.

Dozorczyni znów popatrzyła na nią podejrzliwie, więc rzuciła szybkie „do widzenia” i pospiesznie wyszła ze szpitala.

*

Szpitalna dozorczyni miała rację. Budynek, w którym mieszkał Kirsanow, w ogóle nie przypominał innych petersburskich domów. Przywodził na myśl raczej te angielskie, wzniesione z grubo ciosanych ciemnych kamieni, porośniętych kaskadami bluszczu, nawet teraz, po zimie, zachwycających ciemną zielenią. Dom stał nieco na uboczu, niemal na granicy miasta. Anastazja zastanawiała się, dlaczego pracując w śródmieściu, doktor wybrał tak odległe miejsce zamieszkania, lecz gdy obeszła budynek, szukając wejścia, które ku jej zdziwieniu nie znajdowało się, jak w większości kamienic czy pałaców, od strony ulicy, szybko zrozumiała powód. Był tam ogród, równie stary jak sam budynek. Nie miała dość czasu ani śmiałości, by rozejrzeć się dokładnie, zdołała jednak dostrzec mnóstwo krzaków różanych, pieczołowicie obłożonych słomianymi chochołami. W przeciwległym rogu ogrodu rosły niskie, stare drzewa owocowe o powykręcanych gałęziach. Późną wiosną i latem musiało tu być pięknie.

Zapukała w grube drzwi okrągłą mosiężną kołatką, lecz z wnętrza domu nie dobiegł żaden dźwięk. Odczekała chwilę i zastukała ponownie.

– Czego się dobija? – usłyszała jakiś głos nad sobą.

Podniosła głowę. Z okna na piętrze wyglądała staruszka o długim nosie i twarzy pomarszczonej jak wyschnięte na słońcu jabłko, przywodząca na myśl wiedźmę z bajek.

– Dzień dobry... – przywitała się Anastazja niepewnie, z powodu wizji Baby Jagi, która jakoś nie chciała jej opuścić. – Szukam doktora Kirsanowa, w szpitalu powiedziano mi, że tu go znajdę.

Staruszka rozciągnęła usta w uśmiechu, ukazując pożółkłe, połamane zęby.

– Znajdzie, znajdzie, ale lokajów i odźwiernych już nie ma. Nikt nie otworzy. Za bolszewików wszyscy równi. Trzeba samemu rączką klamkę nacisnąć. Wejść, poszukać nazwiska na drzwiach. Jakoś dać sobie radę bez służby.

Anastazja zrobiła krok naprzód i nacisnęła klamkę, grube drzwi ustąpiły bez trudu. W progu jednak przystanęła, nasłuchując odgłosów dobiegających z wnętrza domu. Było tu podejrzanie cicho.

– Wchodzi czy nie? – fuknęła staruszka, wciąż bacznie się jej przyglądając. – Stać tak nie można. Chłód wpuszcza. Po zimie nie ma już czym palić.

Anastazja niemal wskoczyła do środka. Drzwi same się za nią zatrzasnęły. Znalazła się w ciemnym, chłodnym hallu. Niegdyś musiała to być bardzo elegancka, urządzona ze znawstwem i smakiem przestrzeń. Dziewczyna bez trudu zdołała wyobrazić sobie aksamitne draperie spływające majestatycznie wzdłuż kamiennych ścian oraz potężny kryształowy żyrandol zwisający z niezwykle wysokiego sufitu. Piękne drewniane poręcze przy schodach i lustra na przeciwległej do okien ścianie. Teraz wnętrze to zionęło pustką, ograbione i okaleczone przez wydarzenia ostatnich lat. Poręcze powyłamywano, zostawiając z nich tyle, by dało się bezpiecznie wejść po schodach. Ściany całkowicie pozbawiono ozdób i jedynie harmonijny wzór ułożony z wielokolorowego drewna przypominał o dawnej świetności tego miejsca, choć i podłoga tu i ówdzie była poczerniała, jakby ktoś rozpalił ognisko wprost na niej.

Ogarnięta dziwnym smutkiem dziewczyna weszła na pierwszy stopień. Schody zaskrzypiały pod jej butami.

– Wejdzie na piętro – usłyszała nagle nad sobą głos staruszki i aż podskoczyła ze strachu. – W prawo i korytarzem, drugie drzwi od końca. Tylko cicho. Nie przeszkadzać innym lokatorom.

Anastazja z bijącym sercem, którego nijak nie szło uspokoić, pospieszyła na górę. Bez trudu odnalazła tabliczkę z nazwiskiem doktora, tę samą, która wisiała na drzwiach jego poprzedniego mieszkania. Zastukała dwukrotnie i mimowolnie obejrzała się za siebie, prawie pewna, że napotka za plecami wścibską staruszkę. Zza drzwi dobiegł odgłos czyichś kroków, powolnych, jakby nieco ociężałych. Po chwili w progu stanął doktor Kirsanow. Mocno zeszczuplał, wydawał jej się dużo bardziej wiotki i przygarbiony niż dawniej, a wokół łysiny, która znacznie się pogłębiła, srebrzył się wieniec delikatnych włosów, lecz był to ten sam człowiek o mądrych, smutnych oczach. Anastazja poczuła tak wielką ulgę, że naraz wezbrał w niej płacz. Łzy jedna po drugiej potoczyły się jej po policzku.

– Doktorze... – wymamrotała drżącym głosem.

– Siostro Szewczenko! – powitał ją wyraźnie ucieszony. – Proszę wejść. Zapraszam. Nie stójmy w progu. – A gdy minęła go i weszła do pokoju, wesoło mrugając, dodał ciszej: – Za dużo tu ciekawskich oczu i uszu.

Poprowadził Anastazję na kanapę i gestem poprosił, by usiadła. Zaczął mówić, chcąc dać jej czas na uspokojenie się. Dziewczyna powoli tajała, odpowiadając na rzeczowe pytania. Nim się zorientowała, opowiedziała Kirsanowowi wypadki ostatnich miesięcy. Kilka razy zaśmiała się nawet, wspominając podróż do Petersburga przepełnionym pociągiem i przekupkę wiozącą kaczki w koszyku. Stary lekarz chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Śmiała się, lecz trudno mu było uwierzyć w ten śmiech. Miał wrażenie, że pod warstwą nerwowej wesołości kryje się smutek jeszcze głębszy niż dawniej, ból, którego nikt i nic nie zdoła już nigdy ukoić, pustka nie do wypełnienia. Przez całe swoje życie nadzwyczaj często widywał takie spojrzenia, niewyrażające żadnych emocji, przerażające wyzierającą z nich nicością. Dotąd jednak patrzące na niego oczy były szkliste. Rozwarte szeroko powieki nie zamykały się, policzki pozbawione były barw, sine usta już dawno wydały ostatnie tchnienie. Tym razem patrzył na żywą istotę, w której coś umarło. Potrzasnął lekko głową, by odsunąć te upiorne skojarzenia.

– Dobrze, że siostra do mnie przyszła, siostro Szewczenko – odezwał się, gdy skończyła mówić. – Bardzo dobrze.

– Dziękuję, doktorze. – Jej głos przypominał mu odgłos zmiatanych z chodników suchych liści.

– Czy ma się siostra gdzie zatrzymać?

Pokręciła głową.

– Dawniej mieszkałam u zakonnic w internacie siostry Bolesławy Lament, ale...

– Rozumiem, że nie może siostra tam wrócić?

Zaprzeczyła bezgłośnie. Dłuższy czas nie odzywali się do siebie, każde zatopione we własnych myślach.

– Napiłbym się herbaty – rzucił nagle doktor. – Czy byłabyś tak dobra i poprosiła gospodynię, by nastawiła samowar?

Anastazja przytaknęła i wstała pospiesznie, by spełnić jego prośbę. Była już przy drzwiach, gdy zorientowała się, że nie wie, dokąd ma się udać, gdzie szukać gospodyni. Nie wiedziała nawet, że Kirsanow ma gospodynię.

– Zapewne jest we wspólnej kuchni. – Wahanie dziewczyny nie uszło jego uwadze. – Do końca korytarza i w lewo. Można też podążać za zapachem smażonej cebuli. Mam wrażenie, że jest to woń nowego ustroju.

Anastazja posłała mu miły uśmiech i wyszła z pokoju. Po chwili przez cienkie ściany dało się słyszeć jej szybkie, lekkie kroki. Tymczasem stary mężczyzna oparł głowę na dłoni i oddał się rozmyślaniom. Nagłe odwiedziny siostry Szewczenko zaskoczyły go. Nie, nigdy o niej nie zapomniał. Przeciwnie, odkąd wyjechała, często ją wspominał. Tamtej jesieni w krótkim czasie stała się dla niego kimś ważnym, choć nigdy nie zastanawiał się nad naturą swoich uczuć względem niej. Teraz jednak uświadomił sobie, dlaczego usilnie starał się unikać podobnych rozważań, odpychając od siebie powracające wciąż myśli. Anastazja budziła w jego sercu wspomnienia, z którymi mimo upływu lat nie potrafił się pogodzić. Przywoływała obrazy z przeszłości, z którymi wciąż nie umiał się zmierzyć. Odkąd w 1917 roku, kiedy dawny rosyjski świat obrócił się wniwecz, ujrzał ją po raz pierwszy – szczupłą, nie piękną i nie brzydką miedzianowłosą osóbkę o wielokolorowych oczach, która zdawała się krucha i nieustraszona jednocześnie – widział w niej odbicie zmarłej przed laty córki. Był niemal pewien, że gdyby choroba nie zabrała przedwcześnie Maryjki z tego świata, wyrosłaby na kogoś takiego jak siostra Szewczenko. Ale nie dane było jej dorosnąć, ponieważ jej własny ojciec, lekarz, zawiódł, przegrał najważniejszą bitwę swojego życia, nie zdołał ocalić ani córki, ani jej matki. Trzymał Maryjkę w ramionach, gdy wydawała ostatnie tchnienie. Wciąż pamiętał, jak wydawała mu się lekka, jakby wraz z każdym kolejnym, coraz słabszym oddechem jej ciało pozbywało się ziemskiego ciężaru, szykowało do lotu w przestworza, w nieznane, daleko od niego. Pamiętał każdą minutę tamtego dnia i swoje dłonie, mocno obejmujące wątlejące ciało dziewczynki, którą kochał ponad wszystko.

Naraz zakłuło go w klatce piersiowej. Ucisk był tak silny, że przez chwilę wstrzymał oddech w głębi piersi mężczyzny. Spróbował się uspokoić. Mocno potarł palcami skórę na czole, jak to miał w zwyczaju, gdy chciał odpędzić od siebie zmęczenie lub nadmiar trosk.

Pewna myśl zakiełkowała nagle w jego głowie. Poczuł się nieswojo, jakby spoglądał na coś i nie mógł dostrzec jakiegoś oczywistego, niemal jaskrawego elementu. Miał wrażenie, że oto otrzymał od losu zadanie do wypełnienia, że powinien coś zrobić, wskazać kierunek tej dobrej, lecz wyraźnie pogubionej młodej osobie, zaopiekować się nią, ochronić ją. Od pierwszego spotkania przed laty miał wrażenie, że ścieżki jej życia nazbyt wcześnie się zasupłały. Nie zwierzała mu się nigdy, w ogóle nie była typem osoby skłonnej do sentymentów i rozczulania się nad samą sobą, więc było to jedynie przeczucie, a jednak tak silne, że zakrawające na pewność.

 

Wiedział, że był w jej życiu mężczyzna, który w tamtym czasie stanowił sens jej istnienia. Wciąż pamiętał, jak patrzyła na chłopaka, gdy leżał nieprzytomny po cudownym ocaleniu z pożaru w Pałacu Zimowym. Kirsanow pomógł im wówczas wyjechać z owładniętej rewolucją Rosji do Polski, z której pochodził młodzieniec. Najwyraźniej jednak ich drogi się rozeszły i Anastazja znów była całkiem sama.

– Gospodyni zna dobrze zwyczaje pana doktora, bo gdy weszłam do kuchni, samowar już bulgotał, a na kuchni piekły się grzanki – wyrzuciła na jednym oddechu dziewczyna, wpadając do pokoju. – Mam przekazać, że podwieczorek zostanie podany za kwadrans, i uprzedzić, że nie ma już miodu ani konfitur, ani nawet marmolady z buraków, i grzanki będą ze smalcem i...

– Cebulą? – zgadł Kirsanow, uśmiechając się szeroko.

Dziewczyna wesoło pokiwała głową i podała mu szklankę do połowy wypełnioną bordowym płynem.

– A tymczasem ma doktor wypić porcję zakwasu – zakończyła i opadła swobodnie na kanapę.

Nagle lekarz zrozumiał, co powinien zrobić. Plątanina jego myśli ułożyła się w spójny plan. Anastazja mogła go wyśmiać lub przestraszyć się, że na starość postradał zmysły, lecz on czuł, że znalazł właściwe rozwiązanie, i nie zamierzał analizować wszystkich za i przeciw. Porewolucyjny i powojenny świat stanął na głowie, niebezpiecznie było poruszać się w nim samemu, zwłaszcza jeśli było się młodą kobietą.

– Siostro Szewczenko... – zaczął. – Przyszła mi do głowy pewna myśl. Być może uzna ją pani za niedorzeczną...

Dlaczego się tak denerwuję? – spytał samego siebie, w duchu wyśmiewając się z tego nagłego skrępowania.

– Tak? – Twarz dziewczyny w jednej chwili się zmieniła. Jej rysy zastygły, oczy zwęziły się nieznacznie, przybierając pełen czujności wyraz.

– Panno Anastazjo, czy nie zechciałaby pani wyjść za mnie? – wyrzucił Kirsanow na jednym oddechu.

Zadane przez niego pytanie było tak nieoczekiwane, że Anastazja zachichotała nerwowo. Nie potrafiła wyjaśnić, czemu zebrało jej się akurat na śmiech, ale czuła, jakby jej wnętrze wypełniło się nagle musującymi bąbelkami szampana i łaskotało każdą komórkę jej ciała. Po chwili udało jej się uspokoić. Była przekonana, że tą dziwaczną reakcją obraziła starego doktora, więc zaraz zaczerwieniła się ze wstydu.

Kirsanow obserwował zmiany zachodzące na jej twarzy. Miał wrażenie, jakby patrzył na letnie niebo tuż przed burzą, gdy chmury mkną po niebie, to zasłaniając, to odkrywając jasność dnia. Gdy wreszcie Anastazja zebrała się na odwagę i spojrzała na lekarza, ten patrzył na nią ze spokojem, jakby reakcja dziewczyny na jego propozycję nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

– Doktorze... – wykrztusiła Anastazja. – Ja nie wiem, co powiedzieć.

– Więc może ja będę mówić, jeśli siostra pozwoli – zaproponował Kirsanow, a gdy przytaknęła, odchrząknął i podjął: – Nie proponuję małżeństwa w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz prosty układ, który przyniesie nam obojgu same korzyści.

Dziewczyna słuchała z uwagą, a wraz z kolejnymi słowami wypowiadanymi przez doktora narastało w niej pragnienie, którego nie doznała nigdy wcześniej. Od dziecka przysięgała sobie, że nie zostanie niczyją żoną. Małżeństwo kojarzyło jej się z nieszczęściem, chorobą trawiącą dwoje ludzi, którzy niegdyś przecież się kochali. Kazimierz dwukrotnie jej się oświadczał, ona zaś za każdym razem mu odmawiała, jakby podskórnie czuła, że ich sen o wielkiej miłości musi się kiedyś skończyć. Poza tym była przekonana, że Kazimierz zasługiwał na kogoś lepszego, mniej zbrukanego, kogoś, kogo nie ścigały demony przeszłości. Małżeństwo z Kirsanowem miało być inne, ot, pozbawiona uczuć umowa pomiędzy dwojgiem dorosłych. Nie było więc ryzyka, że go unieszczęśliwi.

Poczuła naraz nieodpartą potrzebę poddania się bez reszty czyjemuś wpływowi. Wyzbycia się wszystkich trosk, zmartwień, konieczności zastanawiania się, co będzie jutro. Chciała pozwolić się poprowadzić, a samej płynąć wyznaczonym przez kogoś innego szlakiem, zamiast mierzyć się z wytyczaniem własnych dróg.

– Gdybyś zmieniła zdanie, w każdej chwili będziesz mogła się wycofać – kontynuował Kirsanow. – Komuniści są dumni ze swojego nowoczesnego stosunku do instytucji małżeństwa. Po przewrocie październikowym, mając na głowie zorganizowanie na nowo funkcjonowania jednego z największych państw świata, o wielkiej wojnie i wojnie domowej nie wspominając, zajęli się kwestią najbardziej palącą. – Ostatnie doktor wymówił z wyraźnym sarkazmem. – Co tam zaopatrzenie miast w żywność i leki, najważniejsze było wprowadzenie ustawy, która zezwala na rozwód ze względu na niezgodność charakteru małżonków, czytaj: na byle co. Wprowadzili ją w życie już w grudniu tysiąc dziewięćset siedemnastego roku, więc nie musisz się martwić, obecnie zawarcie i rozwiązanie małżeństwa w Rosji jest łatwiejsze niż zdobycie wołowiny.

– Co też pan opowiada, doktorze... – powiedziała Anastazja, byle powiedzieć cokolwiek. Propozycja Kirsanowa ją oszołomiła. Dziesiątki myśli przebiegały przez jej głowę, utrudniając skupienie się na którejkolwiek z nich na dłużej. Może i w pierwszym odruchu chciała odrzucić ofertę starego doktora, lecz teraz nie była już tak pewna słuszności tej decyzji. Potrzebowała paru chwil, by w samotności zastanowić się nad tym wszystkim.

– Moja propozycja jest jak najbardziej poważna – ciągnął tymczasem Kirsanow. – Śluby cerkiewne zastąpiono rejestracją małżeństwa. A zatem wystarczy przespacerować się do urzędu, poprosić o stosowny wpis, wypełnić dokumenty, uiścić opłatę i sprawa załatwiona. Po mieście krążą już nawet dowcipy na ten temat.

– Dowcipy? – powtórzyła nieuważnie, zajęta gonitwą własnych myśli.

– Proszę posłuchać i wybaczyć mi, jeśli poczuje się pani urażona.

– Bez obaw, doktorze, mój poziom wrażliwości w ostatnich miesiącach znacząco zmalał. Obiecuję, że obędzie się bez rumieńców i okrzyków oburzenia.

Powiedziała to wszystko swobodnym tonem, w którym nie było cienia pretensji, lecz Kirsanow zacisnął usta, wyrzucając sobie nietakt i brak delikatności. Po tym wszystkim, co w ostatnim czasie przeszła ta dziewczyna, powinien był bardziej ważyć słowa.

– Panie doktorze, obiecał mi pan anegdotę małżeńską. – Anastazja wysiliła się na uśmiech. Dostrzegła konsternację lekarza i domyśliwszy się jej przyczyny, za wszelką cenę chciała rozproszyć jego skrępowanie. Kirsanow spojrzał na nią z wdzięcznością. Odchrząknął i zaczął mówić:

– Na Newskim Prospekcie spotyka się dwóch znajomych. „A wiesz, że Sasza znów się ożenił?”, pyta jeden drugiego. „Winszować, lecz który to już mariaż?” „Kto to spamięta...” „I pozwolili mu tak po prostu kolejny raz zarejestrować małżeństwo w urzędzie?” „Nie, przy tej liczbie do ważności wystarczyło, że zrobił notatkę w zeszycie”.

Anastazja uśmiechnęła się uprzejmie. W innych okolicznościach anegdota zapewne wydałaby się jej zabawną, ale teraz nie miała nastroju do żartów, tym bardziej takich, których przedmiotem było małżeństwo.

– Doktorze...

– Tak?

– Ja odniosłabym same korzyści, ale pan? – Przygryzła wargę i spuściła wzrok, nagle zawstydzona tym, że mógłby odczytać jej słowa jako nieprzyzwoitą sugestię. Chciała tylko spytać, dlaczego jej pomaga, lecz znów niewłaściwie dobrała słowa.

Kirsanow uśmiechnął się dobrodusznie.

– Jestem już starym człowiekiem, moje dziecko – westchnął. Anastazja wciąż nie była pewna, czy odpowiada w zawoalowany sposób na jej poprzednią sugestię, czy po prostu stwierdza fakt. Zaczerwieniła się więc jeszcze mocniej i na wszelki wypadek nie podniosła wzroku. – A starzy ludzie nie przepadają za samotnością.

– Ma pan gospodynię...

– To dobra kobieta. Troskliwa, oszczędna i świetnie gotuje, ale nie przeczytała w życiu żadnej książki – wyjaśnił. – Widzisz, mnie na stare lata często zbiera się na rozważania nad sensem życia czy istotą rzeczy, a wówczas dobrze byłoby mieć przy sobie żywszy umysł, z którym można by wdać się w dyskusję.

– Filozofia nigdy nie była moją najmocniejszą stroną – wyznała szczerze dziewczyna.

– Być może, ale to mogłoby ulec zmianie, prawda? – Kirsanow znów się uśmiechnął. – Wiem, że umiesz zajmująco opowiadać i dyskutować całą sobą. – Anastazja uśmiechnęła się nieśmiało do wspomnień rozmów, które dawniej toczyli. To były i dla niej ważne chwile, pomagały odwrócić uwagę od tęsknoty i obaw o życie Kazimierza. Wzdrygnęła się. Nie, nie chciała spoglądać wstecz; ilekroć to czyniła, miała wrażenie, że rozdrapuje dopiero co zasklepione rany. Kirsanow zauważył nagłą zmianę w wyrazie jej twarzy i szybko spróbował skierować jej myśli na inne tory. – O ile pamiętam, dawniej lubiłaś czytać i uczyć się nowych rzeczy; tego rewolucja nie zmieniła, prawda?

Dziewczyna pokręciła głową.

– A zatem to właśnie będzie moja korzyść – stwierdził doktor z prostotą. Jednym haustem wychylił zakwas, skrzywił się lekko i odłożył na stolik pustą już szklankę. – Okropieństwo, ale moja gospodyni nie wierzy w medycynę i twierdzi, że wiosną nie ma lepszego sposobu na wzmocnienie odporności niż domowy zakwas. Wracając do kwestii zasadniczej: oboje odniesiemy wyłącznie korzyść. Będę miał z kim poruszyć wieczorem interesujące mnie zagadnienia bez konieczności wychodzenia dokądkolwiek. Przyznam szczerze, że w ostatnim czasie składanie wizyt stało się dla mnie wyjątkowo męczące. Przygotowania, dojazdy, a potem cała ta wymiana grzeczności, czcza paplanina poprzedzająca przejście do głównego wątku, w tych dniach sprowadzająca się do utyskiwań na kolejne wymysły bolszewików albo wzdychania za tym, co minęło, nużą mnie niezmiernie i po prawdzie niecierpliwią. Zbyt mało mam już czasu przed sobą, żeby zapytywać nieustannie o zdrowie córki stryjecznej babki tego czy owego, kobiety, której nigdy nie poznałem i której los wcale mnie nie obchodzi, albo jeszcze gorzej: by rozprawiać o Leninie i jego brodatych towarzyszach. Wolę rozmowy w domowym zaciszu, w wygodnym fotelu, na interesujące mnie tematy, w towarzystwie, które w pełni mi odpowiada, i z choćby odrobiną, ale dobrej jakości trunku. Nie wyobrażasz sobie, czym teraz częstuje się na salonach. Okropieństwo, wierz mi!

Dziewczyna uśmiechnęła się serdecznie, a stary lekarz odpowiedział jej tym samym. Wiszący na ścianie piękny, staroświecki zegar miarowo odliczał kolejne minuty, a oni milczeli. Anastazja zapadła się w miękki fotel. Wdychała wszędobylski zapach kurzu i czuła, jak ogarnia ją spokój, jakiego nie zaznała od tak dawna. Powieki zaczęły jej ciążyć, oddech zwolnił, a głowa zakołysała się lekko.

– Mam jeszcze jeden warunek. – Głos doktora przywołał ją znów do rzeczywistości. Uczucie błogości zniknęło, a jego miejsce znów zajęła obawa. Wszystko to, o czym rozmawiali przez ostatni czas, było zbyt piękne, żeby mogło okazać się prawdziwe. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się słabo i nieprzytomnie, jak człowiek nazbyt gwałtownie zbudzony ze snu.

– Chciałbym, żebyś została lekarzem – oznajmił Kirsanow, patrząc jej poważnie w oczy.

– Ja? – Tylko tyle zdołała z siebie wydusić, zszokowana tą nieoczekiwaną sugestią. Cała senność w jednej chwili ją opuściła. Zdumiała się tak zabawnie i szczerze, że Kirsanow nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Kilkakrotnie skinął głową.

– Wiele razy widziałem cię w pracy. Mówisz, że w międzyczasie opanowałaś akuszerski fach i pracowałaś na izbie chorych w więzieniu. Doświadczenie masz zatem większe niż niejeden praktykujący już samodzielnie lekarz. Brakuje ci tylko usystematyzowania wiedzy, a przede wszystkim stosownych dokumentów, żebyś i ty mogła samodzielnie praktykować w Petersburgu, co jak widzisz, nawet w trudnych czasach jest zajęciem tyleż satysfakcjonującym, co intratnym. Może nie w rozumieniu tego słowa według carskiego słownika, ale lekarz nigdy nie zginie z głodu, a i na dobry koniak od czasu do czasu będzie mógł sobie pozwolić.

– Ale ja... – Anastazja z trudem zbierała myśli. – Nie mam żadnych świadectw, dokumentów. Poza tym musiałabym przygotować się do egzaminów, a od tak dawna niczego się solidnie nie uczyłam, że nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię coś zapamiętać albo rozwiązać najprostsze zadanie z algebry. – Pokręciła głową. – Nie, nie sądzę, żebym dała radę, panie doktorze.

– Musisz dać radę, inaczej nici z naszej umowy – oznajmił spokojnie Kirsanow, patrząc jej przy tym surowo w oczy. Nie było cienia wątpliwości, że mówił poważnie. Zaraz jednak dodał znów łagodniejszym tonem: – Nie zapominaj też, że czasy się zmieniły. W sierpniu tysiąc dziewięćset osiemnastego Lenin wydał dekret zmieniający zasady przyjęć na studia wyższe. Teraz, by dostać się na uczelnię, musisz mieć skończone szesnaście lat...

 

– Szesnaście?! – Anastazja nie kryła zdumienia.

– Niewymagana jest matura ani egzaminy wstępne. Nie musisz też wnosić żadnych opłat.

Dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Liczy się pochodzenie, najlepiej robotnicze, chłopskie lub nieokreślone. Jakiś czas temu utworzono na uniwersytetach Wydziały Robotnicze, Rabfaki, na których osoby zaliczone już w poczet studentów mogą nadrobić zaległości w podstawowej edukacji.

– To niemożliwe!

– A jednak. Bolszewicy budują nowy świat, konsekwentnie wywracając zasady starego do góry nogami.

Anastazji odebrało mowę ze zdumienia.

– Nie patrz tak na mnie, moje dziecko – rzekł Kirsanow, znów wzdychając, tym razem bardzo głęboko, z wysiłkiem, jakby nieznośny ciężar opadł mu na pierś. – Sam nie wierzyłem, że jest to możliwe, ale w bolszewickim świecie zasady logiki nie obowiązują. Wiem, kogo przyszło mi uczyć w tych dniach. Pocieszam się tym, że wcześniej odebrano mi tytuł profesorski i nie przynoszę mu ujmy. Zapewne zostałbym relegowany z uczelni, gdyby miłościwie nam panujący towarzysz Lenin nie stwierdził, że czołowych specjalistów w najważniejszych dziedzinach nauki należy oszczędzić, choćby okazali się reakcjonistami. Pytanie, na jak długo starczy mu tego rozsądku. – Po tych słowach Kirsanow wyprostował się i znów ożywił. – Nie o tym jednak rozmawiamy, ale o twojej edukacji. Nie mam żadnych wątpliwości, że sobie poradzisz, a ja potrzebuję kogoś zaufanego, komu mógłbym przekazać swoją wiedzę. Każdy lekarz marzy o tym, by wychować sobie godnego następcę.

Anastazja czuła, że wzruszenie wzbiera w jej duszy. Nie zasługiwała na to wszystko. Ani na zamieszkanie w tym nieprzystającym do radzieckiej rzeczywistości domu, ani na opiekę osoby tak dobrej i bezinteresownej jak doktor Kirsanow, ani na to, by dostać kolejną szansę na nowe, lepsze życie. Zerwała się z fotela, przypadła do kolan Kirsanowa i zaczęła obsypywać pocałunkami jego pokryte starczymi plamami dłonie.

– Dziękuję, dziękuję – powtarzała raz po raz.

Stary doktor odchrząknął, by zamaskować rozrzewnienie.

– Już dobrze, już dobrze – szeptał cicho, dostrzegłszy łzy na policzku dziewczyny. – Nie trzeba. Naprawdę nie trzeba...

To powiedziawszy, nieśmiało położył dłoń na jej głowie. Ostrożnie musnął jej gładkie, miękkie jak ptasi puch miedziane włosy i powoli ją pogłaskał. Nie odsunęła się ani nie sprzeciwiła. Trwali tak – rodzic, który stracił córkę, i dziecko, które nigdy nie miało ojca – złączeni tęsknotą i nadzieją, że być może zdołają wypełnić trawiącą ich pustkę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?