Stalowe nieboTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ruska, idźże się lepiej pakować, zanim która dostanie zawału – powiedziała Wielka Zocha, po czym ziewnęła przeciągle, nie spuszczając oczu z młodej strażniczki. – Szkoda, że takich jak ta nie można wsadzić na czterdzieści osiem do ciemnicy, może by jej rozumu przybyło.

Strażniczka jakby skuliła się w sobie i wyraźnie zmieszana wbiła wzrok w Anastazję, która tymczasem podeszła do wysokiej, wąskiej szafki stojącej obok jej pryczy i zaczęła wygarniać z półek swoje rzeczy. Nie było tego dużo. Dwie zmiany bielizny, dwie sukienki, fartuch, drewniany grzebień, szczoteczka do zębów, kilka osobistych drobiazgów. Tutejszym zwyczajem spakowała wszystko do poszewki zdjętej z poduszki. Sięgnęła jeszcze po koc i talerz, kubek i łyżkę, stojące na umywalni, po czym stanęła przed czekającą w napięciu strażniczką. Anastazja miała wrażenie, że kobieta odetchnęła z ulgą.

– Do wyjścia – poleciła. Wykonała przy tym ruch, jakby chciała lekko popchnąć więźniarkę, ale na wszelki wypadek się powstrzymała i tylko przygładziła dłonią marynarkę własnego munduru.

– A można wiedzieć, gdzie zabieracie naszą ruską? – spytała Wielka Zocha, gdy obie kobiety były już przy drzwiach celi.

– Do izby chorych – odparła strażniczka, nie odwracając się.

– Fiu, fiu – gwizdnęła z uznaniem Wielka Zocha, siadając na pryczy. – Awans jak się patrzy. Trzymaj się tam i sprawuj. Wstydu nam nie przynieś.

Anastazja odwróciła się w jej stronę, skinęła głową, a następnie ruszyła za strażniczką.

W milczeniu przeszły długim korytarzem, mijając po drodze liczne drzwi wiodące do kolejnych cel. Zdążyły zrobić zaledwie kilka kroków, gdy rozległ się dzwonek oznajmiający początek kolejnego więziennego dnia. Anastazja doznała czegoś na kształt smutku na myśl o tym, że wszystkie tak dobrze już jej znane poranne rytuały w celi numer osiem dziś odprawione zostaną bez niej. Ze zdziwieniem skonstatowała nagle, że przez minionych kilka miesięcy zdążyła na swój sposób przywiązać się do współwięźniarek i dzielonej z nimi codzienności.

Skręciły w prawo, w korytarz wiodący do stołówki. Pierwsza grupa kobiet szła już na śniadanie. Wspięły się po schodach na piętro i znów skręciły w prawo, by po chwili znaleźć się w skrzydle przeznaczonym na prowizoryczną lecznicę. Jej dyrektorem był wysoki, niezwykle chudy lekarz o małych oczach schowanych za grubymi okrągłymi okularami. Twarz miał pociągłą i mimo jego młodego wieku skronie przyprószone już siwizną. Anastazja widziała go wcześniej kilka razy podczas badań profilaktycznych i kontroli higieny przeprowadzanych przepisowo raz w miesiącu. Polskie więzienia szczyciły się tym, że wzorowo dbają o kondycję fizyczną i zdrowie osadzonych. Miały być nie tylko miejscem uzdrawiania ducha i podnoszenia poziomu moralności, lecz także lekarstwem dla ciała. Większość więźniarek wywodziła się bowiem z nizin społecznych, w których poziom higieny pozostawiał wiele do życzenia. Przymusowe kąpiele, strzyżenie i kontrola czystości paznokci miały być elementem budowania dobrych nawyków człowieka, który po odsiedzeniu wyroku miał dostać szansę na nowe, lepsze, prawe życie.

Doktor Zatorski nie zrobił na niej dobrego wrażenia. Było w nim coś niepokojącego, choć nie potrafiła dokładnie nazwać, co takiego. Wiedziała, że pozostałe więźniarki również nie darzyły go sympatią, a badania, mimo że stanowiły przecież przełamanie rutyny, a każde urozmaicenie traktowano tu niemal jak małe święto, przyjmowano z niechęcią. Po więzieniu krążyły plotki, jakoby doktor był lubieżnikiem i zmuszał niektóre więźniarki do bliższych kontaktów, ale Wielka Zocha twierdziła, że to tylko pogłoski, i wszystkie kobiety w celi numer osiem jej wierzyły, jak w każdym temacie. Nikt nie ośmielał się kwestionować jej opinii, a poza tym siedziała tu przecież najdłużej, więc było czymś naturalnym, iż wie więcej.

Gdy stanęły przed gabinetem lekarskim, strażniczka zapukała dwukrotnie, po czym nie czekając na odpowiedź, pchnęła drzwi i wprowadziła Anastazję do środka.

– Dzień dobry, doktorze – przywitała się.

– To ta? – spytał Zatorski, nie siląc się na grzeczność.

Kobieta skinęła głową.

– Anastazja Nikołajewna Szewczenko.

– Zarzuty?

– Szpiegostwo na rzecz bolszewików – pospieszyła z wyjaśnieniem strażniczka, prostując się niczym wzorowa uczennica, która wyuczyła się na pamięć całej lekcji.

– Rosjanka?

– Ukrainka – odparła tamta i dodała: – Ale mówi dobrze po polsku. Po rosyjsku oczywiście też.

Lekarz spojrzał na stojącą nieco z tyłu Anastazję ponad okularami, które zjechały mu do połowy nosa.

– Dziękuję – powiedział wreszcie, dając tym samym znać, że funkcjonariuszka może już odejść.

Kobieta stała przez chwilę, niepewna, jak ma postąpić. Uczono ją, że więźniowie mogą przebywać w celi, kaplicy, na wspólnych zajęciach, w pracy, ogrodzie czy na spacerniaku, zawsze jednak winien im towarzyszyć strażnik. Nerwowo usiłowała przypomnieć sobie punkt regulaminu pozwalający na pozostawienie osadzonej bez nadzoru.

– Biorę na siebie odpowiedzialność za więźniarkę – odezwał się znów lekarz, jakby domyślił się jej wątpliwości. – Artykuł czternasty, punkt dwudziesty trzeci – dodał.

Strażniczka skinęła głową, robiąc przy tym minę, jakby doskonale to wiedziała, i wyszła z gabinetu lekarskiego.

Zatorski wskazał Anastazji krzesło po przeciwnej stronie biurka, a gdy usiadła, splótł palce dłoni, zakrywając nimi usta, i chwilę przyglądał się dziewczynie.

– To pani zdiagnozowała wczoraj Wandę Różańską? – spytał wreszcie.

Potwierdziła skinieniem głowy, choć nie była pewna, czy Wandzia nosi takie nazwisko. Ze zdziwieniem skonstatowała, że przez tyle miesięcy spędzonych w celi jej współwięźniarki posługiwały się jedynie przydomkami, poza kilkoma wyjątkami nie znała więc ich prawdziwych imion i nazwisk.

– Objawy nie były typowe. Skąd pani wiedziała?

Głos miał spokojny, a w jego słowach pobrzmiewało prawdziwe zaciekawienie. Anastazja się odprężyła.

– Widywałam już podobne przypadki – odpowiedziała, odzywając się po raz pierwszy.

– Gdzie? – Doktor Zatorski najwyraźniej nie należał do ludzi lubujących się w nadmiarze słów.

– W szpitalu w Petersburgu, a potem także w Ołyce na Wołyniu.

– Też w szpitalu?

– Nie – zaprzeczyła, a widząc pytające spojrzenie doktora Zatorskiego, dodała: – Mieszkałam tam przez jakiś czas. W miasteczku był żydowski lekarz, ale do chrześcijańskich kobiet niedomagających z czymkolwiek od zawsze wzywano akuszerkę. Ta jednak zmarła jakiś czas przed naszym... – Urwała gwałtownie, lecz pod czujnym spojrzeniem Zatorskiego zaraz się opanowała. – Tak się złożyło, że gdy przyjechałam, nie było komu odebrać porodu, więc spróbowałam pomóc. Po miasteczku i okolicy rozniosła się wieść, że oto w domu dawnej akuszerki zamieszkała nowa. Tłumaczyłam, że przeszłam jedynie wojenne przeszkolenie sanitarne, ale nikt zdawał się tym nie przejmować. Przez kolejne dwa lata pomagałam, jak umiałam. Szybko się uczę. Doktor Szmelke...

– Ten żydowski medyk? – upewnił się Zatorski.

– Tak. Służył mi wsparciem i radą, ilekroć czegoś nie wiedziałam, a proszę mi wierzyć, takie sytuacje zdarzały się bardzo często.

– Mimo to kobiety przychodziły właśnie do pani?

– Prawdę mówiąc, doktorze, nie miały zbyt wielkiego wyboru.

Zatorski w zamyśleniu pokiwał głową. Wreszcie odjął dłonie od twarzy, poprawił okulary, które znów zjechały mu do połowy nosa, wyprostował się i odchrząknął.

– Zamieszka pani w jednej z izolatek. Posiłki może pani jadać z pozostałymi więźniarkami, z chorymi lub ze mną, w zależności od tego, co będzie pani najbardziej odpowiadało. I tak wszyscy jemy to samo nie pierwszej jakości jedzenie, więc jest to wyłącznie kwestia doboru towarzystwa.

Anastazja popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, nie bardzo rozumiejąc, o czym mówi.

– Pielęgniarka, która pracowała tu ostatnio, nie potrafiła spamiętać najprostszych zaleceń. Więcej czasu poświęcała trefieniu włosów niż opiece nad pacjentkami – rzekł z wyraźnym obrzydzeniem. – Mało jest chętnych do pracy w więzieniu.

– Dlaczego ja? – spytała. Przywykła do traktowania jej jako osoby gorszego gatunku i cała ta rozmowa, propozycja Zatorskiego, perspektywa namiastki wolności, wydała jej się nagle nierzeczywista.

– Widzi pani, prowadzę pewne badania – zaczął powoli, uważnie się jej przyglądając, jakby próbował dostrzec jej reakcję. Anastazja wyczuła napięcie w jego głosie. – Potrzebuję kogoś do pomocy.

Nie zareagowała, ale miała wrażenie, że jego nastrój udziela się także jej. Ogarnął ją nagle silny niepokój, jakby miało wydarzyć się coś złego.

– Kogoś obdarzonego zmysłem obserwacji – dodał. – Uważnego. Pani wydaje mi się kimś takim.

Z braku lepszego pomysłu Anastazja skinęła głową. Zatorski milczał chwilę, po czym wstał zza biurka, złożył dłonie za plecami, podszedł do okna i wyjrzał na jeden z mniejszych dziedzińców na terenie zakładu, gdzie trwał właśnie rozładunek towarów zapakowanych w wielkie jutowe worki. Tragarze na ugiętych nogach podnosili pakunki i szybkim podrzutem brali je na plecy, po czym lekko pochyleni szli w stronę budynku.

– Jak pani wie, kobiety wciąż popełniają mniej zbrodni od mężczyzn. Statystyki, w których lubują się władze odrodzonej Polski, mówią nawet, że jest to zaledwie jedna piąta czynów popełnianych przez mężczyzn. Przestępstwa mężczyzn usprawiedliwia się ich naturą, silną, wojowniczą – tłumaczył, a w jego tonie czuć było coś na kształt pogardy. – Czyny społecznie niebezpieczne popełniane przez mężczyzn traktuje się więc poniekąd jak coś oczywistego, atawizm.

Anastazja patrzyła na doktora, a zdumienie mieszało się w jej umyśle z zainteresowaniem. Była ciekawa, dlaczego mówi jej to wszystko i do czego zmierza ten dziwny człowiek.

 

– Zbrodnia dokonana przez kobietę zawsze szokuje. Proszę spojrzeć na prasę. W przypadku mężczyzn wspomina się wyłącznie najpoważniejsze zbrodnie, włamania, morderstwa. Wystarczy jednak, że sprawcą kradzieży w miejscowym sklepie będzie kobieta, a poświęcone zostaną temu nagłówki wszystkich lokalnych gazet. Społeczność, ogarnięta niezdrową wręcz fascynacją, będzie kipieć oburzeniem, księża będą o tym mówić w kazaniach, miejscowe matrony plotkować na ten temat przez kolejne miesiące. A przecież gdyby złodziejem okazał się mężczyzna, skwitowano by to krótkim: „zabrakło mu na wódkę”.

Anastazja musiała przyznać, że choć nigdy się nad tym nie zastanawiała, w słowach Zatorskiego było sporo racji.

– Niewiasta bowiem, płocha białogłowa, jako istota łagodna i delikatna, nie jest przecież co do zasady zdolna do popełniania zła, nieprawdaż? – Lekarz odwrócił się nagle i spojrzał na dziewczynę. – Skoro tak, to co robią tu te wszystkie kobiety, nie wyłączając pani?

– Ja...

– Tak, wiem, pani jest z pewnością niewinna – wszedł jej w słowo zniecierpliwiony, że przerwała jego wywód. – Wiem, wiem. Rozumiem. Proszę jednak nie zatrzymywać się na własnym przypadku. Potrzebuję od pani szerszego spojrzenia na rzeczywistość.

To rzekłszy, zdjął okulary i przetarł je skrawkiem fartucha.

– Widzi pani, ostatnio odkryłem, że nie potrafię rozmawiać z kobietami – rzucił sucho i ostro, jakby przedstawiał diagnozę kolegom po fachu.

Anastazja z trudem zachowała powagę. Podobne wyznanie w ustach dorosłego mężczyzny o wyglądzie surowego nauczyciela było doprawdy komiczne.

– W moim towarzystwie milkną, jakby czegoś się bały, a ja potrzebuję wiedzieć, co myślą – westchnął z desperacją.

– A na co panu ta wiedza, doktorze? – spytała zaintrygowana Anastazja.

– Bo widzi pani, w prasie postawiono niedawno tezę, jakoby kobiety były szczególnie predysponowane do popełniania zbrodni.

– Przecież przed chwilą mówił pan...

– Wiem, co mówiłem. Proszę słuchać – nakazał jej, znów opadając na krzesło. – Według tej teorii mężczyźni nie potrafią ukrywać swoich zbrodniczych instynktów, a kobiety tak. Mają wrodzone skłonności do zbrodni, ale są też kłamcami doskonałymi i w przeciwieństwie do mężczyzn potrafią to ukryć. Czasem jednak pojawia się coś jakby wyzwalacz, który nie pozwala dłużej ukrywać żądzy zbrodni.

– Panie doktorze, myślę, że to niedorzeczność... – odważyła się wtrącić Anastazja. Ku jej zdumieniu Zatorski pokiwał głową.

– I ja tak sądzę, lecz do obalenia tezy potrzebna jest antyteza, nade wszystko zaś dowody – rzekł. – Dlatego zatrudniłem się w kobiecym więzieniu. Postanowiłem zgromadzić materiał badawczy. Tymczasem...

– Nie chcą z panem rozmawiać – dokończyła Anastazja.

Zatorski westchnął ciężko.

– Pomoże mi pani? – A wziąwszy jej milczenie za wahanie, dodał szybko: – Będzie pani miała częściową swobodę...

– Wyśle doktor mój list? – spytała natychmiast, po czym dodała szeptem: – Prywatny. On... mój narzeczony musi poznać prawdę, dowiedzieć się, że go nie porzuciłam. Błagam, doktorze.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a następnie Zatorski skinął głową. Umowa została zawarta.

Od tamtego dnia pracowała na izbie chorych. Traktowano ją dobrze, a gdy raz czy drugi pomogła to strażniczce, to którejś z więźniarek, wieść o jej umiejętnościach rozeszła się po całym zakładzie.

Zatorskiemu udało się nawet zorganizować jej lampę naftową do izolatki, pełniącej teraz funkcję jej sypialni, tłumacząc naczelnikowi, że zleca dziewczynie dużo zadań, które nierzadko musi ona kończyć po godzinach przeznaczonych na pracę, a jako osadzona nie może pozostawać nocą poza celą. Przynosił jej też książki, więc nocami czytała. Aż wreszcie nadszedł dzień, gdy poczuła nieprzeparte pragnienie pisania.

W pokoiku wielkości spiżarki nie było biurka. Stały tam tylko łóżko, nad którym wisiała drewniana półka, i krzesło. Anastazja pisała więc, klęcząc przy krześle, na którym stawiała lampę. Nogi jej cierpły, kark bolał niemiłosiernie, ale nie zwracała na to uwagi. Po raz pierwszy od dawna czuła, że coś daje jej wytchnienie. Pisała więc dużo i szybko, z pewną dozą nerwowości, jakby była skazańcem, który musi przelać na papier wszystkie swoje myśli, nim wykonany zostanie na nim wyrok śmierci. Nie było to nic konkretnego. Wyrazy wylewały się z niej jakby poza jej kontrolą, a potem następowała ulga. Anastazja kładła się na łóżku, zamykała oczy i odpływała w pozbawiony marzeń sen, niosący odrobinę wytchnienia. Każdy dzień był taki sam jak poprzedni: pracowała na izbie chorych, zmieniała opatrunki, uśmierzała ból, leczyła owrzodzenia, a w wolnych chwilach przeprowadzała rozmowy z kolejnymi więźniarkami według ankiety przygotowanej przez Zatorskiego. O wyznaczonych godzinach jadła posiłki, chodziła na spacery, a nocami czytała i pisała aż do upadłego.

List został wysłany dwa tygodnie po ich rozmowie, z Bydgoszczy, gdzie doktor Zatorski w każdą pierwszą środę miesiąca grywał w brydża z kuzynami, także lekarzami. Do Ołyki dotarł tuż przed świętami Bożego Narodzenia roku 1920, jednak listonosz nie zastał adresata. Na kopercie nie było nazwiska nadawcy ani adresu zwrotnego, więc zabrał go z sobą na pocztę i odłożył na stertę przesyłek niedoręczonych.

1921

Rozdział 1

Od przeszło miesiąca bawili z Borysem w Łucku, lecz Kazimierz nadal nie zawiadomił o ich przyjeździe swego ojca ani sam nie zajrzał do mieszkania nad księgarnią przy Jagiellońskiej, gdzie wciąż mieszkał Karol Stawicki. Dręczyły go z tego powodu wyrzuty sumienia i co wieczór, leżąc już w łóżku, pogrążony w pijackiej malignie, przyrzekał sobie na wszystkie świętości, że następnego dnia złoży ojcu wizytę. Gdy jednak nastawał poranek, a wraz z nim nieodłączni towarzysze przebudzenia – ból głowy, mdłości, suchość w ustach i ogólne rozdrażnienie – postanowienie o odwiedzeniu rodzica odsuwało się w najdalszy cień, rozpływało we mgle, by przed nocą już nie powrócić.

Wieczorami, gdy elegancko ubrani i ufryzowani wyruszali z Borysem do kawiarni, restauracji czy jednego z hoteli, z których znakomita większość mieściła się przy Jagiellońskiej, głównej ulicy miasta, Kazimierz rozglądał się nerwowo, jakby właśnie popełniał jakąś zbrodnię i obawiał się, że zostanie na niej przyłapany. W rzeczywistości baczył, by przypadkiem nie wpaść na ojca. Próbował się uspokajać, powtarzając w myślach, że Łuck to spore miasto, a pan Karol jest już starszym człowiekiem, ci zaś z zasady stronią od nocnych rozrywek, czas po zmierzchu wykorzystując na odpoczynek, jak Pan Bóg przykazał, a jednak nie mógł się wyzbyć niepokoju. To zachowanie napawało go odrazą do samego siebie, przez co zwykle zaczynał wieczór w nie najlepszym humorze. Ulgi doznawał dopiero, wychyliwszy kilka szklanek wódki, gdy wreszcie zapominał o wszystkim, także o ojcu.

Kazimierz miał wrażenie, że jego życie przypomina wstęgę Möbiusa. Doskonale pamiętał dzień, w którym jeden z petersburskich profesorów pokazywał im nietypowe przestrzenie: butelkę Kleina, nazywaną butelką przez pomyłkę tłumacza, oraz rzeczoną wstęgę opisaną przez niemieckiego astronoma i matematyka Augusta Ferdynanda Möbiusa. Wreszcie zaprezentował, jak skonstruować tę ostatnią z prostokątnego kawałka papieru pociętego na paski.

– Proszę jednak pamiętać, że choć wstęga Möbiusa kształtem przypomina symbol nieskończoności, tenże wyprzedził ją o ponad dwieście lat – pouczył ich profesor, wprawnie operując wielkimi nożycami. Należał do gatunku nauczycieli wykorzystujących każdą sposobność, by poszerzać wiedzę studentów. – Symbol nieskończoności wprowadził znany angielski matematyk John Wallis w roku tysiąc sześćset pięćdziesiątym piątym.

Stawicki go nie słuchał. Z lekko rozchylonymi ustami, nadającymi jego twarzy nieco głupawy wyraz, patrzył z dziecięcym zachwytem, takim jak dawniej, gdy podczas spacerów z panną Emilią przyglądał się warszawskim kataryniarzom, jak profesor rozcina wstęgę wzdłuż środkowej linii, a ta, zamiast się rozpaść, staje się dwukrotnie dłuższa i dwukrotnie skręcona.

Obecnie czuł się tak, jakby ktoś wpisał jego los w taką właśnie jednostronną powierzchnię, a im bardziej próbował się z niej wydostać, walczyć, coś zmienić, rozcinać kolejne węzły, tym bardziej skomplikowana stawała się struktura całości.

Był uwikłany we własne życie, opleciony mocną nicią zdarzeń, z których wielu nie rozumiał. To powodowało, że szamotał się zagubiony, a pętające go więzy zacieśniały się jeszcze mocniej. Marzył o dniu, w którym znów będzie jak dawniej. Nigdy nie miał wielkich ambicji ani szalonych pragnień i tak naprawdę nigdy mu to nie przeszkadzało. Jego ekstrawertyczny, ekspresyjny przyjaciel nieustannie spalał się, by być w centrum uwagi. On sam nie miał nic przeciwko pozostawaniu w cieniu i czerpał przyjemność z patrzenia z boku na kolejne występy Borysa. Lubił swoją zwyczajność, cenił spokój, dobre jedzenie, zdrowy sen. Teraz tęsknił właśnie do prostoty dawnych dni, szczególnie tych spędzonych w Ołyce, z Anastazją, gdy budzili się i zasypiali ze słońcem, rzetelnie pracowali, a wieczorami oddawali się miłości. Gdy pomyślał, ile rzeczy naprawił w tamtym czasie, palił go wstyd, że teraz tak bardzo marnotrawi czas. Chciał ponownie czerpać satysfakcję z pracy własnych rąk i znów doznać owej pulsującej radości, gdy zepsuty mechanizm zaczynał działać. Po prostu żyć tu i teraz, nie szukając już niosących zapomnienie wrażeń. Śnił więc o poranku, gdy odetchnie pełną piersią, poczuje się rześko i świeżo, jak ktoś, kto porządnie się wyspał. O tym, jak zje śniadanie, rozkoszując się jego prawdziwym smakiem, bez krztyny goryczy, zaśmieje się szczerze, a nie tylko owym pustym śmiechem wymuszonej wesołości, którego oczekiwano od niego w kolejnym nowo poznanym towarzystwie.

Coraz bardziej ciążyła mu też świadomość swoistego zobowiązania, które wkradło się pomiędzy niego a Borysa. Bogdanow wprawdzie zdawał się tego nie zauważać lub ignorował to, jak wiele innych niewygodnych spraw, ale Kazimierzowi zależność od przyjaciela doskwierała coraz bardziej. Chciał odzyskać dawną niezależność. Nie przywykł do życia za cudze pieniądze. Jego ojciec do wszystkiego doszedł sam i utrzymywał rodzinę wyłącznie z zarobionych przez siebie pieniędzy. Nieodmiennie powtarzał synowi, że godnie żyć można jedynie wówczas, gdy samemu zapracowuje się na swoje potrzeby.

– Tylko własnoręcznie upieczony chleb ma smak – zwykł mawiać, a że nie miał zbyt wielu powiedzonek, słowa te mocno zapadły w pamięć jego syna.

Oszczędności Kazimierza z żołdu skończyły się już jakiś czas temu i od tamtej pory żył na rachunek Borysa. Jego przyjaciel nigdy mu tego nie wypomniał. Był bogaty, a na dodatek miał niezwykły wprost talent do pomnażania pieniędzy. Zdawał się zawsze znajdować we właściwym miejscu w czasie, w którym ktoś proponował komuś korzystną inwestycję, sprzedaż patentu czy kupno akcji kopalni. Borys uwielbiał zwyciężać, a każde zarobione pieniądze traktował jak wygraną. Kazimierz wiedział dokładnie, kiedy Bogdanow zrobił dobry interes. Zachowywał się wówczas tak, jakby wynalazł niezawodny lek na gorączkę lub nowy środek transportu.

Stawicki zawdzięczał temu własne dostatnie i pozbawione zmartwień życie, a jednak czasem nachodziło go niejasne przeczucie, że pieniądze Borysa nie są uczciwie zarobione. Bogdanow nie miał przecież stałego zajęcia, nie wykonywał już żadnej pracy, przeciwnie – wydawało się, że nie ustaje w zabawie. A Kazimierz musiał mu towarzyszyć, czy tego chciał, czy nie, choć oczywiście przyjaciel zawsze zostawiał mu wolną rękę. To on sam tego od siebie wymagał Miał wrażenie, że okazuje niewdzięczność, ilekroć nachodziła go pokusa, by nie przyjąć kolejnego zaproszenia Borysa, raz jeden zostać w domu. Tłumaczył sobie, że robi to z troski, że samotne włóczenie się po mieście nocami jest nie tylko mało przyjemne, ale i nie bardzo bezpieczne, lecz w głębi duszy wiedział, że to nieprawda. Czuł, że jest to winien Bogdanowowi.

Był coraz bardziej zmęczony trybem życia, który prowadził. Kilkakrotnie próbował porozmawiać o tym z Borysem, lecz przyjaciel wyraźnie nie pojmował, w czym tkwi problem.

– Za dużo myślisz – kwitował nieodmiennie zwierzenia Kazimierza. – Młodość, mój drogi, polega właśnie na tym, by żyć bezmyślnie. W młodości masz prawo do beztroski – przekonywał. – Możesz bez konsekwencji marnować czas, trwonić pieniądze, ulegać namiętnościom, spełniać własne zachcianki. Pracować będziesz, gdy wyłysiejesz, przytyjesz i osiądziesz gdzieś na stałe z żoną, gromadką dzieci i plikiem weksli do spłacenia. Teraz po prostu ciesz się chwilą.

 

Kazimierza drażniły podobne wypowiedzi, a czuł się tym gorzej, że zdawał sobie sprawę z dobrych intencji przyjaciela. Po zniknięciu Anastazji Borys całkowicie poświęcił się opiece nad nim, a teraz robił wszystko, by na nowo zainteresować go życiem. W końcu Stawicki w ogóle przestał poruszać ten temat.

Od ich przybycia do Łucka Borys rozkwitał. Przyjaciel od dawna nie widział go tak zadowolonego.

– Ach, co to jest za miasto – wzdychał raz po raz, obrzucając całkiem przypadkowe miejsca czułym spojrzeniem. – Wspaniałe, doprawdy wspaniałe.

Owszem, Łuck był bez wątpienia urokliwy, szczególnie jego stara część, pełna zabytków sięgających czasów, gdy rządzili tu krewni wielkiego Jagiełły, a po pobycie w cichej, sennej Ołyce wydawał się niemal metropolią, ale Kazimierz nie mógł odgadnąć, co tak bardzo cieszyło Borysa. Przez wiele lat mieszkali przecież w Petersburgu, przy którym niemal każde miasto na ziemi sprawiało wrażenie nijakiego. Wreszcie doszedł do wniosku, że Bogdanowowi od dawna brakowało nocnego życia, za którym wszak od zawsze przepadał. W Ołyce, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, wiedli niemal pustelniczy żywot. Teraz przyjaciel odzyskał rezon i na nowo dawał upust swemu upodobaniu do obcowania z ludźmi.

Łuck w tych dniach był miejscem wprost wymarzonym dla kogoś, kto chciał zawierać nowe znajomości i używać życia. Miasto pełne było ciekawych osobistości, które przypadkiem napotykali niemal przy każdej okazji. Stolica Wołynia, przez ostatnie trzy lata przechodząca z rąk do rąk, zdobywana i odbijana na zmianę przez Polaków, Rosjan, Ukraińców i Niemców, była istnym tyglem narodowościowym, przy czym każdy twierdził, że to właśnie on jest u siebie. Była też siedzibą największej gminy żydowskiej na Wołyniu.

Niemcy na pół roku ustanowili Łuck hetmanatem, częścią Państwa Ukraińskiego, którego głową był hetman Pawło Skoropadski, pozostającego pod protektoratem sprzymierzonych wojsk niemieckich i austro-węgierskich. Po przegranej dawnych protektorów Skoropadski chciał zjednoczyć Ukrainę z Rosją, lecz na drodze stanął mu Semen Petlura i słynny korpus Strzelców Siczowych dowodzonych przez pułkownika Jewhena Konowalca. Skoropadski, zmuszony w przebraniu uchodzić z Kijowa, udał się do Niemiec. Przez kolejne pięć miesięcy Łuck był częścią Ukraińskiej Republiki Ludowej, by w maju 1919 zajęły go oddziały Wojska Polskiego. O tym wszystkim i wielu innych rzeczach Kazimierz i Borys dowiadywali się od napotykanych kolejno Niemców, Polaków, Ukraińców, Rosjan, Węgrów, a nawet Kirgizów i Tatarów.

– Może trochę za dużo tu klasztorów, cerkwi, synagog i tym podobnych na kilometr kwadratowy, ale jestem w stanie przymknąć na to oko przez wzgląd na odpowiednią proporcję innych przybytków. – To rzekłszy, Borys puścił do Kazimierza oko, choć przyjaciel i tak wiedział, co miał na myśli.

Co noc odwiedzali inne przybytki, miejscowe domy uciech, szynki, karczmy, dansingi, restauracje, hotele, miejsca zarówno wykwintne i eleganckie, jak i te spod ciemnej gwiazdy. W niemal każdym z nich po wychyleniu pewnej ilości alkoholu Borys znikał gdzieś nagle i równie nagle pojawiał się z powrotem. Kazimierz zaś, jak zawsze nie pytając o nic, coraz bardziej skonfundowany i zagubiony, chodził za nim krok w krok, czując, że z dnia na dzień ma coraz mniejszą swobodę działania i decydowania o czymkolwiek.

Jednak i w tej bezwolności nie leżała prawdziwa przyczyna unikania kontaktów z ojcem. Nie chciał go widzieć, ponieważ było mu wstyd. Nie miał odwagi pokazać się rodzicowi w takim stanie. Miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, lecz w przeciwieństwie do Borysa, którego fizjonomia zdawała się całkowicie odporna na niezdrowy tryb życia, wyglądał dużo starzej niż ledwie pół roku wcześniej i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że choć niedawno przypominał wrak człowieka, teraz zaczyna upodabniać się do owych bankierów o nalanych twarzach z obwisłymi policzkami, w ledwo dopinających się kamizelkach, przedwcześnie łysiejących, wiecznie spoconych i zasapanych, niegdyś stanowiących przedmiot jego kpin.

Lekarstwo zaaplikowane mu przez Borysa w Ołyce wciąż działało. Alkohol pobudzał go do życia, lecz z czasem potrzebował go coraz więcej, by poczuć się choć odrobinę lepiej. Po wielu dniach picia od rana do wieczora jego cera poszarzała, twarz napuchła, nozdrza zgrubiały i się rozszerzyły. Przytył znacznie, a jego figura utraciła dawną tężyznę. Oczy miał nieustannie przekrwione, a w ich kącikach pojawiły się żółtawe plamki. Oddech miał nieświeży, nawet częste mycie i płukanki ziołowe nie były w stanie zamaskować kwaśnej woni rozkładającego się w trzewiach alkoholu. Pocił się obficie nawet w chłodne dni, trzęsły mu się dłonie i nierzadko dłuższy czas nie mógł zebrać myśli i sformułować ich w sensowną wypowiedź.

Czuł się starym, zmęczonym człowiekiem, któremu na niczym już nie zależy. Tu w Łucku używał życia we wszystkich najprzyjemniejszych jego aspektach. Dlaczego więc był tak pusty i nieszczęśliwy? Dlaczego co wieczór potrzebował więcej alkoholu, żeby wprowadzić się w błogi stan bezmyślności?

Jedno wiedział na pewno: swoim widokiem sprawiłby ojcu jedynie niepotrzebną przykrość. Przekonywał samego siebie, że odwiedzi go, gdy tylko odzyska zdrowie i będzie w lepszej formie, lecz podświadomie wiedział, że to kolejne z kłamstw, którymi w ostatnim czasie obficie się karmił. Poza tym jak dotąd nie przekazał mu wiadomości o zniknięciu Anastazji. Mijały kolejne dni, a jemu z coraz większym trudem przychodziło choćby wyobrażenie sobie przebiegu rozmowy, którą mieliby odbyć.

Po pierwsze, wiedział, że ojciec dozna osobistej przykrości. Młodszy Stawicki był świadomy tego, jak bardzo pan Karol polubił dziewczynę. Odnalazł w niej bratnią duszę. To jej powierzył sekret o okolicznościach śmierci swej żony, Małgorzaty, matki Kazimierza, przez lata skrywany głęboko na dnie serca.

Po drugie, nie był pewien, jakich miałby użyć słów. Nie rozmawiał przecież o tym z nikim. Borys znał prawdę, więc nie potrzebował mu niczego tłumaczyć. Już sama myśl o tym, że miałby wypowiedzieć zdanie: „Anastazja odeszła” lub „Anastazja mnie opuściła”, wywoływała w nim nieprzyjemne dreszcze. Nie mógł też oprzeć się wrażeniu, że wymówienie tych słów niejako potwierdzi ich sens, nada im moc sprawczą, zmusi go do pogodzenia się z tym, że utracił ją na zawsze.

Po trzecie zaś, do czego przyznanie się przychodziło mu z największą trudnością i powodowało nieopisane wyrzuty sumienia, Kazimierz czasem przyłapywał się na tym, że obwinia ojca o utratę Anastazji. Wszak kto wie, być może gdyby rodzic nie wymógł na nim wzięcia udziału w kampanii Piłsudskiego, gdyby Stawicki, zamiast jechać bić się z bolszewikami pod Warszawą minionego lata, został w Ołyce, Nuti by nie odeszła, nadal byliby razem, a on czułby się znów żywy i kompletny.

Tego ranka Kazimierz leżał w wymiętej, przepoconej pościeli z rękami założonymi za głową. Od dawna już nie spał. Zbudził go odgłos drzwi zatrzaskujących się za Borysem. Stawicki nie mógł pojąć, skąd jego przyjaciel czerpie tę swoją, jak mu się zdawało, niespożytą energię życiową. Bogdanow mógł do świtu pić, grać w karty, zabawiać się z kobietami, a i tak zwykle wstawał przed Kazimierzem, wesół i świeży jak skowronek. Niemal co rano wychodził dokądś załatwiać różne sprawy, jak zwykle odpowiadał, zagadywany o plany na dany dzień. Najczęściej jednak dochodziło do tego dopiero po południu, bo gdy ogolony, uczesany, pachnący lawendą Borys wychodził z ich mieszkania, Stawicki spał jak zabity, śliniąc się i chrapiąc jak przydrożny pijaczyna.

Był coraz bardziej znużony tym wszystkim. Jałową łazęgą po mieście, przypadkowymi znajomościami zawieranymi na jedną noc, które nie miały już posmaku przygody, alkoholem będącym bardziej przymusem niż przyjemnością, bezcelowością kolejnych dni, które zdawały się tylko, wraz z upływem godzin coraz niecierpliwszym, oczekiwaniem na wieczór.