Stalowe nieboTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Podczas procesu Anastazja liczyła, że doszło do jakiejś fatalnej pomyłki. Oskarżenie o działalność przeciwko Rzeczypospolitej wydało jej się tak absurdalne, że nierzeczywistym jawiło się przypuszczenie, iż ktokolwiek uwierzy w podobną brednię. Owszem, była zafascynowana bolszewizmem i uważała, że wśród współczesnych nie ma większego wizjonera niż Lew Trocki, ale odkąd wyjechała z Petersburga i zamieszkała z Kazimierzem w Ołyce, polityka w zasadzie przestała dla niej istnieć. Tylko czasem, wieczorową porą, gdy nasyceni miłością leżeli wtuleni przy kominku, starym zwyczajem prowadzili teoretyczne rozważania nad kształtem, jaki mógłby przybrać świat, gdyby ci czy tamci objęli władzę na kontynencie. Lubili snuć domysły, co by było gdyby, ale nie przekładało się to na żadną działalność.

Słuchała zarzutów, argumentacji oskarżenia, pytań obrony i odpowiedzi świadków, z których większość widziała po raz pierwszy, i nie mogła pozbyć się uczucia, że bierze udział w jakimś upiornym eksperymencie. Miała nadzieję, że za chwilę ktoś wyjdzie zza kotary i krzyknie, iż to wszystko było jedynie żartem, a ona może już wracać do domu. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Z szeroko otwartymi oczami słuchała, jak sędzia skazuje ją na siedem miesięcy pobytu w zakładzie karnym przeznaczonym dla więźniów politycznych lub obozie internowania.

Od pierwszych chwil po wysłuchaniu wyroku Anastazja była przekonana, że jej życie utraciło realny kształt, przemieniło się w sen. I tak jak we śnie, tak teraz na jawie mogła się wszystkiemu jedynie przyglądać, a gdy otwierała usta, by krzyknąć, nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Niemal cały czas miała przed oczami twarz Borysa, gdy na sali sądowej błagała go, by powiadomił Kazę o tym, co się stało, nade wszystko zaś, by zapewnił go o niezmienności jej uczuć. Dręczył ją niepokój, że to, co dostrzegła w owej chwili, było wyrazem satysfakcji. Starała się odsuwać od siebie tę myśl, lecz powracała ona do niej, powodując nieustanne napięcie.

Anastazja rozstała się z Kazimierzem w niezgodzie, ponieważ po bezsensownej kłótni oboje unieśli się dziecinną dumą. On chciał wyruszyć na front, by wypełnić obowiązek nałożony nań przez ojca, ona pragnęła go przy sobie zatrzymać. Wykrzyczała wówczas, że jeśli przekroczy próg ich domu, nie będzie miał do czego wracać. Słowa wypowiedziane w gniewie teraz zawisły nad nią jako rzeczywista groźba, której przecież nie chciała spełnić. Myśl, że Kazimierz wróci do Ołyki i zastawszy pusty dom, uzna, że jednak zrobiła to, co zapowiedziała, sprawiała, iż odchodziła od zmysłów. Musiał zainteresować się jej losem, próbować dowiedzieć się, co się z nią stało, dokąd wyjechała. Nie, nie mogła pogodzić się z myślą, że mógłby pozostać obojętny lub co gorsza zraniony zaniechać poszukiwań. Któryś z sąsiadów na pewno zauważył przyjazd policjanta z Łucka i widział, jak ten zabierał dziewczynę z sobą. Nie było możliwości, żeby coś tak niecodziennego umknęło uwadze wszystkich mieszkańców tak małej mieściny. Jednak jakiś głos wewnętrzny podpowiadał Anastazji, że wydarzyło się coś jeszcze, według ściśle opracowanego planu, którego celem miało być pozostawienie Kazimierza w niewiedzy o tym, co ją spotkało.

Była niemal pewna, że za jej aresztowaniem stał Borys. Nie miała wątpliwości, że byłby do tego zdolny. Przez te miesiące przeżyte pod jednym dachem w Ołyce upewniła się, że w tym przypadku dorosłość i zdobyte wraz z nią mądrość i siła tylko ugruntowały jego podły charakter. Miała też świadomość, jak wielką nienawiść żywił do niej przyrodni brat. Winił ją nie tylko – jak dawniej – za nieszczęśliwe życie matki, ale teraz również za śmierć Olega. Tak, nie wątpiła, że Borys zrobiłby wszystko, by odebrać jej Kazimierza.

Modliła się, by miłość okazała się silniejsza od wszystkiego, od kłamstw jej przyrodniego brata, od zranionej dumy. Kaza wiedział przecież, że Anastazja była porywcza, a targana nierzadko sprzecznymi emocjami potrafiła mówić rzeczy, których potem ogromnie żałowała. Kochał tę jej nieprzewidywalność, zmienność nastrojów. Miała nadzieję, że nie straci ufności w to, że i ona go kocha. Wierzyła, że poruszy niebo i ziemię, by ją odnaleźć.

– Kaza – szeptała niemal cały czas, wbrew rozsądkowi łudząc się, że jakieś dobre duchy wszechświata z legend, które w dzieciństwie opowiadała jej matka, zaniosą do niego jej słowa, że Kazimierz usłyszy jej wołanie. – Kaza.

Jesień dogasała. Dni były już całkiem krótkie, temperatura spadła znacząco, wiatr hulał po mijanych polach i lasach, wzniecając tumany kurzu, w których wirowały z szelestem suche liście i trawy. Na jednym z postojów wręczono Anastazji dodatkowy koc, szary, gruby, zapewne pochodzący z zaopatrzenia wojskowego. Mimo tego dodatkowego okrycia przez większość czasu dygotała z zimna. Była wdzięczna za każdy, choćby najkrótszy, pobyt w miejscowych aresztach. Cele nie były może najwygodniejsze – małe, ciasne i brudne; naczynia szczelnie pokrywała mieszanina rdzy i zastygłego tłuszczu pozostałego po niegdysiejszych posiłkach, a w źle wypchanych siennikach leżących na pryczach aż roiło się od robactwa. Wszystko to jednak traciło na znaczeniu wobec faktu, że cele prowincjonalnych aresztów umieszczano w budynkach policji. Te zaś były porządnie nagrzane, dzięki czemu przynajmniej nocami było Anastazji ciepło. Rano dostawała też zwykle kubek gorącej kawy i śniadanie, na które – jak mówiły inne więźniarki – składały się resztki ze stołu lokalnych stróżów prawa.

Przekazywano ją sobie z rąk do rąk, jakby gdzieś po drodze utraciła człowieczeństwo i była jedynie przedmiotem, kłopotliwą przesyłką, którą należało dostarczyć pod wskazany adres. Odnoszono się do niej poprawnie, lecz bez cienia uprzejmości, bez jakiegokolwiek ludzkiego odruchu i ciepła, które było jej tak bardzo potrzebne. Wojna polsko-bolszewicka wciąż trwała i choć po bitwie warszawskiej szala zwycięstwa mocno przechyliła się na stronę Polaków, niechęć do Rosjan zdawała się tu niezmiennie silna.

W trakcie podróży na początku października dogoniła ich wieść o zwycięskiej bitwie niemeńskiej i wkroczeniu wojsk polskich do Mińska. Mówiono, że dwunastego października przedstawiciele rządu polskiego i władz bolszewickich mieli rozpocząć negocjowanie warunków zawieszenia broni. Z tej okazji eskortujący ją strażnicy urządzili sobie świętowanie z miejscowymi policjantami. Anastazja siedziała w maleńkiej celi, wsłuchiwała się w tubalne, fałszywe śpiewy pijanych mężczyzn i zastanawiała się, czy Kaza też tak dziś świętuje. Kto wie, może był gdzieś całkiem blisko i gdyby głośniej zawołała, mógłby usłyszeć jej głos. Przez chwilę rozkoszowała się tą wizją, lecz zaraz i ona straciła blask. Im bardziej dziewczyna oddalała się od Ołyki, tym częściej nawiedzała ją myśl, że już nigdy więcej nie zobaczy Kazimierza.

Nieopodal wznoszono toasty za Piłsudskiego, Sikorskiego, Hallera, Rydza-Śmigłego, Rozwadowskiego, Sosnkowskiego, Szeptyckiego i dziesiątki innych mężów stanu oraz dowódców, dzięki którym udało się przegonić bolszewików z polskiej ziemi. Wsłuchiwała się w tę litanię nazwisk, której każde kolejne wezwanie wzbudzało większy entuzjazm, i czuła, jak smutek wypełnia każdą komórkę jej ciała, powodując niemal fizyczny ból. Nigdy wcześniej nie była tak bezradna i osamotniona. Gdy jako dziecko uciekła z domu, chroniła ją wyobraźnia, a potem nieustannie los stawiał na jej drodze kolejnych dobrych ludzi, na których ramieniu mogła się mocno wesprzeć, gdy tego potrzebowała. Teraz nawet jej własny umysł nie chciał jej przyjść z pomocą. Miała pewność, że gdyby mogła choć w wyobraźni przez chwilę znaleźć się gdzieś indziej, byłoby jej lżej na duszy, ale nie – zmartwienia i targający nią niepokój odbierały jej dostęp do świata kojących rojeń i pięknych marzeń. Nie mogła nawet przypomnieć sobie żadnej z opowiadanych niegdyś przez matkę bajek. W głowie miała całkowitą pustkę, w której kołatała jedna myśl odbierająca jej wszelką nadzieję i spokój. Strach, że Kazimierz uzna, iż go opuściła.

Następnego dnia strażnicy byli jeszcze bardziej nieprzystępni niż zwykle. Po nocy pełnej dręczących rozważań Anastazja za wszelką cenę chciała ich przekonać, by pozwolili jej wysłać krótki list. Kilka słów, które mogły uratować jej życie. Błagała, zalewając się łzami. Obiecywała, że przeczyta im to, co napisała, niczego nie próbując zataić. Przekonywała, że jest niewinna, i odwoływała się do ich chrześcijańskich uczuć, zapewniając, że byłby to uczynek miłosierdzia dla niesłusznie oskarżonego. Wreszcie pokazywała im dokumenty, by udowodnić, że nie jest Rosjanką, ale Ukrainką, krajanką Semena Petlury, Mychajła Omelianowicza-Pawelenki, Izaaka Mazepy, którzy pomogli Polakom zwyciężyć bolszewików, lecz i to na niewiele się zdało. Konwojujący ją mężczyźni wyglądali tylko na coraz bardziej znużonych i niczym katarynka powtarzali: „nie wolno”. Zawarty w wyroku zakaz korespondencji w ich mniemaniu obowiązywał już w trakcie podróży do więzienia i najwyraźniej zamierzali go bezwzględnie przestrzegać.

Anastazja wpadała we wściekłość. Waliła w metalowe ściany więźniarki, krzycząc przy tym jak opętana. Czuła, że całkowicie straciła panowanie nad sobą, ale nie obchodziło jej to, że za podobne zachowanie mogą spotkać ją nieprzyjemności. Musiała dać upust mieszaninie furii i podszytej bezradnością rozpaczy.

Wreszcie pojazd się zatrzymał. Jeden ze strażników wyszedł, otworzył tylne drzwi samochodu i bez słowa wymierzył cios. Głowa Anastazji odskoczyła i z głuchym brzdękiem uderzyła o metal. Z rozciętych ust popłynęła krew. Dziewczyna osunęła się na podłogę i straciła przytomność.

Strażnik niespiesznie znów zamknął drzwi i wrócił do szoferki.

– Głowa mi pęka – sapnął, siadając na swoim miejscu.

– Nie za mocno? – upewnił się drugi.

– Przeżyje, a przynajmniej dłuższy czas będzie wreszcie cicho.

 

Rozdział 3

Anastazja nie wiedziała, co kryło się pod zawartym w wyroku sformułowaniem: „obóz internowania”. Spodziewała się, że zostanie umieszczona w którymś z zakładów karnych na Wołyniu, Polesiu, najdalej w województwie tarnopolskim lub lwowskim. Gdy z podsłuchanej ukradkiem rozmowy strażników wywnioskowała, że jadą dalej w głąb Polski, poczuła, jak opuszczają ją resztki sił. Zastanawiała się, czy w podobnej beznadziei pogrążają się zesłańcy syberyjscy wiezieni na wieczne wygnanie. Próbowała nawet umilić sobie czas, snując opowieść, że taki właśnie będzie kres i jej podróży, jednak wyimaginowane historie nie niosły jej już takiej ulgi jak dawniej. Zbyt wiele myśli plątało jej się po głowie, niczym zły chochlik burząc każdą układaną baśń. Anastazji nie pozostawało więc nic innego, jak wyglądać za okno samochodu, powozu, pociągu i kolejnego powozu, który tym razem dowiózł ją na miejsce, gdzie miała odbyć karę za niepopełnione przestępstwo.

Więźniów w niedawno odrodzonej Polsce co do zasady dzielono na trzy kategorie. Tych, którzy odsiadywali wyroki nie dłuższe niż rok, osadzonych na okres od roku do trzech lat i wreszcie tych z wyrokami powyżej trzech lat. Była jeszcze czwarta kategoria, obejmująca więźniów szczególnie niebezpiecznych dla społeczeństwa lub funkcjonowania i porządku młodego państwa – tych umieszczano w więzieniach o specjalnym rygorze lub w twierdzach. O więźniach z tej kategorii zwykle można było przeczytać w prasie, a gdy o nich mówiono, ściszano głos, jak wówczas, gdy mówi się o zmarłych. Nie było bowiem żadnej nadziei na to, że kiedykolwiek powrócą do świata.

Więzienie w Fordonie, do którego przywieziono Anastazję, wpisane było na listę ciężkich zakładów karnych przeznaczonych dla kobiet odbywających wyroki powyżej trzech lat. Naczelnik wyglądał na skonfundowanego, gdy dowiedział się, że przywieziono mu osobę skazaną zaledwie na kilka miesięcy, lecz nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Organizacja więzienia dla kobiet w budynkach, które zaledwie chwilę wcześniej służyły za koszary Wojska Polskiego, a w czasie wielkiej wojny dla oddziałów niemieckich, była dlań wystarczająco dużym wyzwaniem. Jak zwykle, gdy pojawiały się sprawy nietypowe, naczelnik przekazał ten problem do rozwiązania swojej zastępczyni. Aspirantka, niska kobieta o surowej, bladej twarzy, wsunęła teczkę do szuflady i kazała strażniczce odprowadzić dziewczynę do celi numer osiem.

Główna część więzienia mieściła się w starym budynku powstałym w końcówce XVIII wieku, chwilę po tym, jak miasto Fordon znalazło się w obrębie zaboru pruskiego. Na początku mieściły się tu magazyn oraz punkt poboru ceł i innych podatków od polskich towarów transportowanych tędy do Gdańska. Po kongresie wiedeńskim budynek sprzedano i przez kilka lat należał do aptekarza Korbitza, nim z powrotem znalazł się w rękach władz pruskich. Wówczas przeprowadzono na tym terenie prace remontowe, dokupiono trochę terenu, kilka innych budynków gospodarczych, w tym pobliski browar i gorzelnię, i urządzono tu dom karny, gdzie po kolejnych rozbudowach w tym samym czasie mogło odbywać wyroki nawet pół tysiąca kobiet. Na terenie zakładu funkcjonowały kaplica i zakład koronkarski, a dyrekcja więzienia miała ambicję zorganizować w przyszłości także szkołę powszechną.

Zaraz po przekroczeniu progu więzienia dziewczynę poddano skomplikowanej procedurze sanitarnej. Następnie długie, miedziane loki Anastazji przycięto do uszu. Golibroda, poczciwy staruszek, śmiał się, że ufryzował jej włosy zgodnie z obowiązującą modą, ale Anastazja wiedziała, że jest to jedna z form represji, mająca złamać dumę kobiet, a przy okazji zapobiegać rozprzestrzenianiu się chorób przenoszonych przez wszy i inne insekty. Przebrano ją w więzienną sukienkę, wręczono odkażone rzeczy osobiste i poprowadzono do celi.

Musiała przyznać, że po doświadczeniach kilku aresztów, w których przebywała w ostatnim czasie, wnętrze więzienia w Fordonie mile ją zaskoczyło. Drewniane podłogi, przyjemnie trzeszczące pod nogami, duże okna, grube mury, wysokie pomieszczenia. Nie było tu wilgoci, na żadnej ze ścian nie dostrzegła śladu pleśni czy grzybów. Wokół unosił się zapach gotowanych warzyw, który kojarzył jej się z kucharką Wiery Aleksiejewny, Ludmiłą, jedynym jaśniejszym wspomnieniem jej dziecięcych dni.

Mieszkanki celi numer osiem, w której ulokowano Anastazję, stanowiły osobliwą zbieraninę kryminalistek, pełny przekrój przez społeczność przestępczą odrodzonej Polski. Były tam przedstawicielki niemal wszystkich niezgodnych z prawem profesji, malwersantki, złodziejki, szantażystki, porywaczki, burdelmamy, a nawet zabójczynie. Więziennictwo odrodzonej Rzeczypospolitej rozwijało się prężnie, niektórzy mówili nawet, że przez znawców tematu oceniane jest jako jedno z najnowocześniejszych w Europie, ale wciąż brakowało finansowania i infrastruktury, kompleksowego i spójnego systemu organizacji zakładów i ich administracji, a i nabór oraz odpowiednie wyszkolenie kadry nastręczały niemałych kłopotów. Wciąż także znajdowało się na etapie ujednolicania pomiędzy zaborami, co powodowało niemały chaos, więc do zakładów o zaostrzonym rygorze trafiły też kobiety skazane za drobniejsze przestępstwa lub całkiem przypadkowe ofiary własnej naiwności i błędów. W Fordonie znalazły się zarówno żony bogatych przemysłowców, które popełniły zbrodnię, by rozproszyć czymś wszechogarniającą ich życie nudę, i urodzone na ulicach przestępczynie, nieznające innego sposobu zarobkowania. Jedne popełniały czyny zabronione, by przeżyć, inne, by spłacić długi mężczyzn, których kochały, jeszcze inne z czystej ciekawości lub pragnienia mocniejszych wrażeń.

Przez pierwsze tygodnie po przybyciu do więzienia Anastazja żyła jak w letargu, nieświadoma upływającego czasu. Odmawiała przyjmowania posiłków i zaczęła jeść dopiero wtedy, gdy jedna ze strażniczek zaciągnęła ją do sali, w której kobiety usiłujące prowadzić głodówki karmiono siłą. Przywiązywano je do krzeseł skórzanymi pasami, a w gardło wpychano im gumową rurę i kalecząc przełyk, wprowadzano ją aż do żołądka. Anastazja nie mogła znieść widoku nienaturalnie rozszerzonych oczu, z których ciekły strumienie łez, i nieludzkich jęków wypełniających pomieszczenie. Od tamtego dnia jadła wszystko, co jej podano. Paradoksalnie w tamtym momencie po raz pierwszy poczuła, że jest tu, gdzie jest. Pogodziła się z faktem, że odtąd tak właśnie wyglądać będzie jej rzeczywistość. Siadała do stołu i całą siłą woli skupiała się na uniesieniu łyżki do ust, zagarnięciu wargami jej zawartości i przeciśnięciu jej przez gardło. To osadzało ją w teraźniejszości, sprawiając, że na parę chwil zapominała o tym, co było. O Kazimierzu, Borysie i setkach pytań, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

W więzieniu jej życie dalej przypominało sen, tyle że obrazy przesuwające się przed oczami nie były jej już obojętne, ale obróciły się w koszmar. Wielokrotnie ktoś niby przypadkiem potrącił jej talerz z zupą, tak że cały strój nadawał się do prania, a że więziennych sukienek uszytych z szarego, szorstkiego płótna każda osadzona dostawała dwie, gdy sytuacja powtarzała się przy kolejnych posiłkach, zmuszona była niemal przez cały czas chodzić w mokrych ubraniach. Ktoś inny wepchnął się przed nią w kolejkę do wyjścia na spacer po dziedzińcu akurat wówczas, gdy kończył się wyznaczony przez regulamin limit dwudziestu spacerujących jednocześnie, i Anastazja musiała czekać następne pół godziny. Pewnego dnia zginęła jej poduszka, innym razem – tuż przed śniadaniem, na które codziennie podawano owsiankę – łyżka i dziewczyna była zmuszona wypić swoją porcję prosto z miski, ku powszechnemu zadowoleniu współwięźniarek.

– Wreszcie je, jak przystało na ruską świnię – śmiały się. – Prosto z koryta.

Mimo wszystko nikt nie posunął się dalej. Nie żeby co poniektóre nie miały ochoty podręczyć ruskiej, szturchnąć jej raz czy drugi, zamknąć w jakimś ciemnym pomieszczeniu lub pogrozić, wymuszając bezwzględne posłuszeństwo. Należało jednak zachować ostrożność, ponieważ nie było wiadomo, kim jest ta dziewczyna i za co dokładnie siedzi. Nawet zwykła łapówka wręczona jednej ze strażniczek, która miała dostęp do kartoteki więziennej, nie przyniosła spodziewanych odpowiedzi.

– Polityczna – powiedziała tylko.

Wszystkie osadzone, zwłaszcza te z długimi wyrokami, cieszące się szczególnym autorytetem, niekiedy uchodzące wręcz za wyrocznie w sprawach życia za kratkami, wiedziały, że z politycznymi należało obchodzić się ostrożnie.

Jedna z więźniarek próbowała dowiedzieć się czegoś więcej o Anastazji, nawiązując z nią znajomość, jednak dziewczyna szybko ją zniechęciła. Nie odpowiadała na zadawane pytania, nie reagowała na żadne słowa nowej znajomej.

– Nie przetrwasz sama – uprzedziła ją tamta, ale Anastazja tylko wzruszyła ramionami.

Stwardniała, jak skamienieć może tylko człowiek, który pozwolił sobie jeszcze raz uwierzyć, mieć nadzieję i znów spotkał go zawód. Nie potrzebowała niczyjego towarzystwa. Nie odliczała nawet, jak robiły to inne osadzone, dni pozostałych jej do końca wyroku. I to było jej obojętne. Nie planowała, dokąd pójdzie, gdy podwoje więziennej bramy się przed nią otworzą, ani co zje na pierwszy posiłek na wolności.

Nie miała dokąd pójść. Była sama. Nie wiedziała, co będzie dalej, i po prawdzie niewiele ją to obchodziło. Godziny przechodziły w dni, a te w noce, zlewając się w jedno. Czas, podobnie jak wszystko inne, przestał mieć znaczenie. Życie bez Kazimierza i tak nie miało już dla Anastazji żadnej wartości.

*

Pewnej środy jedna z kobiet w celi Anastazji dostała nagłych bólów brzucha. Tego dnia na korytarzu dyżurowała starsza dozorczyni Malinowska, kobieta o męskiej posturze i dziwnych rysach, której wyraz twarzy nigdy się nie zmieniał. Wydawała się zawsze jednakowo nieczuła na to, co działo się wokół niej. Wszystkie więźniarki wiedziały, że inaczej niż z pozostałymi strażniczkami, z Malinowską nie ma szans na dodatkowych parę minut na spacerniaku, wymiganie się od kary za palenie w celi czy nieporządnie pościeloną pryczę. Cokolwiek wydarzyło się podczas jej zmiany, musiało mieścić się w sztywnych ramach więziennego regulaminu.

– Trzeba zawołać lekarza – zawyrokowała Wielka Zocha, gdy zwijająca się na pryczy Wandzia zwymiotowała obficie na podłogę.

Zofia Kłopotowska, skazana na dożywocie za kilka brutalnych morderstw, z których jedno popełniła sama, a pozostałe zorganizowała, była nieformalną przywódczynią ich celi. Budziła respekt więźniarek i lęk w strażniczkach oraz tych osadzonych, które z jakiejś przyczyny nie zaskarbiły sobie jej sympatii.

– Może to tyfus? – spytała trwożnie Halka Wierzbicka, niepozorna brunetka odpowiedzialna za dokonanie jednej z największych kradzieży w powojennej Polsce. Wielka Zocha natychmiast trzepnęła ją w tył głowy.

– Nie strzęp ozora bez potrzeby – upomniała koleżankę. Na wszelki wypadek odsunęła się jednak od pryczy, na której leżała chora, wytarła dłonie w więzienny fartuch i splunęła na kamienną podłogę przez lewe ramię. – Gdzie tam tyfus!

Anastazja już na początku zauważyła, że w więzieniu panuje mnóstwo przesądów. Pewnych rzeczy po prostu nie wolno było robić, niektórych słów wymawiać. Jednym z takich zabobonów był zakaz wspominania o tyfusie, chorobie, której panicznie bały się zarówno więźniarki, jak i strażniczki.

Wielka Zocha podeszła do drzwi celi i mocno załomotała w nie zwiniętą pięścią. Przez chwilę nasłuchiwała w skupieniu, a gdy na korytarzu nie rozległ się żaden dźwięk, znów huknęła w stare drewno. Tym razem okienko strażnicze otworzyło się niemal natychmiast, a w jego małej ramce ukazała się twarz Malinowskiej.

– Czego się tłucze?

– Wandzia chora – zameldowała tubalnym głosem Wielka Zocha. – Trzeba lekarza.

Gdy wszyscy skupieni byli na scenie rozgrywającej się przy drzwiach, Anastazja cicho podeszła do chorej. Wandzia wyglądała na wyczerpaną. Oddychała ciężko, z wyraźnym trudem. Jej policzki były zapadnięte, na czole perliły się kropelki potu, usta miała sine, a wokół oczu utworzyły się granatowe cienie. Anastazja pochyliła się nad młodą kobietą i ostrożnie odchyliła jej powieki, zaglądając do oczu. Wnętrze powiek było krwistoczerwone.

– Mogę? – spytała po polsku, pokazując na brzuch.

Wandzia skinęła głową i skrzywiła się lekko, jakby nawet ten prosty gest był ponad jej siły.

Anastazja podwinęła nieznacznie koszulę kobiety, odsłaniając wyraźnie wzdęty brzuch. Dotknęła go w kilku miejscach, uciskając najdelikatniej, jak potrafiła. Za każdym razem jednak Wandzia wydawała z siebie głośny, rozpaczliwy jęk.

– To nie tyfus – powiedziała wreszcie Anastazja, poprawiając koszulę współwięźniarki.

 

Wzrok wszystkich kobiet powędrował w jej stronę.

– Tak? – Brwi strażniczki Malinowskiej uniosły się, a na jej zwykle nieruchomej twarzy odmalował się wyraz rozbawienia. – A skąd to wiemy?

– Nie ma gorączki. Jadła normalnie. Jest przytomna – wymieniła Anastazja na jednym oddechu.

– I? – Strażniczka pozostała niewzruszona.

– To ostry brzuch – ciągnęła dziewczyna, podczas gdy pozostałe więźniarki przyglądały jej się z rosnącym zdziwieniem. Nawet Wielka Zocha, założywszy ręce na ogromnej piersi, patrzyła na znienawidzoną ruską w nabożnym milczeniu. Spośród wszystkich zasad niepisanego kodeksu więziennego ta mówiąca o wzajemnej pomocy w razie niebezpieczeństwa należała do najważniejszych. Ruska, zamiast wykorzystać sytuację i zemścić się za to, jak traktowały ją przez ostatnie tygodnie, postawiła się strażniczce, by ratować Wandzię. To zasługiwało na uznanie nawet Wielkiej Zochy.

– Być może niedrożność przewodu pokarmowego, w najgorszym razie zapalenie otrzewnej wywołane rozległym stanem zapalnym któregoś z narządów, niedokrwieniem albo martwicą jelita...

– Przyjedzie lekarz, będzie wiadomo – przerwała Malinowska, a jej twarz przybrała zwykły, obojętny wyraz.

– Lekarz nic tu nie pomoże, trzeba od razu do szpitala – dodała kategorycznie Anastazja, nie zważając na wbite w nią spojrzenia. Do tej pory nie odezwała się do nikogo ani słowem, a teraz, w obecności najgroźniejszej strażniczki, swobodnie wygłaszała swoje teorie. Działo się coś niezwykłego i wszystkie kobiety wyraźnie to wyczuwały.

– Znam wszystkie wasze sztuczki. Żadnego szpitala – rzuciła krótko Malinowska. – Wieczorem przyjedzie lekarz.

– Nie dożyje wieczoru – oświadczyła stanowczo Anastazja. Wandzia jęknęła żałośnie, a jej ciałem wstrząsnął paroksyzm. Zadygotała i po chwili znów zwymiotowała. Anastazja pochyliła się szybko, by podtrzymać jej głowę i nie pozwolić, aby opadająca z sił kobieta zadławiła się własnymi wymiocinami. – Trzeba operować. Natychmiast.

W jej głosie pobrzmiewała taka pewność, że Malinowska dłuższy czas milczała, jakby usilnie się nad czymś zastanawiając. Następnie wsadziła w usta gwizdek i trzy razy dmuchnęła. Sygnał alarmowy. Na korytarzu dało się słyszeć stukot obcasów strażniczek nadbiegających z różnych stron. Jako ostatnia do sali weszła niska kobieta. Ubrana była tak jak pozostałe, w ciemną spódnicę do połowy łydki i dziwnie bezkształtną marynarkę zapinaną aż pod szyję na duże guziki. Większość strażniczek usiłowała za pomocą pasków jakoś uformować niewyględną górę od munduru, ona zaś zdawała się całkiem obojętna na to, jak się prezentuje. Czapkę w kolorze munduru miała założoną idealnie prosto i nasuniętą głęboko na oczy.

– Naczelnik jest w Koronowie – poinformowała sucho kobieta, by uzasadnić swoją obecność. – Co tu się dzieje?

Malinowska zameldowała zastępczyni kierownika placówki o zaistniałej sytuacji, a ta, obrzuciwszy szybkim spojrzeniem chorą, kazała zadzwonić po ambulans.

– Nie można czekać – powtórzyła Anastazja. – Zawieźcie ją więźniarką. Tu liczy się każda minuta.

Twarz aspirantki, wyraźnie odcinająca się bladością od ciemnego munduru, skurczyła się jakby boleśnie. Przyjrzała się Anastazji z uwagą i wyraźnym brakiem sympatii. Nie znosiła nieporządku i niesubordynacji, zwłaszcza ze strony nowych więźniarek. Okazanie im pobłażania na początku odsiadki, jak pokazywało jej doświadczenie, zwykle powodowało problemy z utrzymaniem dyscypliny podczas całego przebiegu kary. Nowo osadzone musiały szybko poznać swoje miejsce w szeregu, zarówno wśród współosadzonych, jak i w oficjalnej strukturze zakładu karnego.

– A to kto? – zwróciła się do stojącej na baczność po meldunku Malinowskiej.

– To nasza ruska, pani naczelnik – odparła Wielka Zocha, uprzedziwszy strażniczkę. – Zna się na rzeczy. Trzeba zawieźć Wandzię więźniarką, pani komendant.

Naczelniczka była rozsądną kobietą, co pozwalało jej od kilku lat utrzymywać się na wysokim stanowisku. Doskonale zdawała sobie sprawę z symbiozy, w jakiej muszą żyć osadzeni i pracownicy służby więziennej, by nikomu nie stało się nic złego. Wiedziała zatem, że z niektórymi więźniarkami nie warto wdawać się w dyskusję. Ruchem dłoni przywołała niską, młodą strażniczkę, która pracowała w zakładzie zaledwie od dwóch dni i nigdy wcześniej nie była w tej części więzienia. Dygotała jak osika, zerkając to na Wielką Zochę, to na wymiotującą raz po raz Wandzię, i czuła, że cała odwaga nagle ją opuszcza. Wyrzucała sobie, że nie posłuchała rad matki i zamiast wyjść za mąż za Władka z sąsiedniej wsi, wyjechała do miasta w pogoni za emancypacyjnymi mrzonkami o wstąpieniu do służb mundurowych. Teraz z całą jasnością zdała sobie sprawę, jak straszliwy błąd popełniła.

– Proszę kazać zaprząc konie i przyszykować wóz do transportu – rzuciła władczym tonem naczelniczka.

Wielka Zocha uśmiechnęła się pod nosem, co nie uszło uwagi aspirantki. Nie znosiła, gdy ktoś otwarcie pokazywał, że może jej coś rozkazać. Poczuła, że musi wyżyć na kimś swoją wściekłość.

– Proszę zaczekać! – krzyknęła za oddalającą się w pośpiechu dziewczyną. – Pani zostanie tu i przygotuje więźniarkę do transportu.

W jednej chwili wszystkie kolory odpłynęły z twarzy młodej strażniczki, która ze wszystkich sił pragnęła znaleźć się jak najdalej od Wielkiej Zochy. Zastępczyni naczelnika, która doskonale o tym wiedziała, uśmiechnęła się łagodnie, choć jej oczy skrzyły się mieszaniną złośliwości i satysfakcji.

– Takie sytuacje nie zdarzają się co dzień – powiedziała tonem dobrej nauczycielki. – To szansa na zdobycie nowego doświadczenia. Malinowska, proszę stąd iść! Wszystko ma być gotowe za kwadrans.

*

Następnego dnia Anastazja została przeniesiona.

– Szewczenko! – wrzasnęła młoda strażniczka, stając w drzwiach.

Było wcześnie rano i większość więźniarek jeszcze spała, szczelnie okryta kocami, jako że początek grudnia przyniósł gwałtowne ochłodzenie. Zaskoczone niecodziennym zdarzeniem, zaspane kobiety wyskoczyły z łóżek i stanęły na baczność boso, wprost na zimnej podłodze, potargane, przecierając oczy zaklejone nocnymi wydzielinami. Anastazja, którą tej nocy męczyły koszmary, dołączyła do nich, chwiejąc się na nogach z niewyspania i przestrachu. Nie mogła wyzbyć się wrażenia, że to, co teraz działo się na jawie, w jakiś niewytłumaczalny sposób było kontynuacją dręczących ją w nocy snów. Tylko Wielka Zocha pozostała w łóżku. Uniosła się, lekko opierając głowę o ścianę, a po chwili namysłu założyła wygodnie obie ręce na kark i umoszczona przyglądała się wszystkiemu, jakby była jedynie widzem oglądającym przedstawienie. Już wczoraj zauważyła, że nowa dozorczyni się jej boi, i nie zamierzała tego zmarnować. Przeciwnie – podobne okoliczności przy dożywotnim wyroku były na wagę złota i Wielka Zocha dobrze o tym wiedziała. Tak jak się spodziewała, strażniczka zerknęła w jej stronę w lekkim popłochu, po czym szybko odwróciła się do pozostałych więźniarek stojących karnie w szeregu, jakby w ogóle nie zauważyła jawnie ignorującej ją kobiety.

– Szewczenko, zbieraj swoje rzeczy! – ryknęła znowu, jakby chcąc dodać samej sobie kurażu.

Jedna z więźniarek, wyraźnie bardziej rozespana od reszty, drgnęła nerwowo. Na twarzach kilku osadzonych odmalowało się coś na kształt obrzydzenia. Dla wszystkich było jasne, że funkcjonariuszka próbowała wykazać się gorliwością w pełnieniu służby, co jednakowoż nie usprawiedliwiało takich wrzasków przed dzwonkiem na pobudkę. Kobiety wymieniły między sobą zniesmaczone spojrzenia.