Stalowe nieboTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładki

ANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce

© Shutterstock

© Adobe Stock

Motto cytowane za: Wisława Szymborska, Klucz, w: tejże, Miłość szczęśliwa i inne wiersze, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

SZTAMBOOK KAROLINA BOROWIEC

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Maria Paszyńska, Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8432-1

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

1920

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

1921

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

1922

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Posłowie

Piotrowi...

„Był klucz i nagle nie ma klucza.

Jak dostaniemy się do domu?

Może ktoś znajdzie klucz zagubiony,

Obejrzy go – i cóż mu po nim?”

Wisława Szymborska, Klucz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W historii ludzkości ani w pojedynczym życiu nic nie dzieje się nagle, choć można to zobaczyć dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy dni, miesięcy i lat. Wcześniej nierzadko zdaje nam się, że losowi udało się nas zaskoczyć, pozbawić wyboru, coś zrządzić, zadecydować. Najczęściej jednak to my mamy zawężone pole widzenia. Pędząc pomiędzy chwilami, po prostu brak nam czasu, żeby zastanowić się nad teraźniejszością przechodzącą płynnie w przeszłość i dostrzec ciąg wypadków, który doprowadził do wybuchu. Nie są to też jakieś szczególnie wielkie wydarzenia, wystarczy mała rysa, drobne ograniczenie wolności, zmuszenie do rezygnacji, nieopatrznie wypowiedziane raniące słowo, nagła zła myśl, pokusa, by skłamać ten jeden raz. Nieufność. To ona wiedzie miłość na manowce, bezdroża, z których nie ma powrotu.

Mówię jak stary, doświadczony życiem człowiek, mędrzec uzurpator, chciałoby się rzec, i smutny, i śmieszny zarazem. Przysięgam, nie wiem, kiedy to się stało. Starość jest podstępna. Wsącza się w człowieka, powoli, niezauważalnie wypierając siły witalne. Nagle budzisz się i dostrzegasz, że wszystko już przeżyte, najważniejsze partie rozegrane, nie ma nic, na co warto byłoby czekać. Znów wydaje ci się, że to stało się tak szybko, raptownie, a przecież tak naprawdę trwało całe twoje życie.

Pozostaje tak niewiele – niepewne zapiski umysłu, pobladłe obrazy, pojedyncze słowa, szepty z oddali, którym także trudno zaufać.

Pamięć to dziwna przestrzeń. Gdy coś się wydarza, nie zastanawiamy się nad tym, że trwająca właśnie chwila równocześnie dzieje się i zmienia we wspomnienie. Potem wiemy tylko, że była. I że my tam przecież byliśmy, w oznaczonym miejscu i czasie. Widzieliśmy, słyszeliśmy, smakowaliśmy, czuliśmy, dotykaliśmy. Nasze słowa zawisły w powietrzu, oddech skraplał się na szybie, śmiech wibrował wśród nocy, pocałunki zwilżały czyjeś wargi. A potem chwila zostaje zastąpiona następną, ta znów kolejną i kolejną, a my koncentrujemy się na przeżyciach, nie zaś na tym, by zapamiętać. To właśnie jest błąd największy, a zarazem nieunikniony. Nikt i tak nie zdołałby przecież zapamiętać wszystkiego, a podejmujący próbę byłby zawsze nieco spóźniony w stosunku do życia. Pozostaje tylko uznać swoją przegraną i w tej materii.

Wraz z upływem czasu niektóre obrazy z przeszłości się wyostrzają. Wyraźnie pamiętamy detale, na które przecież nie zwracaliśmy wtedy uwagi. Za krótki rękaw czyjejś koszuli, dziwna plama, kropla sosu na gładko ogolonej brodzie, błoto kłapiące pod naciskiem stóp, zapach sosen, szum nadrzecznego tataraku. To właśnie te drobiazgi czynią wspomnienia realniejszymi. Smutkiem napawa jedynie to, że tak dobrze pamiętamy rzeczy bez znaczenia, te zaś, które kiedyś uznalibyśmy za najważniejsze, coś pozbawia intensywności. W przestrzeni pamięci rysy najdroższych twarzy tracą ostrość, blaknie kolor oczu osoby, której przysięgaliśmy wieczną miłość, a co za tym idzie – i niegasnącą pamięć; cichną głosy; zapachy niegdyś wzbudzające silne emocje dziś niosą tylko impuls, jakby ślad wspomnienia czegoś, czego nie powinniśmy przecież byli zapomnieć.

Czasem odnoszę wrażenie, że to pamięć ze swoimi sztuczkami tworzy nas i nasze życie, nie odwrotnie, że to ona jest władcą absolutnym ludzkich losów. Jest najważniejsza.

Nic nie pamiętam z pogrzebu, choć przecież było to zaledwie kilka dni temu. Ani jedna twarz, ani jedno słowo, ani jeden dźwięk nie powraca do mnie, gdy usiłuję sobie coś przypomnieć. Pamięć wchłonęła te chwile i skryła gdzieś głęboko poza obrębem mojej świadomości, nie pozostawiając mi niczego. Człowiek powinien być wdzięczny za taką łaskawość, wszak oszczędzono mu bólu rozdrapywanych nieustannie ran. Ale ja nie potrafię. Jeszcze nie.

 

Nienawidzę pamięci z jej zachłannością i wszechwładzą, jaką ma nade mną. Nienawidzę tego, że odebrała mi tak wiele pięknych chwil. Jest nieczuła na moje błagania, nieustępliwa. Zanurzam się coraz głębiej w chaosie, a ona tylko się temu przygląda, z obojętnością widza w teatrze. Ona wie, że jej potrzebuję – i za to, że nie potrafię się bez niej obejść, też jej nienawidzę. Jest wszystkim, co mi pozostało.

Z wiekiem to uczucie narasta, wypełniając mnie coraz szczelniej. Wiem, że moje życie się wydarzyło, ale nie potrafię przywołać kolejnych jego elementów.

Najbardziej bolesna jest niepamięć o tych, którym przyrzekało się pamiętanie. „Nigdy cię nie zapomnę”, „zawsze będę przy tobie” – szeptaliśmy, jak szepczą miliony kochanków, i jak każdy z nich wierzyliśmy niezachwianie, że to prawda, którą nikt i nic nie jest w stanie zachwiać. Jak moglibyśmy zapomnieć? To wydawało się niewyobrażalne, a jednak zapominamy i nie ma w tym niczyjej winy. Czas zniszczy wszystko. Wszechpotężny, niepowstrzymany czas.

Nagle robi mi się niewypowiedzianie smutno. Tak głębokiego smutku doświadczają tylko ludzie starzy, dla których nie ma już nadziei.

Idę powoli, ostrożnie, tak jak chodzą tylko małe dzieci, które jeszcze nie nauczyły się stać pewnie, i starzy ludzie, którzy już zapomnieli, jak to się robi. Raz po raz wyschnięta gałąź pęka z głuchym trzaskiem pod moimi stopami, jakby chciała mi o czymś przypomnieć, wyrwać mnie z zamyślenia, obudzić, przywołać do codzienności, do dziś – z odległej krainy zdarzeń minionych. Ja jednak ignoruję te wysiłki natury. Chcę, by wspomnienia nabrały realnego wymiaru. Chcę znów być tam, nie tutaj. Słyszeć, jak ktoś śmieje się naprawdę, tak swobodnie, całym sobą. Brakuje mi głosów, rozmów i śpiewu ludzi, którzy przeminęli. Teraz, gdy ktoś śmieje się przy mnie, wyczuwam w tym jakiś fałsz, jakby śmiech ten należał do innego świata, nie mojego.

„Nie zapomnij, pamiętaj, że byliśmy”.

Wsłuchuję się w echa przeszłości, usiłując odnaleźć twój głos, wychwycić choć jedno twoje słowo...

1920

Rozdział 1

Ostatnie samotne liście spadały z gałęzi niemal nagich wołyńskich drzew. Unosiły się bezwolnie na wietrze, by po chwili opaść na ziemię, a rozkruszywszy się na drobne, wchłonąć w glebę, jak wcześniej przegniłe jabłka i śliwki, zwiędłe kwiaty. Coraz chłodniejsze podmuchy niosły zapowiedź zbliżającej się wielkimi krokami zimy. Jesień gasła szybko, a wraz z nią Kazimierz.

W październiku powrócił do Ołyki z frontu zwycięskiej dla Polaków wojny z bolszewikami. Przez pierwsze kilka tygodni ani razu nie opuścił domu, w którym jeszcze tak niedawno, u progu dopiero co skończonego lata, kochał i był tak szczęśliwy. Żył przecież pełnią życia u boku kobiety, która stała się sensem jego istnienia, była dla niego wszystkim. Dziś nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego w ogóle wyjechał. Każdy powód, który przed paroma miesiącami jawił mu się jako ważki, wobec faktu, że ją utracił, wydawał się błahy, pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia. Polska? Czerwona zaraza? Ojciec? Nie, gdyby wiedział, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić, nie wyruszyłby na front. Gdyby mógł cofnąć czas, nie wahałby się ani przez chwilę. Gdyby wtedy wiedział, że Anastazja odejdzie, zniknie bez śladu, nie spuszczałby jej z oczu, chodziłby za nią krok w krok, jak pies; korzyłby się przed nią, zdolny do wszelkiego poświęcenia, byle tylko zatrzymać ją przy sobie. Jego własne życie nie miało teraz dla niego żadnego znaczenia. Czasem żałował, że nie zginął gdzieś w polskich lasach. Przysługiwałaby mu chociaż pośmiertna chwała bohatera, może nawet zostałby odznaczony jakimś medalem. Co najważniejsze, nigdy nie dowiedziałby się, że odeszła. Oszczędziłby sobie cierpienia tak wielkiego, że nic nie mogło go uśmierzyć czy chociaż przytępić. Tak, zdecydowanie trzeba było umrzeć – lecz on uparcie trzymał się życia. Inni padali od kul, wybuchów bomb, ran zadanych bagnetami, ale on żył dalej, niesiony jedną myślą, która czyniła go nieśmiertelnym. Chciał za wszelką cenę wrócić do domu, do Anastazji.

Te rozważania wyczerpywały go, doprowadzając na skraj obłędu. Gdyby nie Borys, który dosłownie wciskał w niego jedzenie i zmuszał do wypicia choć kilku łyków wody, Kazimierz niechybnie zagłodziłby się na śmierć. Było mu wszystko jedno, co się z nim stanie. Nie chciał już żyć, nie miał tylko dość odwagi, żeby skończyć ze sobą. To przecież wymagałoby podjęcia jakichś decyzji i działania, na które brakowało mu sił.

Poprosił jedynie Borysa, by wysłał wiadomość jego ojcu. Karol Stawicki nadal mieszkał w nieodległym Łucku i z pewnością martwił się o syna. Kazimierz nie chciał go jednak informować o swoim losie wiedziony synowskimi uczuciami czy jakimkolwiek sentymentem. Wyłącznie poczucie obowiązku skłoniło go do zawiadomienia rodzica, że żyje i dobrze się miewa. Najbanalniejsze ze sformułowań, ale na nic więcej nie było go chwilowo stać. Ojciec pisał jeszcze do niego, proponował spotkanie i wizytę, ale jego syn, spełniwszy tę ostatnią powinność wobec świata, na dobre zamknął się w sobie.

Schudł tak bardzo, że Borys musiał dorobić mu kilka dodatkowych dziurek w pasku, by coś podtrzymywało spodnie na jego kościstych biodrach. Koszule wisiały mu na ramionach, jakby narzucił na siebie prześcieradło. Nie mył się, nie golił, tak że po trzech tygodniach Borys nie mógł już bez obrzydzenia podejść do niego z posiłkiem. Wreszcie przygotował balię, nagrzał wody, rozebrał Kazimierza i pomógł mu się umyć. Otępiały przyjaciel bez słowa sprzeciwu dał się ostrzyc, ogolić, a nawet skropić odrobiną perfum. Zgodziłby się na wszystko, byle tylko Bogdanow zostawił go w spokoju, pozwolił jak najprędzej znów wrócić na miejsce przy kominku i pogrążyć się w rozmyślaniach. Obecność przyjaciela drażniła Stawickiego, uwierała jak kamyk w bucie, zbyt drobny, by zatrzymywać się i wytrząsnąć go z pantofla, jednocześnie jednak zbyt duży, by móc go zignorować. Gdyby miał jakąkolwiek, choćby najmniejszą zdolność do stanowczych rozstrzygnięć, kazałby Borysowi się wynosić. Nie baczyłby na ich wspólną przeszłość, na łączącą ich od lat przyjaźń; pozbyłby się go, a potem zatrzasnął się na zawsze w domu, czekając na spotkanie ze śmiercią. I na to jednak nie wystarczyło mu determinacji.

Mijały kolejne tygodnie, a Kazimierz ani razu nie wyszedł nawet do ogródka czy posiedzieć chwilę na ławce przed chatą. Spędzał całe dnie, siedząc wpatrzony w kominek, co rusz zapadając w niespokojną drzemkę, na tyle regenerującą, że nocami nie potrzebował kłaść się do łóżka. Borys, próbując go ożywić, zagadywał, czy już zapuścił korzenie w fotelu, ale Stawicki ignorował te zaczepki.

Tak mijały mu kolejne godziny, aż słońce, przewędrowawszy ze wschodu na zachód, znów kryło się za horyzontem i zapadała ciemność. Kolejny dzień przechodził w noc, mrok w świt, lecz Kazimierz Stawicki zdawał się całkowicie obojętny na nieubłagalny upływ czasu. Po kilku tygodniach gorączkowych, spalających go rozmyślań przestał w ogóle zastanawiać się nad czymkolwiek. Trwał w próżni, nauczywszy się odnajdywać w niej spokój.

Zdarzały się jednak dni, gdy coś przypadkowego – jakiś drobny szczegół, zapach czy dźwięk – budziło wspomnienia. Kazimierz czuł wówczas niemal fizyczny ból, jakby ktoś wkładał naostrzony nóż w rozognioną ranę. Kulił się wtedy i wył jak zwierzę, a jego donośny skowyt słychać było aż na drodze.

Okoliczni mieszkańcy zaczęli unikać nawet przechodzenia obok domu Chwedczuków, w którym jeszcze na początku lata mieszkała para młodych, szczęśliwie zakochanych ludzi. Po miasteczku zaczęły krążyć opowieści, że Stawicki wrócił z wojny całkowicie odmieniony. Wielu już tu takich widziano. Mało to zwyczajnych mężczyzn kilka miesięcy na froncie zmieniało w szaleńców?

Poza tym, choć Borys usilnie starał się przekonać mieszkańców Ołyki do swojej wersji opowieści o tym, co się stało z Anastazją – powtarzał, że wyjechała do Rosji dołączyć do bolszewików, których zawsze popierała – i na ten temat zaczęły powstawać plotki.

Jedni mówili, że dziewczyna do niedawna pełniąca w wiosce funkcje akuszerki zmarła nagle na tajemniczą chorobę, a że w porę nie pochowano jej w poświęconej ziemi, snuje się po domu, jęcząc w boleściach jak każda dusza zawieszona pomiędzy światami. Ci sami twierdzili też, że Kazimierz, powróciwszy do domu, oszalał z bezsilności, nie mogąc zapewnić ukochanej spokoju w zaświatach. Powiadano, że nie odstępuje zgniłego już ciała na krok i gdyby nie opiekujący się nim przyjaciel, już dawno zmarłby z głodu i wyczerpania.

Inni domniemywali, że Anastazja wciąż żyje, lecz Kazimierz, który na froncie postradał zmysły, więzi ją i nie pozwala jej wychodzić, gdyż boi się, że na zewnątrz czyhają na dziewczynę wyłącznie niebezpieczeństwa.

Borys śmiał się szczerze, ilekroć ktoś odważył się przy nim opowiedzieć te czy inne plotki. Zapewniał, że z umysłem Kazimierza wszystko jest w najlepszym porządku i że nim nadejdzie wiosna, przyjaciel odzyska także siły fizyczne. Sąsiedzi kiwali głowami, lecz nikt nie dowierzał jego słowom.

Fakt, że Stawicki przestał chodzić do kościoła, dla wielu stanowił potwierdzenie jego szaleństwa lub opętania. Zaniepokojony krążącymi po miasteczku pogłoskami miejscowy proboszcz, człowiek poczciwy i prawdziwie oddany swym wiernym, kilkakrotnie próbował odwiedzić dawne domostwo Chwedczuków. Pamiętał nieodległy czas, gdy uczony w Petersburgu inżynier co niedzielę uczestniczył we mszy świętej. Raz czy drugi zdarzyło im się nawet uciąć miłą pogawędkę na progu świątyni. Stawicki zrobił na księdzu wyjątkowo dobre wrażenie. Może nie był typem przykładnego chrześcijanina, ale miał żywy umysł i wrodzone poczucie sprawiedliwości. Teraz jednakże duchowny każdorazowo zastawał drzwi zamknięte, choć miał niemal pewność, że ktoś jest po drugiej stronie. Stał chwilę, czekał, a gdy na nic się to nie zdawało, czynił w powietrzu znak krzyża przed drzwiami i mamrocząc modlitwę za tych młodych, najwyraźniej dotkniętych jakimś nieszczęściem, wracał na probostwo.

A potem nadeszła zima. Ciemna, ponura, milcząca, przesiąknięta samotnością. Wszyscy zamknęli się w swoich domach i wychodzili tylko w razie najwyższej konieczności. Dni były tak krótkie, iż wielu wydawało się, że noc w zasadzie się nie kończy. Śnieg padał wielkimi płatami, skrywając dachy domów, obejścia, ogrody, sady i łąki coraz grubszą pierzyną. Rzekę skuł lód. Borys, nie mogąc wysiedzieć w domu z Kazimierzem, którego zachowanie coraz bardziej go niepokoiło, zatrudnił się przy wyrębie lasu. Ciężka to była praca, momentami niebezpieczna, lecz Bogdanow cenił sobie wysiłek fizyczny. Mógł zadbać o tężyznę, a jednocześnie zarobić parę groszy, których – prawdę rzekłszy – nie potrzebował. Najważniejsze było dlań to, że miał powód, by co rano, jeszcze przed szarym świtem, wyjść z domu. Rozpalał w kominku duży ogień i szedł do lasu, by przez kilka kolejnych godzin w towarzystwie miejscowych chłopów rąbać pnie drzew. W drodze powrotnej zaglądał do karczmy, wychylał parę piw, jadł gorącą kolację, a dobrze usposobiony po obfitym posiłku czuł się na siłach, by wrócić do przyjaciela.

Kazimierz całymi dniami przesiadywał przy kominku, wpatrując się w słabnący z każdą godziną ogień.

– To się musi skończyć – rzucił któregoś dnia pod koniec lutego Borys, gdy wróciwszy do domu, zastał Kazimierza przed wygasłym paleniskiem. Panujący w pomieszczeniu chłód uzmysłowił Rosjaninowi, że zobojętniały przyjaciel nie miał nawet tyle siły i woli walki o własne życie, by dorzucić drew do ognia. Usta Kazimierza były sine, cały dygotał jak w febrze.

Na dźwięk głosu Borysa drgnął mocniej, lecz nie odwrócił wzroku od poczerniałej od sadzy czeluści. Bogdanow przykucnął przed nim.

– To się musi skończyć – powtórzył, mocno akcentując każde słowo.

Stawicki przeniósł wzrok na twarz przyjaciela. Jego oczy zionęły tak wielką pustką, że Borys poczuł na plecach zimny dreszcz.

– Chyba że planujesz pogrzebać się tu żywcem – zakpił, by dodać sobie otuchy. – Jeśli przypadkiem odgadłem twój plan, to wiedz, że nie zamierzam dłużej na to patrzeć.

To powiedziawszy, podniósł się z kolan. Poszedł do kuchni i po chwili wrócił, niosąc butelkę pędzonego przez miejscowych samogonu, dwie szklanki i talerz z kanapkami. Ujął Kazimierza pod ramiona i posadził przy stole. Nalał mu pełną szklanicę wódki.

– Pij – rozkazał.

Stawicki podniósł naczynie do ust, lecz zaraz skrzywił się z obrzydzenia. Od dawna nie pił alkoholu i sam jego zapach przyprawił go o mdłości.

– Pij – powtórzył twardo Borys, a gdy Kazimierz nie zareagował, sam podniósł szklankę i przytknął ją przyjacielowi do ust. Stawicki upił łyk mocnego trunku, kaszlnął, jakby się krztusił, ale Rosjanin nadal lał mu wódkę w usta. – Pij.

 

Kazimierz poczerwieniał na twarzy i z trudem chwytając powietrze, posłusznie wychylił zawartość szklanki. Ze zdziwieniem zauważył, że każdy kolejny łyk przesuwa się po jego gardle z coraz większą łatwością. Borys bez słowa nalał mu kolejną porcję.

– Powinniśmy wyjechać – odezwał się, podając przyjacielowi pajdę chleba grubo posmarowanego smalcem. Ten wgryzł się łapczywie w dużą kromkę, chcąc pozbyć się z ust obrzydliwego smaku samogonu. – Moglibyśmy wrócić do Petersburga... – zaczął Bogdanow, lecz Kazimierz pokręcił gwałtownie głową. Ruch był tak szybki i nagły, że Borys przez chwilę obawiał się, iż jego przyjaciel straci przytomność, lecz nic takiego się nie wydarzyło. – A zatem nie do Petersburga. – Pojednawczo wychylił kolejną szklanicę trunku. – Masz rację. To zbyt długa podróż. Zapewne jeszcze dobrych parę miesięcy nie będziesz miał na nią sił po tym, jakeś się urządził, mój drogi. W takim razie może ty wybierzesz?

Kazimierz wzruszył ramionami. Najchętniej wyprawiłby w podróż Borysa, samemu pozostając tu w Ołyce. Był jednak niemal pewien, że przyjaciel nie zgodzi się zostawić go samego.

– Zawsze lepsze to niż milczenie – stwierdził tamten, uśmiechając się szeroko. – Samogon Petrenki ożywiłby umarłego.

Zmieszał się, gdy dotarł do niego sens wypowiedzianych słów. Spojrzał ukradkiem na Kazimierza, ale jego twarz jak zwykle ostatnimi czasy nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie policzki miał zaczerwienione, a wzrok nieznacznie zmętniały. Borys uśmiechnął się z zadowoleniem i pożałował, że nie wpadł na to wcześniej.

– Moglibyśmy do Warszawy... – zasugerował, Kazimierz jednak znów pokręcił głową, już nie tak gwałtownie, ale stanowczo. Nie wiedzieć czemu Stawicki czuł się tak, jakby ktoś zabronił mu powrotu do rodzinnego miasta. – Warszawa też daleko – podjął ugodowo Borys. – Może zatem wyprawimy się gdzieś bliżej, powiedzmy... do Łucka?

Stawicki odniósł niejasne wrażenie, że jego przyjaciel od początku chciał pojechać właśnie tam. Było to jednak wyłącznie mgliste, niczym nieuzasadnione przeczucie, o którym zapomniał w następnej chwili. W uszach mu dzwoniło, czuł lekkie zawroty głowy, mimo to zdawało się, że kuracja Borysa przyniosła pewne rezultaty. Krew krążyła mu szybciej w żyłach i po raz pierwszy od dawna nabrał ochoty na jedzenie. Sięgnął po kolejną pajdę chleba, choć skurczony po wielu dniach niedojadania żołądek był już mocno napełniony.

– Przy okazji mógłbyś wreszcie spotkać się z ojcem – dodał Borys. – Tak dawno się nie widzieliście...

– Dawno – wychrypiał Kazimierz przez zaciśnięte gardło.

– ...a i ja z przyjemnością poznałbym pana Karola Stawickiego, o którym wszak tyle słyszałem – ciągnął Borys, jakby wcale go nie usłyszał. – Poza tym Łuck to miasto, prawdziwe miasto, prowincjonalne, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi. Najważniejsze, że jest tam sporo niezłych restauracji, hotele z dancingami... Kazik, prawdziwe nocne życie! – westchnął tęsknie. – Dość mam już tej mieściny. Zdołałem się raz na zawsze przekonać, że jestem mieszczuchem i konieczność spędzania czasu na wsi nuży mnie niemożebnie.

Kazimierz pokiwał sennie głową.

– Zatem postanowione! – wykrzyknął jowialnie Bogdanow. – Wypijmy więc za kolejny etap naszej wspólnej podróży, przyjacielu.

Stawicki nie odpowiedział. Patrzył w ciemność okoloną ramą okna za plecami Borysa. Tej nocy niebo było pochmurne i nawet najlżejsze światło nie rozpraszało mroku rozpościerającego się jednakowo ponad wszystkim – tym, co dobre, i tym, co niebezpieczne. I tylko postać przyjaciela odgradzała Kazimierza od tej nienasyconej ciemności świata. Nie wiedział, co miało go tam czekać, ale po raz pierwszy od dawna, być może pod wpływem mocnego trunku, nabrał ochoty, by się tego dowiedzieć. Sprawdzić, co życie skryło za kolejnym zakrętem.

– Borys...

– Mhm... – mruknął Bogdanow, żując kawałek skórki od chleba.

– Dlaczego to wszystko robisz?

– Co? – Borys wydawał się szczerze zaskoczony.

– Dlaczego tu jesteś? Czemu mnie nie zostawiłeś? – W głosie Kazimierza wyraźnie dało się słyszeć nuty pijackiej melancholii. – Czemu jesteś dla mnie taki dobry?

Bogdanow odchrząknął, czując, że okruszyny chleba nagle nieznośnie drapią go w gardle. Szybko odwrócił wzrok. Nie mógł znieść spojrzenia wpatrzonych weń oczu, tak pełnych szczerej pokory, przywiązania i wdzięczności. Mimo wszystkiego, co przeszedł w ostatnim czasie, Kazimierz pozostał tym samym dobrym, niewinnym człowiekiem, niezdolnym podejrzewać o cokolwiek ludzi, których kochał, ślepym na ich wady czy ułomności. Od pierwszych chwil obdarzył Bogdanowa przyjaźnią, której ten nie był godzien, całkowicie bezinteresowną i lojalną. Uszy Kazimierza zdawały się zamknięte na wszelkie plotki na temat Borysa, krążące najpierw po uczelni, potem po ich oddziale w wojsku. Nigdy nie dopytywał, gdzie Rosjanin zniknął w czasie rewolucji, co robił, nim dotarł do Ołyki, ani jak odnalazł Kazimierza w tak odległym zakątku obcego kraju. Mógł zadać dziesiątki pytań, zmuszając przyjaciela do kolejnych kłamstw. Ale Stawicki był inny. Powitał go z otwartymi ramionami i nie pytał o nic, uznawszy, że Bogdanow sam opowie mu wszystko, gdy będzie na to gotowy. Gdyby nie Anastazja, już dawno wróciliby razem do Petersburga, a Borys zadbałby o to, by Kazimierzowi nie stała się żadna krzywda. Mógł bez trudu zapewnić mu dobrą przyszłość.

Ale ona znów stanęła mu na drodze, po raz kolejny krzyżując jego plany.

Co więcej, wobec dziewczyny wykazał tę samą łatwowierność co wobec niego. Zakochał się jak głupiec, zakładając, że Anastazja jest tym, za kogo się podaje.

Przez chwilę zrobiło mu się żal przyjaciela. Gdyby poznał prawdę o swoich najbliższych, być może nie męczyłby się tak bardzo – albo właśnie to ostatecznie by go złamało. Zresztą co miałby mu powiedzieć? Że go okłamywał? Że to przez niego tak cierpi? Że to on musiał dopełnić własnej zemsty, poświęcając szczęście przyjaciela? Że opiekując się nim, próbował odkupić winy, poczuć się lepiej? Nie, Kazimierz nie mógł dowiedzieć się prawdy. Nigdy nie powinien jej poznać, a Borys zamierzał tego dopilnować, nie bacząc na koszta. Nigdy też sam nie przyzna się przed nim do własnej słabości. Nie wyzna Stawickiemu, że choć zna dziesiątki ludzi, niektórych bardzo wpływowych i wszechwładnych, nikomu nie może ufać, że to on jest jedynym bliskim człowiekiem, jakiego Borys ma po śmierci brata.

– Chyba za dużo wypiliśmy, mój drogi – powiedział wreszcie po dłuższym milczeniu. – Czas się położyć.

Tej nocy Kazimierz po raz pierwszy od kilku miesięcy spał w pościeli. Następnego ranka obudził się z tępym bólem głowy i kwaśnym smakiem w ustach, a mimo to był zadowolony. Znów czuł coś poza pustką. Czymkolwiek to było, wystarczało. Martwota przynajmniej chwilowo zniknęła.

Kilka dni później lody na Putyłówce zaczęły puszczać, a śniegi na dachach topniały z wolna, spływając strużkami wody. Wciąż zaspany świat zdawał powoli budzić się do życia, a w Kazimierza z każdym dniem przygotowań do wyjazdu wstępowało coś na kształt nadziei.