Czas białych nocy

Tekst
Z serii: Wiatr ze Wschodu #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czas białych nocy
Czas białych nocy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Czas białych nocy
Czas białych nocy
Audiobook
32,90  23,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładki

ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce

© © Baturina Yuliya/Shutterstock

© Jag_cz/Shutterstock

© lkurganskaya/Shutterstock

© Ironika/Shutterstock

© Norb_KM/Shutterstock

Domena publiczna (polona.pl)

Motta cytowane za: Sofokles, Ajas, przeł. Kazimierz Morawski, PIW, Warszawa 1969; Anna Achmatowa, [Niechaj organy znów hucznie zagrają...], w: tejże, Poezje, przeł. Gina Gieysztor, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981.

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

SZTAMBOOK KAROLINA BOROWIEC-PIENIAK

Korekta

ANNA KURZYCA

URSZULA WŁODARSKA

Skład

EWA WERA

Polish edition © Maria Paszyńska, Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8434-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

1906

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

1914–1917

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

1918–1920

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Podziękowania

Źródła cytatów

Piotrowi...

Nieobliczony czas ten, wszechpotężny

Wskaże, co skryte, co jawne, zacieni,

Wszystko ma w mocy...

Sofokles, Ajas

Miłości dni siedem, siedem lat rozłąki,

Wojna i bunty, dom opustoszały...

Anna Achmatowa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Po pogrzebie wszyscy rozpłynęli się jak poranna mgła. Nie wiadomo kiedy zniknęli bez śladu. Echo poniosło w świat pogłos elegijnych pieśni, chrzęst kamyków pod stopami idących w karawanie żałobników, szemranie ziemi spadającej na prostą, nielakierowaną trumnę, pomruki zniecierpliwionych grabarzy. Wszystkie odgłosy odbijały się, rozpraszając coraz bardziej i bardziej, aż zrobiło się całkiem cicho. Nawet wiatr ustał. Cały świat pogrążył się w nabożnym milczeniu.

Tak przenikliwą ciszę można usłyszeć tylko na cmentarzu. Nie ma sposobu na to, by się przed nią obronić, nie pozwolić jej wsączyć się w siebie. Cmentarna cisza wypełnia człowieka na wiele dni, tygodni, miesięcy, a nawet lat, zagłuszając wszystko wokół. Tylko umarłym nie przeszkadza. Ci, którzy muszą żyć dalej, robią, co w ich mocy, by się jej pozbyć – a wraz z nią bólu po stracie miłości. Cisza jest bowiem najwierniejszą towarzyszką pustki. Nie istnieją bez siebie nawzajem, jak życie nie może istnieć bez perspektywy nieuchronnej śmierci. Żywi nie lubią pustki, boją się jej, bo przybliża ich do wielkiej ciszy, tej ostatecznej. Po śmierci bliskich jedni próbują żyć za umarłych, drudzy rzucają się w wir aktywności, pracy, działaniem usiłując wypełnić próżnię, inni wyruszają w podróż, próbując uciec od przeszłości i samych siebie. Są gotowi na wszystko, byle tylko znów poczuć życie, usłyszeć jego wrzawę, nie dać się ciszy.

Czasem im się udaje, czasem nie.

Mnie się nie uda.

Wiem to od początku. Cmentarna cisza będzie we mnie do ostatniej chwili, a potem z ulgą się z nią pogodzę, zaprzyjaźnię, zanurzę się w niej, jak tylu przede mną i po mnie. Jak moja miłość. Jedyna miłość.

Kątem oka dostrzegam, że świat wokół ciemnieje. Cienie rzucane przez potężne stare drzewa wydłużyły się, kontury pomników i nagrobków straciły ostrość. Zmierzcha. Odwieczny porządek świata jest niewzruszony. Kolejny dzień gaśnie, by jutro zapłonąć mógł nowy. Nic się nie zmienia, choć dla mnie zmieniło się wszystko. Skończyło się, by nigdy nie powrócić. Z wielkiej ciszy nie ma powrotu.

Za chwilę zamkną bramy cmentarne. Muszę odejść, choć nie chcę. W przeciwnym razie niedługo przyjdzie strażnik, by mnie wyprowadzić. Najpierw będzie łagodny, potem zmieni się w bezwzględnego. Rozumiem go. Pewnie chce skończyć pracę i wrócić do domu, zjeść kolację, porozmawiać z żoną, przytulić dzieci, pogłaskać psa. Nie potrafię mu wytłumaczyć, że mój dom jest tu, ukryty w drewnianym pudle nakrytym wiekiem, przysypany mięsistym ukraińskim czarnoziemem. Nigdzie na świecie nie ma takiej ziemi jak tu, na Ukrainie.

Nie chcę z nikim rozmawiać. Muszę stąd zniknąć, nim on nadejdzie. Robię pierwszy krok. Ból rozsadza moje wnętrzności. Oddycham głęboko – raz, drugi, trzeci. Kolejny krok. Zawsze wierzyliśmy, że tak właśnie przesadza się przeszkody nie do pokonania, sięga się po niemożliwe. Krok po kroku, powoli oswajając się z bólem na tyle, by znów pójść odrobinę dalej.

Gdy przechodzę przez bramę, uliczne latarnie już się palą, choć nie jest jeszcze całkiem ciemno. Idę wolno, tak jak rankiem szliśmy w pochodzie tą samą ulicą. Czterech mężczyzn w czarnych garniturach niosło trumnę na barkach. Kobiety śpiewały, raz po raz któraś wybuchała płaczem. Ktoś zatrzymał się, gdy szliśmy. Zdjął czapkę i popatrzył na mnie. Popatrzył na mnie współczująco, choć wiem, że nigdy się nie poznaliśmy.

 

Siedzę w milczeniu. Patrzę na wody Dniepru pieniące się u stóp wzgórza. W tym miejscu rzeka zmienia swój bieg. Z wściekłością bierze zakręt, wciska się w wąskie zakole, by po chwili rozlać się szeroko, wyciszyć, uspokoić. Patrzę. Przez moją głowę nie przepływa żadna myśl. Wypełnia mnie pustka. Czas także nie płynie. Faluje jak targane sztormem morze, zbliża mnie i oddala od chwil najważniejszych. Zbliża i znów nieznośnie oddala, przywracając mnie teraźniejszości, w której nie chcę być.

Powiadają, że tylko umarli nie boją się śmierci. Lęk przed tym, co nieznane a ostateczne, jest naturalną częścią bycia żywym, czymś jak bicie serca czy oddychanie. Słyszę szum krwi w uszach. Miesza się z odgłosami rzeki. Widzę pulsujące na dłoniach żyły. Czuję, jak moja pierś unosi się i opada, a jednak wciąż mam wątpliwość, czy żyję.

To nie jest moje życie. To nie jest moje ciało.

Nie, nie boję się umrzeć. Nie lękam się zapomnienia, które tylu ludziom spędza sen z powiek. Nikt nie będzie o mnie pamiętał, nikt nie będzie o nas pamiętał. Byle tylko móc powrócić. Przeżyć wszystko jeszcze raz. Każdą minutę, dobrą, złą, bolesną, radosną, wszystko jedno, byle móc być tam raz jeszcze. Dostać jeszcze jedną szansę. Odkupić winy, darować długi, nie unieść się gniewem, nie poganiać pełnych piękna chwil, nie ulec namiętnościom burzącym wszystko, co drogie. Żyć. Jeszcze raz.

Czas faluje. Zamykam oczy. Z otchłani pustki przywołuję słowa Testamentu Tarasa Szewczenki, te same, które tak wiele razy podtrzymywały nas przy życiu.

– „Kiedy umrę, to na wzgórzu wznieście mi mogiłę,/Pośród stepu szerokiego Ukrainy miłej” – nucę na melodię, którą ułożyliśmy przed laty. Mój własny głos zdaje mi się obcy. Dźwięki drżą nieczysto. Przypuszczam, że nie zdołam się już pozbyć tej dysharmonii. Po życiu we dwoje nie da się tego osiągnąć w pojedynkę. Za późno, by wmówić sobie, że samotność jest czymś naturalnym.

– „Wszystko rzucę i ulecę do samego Boga” – kończę niechętnie. Wiem, że to ostatni raz; nie będę już śpiewać. – „Aby modlić się... aż dotąd ja nie uznam Boga”.

Odpowiada mi jedynie szum rzeki i wiatr ze wschodu niosący pieśni minionego czasu. Nikogo więcej nie ma już ze mną.

1906

Rozdział pierwszy

– Kazimierzu Stawicki, jeśli raz jeszcze będę musiała cię zawołać, przysięgam, że skończysz dziś bez kolacji! – krzyknęła panna Emilia, wychylając się z kuchni w obłoku białej pary. Za jej plecami widać było taflę spotniałej szyby.

Poczciwa, pucułowata twarz kobiety także lśniła od potu. Policzki miała zaczerwienione, a włosy nieokreślonej barwy, wystające spod płóciennego czepka, kleiły jej się do czoła. Nie dość, że trwający od kilku dni upał znowu się wzmógł, to na dodatek był czwartek, co oznaczało dzień prania i wieczorną kolację z grami karcianymi, wyprawianą co tydzień bez wyjątku przez pana Karola, ojca Kazika. W piecu dochodziła więc kaczka z jabłkami, a na płycie parowały garnki z wygotowywaną bielizną pościelową.

W ciemnawej kuchni, której jedyne okno wychodziło na studnię kamienicy, było niemiłosiernie duszno. Pan Karol wielokrotnie prosił swoją gospodynię, by nie robiła prania w domu. „Szkoda wysiłku panny Emilii – mówił – przecież można to oddać praczkom”. „Pannie Emilii będzie lżej, a komuś da się szansę na uczciwy i godny zarobek” – dodawał, odwołując się do chrześcijańskich uczuć swojej pomocy domowej. „Niedoczekanie” – odpowiadała każdorazowo na nowo zagniewana podobną propozycją gospodyni, która w tym jednym jedynym przypadku nie zamierzała przejmować się dobrem innych. „Nie pozwolę, by ktoś prał bieliznę z mojego domu w zawiesistych mydlinach, w których wcześniej przepłukano brudy połowy stolicy. Jeszcze mi jakieś choroby przywleką albo robactwo. Kazik zapadnie na zdrowiu i tyle z tego będzie. Nigdy! Nie w tym domu” – kończyła, a jej oczy ciskały gromy.

Kazimierz uwielbiał przyglądać się scenom takim jak ta. Zdawało mu się wówczas, że niska i korpulentna panna Emilia rośnie nagle, podczas gdy jego niezwykle wysoki, szczupły ojciec karleje. Widok był to dość osobliwy, jakby góra zapadała się w sobie, oddając pola małej kosodrzewinie, albo żyrafa uciekała przed dorodnym królikiem. Przynajmniej tak to widział Kazimierz, często dryfujący po bezmiarze wód własnej wyobraźni.

Wreszcie następował wielki finał. Pan Karol unosił obie dłonie w pojednawczym geście, kilka razy kiwał głową, po czym bez słowa wycofywał się do swojego gabinetu, pełniącego w tym niedużym mieszkaniu także funkcję jego sypialni i garderoby. Panna Emilia zaś raz jeszcze prychała gniewnie i kręcąc głową, wracała do pracy. Uśmiechała się jednak pod nosem, więc znać było, że osiągnęła pewną satysfakcję.

Oprócz pokoju, w którym krył się pan Karol, w całym mieszkaniu były jeszcze wąski pokój, w którym spał Kazik, z oknem wychodzącym na park, niewielki, lecz słoneczny, przytulnie urządzony salon oraz kuchnia ze spiżarką i przylegającą do niej służbówką panny Emilii. Łazienki, jak w większości warszawskich kamienic na początku dwudziestego wieku, nie było. Od czasu do czasu pan Karol wspominał o planach nowych inwestycji miejskich: skanalizowania całego miasta, stworzenia sieci rurociągów, a wreszcie budowy kamienic z ogrzewaniem, elektrycznością i łazienkami we wszystkich mieszkaniach. Panna Emilia, słysząc to, każdorazowo się żegnała, a Kazik modlił się po cichu, żeby to wszystko stało się, zanim on sam dorośnie. Marzył o wielkiej wannie z lśniącym kranem, z którego leciałby nieprzerwany strumień krystalicznie czystej wody. Widział taką wannę podczas jednej z podróży, gdy pewna bardzo bogata i – jak się wyraził ojciec – niezwykle postępowa pani zaprosiła ich na podwieczorek, podkreślając, że ich obecność doda wydarzeniu nutkę egzotyki. Kazimierz nie widział w nich samych nic egzotycznego, ot, ojciec w garniturze, z małym synem w marynarskich spodniach na szelkach i koszulce w paski, ale gdy spytał o to rodzica, ten wzruszył ramionami i powiedział, że bogaci ludzie już tak mają, że wszystko widzą trochę inaczej niż pozostali. Kazik chciał pytać dalej, ale ojciec, zmęczony dniem pełnym interesów, uciął rozmowę.

– Nie trzeba się nad tym zastanawiać – rzekł. – Czy chcemy, czy nie chcemy, i tak musimy się zjawić na tym podwieczorku. Mąż tej pani jest ważnym klientem naszej firmy.

Nie musiał mówić nic więcej, ten argument ucinał wszystkie dyskusje. „Nasza firma”, czyli pierwsza na polskiej ziemi palarnia kawy z prawdziwego zdarzenia, o dostojnie brzmiącej nazwie „Pluton”, zawsze była najważniejsza. Kazimierz nie był pewien dlaczego, ale ilekroć zaglądał do pracy ojca, wiedział, że jest to jego miejsce na ziemi. W pracy ojciec stawał się taki, jakim Kazimierz lubił go najbardziej: wesoły, rzutki, zainteresowany wszystkimi i wszystkim. Poza tym Kazimierz od najmłodszych lat uwielbiał gorzki zapach świeżo palonej kawy. Dla chłopca był to zapach domu.

Poszli więc na ów podwieczorek, na którym obaj czuli się niezręcznie. Pyszne jedzenie stawało im ością w gardle, a wyciągnięta, górująca nad wszystkimi postać Karola Stawickiego w salonie z fortepianem, wypełnionym kryształami i krynolinowymi sukniami wydekoltowanych drobniutkich kobiet, wydawała się Kazikowi jeszcze bardziej niezgrabna niż zwykle. W zasadzie chłopiec miał tylko jedno miłe wspomnienie z tamtego dnia. Lśniącą wannę. Nie dane mu było, rzecz jasna, zażyć w niej kąpieli, ale włócząc się po korytarzach, ukradkiem podejrzał, jak pokojówka nalewała wody do wiadra z mosiężnego kranu. Stanął jak wryty i patrzył, jak w strumieniu czystej wody odbija się barwa starego złota. Wyglądało to jak zaczarowany wodopój z baśni. Chciał podejść, zaczerpnąć tego magicznego napoju i poczekać, jaką nadludzką mocą obdarzą go bogowie, ogarnęło go jednak tak wielkie i pełne trwogi nabożeństwo, że nie mógł uczynić żadnego ruchu. W pewnej chwili pokojówka wyczuła czyjąś obecność. Zerknęła na chłopca, a dostrzegłszy zachwyt na jego twarzy, ze śmiechem zaprosiła go, by wszedł do środka. Potem dłuższy czas odkręcała i zakręcała wodę, wciąż na nowo wybuchając śmiechem, ilekroć spojrzała na Kazimierza, który wyglądał jak zahipnotyzowany. Pozwoliła mu nawet położyć się na podłodze i zajrzeć pod wannę, gdyż koniecznie chciał wiedzieć, jak to wszystko działa.

Od tamtej pory jego życie miało cel. Kazimierz chciał być wynalazcą i tworzyć rzeczy równie wspaniałe jak mosiężne krany. Zanim jednak jego marzenie mogło się ziścić, pozostawało mu śnienie na jawie i kąpiele w balii.

Kąpiele odbywały się w kuchni, nieodmiennie i bez wyjątków w soboty. W zasadzie całe życie rodziny Stawickich miało swój ściśle ustalony rytm, od którego wyjątki były niemile widziane. Ze względu na wykonywaną profesję pan Karol dużo podróżował. Sporą część roku spędzał poza domem, lecz gdy już przebywał w Warszawie, jego życie stawało się uporządkowane do granic możliwości. Kazik czasem marzył o tym, żeby coś przerwało monotonię dni. Co niedziela miał nadzieję, że ojciec złoży czytaną podczas śniadania gazetę i zaproponuje, by wybrali się na karuzelę lub do zwierzyńca, lub przynajmniej do parku pokarmić kaczki. Nic takiego jednak nigdy się nie wydarzyło. Ojciec odkładał gazetę, dopijał ostatni łyk kawy, odstawiał filiżankę, ocierał usta i wąsy serwetką, dziękował pannie Emilii za posiłek, po czym wstawał od stołu. Po drodze mierzwił włosy syna i bez słowa znikał w swoim pokoju. Co tam robił, Kazik nie wiedział, ale nienawidził niedziel. Nigdy nie czuł się tak samotny jak wówczas. Panna Emilia w niedziele sprzątała po śniadaniu i aż do obiadu, który tego dnia zawsze był później niż zwykle, miała wychodne. Gdy więc za ojcem zamykały się drzwi, w domu zapadała głucha cisza, która przerażała Kazimierza.

Czasem była łatwa do zniesienia. Wystarczyło szybko wrócić do łóżka, przykryć się kołdrą wraz z głową i czytać. Panna Emilia zakazywała kładzenia się do łóżka w ubraniu, mówiąc, że to niezdrowe, lecz te zakazy potęgowały tylko przyjemność z niedzielnego ich łamania. Czasem jednak, w ciemne zimowe dni lub wówczas, gdy przedpołudniowe niebo zasnute było stalowymi chmurami, książki nie pomagały. Strach, który opanowywał chłopca, wysuszał mu usta, zaciskał gardło, sprawiał, że dłonie robiły się zimne i lepkie. Kazik siadał wtedy na korytarzu, tuż przy drzwiach do pokoju ojca, i wytężał słuch, by usłyszeć cokolwiek, zdobyć najmniejszy choćby dowód na to, że nie jest sam w wielkim, jego zdaniem pustym domu. Skrobanie pióra o papier, trzaśnięcie szuflady, szelest przewracanej kartki – wszystkie te dźwięki działały nań kojąco, uciszały demony czające się w szafie i potwory spoglądające czujnie spod łóżka. Nie śmiał wejść do pokoju rodzica, nie miał nawet dość odwagi, by zapukać. Kurczowo trzymał się jednak myśli, że jego ojciec jest tuż obok, za tymi drewnianymi drzwiami, że gdyby naprawdę groziło mu jakieś niebezpieczeństwo, usłyszałby wołanie syna.

Prawdę rzekłszy, sam Kazik nie był pewien, czy w chwili zagrożenia udałoby mu się wydobyć głos. Zwykle gdy się bał, otwierał usta, ale żaden najcichszy nawet dźwięk nie chciał się z nich wydobyć. Tak, zdecydowanie nie lubił niedzielnych przedpołudni, kiedy panny Emilii nie było z nimi. Bez niej robiło się pusto i strasznie. Dom, zwykle tak pełny jej intensywnej osobowości, połajanek, westchnień, głośnego śmiechu, ciężkiego stąpania, wypełniał się w niedzielę tęsknotą za matką, bólem, który dzielił ojca i syna niewypowiedzianymi słowami, niewypłakanymi łzami, tłumionym przez lata gniewem.

Kazimierz wiedział tyle, że jego matka umarła.

Raz jeden usłyszał na ten temat coś więcej, choć do dziś nie udało mu się pojąć znaczenia tamtych słów.

Dwa lata temu, w dniu jego siódmych urodzin, po złożeniu synowi życzeń i zjedzeniu kawałka przygotowanego specjalnie na ten dzień przez Emilię placka pakowańca, nazwanego tak przez wzgląd na przekładanie go różnymi gatunkami konfitur i mnóstwem bakalii, Karol wstał od stołu i nie spojrzawszy nawet w stronę syna, wyszedł z domu. Kazik rozpłakał się, lecz panna Emilia szybko zdołała go pocieszyć obietnicą wspólnego spaceru po Krakowskim Przedmieściu i wizytą w cukierni Wacława Trojanowskiego na Miodowej, gdzie przy wystawionych na werandzie okrągłych stolikach ocienionych pnączami i kolorowymi markizami serwowano jedyne w swoim rodzaju piniolowe rogaliki i petinetowe babki. Rogaliki, wyrabiane ręcznie z orzechów piniowych, cukru i białek, były wspaniałe, ale na miano prawdziwego rarytasu, ambrozji, jak zwykł mawiać pan Karol, zasługiwała babka. Słynne w całej stolicy ciasto Trojanowskiego, pieczone na leżąco, składało się głównie z żółtek jaj, olbrzymich ilości świeżego masła, cukru i zmielonych migdałów. Całość była tak delikatna i wilgotna zarazem, że niektórzy utrzymywali, iż świętokradztwem jest popijanie do niej herbaty lub nie daj Boże kawy. Karol Stawicki był jednak innego zdania i jako kawowy smakosz uważał, że dobrze zaparzona, aromatyczna czarna kawa jest idealnym, by nie rzec niezbędnym, dopełnieniem babki petinetowej. Kazimierz nieczęsto bywał w kawiarniach, gdyż panna Emilia uważała, że nie wypada zabierać dzieci w takie miejsca, jednak ten raz postanowiła zrobić wyjątek, by zetrzeć głęboki smutek z twarzy chłopca.

 

Wieczorem tego dnia, gdy Kazik od dawna był już w łóżku, co pozwalało żywić przekonanie, że po dniu pełnym wrażeń śpi już twardym snem, trzasnęły drzwi i w progu mieszkania stanął Karol Stawicki. W pierwszej chwili chłopiec chciał się zerwać i pobiec do ojca, lecz zanim wyszedł z pokoju, usłyszał głos panny Emilii:

– Na Boga Najświętszego i Czystą Panienkę! Panie Karolu! Jak to tak!

Ojciec wychrypiał coś niezrozumiałego, a zaraz potem rozległ się rumor, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Kazimierz cicho podszedł do drzwi sypialni i bezgłośnie lekko je uchylił. Przez szparę wyjrzał do przedpokoju i zobaczył ojca siedzącego wprost na podłodze nieopodal drzwi. Jego długie nogi przecinały korytarz niczym cienkie ciemne żerdzie. Głowę miał opuszczoną, elegancko przystrzyżona bródka opierała mu się na piersi.

Panna Emilia stała obok z rękoma opartymi na biodrach. Znać było, że jest niezadowolona, gdyż – jak to miała w naturze – całą sobą wyrażała dezaprobatę wobec zachowania pana domu.

– Kto to widział, panie Karolu! Pijaństwo to grzech, a pijaństwo w dniu urodzin własnego syna... podwójny występek.

– Panna Emilia raczy dać mi spokój – stęknął Karol. – I może jeszcze szklankę wody.

– Ani myślę! – Gospodyni ostentacyjnie odrzuciła głowę i odwróciła wzrok. – Pijakom nie pomagam.

– A to pijak gorszy, najsłodsza panno Emilio? – odezwał się przymilnie pan Karol.

– To mało powiedziane – fuknęła w odpowiedzi. – I proszę mi tu nie mącić pochlebstwami, bo i tak się nie dam. Źleś pan postąpił, panie Karolu. Wstyd i tyle.

– Zamiast łajać, panna Emilia powinna spróbować zrozumieć...

– Tu nie ma co rozumieć. Grzech jest grzechem, a wódka wódką.

– Musiałem – wyznał wreszcie Stawicki, a pilnie śledzący całą sytuację Kazimierz miał wrażenie, że słyszy w jego głosie smutek. Poczuł się niezręcznie, jakby podglądając ojca w takiej sytuacji, robił coś złego, choć nie potrafił ustalić, co miałoby to być. – Małgorzata...

W jednej chwili z twarzy panny Emilii zniknęła cała złość, zupełnie jakby ktoś przetarł jej twarz czystą szmatką do zmywania uczuć.

– Panie Karolu, tyle lat... – zaczęła miękko, nagle z zagniewanej pełna litości i współczucia.

– Pięć – uściślił Stawicki. – Pięć długich, samotnych lat.

– Już najwyższy czas zapomnieć...

– Zapomnieć?! – parsknął pan Karol. – Jak niby miałbym zapomnieć?!

– Ludzie przychodzą i odchodzą, tak już działa ten świat – mówiła dalej łagodnym głosem panna Emilia, ignorując pytanie. Wyraźnie chciała uspokoić mężczyznę, dodać mu otuchy. – To jest dzień siódmych urodzin pańskiego syna i o tym powinien pan myśleć.

– I zapomnieć o jego matce? O tej, która mu to życie dała? – zapytał żałośnie, po czym po krótkiej chwili namysłu dodał: – Jemu i mnie?

Panna Emilia westchnęła ciężko.

– Tak, panie Karolu. Kiedy wspomnienia nie pozwalają żyć, nie ma innej drogi. Żałobę nosi się rok, a potem człowiek powinien postarać się zapomnieć.

– Ale jak to zrobić? – Po policzku Karola potoczyły się ciężkie łzy. – Jak zapomnieć o tym, że osoba, którą się kochało, wybrała śmierć?

Panna Emilia milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Kazimierz nie pamiętał dalszego przebiegu rozmowy, choć zamknął drzwi dopiero, gdy w jakiś czas później ojciec, wsparty na ramieniu panny Emilii, wstał z jękiem i podreptał do swego pokoju. W uszach niczym rytmiczne turkotanie kół tramwaju rozbrzmiewało mu to jedno zdanie. Jego matka wybrała śmierć. Miał wprawdzie dopiero kilka lat, lecz dobrze wiedział, że jest odwrotnie, że to śmierć przychodzi po swoją ofiarę, nieważne, czy jest to żuk, kwiat czy staruszka. Myśl, że ktoś żywy sam mógłby wybrać coś tak strasznego i niezrozumiałego jak śmierć, wydawała mu się całkowicie pozbawiona sensu, wręcz niedorzeczna.

Następnego dnia rano spróbował spytać o to pannę Emilię, ale ona ofuknęła go tylko gniewnie, zrugała za podsłuchiwanie i surowo zakazała poruszać ten temat przy panu Karolu. Potem machnęła ścierką, jakby odpędzała natrętną muchę, kazała mu iść do pokoju i bawić się grzecznie, zamiast wtykać mały, ciekawski nos w sprawy dorosłych.

Ojca zobaczył dopiero kilka godzin później, gdy ten opuścił swój pokój blady, rozczochrany i wyraźnie zmęczony. Mimo przestróg panny Emilii i jemu zadał pytanie, lecz wówczas ojciec zacisnął wargi tak mocno, że stały się niemal równie białe jak jego policzki, a oczy rozszerzyły się do granic możliwości. Kazimierz przestraszył się nie na żarty, że jego ojciec jak stoi, padnie trupem, jął go więc przepraszać i obiecywać, że już nigdy więcej nie będzie podsłuchiwał ani zadawał pytań i że będzie najgrzeczniejszym i najposłuszniejszym chłopcem w całej Warszawie.

– Tylko niech papa nie wybiera śmierci, nie umiera – płakał. – Niech papa nie zostawia mnie samego.

Pan Karol opanował emocje, przyklęknął na podłodze i niezgrabnie objął syna. Płakali tak razem, objęci, mały smutny chłopiec i nieszczęśliwy dorosły o mocno poranionej duszy.

Nigdy więcej nie wracali do tego tematu. Jednak zasiane tamtego dnia ziarno niepewności co do ustalonego porządku świata kiełkowało powoli, sprawiając, że w duszy Kazimierza rósł coraz większy niepokój, którego nie potrafił nazwać, zrozumieć i zaakceptować. Lata mijały, a on coraz wyraźniej czuł ciężar świadomości istnienia rodzinnej tajemnicy. Być może dlatego tak często uciekał w świat opowieści. Uwielbiał wyobrażać sobie, że jest wolny od tych wszystkich spraw sprzed lat, które odbijały się echem w jego teraźniejszości, choć – jak mu się zdawało – nie miał z nimi nic wspólnego.

*

– Miarka się przebrała, kawalerze – ryknęła znowu panna Emilia, jednocześnie ocierając strużkę potu spływającą jej po policzku. Smuga karmazynowego soku z tartego właśnie buraka, idealny dodatek do kaczki z jabłkami, przecięła twarz gospodyni niczym indiański znak bojowy. Skryty za kufrem dziewięcioletni Kazimierz wstrzymał oddech. Oto miał dowód tego, co podejrzewał już od dawna, szczególnie odkąd ojciec jeszcze silniej rozbudził jego i tak wybujałą wyobraźnię, czytając mu do snu francuskie powieści o muszkieterach zapobiegających spiskom na dworze królewskim. To pod ich wpływem Kazik zaczął podejrzewać, że panna Emilia nie jest tym, za kogo się podaje. Podskórnie przeczuwał, że nie była tylko zwyczajną dwudziestoośmioletnią panną z lubelskiej wsi, która przybyła do Warszawy przed dekadą w poszukiwaniu pracy oraz męża i zatrudniła się u młodego małżeństwa. Gdy jakiś czas potem pan Karol owdowiał, poczciwa kobieta nie opuściła go i została przy naznaczonej nieszczęściem rodzinie, traktując ją jak własną, a małego Kazika kochała całym sercem, jakby był jej rodzonym synem. Była jednak przykładną gospodynią i jako taka wiedziała, że opiekunka nigdy nie zastąpi dziecku matki. Starała się więc chować swoje przywiązanie do chłopca głęboko na dnie serca, by nie zepsuć mu charakteru współczuciem czy nadmiarem czułości. Znała wcześniej kilkoro malców, którym odumarły matki. Poczynione obserwacje doprowadziły ją do wniosków, że są to dzieci wymagające szczególnej dyscypliny, gdyż opiekunowie i najbliższe otoczenie, słowem: wszyscy, którzy wiedzieli o tragicznym losie sieroty, są skłonni nazbyt im pobłażać i wybaczać zbyt wiele, wszystkie krzywizny charakteru, złe nawyki czy zwykłą podłość zrzucając na karb braku matki.

Panna Emilia postawiła sobie za punkt honoru to, że wychowywany przez nią chłopiec wyrośnie na człowieka prawego charakteru. Dokładała też wszelkich starań, by biednemu, kochanemu panu Karolowi stworzyć prawdziwy dom, w którym brak kobiecej ręki nie będzie widoczny. Sama nie wiedziała, czy robi to dla niego, czy dla samej siebie. Po wielokroć spowiadała się bowiem z tego, że choć zdawała sobie sprawę, iż dziecku potrzebna jest matka, a panu Karolowi żona, często modliła się, by jej pracodawca nie ożenił się po raz drugi.

Panu Stawickiemu jednak ożenek nie był w głowie. Dużo podróżował, a gdy przebywał w Warszawie, cieszył się ciepłem domowego ogniska podsycanego przez pannę Emilię i ani myślał burzyć tej harmonii poszukiwaniem kandydatki na żonę. Zdawał się całkowicie ukontentowany takim obrotem spraw i traktował gospodynię z niemałym szacunkiem. W ciemnozielonej książeczce pracowniczej służby domowej, obowiązującej w zaborze rosyjskim, na seledynowych kartkach w rubryce „Opinia” nieodmiennie wpisywał: „uczciwa, pracowita, pobożna”.

Mały Kazik podejrzewał jednak, że panna Emilia nie została z nimi wyłącznie z dobrego serca czy przyzwyczajenia. Wychowany w domu napiętnowanym przemilczanym sekretem, przywykł wszędzie doszukiwać się spisków i tajemnic, a najnowsze lektury zdawały się potwierdzać jego teorie, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Często chował się więc za stojącym w korytarzu staroświeckim drewnianym kufrem podróżnym z okuciami, obciągniętym skórą, który podobno należał do jego matki, i choć zawadzał niemiłosiernie, nikt nie miał serca się go pozbyć, i skryty w cieniu obserwował poczynania panny Emilii. Najczęściej nic się nie działo, więc po kwadransie czy dwóch zniechęcony wracał do siebie, jednak czasami – tak jak dziś – wydarzało się coś niesamowitego. Oto bowiem panna Emilia stała w plamie światła wśród kłębów pary, z prawdziwymi indiańskimi znakami bojowymi na twarzy! Szykowała się do walki, to pewne, pozostawało tylko dowiedzieć się, kto był jej wrogiem. Wkrótce on i ojciec znów wyjadą, a wówczas przez nikogo niepilnowana będzie załatwiała na mieście swoje porachunki. Z pewnością nikt nie podejrzewał, że niepozorna gospodyni Stawickich jest rabusiem albo terrorystką podkładającą bomby pod pojazdy konne carskich oficjeli, o których w ostatnim czasie tak wiele mówiono na mieście, a nawet pisano w gazetach. Ojciec i panna Emilia nie czytali mu wprawdzie artykułów dla dorosłych, ale i nie chowali prasy, mylnie zakładając, że dla małego chłopca gazety codzienne nie zawierają żadnej ciekawej treści.

Często rozmyślał o tym, jak mało widzą dorośli, zajęci własnymi sprawami, ograniczeni masą założeń, takich jak choćby to, że cukier szkodzi dzieciom. Kazimierz nigdy nie słyszał większej bzdury. Ilekroć panna Emilia przyrządzała na podwieczorek czekoladową leguminę, lody poziomkowe lub szodo, najwspanialszy deser świata, którego jednakowoż ze względu na obecność alkoholu wolno było Kazimierzowi zjeść tylko niewielką porcję, wydawało mu się, że staje się lepszym człowiekiem, że jego ciało nabiera mocy, a myśl się rozjaśnia. Dorośli zdawali mu się dziwnymi, pełnymi sprzeczności i tajemnic ludźmi. Cały czar jego dość samotnego dzieciństwa polegał na próbach zdemaskowania ich sekretów.