Zuchwała księga świętychTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla tego tłumu odważne świadczenie siostry Blandyny o miłosierdziu Chrystusa było tak samo nadzwyczajne jak jest dzisiaj dla nas. Dla siostry Blandyny był to po prostu kolejny dzień. W końcu stawiała czoło Billy’emu Kidowi7, nie raz, ale trzy razy w swoim życiu! Być może z czasem przyzwyczaiła się do wstrętnych aspektów życia na Zachodzie i uodporniła na jego brutalność. Albo, co jest bardziej prawdopodobne, wejrzała poza niegodziwość ludzkiej kondycji i zobaczyła szansę ratowania dusz.

Jej poświęcenie się poszanowaniu ludzkiej godności w każdej osobie, nawet w Kidzie, wzbudziło zasłużony szacunek, który uratował życie jej samej i prawdopodobnie innym. Ich pierwsze spotkanie miało miejsce, kiedy jeden z członków bandy Billy’ego został ciężko zraniony i lokalny lekarz odmówił mu pomocy z powodu jego przestępczego procederu. Siostra Blandyna wzięła rannego pod swoje skrzydła i leczyła ranę postrzałową. Kiedy Billy Kid pojawił się z intencją zabicia lekarza za to, że nie udzielił pomocy medycznej jego człowiekowi, odważna siostra Blandyna przekonała go, aby oszczędził życie lekarza. Wyobraź sobie drobną siostrę Blandynę stawiającą czoło twardemu przestępcy i surowo mówiącą mu, właśnie mówiącą, aby wycofał się ze swojego zamiaru, albo niech się ma na baczności.

To nie było jej ostatnie starcie z banitą. Spotkała Billy’ego Kida podczas napadu jego bandy na wagon kolejowy pociągu, którym podróżowała. Kiedy Billy Kid zajrzał do przedziału i rozpoznał siedzącą w nim siostrę Blandynę, uchylił kapelusza jak na powitanie i pozostawił pasażerów w spokoju.

Trzecia i ostatnia utarczka Blandyny z Billym Kidem ukazuje jej współczucie względem wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którymi się opiekowała – bez względu na to, na jakim etapie życia są czy też jaką mają reputację. Podczas wizyty w więzieniu ponownie znalazła się twarzą w twarz z Billym Kidem, tym razem był on w jednej z cel. Wspominała, że Billy Kid bronił człowieka, do którego przyszła z wizytą, ujawniając tym samym swoją skruchę. Siostra dostrzegła, że Billy Kid mógł żyć lepiej, gdyby wybrał właściwą ścieżkę zamiast złej drogi. Nie osądzała go surowo, jedynie stwierdziła, że jego wybory przywiodły go do miejsca w życiu, w którym się właśnie znalazł.

Czyż nie jest to prawdziwe o każdym z nas?

Odważne zakonnice na pustyni

Łatwo sobie wyobrazić, że pragmatyczna siostra Blandyna podchodziła do codziennych obowiązków z tym samym cichym bohaterstwem, skupiona nie na rozpamiętywaniu opowieści o wielkich przygodach pośród banitów Dzikiego Zachodu, lecz na budowaniu szkół i szpitali w Trinidadzie w Kolorado (i później w Santa Fe w Nowym Meksyku). Świętą na dzisiaj czyni ją w szczególności praca z rdzennymi Amerykanami i Meksykanami.

Całe jej życie było aktem zuchwałości, począwszy od dnia narodzin, kiedy jej matka Giovanna wzięła niemowlę Marię Rosę do kościoła Monteallegro we Włoszech i przedstawiła Najświętszej Maryi Pannie, modląc się za swoją córkę słowami „dopomóż jej, Madre Mia, pocieszać zasmuconych, dać schronienie bezdomnym, odwiedzać chorych, uczyć ludzi Twoich dróg”.

Siostra Blandyna dojrzała do robienia tych wszystkich rzeczy i jeszcze innych. Zakładała szkoły publiczne, szkoły katolickie, sierocińce oraz szpitale w Kolorado, a potem w Nowym Meksyku – w tym szpital św. Józefa w Albuquerque – a potem wróciła do Cincinnati, gdzie założyła The Santa Maria Institute służący włoskim imigrantom w tym regionie. Ta organizacja działa do dzisiaj jako Santa Maria Community Services.

Chociaż siostra Blandyna ciągle pojawia się w nagłówkach z powodu swojego śmiałego zachowania wobec twardych przestępców, jej najbardziej heroiczne osiągnięcia to pracowite życie i codzienne poświęcenie w obliczu nędzy i trudnych doświadczeń.

Wizerunek trzymających broń zakonnic, chociaż dla mnie zabawny, niewątpliwie ujawnia coś ważnego na temat tego, czym dla kobiety było osiedlanie się na amerykańskim Zachodzie. Te kobiety potrzebowały ducha i sporej odwagi wyłącznie po to, żeby przetrwać. W końcu stawały w obliczu czegoś więcej niż tylko niesprzyjające środowisko.

Zakonnice misjonarki osiedlały się na zachodnich obszarach kraju długo przed nieokrzesanymi kowbojami i hodowcami bydła. Czasami towarzyszyły księżom misjonarzom, ale często pracowały indywidualnie. Te siostry pomagały budować amerykański Zachód. Stwierdzenie, że były odważne, nie wydaje się wystarczające. Miały wytrzymałość i determinację w realizacji swojej misji, niezależnie czy dotyczyła ona wsparcia administracyjnego istniejących wspólnot, czy też zakładania nowych wspólnot, szkół i szpitali.

Nie było nic romantycznego w ich pracy. Nie tylko że była ona ryzykowna; musiała też czasami być monotonna. Kiedy rozważam, jak przykre były ich doświadczenia, moja wyobraźnia szalenie mnie ponosi. W końcu przecież gwałtowne konflikty tamtych dni wynikały z bezprawia, które zagrażało im fizycznie.

Moja pustynia to nie bandyci i nieprzetarte szlaki, ale ich psychologiczne odpowiedniki XXI wieku: zbyt dużo zorganizowanego czasu. Zbyt dużo elektronicznego rozproszenia uwagi. Poczucie izolacji i samotności z powodu odległości od ukochanych.

Siostra Blandyna i inne takie jak ona obok widzialnych niebezpieczeństw musiały stawać w obliczu niewidocznego ryzyka, wywołującego niepewność i strach. Te przeszkody na drodze do śmiałego życia blokują mnie, kiedy najmniej się tego spodziewam. Czasami lista rzeczy do zrobienia w domu i w pracy staje się tak przytłaczająca, że wpadam w rozpacz, iż nigdy jej nie skończę. Tracę ufność w moją zdolność do wykonania zadań stojących przede mną. I jestem zaskoczona odkryciem, że tak samo obawiam się sukcesu, jak i porażki. Mimo to staram się podążać za przykładem tych silnych kobiet pionierek.

Mistyczna reformatorka

Historie świętych są również wypełnione opowieściami o kobietach, od których tak powiedziane Bogu wymagało zmierzenia się z niewyobrażalnie trudnym doświadczeniem, właśnie w celu wykonania woli Bożej, oraz jak to matka siostry Blandyny, Giovanna, modliła się, „nauczania ludzi Jego dróg”.

Wieki wcześniej, zanim siostra Blandyna i jej podobne wyruszyły na nieznane tereny misyjne, by budować wspólnoty, św. Teresa z Ávili, karmelitanka, czyniła to samo, zakładając liczne zakony i klasztory w całej Hiszpanii i części Portugalii po przeprowadzeniu reformy zakonu karmelitanek.

Jeśli kiedykolwiek istniała zakonnica, która zasługiwałaby na moje przeprosiny, to właśnie droga św. Teresa. Moja rodzina od dawna była jej oddana. W rzeczy samej, moja matka i jej siostry oraz moja teściowa i jej siostry, wszystkie chodziły na Kubie do szkoły imienia św. Teresy z Ávili, prowadzonej przez karmelitanki. Gdyby nie ucisk polityczny i religijny, który spowodował zamknięcie szkoły i klasztoru, ja także ukończyłabym tę cenioną szkołę. Wychowywałam się jako imigrantka w Stanach Zjednoczonych i edukację odebrałam od innego zakonu, sióstr miłosierdzia8. Niemniej jednak, kiedy dorastałam, św. Teresa zawsze była obecna w moim życiu, jeśli nie w sposób jawny, to z pewnością subtelnie dyskretny, dzięki formacji wiary mojej matki i temu, jak ona formowała moją wiarę.

Mogę powiedzieć, że z pogardą, na którą stać tylko nastolatkę, brałam udział w corocznych spotkaniach szkolnych koleżanek mojej matki i dawnych nauczycieli ze szkoły św. Teresy oraz starzejących się zakonnic, które wszystkie chciały mnie poznać. Wywracałam oczami i ciężko wzdychałam na myśl o tych wszystkich miejscach, w których mogłabym być zamiast tkwić obok mamy. Podczas tych spotkań przecierpiałam msze św. i niekończące się modlitwy różańcowe i święte godziny. Nieustannie obecna figura św. Teresy wydawała się we mnie surowo wpatrywać. Nie spodziewałam się, że dziesiątki lat później wybiorę tę samą św. Teresę z Ávili na moją świętą patronkę.

Święta Teresa, jaką znałam w okresie dorastania, była imponującą kobietą. Kiedy byłam małą dziewczynką, papież Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła i już zawsze potem myślałam o niej jako o srogiej, poważnej i silnej starej świętej, która nie ma ze mną nic wspólnego. W moim dziecięcym umyśle św. Teresa nie tylko była świętą – a zatem kimś, kim ja nigdy nie będę – lecz także wydawała się niemożliwa do naśladowania. Okazało się, że miałam znacznie więcej wspólnego ze św. Teresą, niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić.

Kilka lat temu, podczas nagrywania odcinka Catholic Weekend, cotygodniowego panelu dyskusyjnego, którego byłam współautorką, wyraziłam żal, że nie miałam okazji wybrać sobie świętego patrona podczas bierzmowania. Rosnące napięcie podczas rewolucji komunistycznej na Kubie skutkowało niedoborem księży, rozpowszechniła się więc praktyka bierzmowania noworodków. Bierzmowana, zanim cokolwiek wiedziałam o wierze, nie byłam w stanie wybrać dla siebie świętego.

Kiedy w końcu do mnie dotarło, podczas nagrywania tego właśnie Catholic Weekend, że ja mogę sobie po prostu wybrać świętego patrona, następny rok spędziłam, czytając o różnych świętych, zanim odkryłam to, co powinnam była wiedzieć dawno: św. Teresa z Ávili, doktor Kościoła, reformatorka zakonów religijnych, była kobietą budzącą grozę. Siła jej charakteru i zdecydowanie były takie, że przypuszczalnie dzisiaj mogłaby zarządzać międzynarodowymi korporacjami. Po pięćdziesiątym roku życia założyła siedemnaście zakonów i piętnaście klasztorów, a to wszystko pomimo opozycji ze strony jej własnego zgromadzenia, duchownych w jej wspólnocie oraz niechęci mieszkańców wiosek, w których budowała nowe klasztory.

Święta Teresa była wystawiona na wiele tych samych prób co siostra Blandyna i jej odpowiedniczki przemierzające nieprzyjazne ziemie. W celu założenia nowych zakonów i klasztorów podróżowała ona przez całą Hiszpanię na mule albo wozem, doświadczając cierpień i upokorzeń. Zła pogoda, upał, zimno, głód – to były rzeczywiste niebezpieczeństwa, nie wspominając gróźb ataku na wrogich obszarach.

 

Zawsze przypuszczałam, że św. Teresa podróżowała wielkimi karawanami z ochronną ekipą. W końcu zakładała zakony – koniecznie zatem brała ze sobą zapasy i ludzi. Okazało się, że tak nie było. W rzeczywistości trudy i znoje to wspólny mianownik jej pracy. Jedna historia szczególnie się wyróżnia jako przykład trudności, z którymi się zmierzyła, pokazuje też pragmatyzm Teresy. Kiedy zakładała klasztor w Salamance, wzięła ze sobą jako towarzyszkę tylko jedną zakonnicę. Zainstalowały się w domu, który nie miał żadnych udogodnień. Był brudny i zniszczony. Brakowało mebli. Kiedy nadszedł wieczór i czas odpoczynku, miały tylko słomę na łóżko.

Świętej Teresie było na słomie wygodnie – często zabierała ze sobą słomę w tym właśnie celu – lecz jej towarzyszka się załamała. Teresa dopytywała zakonnicę, dlaczego jest taka nerwowa i była zaskoczona jej odpowiedzią: kobieta zapytała św. Teresę, jak by sobie poradziła z jej zwłokami, gdyby ona umarła tej nocy.

Oszołomiona takim pomysłem, św. Teresa odpowiedziała siostrze, żeby szła spać, i że będzie się tym martwić tylko wtedy, gdy zajdzie taka potrzeba.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam tę historię, wydała mi się zabawna. Cała ta wymiana zdań brzmi nieco surrealistycznie, ale im dłużej ją rozważam, tym częściej dochodzę do wniosku, że św. Teresa sama musiała mieć takie myśli. Trudy, zagrożenie, opuszczenie były rzeczywiste. A mimo to św. Teresa pozostawała silna w swoich przekonaniach, nade wszystko w swej miłości do Pana Jezusa Chrystusa, który pomógł jej przezwyciężyć wszystkie próby, przed którymi stanęła.

Oczywiście przeczytałam dwie z jej ważnych prac na temat duchowości, Twierdzę wewnętrzną i Drogę doskonałości. Przyznam, że ten rodzaj lektury był dla mnie zupełnie nowy; potrzebowałam wsparcia, aby przez nie przebrnąć, tego, by ktoś trzymał mnie za rękę Miałam więcej pytań niż odpowiedzi, ale nie poddawałam się, czytając coraz więcej dzieł świętej. Jej życie duchowe i doświadczenia mistyczne, które opisuje, wydają mi się daleko poza moim zasięgiem.

Było mi trudno pojąć znaczenie jej mistycznych doświadczeń. Ujrzawszy sławną rzeźbę Berniniego, przedstawiającą jej ekstazę, wiedziałam już co nieco o jej duchowych zaślubinach z Chrystusem i jej sercu przebitym strzałą, i o ogromnej radości, jakiej doświadczyła w głębokiej modlitwie, tak iż zapragnęła dnia, kiedy mogłaby umrzeć i zjednoczyć się z Chrystusem w niebie. Jej zdolność do lewitacji podczas modlitwy wybiegała poza moje możliwości zrozumienia.

Kobieta jak ja

A jednak św. Teresa miała inne cechy, o których czytałam, do których mogłam się odnieść. Cierpiała z powodu różnych dolegliwości, w tym na bóle głowy. Ja cierpię na migreny. Pisała wiersze i modlitewne wersety na skrawkach papieru. Ja też.

Wstąpiła do zakonu bez silnego powołania. Ja zaczęłam moją karierę szkoleniowca w ten sam sposób – po prostu wydawało się to czymś, co można robić. Głębokiego nawrócenia doświadczyła w późniejszym życiu. U mnie było podobnie.

Miała figlarne poczucie humoru. I ja widzę zabawną stronę rzeczy. Humorystyczne spojrzenie to coś, co bardzo podziwiam; uważam, że możemy użyć humoru do rozładowania napięć albo żeby pomóc komuś poczuć się swobodnie, szczególnie gdy sytuacja jest niezręczna. Cięty dowcip pomaga spojrzeć na trudną sytuację z przymrużeniem oka i sprawia, że uwaga skupia się na czymś innym – szczypie, ale nie gryzie.

Jedna z moich ulubionych historii o ripostach św. Teresy pokazuje również nieco jej uroku. Otóż jeden z męskich gości w klasztorze miał czelność skomentować jej ładne bose stopy. Ta sytuacja musiała być dla niej poniżająca – nie tylko ze względu na śmiałość jego mowy, lecz także na naruszenie jej prywatności. Zamiast uciekania i chowania się św. Teresa odważnie zasugerowała, żeby się dobrze przyjrzał, ponieważ to będzie ostatni raz, kiedy ma ku temu okazję. Miała oczywiście na myśli to, że już nie jest mile widziany w klasztorze. Podejrzewam, że zrozumiał.

Wizerunek św. Teresy często przedstawia ją niosącą figurkę Dzieciątka Jezus, co wydaje mi się trochę dziwne. Oczywiście, ja pracuję z wielkogłową figurką Matki Teresy z Kalkuty na moim biurku. Zgaduję, że sięgamy po inspiracje, gdzie się da.

I wtedy odkryłam jeden z jej cytatów: „Niech Bóg mnie strzeże od ponurych świętych”. Uśmiałam się na myśl, że mogłaby się wzdrygnąć, wiedząc, że postrzegałam ją jako ponurą świętą. To zdanie – w rzeczywistości modlitwa o uwolnienie – wszystko zmieniło w moim podejściu do świętości.

Dzięki temu niewymyślnemu cytatowi św. Teresa stała się dla mnie ludzka.

Była kobietą, tak jak ja. W takim razie ja, jako kobieta, mogę być taka jak ona.

Zwyczajne życie przeżywane nadzwyczajnie

Był czas, kiedy czytałabym o siostrze Blandynie i św. Teresie i mówiła: „Takich kobiet już nie ma”. Kiedy byłam młodsza, często miałam wrażenie, że świętość jest nieuchwytna i zupełnie dla mnie nieosiągalna. Ale teraz historie tych świętych kobiet i odważnych świętych zachęcają mnie do moich własnych aktów śmiałości.

Wiele lat później, kiedy odkryłam piśmiennictwo Flannery O’Connor, w jednej historii natknęłam się na następujące zdanie: „Ona nigdy nie mogłaby być świętą, ale myślała, że mogłaby być męczennicą, gdyby szybko ją zabili”. Zachwycił mnie w tym samokrytyczny humor, ale co więcej, znalazłam miarę prawdy, która trafiała w dziesiątkę. Młoda dziewczyna w opowieści kontempluje swoją wiarę i wszystkie sposoby, na które gotowa jest umrzeć męczeńską śmiercią, a jednocześnie przyznaje, że może nie mieć sił na długą i powolną śmierć. Ja też się zastanawiam, czy mam siły, by dźwigać długoterminowe zobowiązanie, kiedy staje się ciężkie bądź monotonne.

Te kobiety były zdeterminowane i śmiałe, ale również wykazywały się zuchwałością, przezwyciężając codzienny kierat życia. Codzienna ofiara. Codzienne ofiarowanie wszystkiego, co ciężkie i nudne. Zamiast przyglądać się warunkom, w których te kobiety żyły i usiłować odtworzyć ich życie, powinnam naśladować te przymioty, dzięki którym są świetnymi wzorcami kobiecości i świętości.

W moim raczej zwyczajnym życiu profesora college’u jest mało prawdopodobne, że zetknę się z banitą, ale mogę spotkać trudnego studenta. Nie złożyłam ślubu posłuszeństwa matce przełożonej czy biskupowi, ale jestem związana etyką zawodową do przestrzegania zasad i rozwijania kursów nauczania i programów zgodnie z wytycznymi profesji.

Jestem bardziej jak siostra Blandyna i św. Teresa, aniżeli początkowo myślałam. To były zwyczajne kobiety, które robiły nadzwyczajne rzeczy z miłości do Boga. Te kobiety robiły niezwykłe rzeczy, ponieważ opanowały akty miłości, czy to udzielając pomocy medycznej zranionym przestępcom, czy też reformując rozluźnione obyczaje wspólnoty.

To zachęca mnie do tego, by zobaczyć, gdzie ja mogę się oddać życiu pełnemu śmiałych aktów miłości. W domu mogę stworzyć przyjazną i przyjemną przestrzeń dla mojej rodziny i gości. W pracy mogę zrobić to samo, stworzyć przyjazne otoczenie, z dbałością o szczegóły w wypełnianiu swoich obowiązków. Kiedy postrzegam to jako wyraz miłości, czuję, że mogę wszystko osiągnąć, małe bądź wielkie, na chwałę Boga.

Czy to może być takie proste? Ścieżka do świętości zaczyna się – i kończy – moim pragnieniem działania z miłości do Boga.

Myślę, że mogę to zrobić. Wiem, że mogę, podobnie jak nieprzebrani święci zrobili to przede mną. Tylko potrzeba nieco śmiałości z mojej strony, aby codziennie podejmować to zobowiązanie. Muszę się pozbyć tej niemądrej myśli, że „takich kobiet już więcej nie robią”.

Oczywiście, że Bóg robi.

Pytania do rozważenia

1 Zdefiniuj śmiałość. Która ze znanych ci kobiet pasuje do twojej definicji? Jak ona obrazuje śmiałe życie?

2 Przypomnij sobie czas w twoim życiu, kiedy uczyniłeś (uczyniłaś) coś śmiałego. Czy odniosłeś (odniosłaś) sukces? Czy byłeś (byłaś) odważny (odważna), czy też przestraszony (przestraszona)? A może jedno i drugie? Jak się wtedy czułeś (czułaś)?

3 Jaki odważny krok możesz podjąć w swoim życiu duchowym? Czy jest coś, czemu mógłbyś (mogłabyś) się dodatkowo oddać w swojej codziennej rutynie? Koronka? Różaniec? Czy odczuwasz powołanie do tego, by rozważyć poświęcenie się Jezusowi przez Maryję?

Uczyń coś śmiałego w swoim życiu duchowym.

Rozdział drugi

Dzielne wojowniczki, które stoczyły prawdziwe, ważne bitwy

Nancy Wake i św. Joanna d’Arc

Musisz robić rzeczy, o których myślisz, że nie możesz ich zrobić.

Eleonor Roosevelt

W szkole średniej rozdział na temat II wojny światowej ożył dla mnie dzięki mojemu nauczycielowi historii i weteranowi wojennemu, panu Davisowi. Był on skromnym, łagodnie wypowiadającym się dżentelmenem aż do momentu przerabiania tego właśnie rozdziału i wtedy stało się coś niesamowitego. Otworzył się, stał się ożywiony i płomienny. Okazało się, że służył w wojsku jako piechur pod komendą generała Pattona i brał udział w wyzwoleniu obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Szczegółowo opowiadał nam o swoich doświadczeniach, a słuchanie tak osobistej relacji o okropieństwach wojny mroziło krew w żyłach. Przeglądaliśmy fotografie w podręczniku, a on wskazywał niewidoczne na pierwszy rzut oka drobne szczegóły, których inaczej byśmy nie zauważyli.

Powiedział nam, że ma odczucie, iż nic, co kiedykolwiek zrobił bądź mógłby zrobić, nie zaćmi momentu bycia świadkiem uwolnienia więźniów z obozu koncentracyjnego.

W tym czasie, w późnych latach siedemdziesiątych XX wieku, w Miami Beach żyła ogromna populacja europejskich Żydów, którzy najpierw emigrowali na północno-wschodnie tereny Stanów Zjednoczonych, a na emeryturę przenieśli się na południową Florydę. Wielu ocalałych z Holokaustu przychodziło do naszych szkół, by opowiedzieć swoje historie, ale najczęściej spotykałam ich w zwyczajnych momentach codziennego życia. Zwykli ludzie prowadzący spokojny żywot w Miami, którzy w upalne dni podwijali rękawy, bez wstydu odsłaniając wytatuowane numery na przedramionach.

Teraz pewnie prawie wszyscy zmarli, ale ich obecność, czy to jako gości w mojej szkole, czy po prostu przechodniów na ulicy, pozostała w tych numerach seryjnych wytatuowanych w mojej pamięci.

Opór wobec opresji, ucisku, uciemiężenia

II wojna światowa była decydującym zdarzeniem w historii mojej rodziny. Rodzice matki, hiszpańscy Baskowie, walczyli o utrzymanie swojej etnicznej tożsamości w kraju, który chociaż bezpośrednio nie był w wojnę zaangażowany, to przeciwko nim spiskował. Rząd hiszpański był ideologicznie podzielony: niektórzy sprzyjali aliantom, a inni państwom Osi; na niektórych terenach był powiązany z nazistami. Moja rodzina była w coraz większym niebezpieczeństwie: niemiecka Luftwaffe raz po raz bombardowała miasta w północnej Hiszpanii.

Moi dziadkowie zbiegli z Hiszpanii na Kubę jako uchodźcy, w dużej mierze dzięki wysiłkom francuskiego ruchu oporu. Dziadek Daniel, polityk w swoim rodzinnym mieście Legazpi, ukrywał się we Francji. Zwiadowca przeprowadził go przez Pireneje z zamiarem wsadzenia na statek do Wenezueli, gdzie osiedlali się inni hiszpańscy Baskowie na wygnaniu. Moja babcia Emilia i jej świeżo urodzona córka, moja ciotka Libe, zostały w Legazpi, nie wiedząc, czy Daniel jest bezpieczny, czy go złapano albo jeszcze gorzej. Podróż z małym dzieckiem przez góry była niebezpieczna, ale pozostanie również – w końcu babcia była żoną baskijskiego polityka.

Moja babka musiała żyć w codziennym strachu, martwiąc się o swoje i mojej ciotki życie. Bombardowania już osierociły sześć tysięcy hiszpańskich dzieci baskijskich. Babka zdecydowała się zostać ze swoją córką i wyczekiwać wieści od dziadka z nadzieją, że uda mu się bezpiecznie wydostać z Hiszpanii.

Jestem pewna, że podtrzymywała ją modlitwa – modlitwa o odwagę i wierność.

Walka o życie

Wyobrażam sobie, w jakim strachu żyła moja babka w tym trudnym okresie. Poród mojego syna związany był ze stresem. Zaczęło się normalnie, ale nagle powstało szalone zamieszanie; mój mąż i ja przeżyliśmy koszmar; nie wiedzieliśmy, co się dzieje ani jak się ma nasz syn, kiedy zespół medyczny ratował mu życie. Po kilku przerażających chwilach jego kondycja się ustabilizowała i reszta porodu przebiegła bez większych przygód. Te chwile. Ten moment! Czas spowolnił i wszystko, o czym mogłam myśleć to było „Nie! Nie!”. Wydaje mi się, że nie byłam w stanie zebrać myśli.

Mój lekarz, człowiek wierzący, który często w kościele siedział w ławce przed nami, robił, co mógł, uspokajał mnie i prosił, bym wykonywała jego polecenia, gdy usiłował zatrzymać przesuwanie się Jonathana w kanale rodnym.

 

– Módl się! Ty się módl! Ja będę pracował.

No to się modliłam. Nie mogłam myśleć. W ogóle nic nie mogłam zrobić, kiedy pielęgniarki pilnie mnie przygotowywały; wszystko, co mogłam uczynić, to prosić św. Michała o pomoc. W tamtym czasie nawet nie byłam mu oddana. Ale mój lekarz miał na imię Michał. W rzeczy samej jego imię było hiszpańską wersją Michała Archanioła – Miguel Arcangel. Pojęłam, że tym, który najbardziej potrzebował modlitwy, był człowiek, w którego rękach leżało życie mojego syna. Drugie imię Jonathana brzmi Michał. Oczywiście zna historię swoich narodzin i czasami dla żartu nazywa sam siebie Michelangelo. Nie myli się.

Od tego czasu odwoływałam się do św. Michała wiele razy. Nigdy jednak nie udaje mi się przekroczyć pierwszego wersu modlitwy. Nigdy nie nauczyłam się jej po angielsku. Dla mnie: „Święty Michale Archaniele, broń nas w walce”, mówi wszystko.

Walka o godność

Wydaje się, że każdego dnia wyruszamy, by stoczyć ciężką walkę, czyż nie? W ciągu mojej kariery rozciągającej się na trzy dekady musiałam nie raz stanąć w obliczu niesprawiedliwości, łącznie z poważnymi starciami wymagającymi ode mnie odwagi, o której wcześniej nie miałam pojęcia, że ją posiadam. Wkrótce odkryłam, że trochę słusznego oburzenia może przyczynić się do podsycenia pasji niezbędnej do dobrej walki.

Nauczanie w Little Havana kubańskich i haitańskich uchodźców umiejętności potrzebnych do zatrudnienia to najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiłam. Jako dziecko nie byłam rozpieszczana czy wychowywana pod szklanym kloszem, ale nigdy nie widziałam z bliska ani nie doświadczyłam, jak wygląda prawdziwe ubóstwo. Miałam dość ogólne pojęcie, że biednym ludziom brak pieniędzy i środków do życia, to doświadczenie pokazało mi jednak kompleksowość biedy – co to znaczy być ubogim w tak wielu obszarach życia, o których wcześniej nie pomyślałam.

Wielu z moich klientów nie miało domów. Wiedziałam, że nie mają pieniędzy ani pracy. Dowiedziałam się, że nie mają wykształcenia, żadnych umiejętności rynkowych. Nie mają rodziny ani przyjaciół. W wielu przypadkach, żadnej wiary – mieli ograniczone zrozumienie albo w ogóle nie rozumieli własnej wewnętrznej wartości jako ludzkich istot.

Mówiąc krótko, brakowało im nadziei.

Myślałam, że moja praca będzie polegała na nauczeniu ich wypełniania podań o pracę, ale okazało się, że chodzi o coś znacznie więcej; musiałam ich nauczyć elementarnych zachowań, na przykład, delikatnie sugerując mężczyznom w wieku mojego ojca, że powinni myć ręce i zakładać czystą koszulę, kiedy starają się o pracę. Nigdy nie wiedziałam, jakie wezwanie czeka mnie danego dnia – co będę musiała zrobić albo powiedzieć. I każdego dnia, przejeżdżając przez bogate dzielnice w drodze powrotnej z pracy do domu, płakałam, ponieważ czułam się bezsilna, żeby cokolwiek zmienić.

Z czasem pojawił się cynizm. Zdałam sobie sprawę, że pomimo moich usilnych instrukcji, wielu z moich podopiecznych prawdopodobnie nie dostanie pracy. A jeśli ją znajdą, to stracą ją z całego mnóstwa powodów niemających nic wspólnego z tym, jak dobrze ich przygotowałam. Byłam zaledwie jednym z punktów do odhaczenia, aby mogli otrzymywać zasiłek.

Opierałam się biurokracji, walczyłam z systemem. Najpierw jednak musiałam walczyć z własną skłonnością do samozadowolenia. Widziałam, jak inni mechanicznie traktowali klientów. Czy ja mam to, czego trzeba, by dalej nauczać? Aby dalej toczyć walkę przeciwko beznadziei?

Nie było to łatwe. Byłam młoda, niedoświadczona, tak w mojej wierze, jak i zawodowych umiejętnościach. Nie miałam największego źródła siły, z którego dzisiaj czerpię, prostej, ale potężnej modlitwy: Jezu, ufam Tobie.

Mimo to, wstawałam każdego ranka i podejmowałam wyzwanie dnia. Starałam się zobaczyć każdą osobę jako wyjątkową indywidualność, a nie zestaw pól domagających się mojego wypełnienia i podpisu. To wtedy rozpoczęła się moja prawdziwa edukacja.

Nauczyłam się słyszeć nie tylko uszami, lecz także intelektem i sercem. Słyszałam słowa: „Wezmę każdą dostępną pracę” i rozumiałam część niewypowiedzianą: ale mam małe dzieci i nikogo, z kim mogłabym je zostawić. Jeśli usłyszałam: „Zapo­mniałem (zapomniałam) moich okularów z domu”, kiedy wręczałam pisemną instrukcję, zatrzymywałam się i czytałam dokument klientowi, zanim go odesłałam, pewna, że był analfabetą, a nie miał kłopotów ze wzrokiem.

Nie myślę, że w ciągu tych dziewięciu miesięcy pracy w centrum pomocy uratowałam kogokolwiek od biedy, ale mam nadzieję, że klienci, którzy mieli ze mną do czynienia, wiedzieli, że ich widziałam. Ufam, że otrzymali ode mnie potwierdzenie ich wewnętrznej wartości istot ludzkich uformowanych na obraz Stworzyciela. Wiem, że to doświadczenie ukształtowało mnie w sposób, wedle którego będę nauczała przez następne dekady.

Teraz, kiedy się modlę: „Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną”, moje walki toczą się w klasach i salach akademickich – w miejscu pracy, nie na ulicach. To są walki, w obliczu których najprawdopodobniej większość z nas dzisiaj staje, chociaż na scenie światowej wszędzie widzimy masakrę i przemoc oraz masową zagładę i ludobójstwo.

Te walki wymagają innego rodzaju odwagi niż ta, do której są powołani żołnierze i walczący o wolność. Nie wiem, czy mam siłę do takich bitew, a może mam – tylko być może dotąd jej nie potrzebowałam. Mojego dziadka zmusiły okoliczności, zaufał przewodnikowi i przedarł się przez góry w strefie walk wojennych.

Biała Mysz

Pierwszy raz, kiedy usłyszałam historię liderki francuskiego oporu o pseudonimie Biała Mysz, nadanym jej przez nazistowską agencję wywiadu SS, zastanawiałam się, czy miałam z nią osobisty związek – być może odegrała ona rolę w uratowaniu życia moich dziadków.

Nancy Wake, Australijka z wyższych sfer, która wyszła za mąż za francuskiego biznesmena na początku II wojny światowej, zaczęła pracować jako szpieg, kiedy jej mąż został zwerbowany do francuskiego ruchu oporu. Była idealną kandydatką do dostarczania informacji do placówek rozproszonych po całej Francji i w ościennych państwach śródziemnomorskich. W końcu piękna młoda żona francuskiego biznesmena nie mogła dla nikogo stanowić problemu.

To była doskonała przykrywka i Wake ją wykorzystała. Dowodziła ponad trzema tysiącami mężczyzn z oddziałów Maquis francuskiego ruchu oporu, osiągając stopień kapitana, a ostatecznie tytuł Kawalera Legii Honorowej (Chevalier de la Legion d’Honneur) oraz Medal Wolności Stanów Zjednoczonych (the United States Medal of Freedom).

Wake była tak nieuchwytna, że naziści nazwali ją Białą Myszą; nie byli w stanie jej zidentyfikować. Ostatnią osobą, którą by podejrzewali o bycie szpiegiem, była ta piękność, najwyraźniej zainteresowana tylko spa i zakupami, niewygodnie przerywanymi przez szalejącą wojnę. Doskonała przykrywka była… no właśnie… perfekcyjna. Jej piękność, legendarna pośród mężczyzn, którymi dowodziła, była niczym w porównaniu z jej odwagą i wytrzymałością w obliczu niebezpieczeństw pola walki. Na swoim stanowisku brała udział w kilku groźnych akcjach, spisując się dobrze, a nawet można powiedzieć świetnie.

Dwie niezwykłe opowieści o Nancy Wake wyróżniają się i przemawiają do mnie jako kobiety. Pierwsza, która ukazuje jej siłę i poświęcenie się w imię obowiązku, dotyczy tego co dziś nazwalibyśmy molestowaniem seksualnym w miejscu pracy. Absolutnie na to nie pozwalała. Skacząc ze spadochronu w nieprzyjaznym rejonie Owernia we Francji, pełnym wrogich agentów, wylądowała na drzewie i zaplątała się w gałęziach. Jeden z mężczyzn musiał ją odciąć. Kiedy usiłował uwolnić wiszącą Wake, zapytał ją, czy na wszystkich drzewach we Francji wisi taki piękny owoc. Zirytowana złymi manierami, powiedziała mu, by skończył z tym „francuskim gównem”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?