3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Teściowa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Teściowa
Teściowa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,98  51,98 
Teściowa
Teściowa
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp

2  Rozdział 1. Rewolucja!

3  Rozdział 2. Ach, cóż to był za ślub!

4  Rozdział 3. Może jakoś to będzie

5  Rozdział 4. No i zostaliśmy rodziną!

6  Rozdział 5. Cudowna nowina

7  Rozdział 6. Nasz wyczekiwany promyczek

8  Rozdział 7. Czy tego właśnie chcemy?

9  Rozdział 8. Ciężkie życie na daczy

10  Rozdział 9. Nie jest dobrze

11  Rozdział 10. Córka oligarchy

12  Rozdział 11. Kolacja na bogato

13  Rozdział 12. Syn marnotrawny powraca

14  Rozdział 13. Nowy lepszy świat

15  Porady dla teściowych

16  Logo

Copy­ri­ght@ by Maria Metlicka 2012

Pro­jekt okładki: Piotr Dąbrow­ski

Opra­co­wa­nie gra­ficzne: Monika Zając

Tłu­ma­cze­nie: Julia Celer-Szcze­pa­niak/Słowne Babki

Redak­cja: Zofia Rokita

Korekta: Firma Korek­tor­ska UKKLW – Agata Łojek, Agata Tryka

Zdję­cie na okładce: Shut­ter­stock

Copy­ri­ght@ for the Polish edi­tion by TIME SA, 2021

ISBN: 978-83-66630-26-0

Wydawca

TIME Spółka Akcyjna

ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach:

www.wydaw­nic­two­harde.pl

face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two

insta­gram.com/harde wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wstęp

Wstęp

Masz wra­że­nie, że twój syn, z któ­rym – jak ci się zdaje – zale­d­wie wczo­raj wró­ci­łaś z poro­dówki i któ­rego prze­cież cał­kiem nie­dawno wypra­wia­łaś do pierw­szej klasy, bar­dzo się zmie­nił? Kle­pie ese­mesy, godzi­nami wisi na tele­fo­nie, a na twoje pyta­nia odpo­wiada bez ładu i składu? Dia­gnoza jest oczy­wi­sta. Przy­po­mina mi się takie powie­dze­nie: „Matka przez dwa­dzie­ścia lat robi z syna czło­wieka, a jego dziew­czy­nie wystar­czy dwa­dzie­ścia minut, żeby zro­bić z niego idiotę”. Tak, tak, ani się obej­rzysz, kiedy sta­niesz się nie tylko kobietą, nawet nie tylko żoną i matką, lecz także – teściową. Dla­tego zde­cy­do­wa­nie powin­naś prze­czy­tać tę książkę, ponie­waż to fan­ta­styczna psy­cho­te­ra­pia zarówno dla tych kobiet, które nie­dawno zmie­niły się w teściowe, dla tych, które od dawna dźwi­gają to brze­mię, jak i dla tych, które z prze­ra­że­niem ocze­kują zmian w swoim życiu.

A może jesteś wła­śnie tą dziew­czyną, która naj­droż­szego synka, pupilka rodzi­ców prze­mie­niła w zako­cha­nego cia­majdę? Jeśli tak, to ta książka jest rów­nież dla cie­bie! Wszak każda teściowa była kie­dyś synową. A każda synowa – uwaga! – może kie­dyś stać się teściową.

Roz­dział 1. Rewo­lu­cja!

Roz­dział 1

Rewo­lu­cja!

Dobrze wszyst­kim życzę, więc nikogo nie będę się cze­piać z powodu jakiejś bła­hostki. Jedy­nie pod­ło­ści i zdrady nie wyba­czę – w tej kwe­stii jestem twarda jak skała.

Przy­ja­ciółki mam od dziecka i na całe życie, a przy­ja­ciół – morze. Z ludźmi scho­dzę się szybko i z łatwo­ścią. Cho­ciaż przy­znam, że z wie­kiem mam coraz mniej­szą potrzebę zawie­ra­nia nowych zna­jo­mo­ści. Co zro­bić, to pew­nie zmę­cze­nie duszy. Tak się zda­rza. Coraz czę­ściej chce się pobyć samej ze sobą, na osob­no­ści. Pomil­czeć. Poczy­tać książkę, pomy­śleć o wiecz­no­ści.

Mam wła­sną sypial­nię, tak, zasłu­ży­łam na wła­sną prze­strzeń. Potrzeba mi spo­koju i odpo­czynku! Ale spo­kój… jak wia­domo… Uprze­dzam wtedy moich domow­ni­ków, zamy­kam szczel­nie drzwi do mojego pokoju i… nie ma mnie w domu. Jesz­cze wie­szam na klamce tabliczkę: „Pro­simy nie prze­szka­dzać”, którą zwę­dzi­łam z jakie­goś zamor­skiego hotelu. Jeżeli jed­nak mam być szczera, domow­nicy mają gdzieś tę tabliczkę. Moje drzwi otwie­rają się co dzie­sięć minut. Jak gwał­tow­nie – to syn. Jak deli­kat­nie – to mąż. Widać, że ten drugi jest lepiej wycho­wany. Syn uważa, że dla niego jestem dostępna przez całą dobę. Co zro­bić, sama jestem sobie winna – przy­zwy­cza­iłam go do tego. I to prawda: jego jestem gotowa przy­jąć i wysłu­chać zawsze. Nie bacząc na ból głowy, cie­kawą książkę, roz­mowę tele­fo­niczną z przy­ja­ciółką lub zbli­ża­jący się sen, sub­tel­nie otu­la­jący mnie gorącą falą. Syn jest po pro­stu prze­ko­nany, że jest naj­waż­niej­szym czło­wie­kiem w moim życiu. I tu ma rację. Sama to zawsze mu wma­wia­łam.

Wcze­śniej lubi­łam przyj­mo­wać gości. Nasz dom, bez względu na defi­cyt dosłow­nie wszyst­kiego bez wyjątku, każ­dego przyj­mo­wał z otwar­tymi ramio­nami. Z „niczego” potra­fi­łam stwo­rzyć bogaty stół. Nie odstrę­czały mnie naj­bar­dziej pra­co­chłonne wyroby – gala­retka z nóżek, ryba w gala­re­cie, placki wszel­kiego rodzaju. Do her­baty pie­kłam napo­le­onki. Dwu­na­sto­war­stwowe! Matko kochana! Strasz­nie się teraz to wspo­mina. Serio robi­łam to wszystko?

Od tam­tego czasu dużo się jed­nak zmie­niło. Nie mam ani ochoty, ani sił, żeby stać dwie doby przy piecu. W ogóle mam wra­że­nie, że w dzi­siej­szych cza­sach ludzie prze­stali cho­dzić do sie­bie w gości. Łatwiej spo­tkać się w kawiarni. Pie­nią­dze takie same, a zado­wo­le­nie i swo­boda – więk­sze.

No, ale dzi­siaj jest nad­zwy­czajna sytu­acja. Muszę, po pro­stu jestem zobo­wią­zana, przy­jąć gości u sie­bie w domu. I stać przy piecu. I nakry­wać do stołu. I obco­wać z ludźmi – nawet jeśli nie do końca mi się chce. Wszystko dla­tego, że cze­kam na nie­prze­cięt­nych gości. Wła­ści­wie to goście są prze­ciętni (wydaje mi się, że nawet za bar­dzo), za to sytu­acja jest daleka od prze­cięt­nej.

Otóż mój uwiel­biany i jedyny syn Daniła posta­no­wił się oże­nić.

W wieku dwu­dzie­stu trzech lat. Głup­tas oczy­wi­ście, ale co zro­bić. Podobno miłość do gro­bo­wej deski. Nie mogą bez sie­bie żyć. Nie mogą bez sie­bie oddy­chać. Przez całą noc sły­szę dźwięki wysy­ła­nych i odbie­ra­nych ese­me­sów. I – o dziwo – to mnie usy­pia. Zasy­piam i śpię do pią­tej rano.

Życie pry­watne Daniły, mimo jego wieku, jest dość bogate i burz­liwe – po pro­stu wcze­śnie zaczął. Gorąco mnie prze­ko­nuje (sie­bie także), że Andzia pasuje do niego jak ulał. Pod każ­dym wzglę­dem. Pod każ­dym – co oczy­wi­ście jest bar­dzo istotne. Poza tym, jeśli mam być szczera, obrzy­dło mi już nie­spa­nie po nocach. Cze­ka­nie, aż Danik wróci z bale­tów. Tak więc z pew­no­ścią jego wcze­sny oże­nek ma jakiś pozy­tyw i dla mnie. „Może się ustat­kuje?” – myślę sobie z nadzieją.

Do miło­ści także odno­szę się z dużym sza­cun­kiem. Trzeba przy­znać, że nie każ­demu jest ona dana.

Tak więc posta­no­wili się pobrać. Usil­nie ich nama­wia­łam – i jak mi się zdaje, byłam w tym prze­ko­nu­jąca – na ślub cywilny. Dla­czego na począ­tek nie spró­bo­wać unik­nąć, że tak powiem, strat finan­so­wych?

Andzia śmier­tel­nie się na mnie obra­ziła. Można by pomy­śleć, że ją znie­wa­ży­łam! Nie przyj­mo­wała moich, prze­cież cał­kiem racjo­nal­nych, argu­men­tów. Cho­dziła nabz­dy­czona ze dwa tygo­dnie. Nie chciała jeść z nami kola­cji. Chłodno się żegnała przy wyj­ściu. Ja – róż­nie. Szcze­rze mówiąc, prze­stra­szy­łam się. Tro­chę za wcze­śnie, żeby na tym eta­pie psuć sobie rela­cje z synową. Jesz­cze zdążę. Syn mówi, że Andzia jest wraż­liwa i łatwo ją zra­nić. Prawdę mówiąc, mnie się tak nie wydaje. Jed­nak to była moja pierw­sza lek­cja. Przy­swo­iłam ją. Bo pojętna ze mnie uczen­nica. Zro­zu­mia­łam, że to ja będę się dosto­so­wy­wać do mojej syno­wej, a nie ona do mnie. A to utrud­nia sprawę, bez dwóch zdań. Ale jest jak jest. Dla dobra syna jestem gotowa na dużo wię­cej.

No trudno, skoro już ma być to wesele, to niech będzie. Osta­tecz­nie damy sobie radę z kosz­tami i jakoś to prze­ży­jemy. Cóż, nie poje­dziemy w tym roku nad morze. Nad moje uko­chane morze… Na spo­tka­nie z któ­rym cze­kam cały zimny i ciężki rok. Które daje mi siły, żebym jakoś prze­czła­pała przez kolejny.

Dobra, wystar­czy tego maru­dze­nia. No ale co może być bar­dziej absur­dal­nego od wesela w restau­ra­cji? Z całą towa­rzy­szącą temu otoczką. Total­nie idio­tyczną i cho­ler­nie kosz­towną. Ale, jak rozu­miem, Andzi wła­śnie coś takiego jest potrzebne. Suk­nia do pod­łogi. Nie­koń­czący się welon. Bukiet więk­szy od panny mło­dej. Białe gołę­bie i czarna limu­zyna. A w restau­ra­cji białe obrusy z błę­kit­nymi wstąż­kami i głup­ko­waty wodzi­rej traj­ko­czący jak papuga wyuczone zda­nia.

 

Czy wszyst­kie dziew­czyny tego chcą? Nie, nie wszyst­kie. Ja na przy­kład ni­gdy cze­goś takiego nie chcia­łam. Zawsze uwa­ża­łam, że to nie­do­rzeczne i try­wialne. W moich cza­sach przy­twier­dzano jesz­cze do maski auta nowo­żeń­ców sztucz­nego bobasa. Dziś jest nie lepiej – samo­chód deko­ruje się jak kata­falk – sztucz­nymi kwia­tami. Zresztą Danik też zawsze się z tego naśmie­wał. Mówił, że na jego weselu tak ni­gdy nie będzie. Że chce mieć kame­ralną, rodzinną kola­cję w przy­tul­nej restau­ra­cji i podróż poślubną, na przy­kład do Wene­cji. Jed­nak nocna gżeg­żółka, jak wia­domo, zawsze dzienną prze­kuka. Ja jestem dzienna. I myślę, że wszystko jest już zakle­pane. Ale jedno dotarło do mnie z całą mocą: Danik naprawdę jest zako­chany! Ina­czej nie zgo­dziłby się na te wszyst­kie absurdy i dyr­dy­mały.

I oto dzi­siaj nade­szła godzina zero. Przy­jeż­dżają do nas rodzice Andzi. Żeby nawią­zać zna­jo­mość i omó­wić aktu­alne i przy­szłe sprawy, i oczy­wi­ście wydatki. Sło­wem: „Poznaj moich rodzi­ców”.

Nie­mrawo zapro­po­no­wa­łam spo­tka­nie w restau­ra­cji. Danik wydarł się na mnie, że naszym obo­wiąz­kiem jest przy­ję­cie ich w domu. Mój syn ma nie­źle wyprany mózg przez tę Andzię. Czapki z głów. Przy­po­mina mi się takie powie­dze­nie: „Matka przez dwa­dzie­ścia lat robi z syna czło­wieka, a jego dziew­czy­nie wystar­czy dwa­dzie­ścia minut, żeby zro­bić z niego idiotę”. A niby taka malutka, taka chu­dziutka… Chu­cherko takie… A tu pro­szę.

Mój mąż sta­nął po stro­nie Danika. Zdrajca! Prawdę mówiąc, wiem, w czym rzecz – on nie­na­wi­dzi cho­dzić do restau­ra­cji. A w domu zawsze znaj­dzie dosko­nałą oka­zję, żeby się wykpić. Oczy­wi­ście, wyma­wia­jąc się czymś waż­nym. Niby że do jutra musi oddać arty­kuł. I myk do sie­bie. A ja potem muszę się męczyć do końca i na całego. No i czy to jest uczciwe? A spra­wie­dliwe? Co zro­bić, u nas zawsze i za wszystko obry­wają babki. W sen­sie – kobiety. W sen­sie – słaba płeć. Mówię to iro­nicz­nie. W zasa­dzie z gory­czą. To przez tę „słabą płeć” od wczo­raj tkwię przy piecu. Syn uło­żył bar­dzo wyma­ga­jące i dro­bia­zgowe menu. Tak jakby żenił się z duń­ską księż­niczką, a my mie­li­by­śmy pod­jąć kola­cją parę kró­lew­ską.

A nawia­sem mówiąc, nazwi­sko naszych przy­szłych krew­nych brzmi: Iwa­siuk. Piękne nazwi­sko i – co naj­waż­niej­sze – ary­sto­kra­tyczne. Nie wiem dla­czego, ale mam sko­ja­rze­nia z sar­dynką1 – pozo­sta­ło­ścią po sowiec­kich cza­sach. Oczy­wi­ście, nie mam racji. Co ma do tego nazwi­sko? Ja z domu jestem Pie­tra­kowa, a po mężu – Sier­gie­jewa. Z nas też żadni Narysz­ki­no­wie czy Potoccy. No, ale jakoś tak śmiesz­nie brzmi: Iwa­siuki. Mój arcy­by­stry mąż zapro­po­no­wał Danile, żeby przy­jął nazwi­sko żony. Syn się obra­ził. Zwy­kle nabija się z tego razem z nami. Doszli­śmy do wnio­sku, że sytu­acja jest ciężka. I ciężko wes­tchnę­li­śmy – jed­no­cze­śnie.

Danik nakrywa do stołu. Ogląda pod świa­tło każdy kie­li­szek do wina i każdy do wódki.

– Ech… – wzdy­cham i w zamy­śle­niu wra­cam do kuchni.

– Nóżki zasty­gły?! – krzy­czy syn z pokoju. – A ryba?!

Zło­śli­wie nie odpo­wia­dam. Jestem zajęta kro­je­niem solo­nego łoso­sia.

– Mamuś, co tak grubo? – znęca się nade mną mój chłop­czyk. – Krój cie­niej! – zaleca.

– Idź do dia­bła! – odgry­zam się. I dodaję groź­nie: – Lepiej mnie nie pro­wo­kuj!

Groźba działa, synek się zmywa, dzięki Bogu.

Sły­szę szum odku­rza­cza. Czyżby Danik wziął się za odku­rza­nie?! „Kiep­sko z nami” – myślę sobie. Wszystko jest dużo poważ­niej­sze, niż przy­pusz­cza­li­śmy.

Iwa­siu­ko­wie poja­wiają się dokład­nie co do minuty. Jasna sprawa: głowa rodziny to pod­puł­kow­nik. Nie mam już czasu, żeby uma­lo­wać sobie dru­gie oko i zdjąć far­tuch. Danik pio­ru­nuje mnie wzro­kiem. Wycho­dzi mój mąż. Uścisk dłoni, uśmiech. Dosko­nale wiem, o czym teraz marzy – żeby cała ta szopka jak naj­szyb­ciej dobie­gła końca. Spo­glą­dam na niego jado­wi­cie i uśmie­cham się, bo raczej wąt­pię, byśmy mieli szybko się ich pozbyć. Mam takie prze­czu­cie.

Mąż pro­po­nuje gościom kap­cie. Nowe! Pod­puł­kow­nik wkłada swoje, które żona wydo­była z rekla­mówki.

– Tak jest bar­dziej higie­nicz­nie – wyja­śnia nam, nie­roz­gar­nię­tym i źle wycho­wa­nym.

Dener­wuje mnie to, ale wła­ści­wie on ma rację. Iwa­siu­kowa wyciąga lakie­ro­wane pan­to­fle. Ogląda się w lustrze, okręca wokół wła­snej osi. Skra­pla się per­fu­mami. Zapach jest wyra­zi­sty, ciężki. Zaczyna mnie nieco dusić. Danik chowa się z Andzią u sie­bie w pokoju. Goście prze­cho­dzą do salonu, który pełni także funk­cję jadalni. Roz­glą­dają się.

– Duże pomiesz­cze­nie. – Iwa­siu­kowa kiwa głową z uzna­niem.

W zasa­dzie przed­sta­wia się jako Zoja Iwa­nowna.

– Lena.

– A dalej? – dopy­tuje ona.

– Po pro­stu Lena – powta­rzam cierpko.

Iwa­siuk oka­zał się Wale­rym Pie­tro­wi­czem. Mój mąż, dok­tor histo­rii, pro­fe­sor i kie­row­nik kate­dry – po pro­stu Paw­łem.

– Ale ja tak nie mogę! – prze­jęła się Zoja Iwa­nowna. – Jesz­cze jeste­śmy dla sie­bie cał­kiem obcymi ludźmi!

„I niech tak zosta­nie” – myślę. O ja, nie­do­bra. Nie­wy­ro­zu­miała. Nie­to­le­ran­cyjna. Wszystko, co napi­sa­łam wyżej na swój temat, to kłam­stwo. Co złego zro­bili mi ci ludzie? Ow­szem, nie są z naszej bajki – to jasne. Pro­stacy i pro­win­cju­sze. No, ale czy to ich wina? Całe życie pętają się po jed­nost­kach. W Moskwie są rap­tem od sze­ściu lat. A nadęci! Pew­nie z tego zaże­no­wa­nia. I co ja się tak ucze­pi­łam tych kapci? Nawia­sem mówiąc, Iwa­siu­kowa przy­nio­sła oprócz kapci tort śmie­ta­nowy wła­snej roboty. Powie­działa, że nazywa się „Don Kichot”. Na pewno to żart. A może to tak na serio? Nie­wy­klu­czone, że Don Kichot zlał jej się w jedno z San­cho Pansą. W jeden obraz, że tak powiem. Jak Boga kocham, prze­cież to wszystko nie­ważne!

Wła­ści­wie ta Zoja Iwa­nowna jest w porządku. Gdyby nie te jej wytra­wione od czę­stego roz­ja­śnia­nia, sło­miane włosy, ucze­sane w kok spięty fio­le­tową dalią z mate­riału, i bar­dzo per­łowa szminka. I jesz­cze liliowe cie­nie na powie­kach. No i dla­czego tak jej się ucze­pi­łam? Też mi sto­łeczna laska. Każdy ma wła­sne wyobra­że­nia o pięk­nie. Zgoda, ale ten kom­plet z lureksu… Na bogato…

Sia­dają na kana­pie. Mój mąż pró­buje nawią­zać small talk. Wyśli­zguję się do kuchni, żeby zapa­lić. Wyobra­żam sobie, co powie­dzą o całym tym weselu moje przy­ja­ciółki. Żmije-inte­lek­tu­alistki. Moskiew­skie iro­niczne cizie o cię­tych języ­kach.

Zoja Iwa­nowna stuka we fra­mugę drzwi kuchen­nych.

– Puk, puk, mogę wejść?

Dostrzega w mojej dłoni papie­rosa. W jej oczach poja­wia się zgor­sze­nie.

– To pani pali? – Nie wie­rzy temu, co widzi.

Wzdy­cham i wzru­szam ramio­nami – że niby grze­szę. Niech mnie pani nie oce­nia tak surowo. Niech pani będzie miło­sierna, naj­droż­sza Zojo Iwa­nowna.

Chi­cho­cze.

– Też sobie fol­guję. Cza­sami. – Zniża głos do kon­fi­den­cjo­nal­nego szeptu. – Natu­ral­nie mąż nie ma o niczym poję­cia. U nas w domu patriar­chat pełną gębą. – Pod­puł­kow­ni­kowa ciężko wzdy­cha. – A u pań­stwa?

Widać, że ta sprawa mocno ją zaj­muje.

Znowu wzru­szam ramio­nami.

– Nie, u nas panują part­ner­skie sto­sunki. Sta­wiamy na pary­tet.

– Ooo – pod­su­mo­wuje roz­cza­ro­wana Zoja Iwa­nowna.

Odno­szę wra­że­nie, że ją zasmu­ci­łam. Wyno­simy do pokoju pół­mi­ski z przy­staw­kami. Zapra­szam wszyst­kich do stołu, widząc, że świa­towa roz­mowa panom nie wycho­dzi. Mój mąż jest wyraź­nie zmie­szany, a pod­puł­kow­nik wbił oczy w tele­wi­zor, który na jego prośbę został włą­czony, bo aku­rat leci debata przed­wy­bor­cza. Pod­puł­kow­nik ma nabrzmiałe zwi­sa­jące policzki. „Coś się zaraz wyda­rzy” – myślę z prze­stra­chem, bo dociera do mnie, że także nasze poglądy poli­tyczne raczej się roz­mi­jają.

Sia­damy do stołu i wołamy dzieci. Przy­cho­dzą po jakimś cza­sie – są roz­czo­chrani i zmie­szani. Widzę, jak ojciec Andzi patrzy na Danika. Ten wzrok nie wróży niczego dobrego.

Andzia jest podobna do ojca. Ma wyłu­pia­ste ciem­no­brą­zowe oczy, duże zęby. Drobna i chu­der­lawa – tu raczej poszła w matkę. Co prawda, obec­nie Zoja Iwa­nowna nabrała ciała, ale naj­wy­raź­niej to u nich przy­cho­dzi z wie­kiem. Co mnie nie­zwy­kle cie­szy.

Mąż pyta gości, czym będą się raczyć.

– Czy­ścio­chą – rzuca pod­puł­kow­nik.

– Win­kiem – wtrąca zmie­szana Zoja Iwa­nowna.

Pod­puł­kow­nik ledwo dostrze­gal­nie ściąga gęste brwi.

Mój mąż zacho­wuje na tyle przy­tom­no­ści umy­słu, żeby nie pro­po­no­wać alko­holu Andzi. Nie jest zbyt roz­gar­nięty w tych kwe­stiach, ale naj­wy­raź­niej czuje pod­skór­nie, że mógłby się w ten spo­sób nara­zić na gniew przy­szłego krew­nego. Cho­ciaż kiedy Andzia do nas przy­cho­dzi, zawsze chęt­nie pije piwo i czer­wone wino. Nie odma­wia rów­nież mar­tini.

Zaczy­nam nakła­dać przy­stawki na tale­rze.

– To pani ogórki? – pyta z peł­nymi ustami pod­puł­kow­nik.

– Nie. Dosta­łam od sąsiadki. – I tym spo­so­bem już na początku tracę kuli­narny auto­ry­tet.

– A moja wszystko sama – oświad­cza z dumą on. – Po trzy­sta sło­ików robi. Pomi­dory, ogórki, grzyby, kon­fi­tury, kom­poty.

Z sza­cun­kiem, a zara­zem z poli­to­wa­niem spo­glą­dam na biedną Iwa­siu­kową. Rumieni się, sły­sząc te kom­ple­menty – naj­wy­raź­niej nie­zbyt czę­sto padają z ust mał­żonka.

Mój syn, zwy­kle taki gawę­dziarz i dow­cip­niś, mil­czy jak zaklęty. Andzia też nie kwapi się do roz­mowy. Za to naj­lep­sza pod słoń­cem Zoja Iwa­nowna nie może się nachwa­lić efek­tów mojej pracy. Pod­puł­kow­nik uro­czy­ście kiwa głową, zga­dza się z żoną. Zna­czy jakoś prze­żył, acz z tru­dem, „nie moje” ogórki. Zre­ha­bi­li­to­wa­łam się gala­retką z nóżek i plac­kiem z kapu­stą.

Widać, że pod­puł­kow­nik lubi sobie pojeść i popić. Powo­lutku zaczyna odpły­wać. Prze­chwy­tuję prze­ra­żone spoj­rze­nie jego poło­wicy.

– Do rze­czy! – oznaj­mia Iwa­siuk i odchyla się na krze­śle.

Popra­wiamy się na naszych sie­dze­niach i pro­stu­jemy plecy.

– Wesele będzie w restau­ra­cji – oświad­cza pod­puł­kow­nik tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Spo­glą­damy na sie­bie z mężem. Danik wpa­truje się w talerz.

– W Moskwie jest drogo – wyja­śnia nam pod­puł­kow­nik. – Żona mojego przy­ja­ciela, dowódcy jed­nostki, jest sze­fową restau­ra­cji. W Nowo­mo­skow­sku. Przy­go­tują wszystko jak się patrzy. Nie oszu­kają.

– A co zro­bimy z gośćmi? Gdzie ich prze­no­cu­jemy? – Deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, jestem zbita z tropu. – W tamtą stronę jesz­cze jakoś dojadą. A z powro­tem? Czy mamy im wyna­jąć hotel?

– Auto­bus – wyja­śnia Iwa­siuk. – Auto­bus z jed­nostki woj­sko­wej. Wszy­scy zostaną odwie­zieni do Moskwy. Do metra. A tam już sobie pora­dzą.

Wyobra­żam sobie moich przy­ja­ciół. Restau­ra­cja w Nowo­mo­skow­sku. Ozór wołowy, sałatka jarzy­nowa, śledź pod pie­rzynką. Stary pekaes z roz­dar­tymi sie­dze­niami. Nie. Nie! W żad­nym wypadku! Jesz­cze tego bra­ko­wało, żeby Iwa­siuk rzą­dził moim życiem! I życiem mojego uwiel­bia­nego, jedy­nego syneczka. A na doda­tek decy­do­wał o wygo­dzie moich przy­ja­ciół i krew­nych!

– Nie! – pra­wie krzy­czę. – Nam to nie pasuje!

Brwi pod­puł­kow­nika powoli idą w górę, a Zoja Iwa­nowna wci­ska głowę w ramiona.

Danik i mój mąż patrzą na mnie z prze­stra­chem.

– No więc tak – zaczy­nam sta­now­czo. – Wesele odbę­dzie się w Moskwie. W przy­tul­nej i nie­dro­giej restau­ra­cji. Dziś takich jest cała masa. I nie na obrze­żach. Tak, by każdy mógł doje­chać bez pro­blemu. Kocham i sza­nuję moich bli­skich. Sie­bie zresztą też.

Na żadne zadu­pie nie poje­dziemy.

– Trzeba decy­do­wać kolek­tyw­nie – cicho wtrąca mój miękki i libe­ralny mąż.

Pod­puł­kow­nik jest zdez­o­rien­to­wany. Wzru­sza ramio­nami. Widać, że nie jest przy­zwy­cza­jony do nie­po­słu­szeń­stwa. Cóż, będzie musiał zmie­nić swoje przy­zwy­cza­je­nia.

– Noo – odzywa się prze­cią­gle. – Można to roz­wa­żyć.

Zoja Iwa­nowna wzdy­cha z wyraźną ulgą. Rozu­miem, że zwy­cię­ży­łam.

Danik przy­nosi cen­niki restau­ra­cji i kawiarni. Długo się spie­ramy i oma­wiamy menu. Pod­puł­kow­nik spo­gląda na mnie nie­pew­nie i, jak mi się zdaje, z sza­cun­kiem.

Oma­wiamy desery.

 

– A co to jest tira­misu? – ostroż­nie pyta Zoja Iwa­nowna.

Andzia wykrzy­wia usteczka. Wstyd jej za matkę. Córka dosko­nale wie, co to jest tira­misu. Dzięki mojemu synowi, tak à pro­pos.

Cier­pli­wie wyja­śniam pod­puł­kow­ni­ko­wej wszystko na temat wło­skich dese­rów. Zasę­pia się i pro­po­nuje, że sama upie­cze trzy cia­sta.

– Pro­szę uprzej­mie – pozwa­lam jej wiel­ko­dusz­nie.

Zaczy­namy liczyć gości obu stron. Wycho­dzi pra­wie po równo. Iwa­siuk pro­po­nuje, żeby wydatki podzie­lić na pół. Po co zawra­cać sobie głowę i roz­wa­żać, kto ma ile osób? Wspa­nia­ło­myślny. I nie ską­piec. Mój sto­su­nek do niego nieco się popra­wia. Przy­naj­mniej jest otwarty na dys­ku­sję. Czyli nie jest bez­na­dziejny.

Roz­ma­wiamy o sukni Andzi. Ojczu­lek przy­szłej panny mło­dej obstaje przy welo­nie. Matula marzy o kre­acji do pod­łogi, wspa­nia­łej, roz­klo­szo­wa­nej i bia­łej, zdo­bio­nej stra­sem, koron­kami i fal­ban­kami. Andzia się krzywi i oznaj­mia, że jej suk­nia będzie wąska, kre­mowa i bez tych wszyst­kich cacek.

Kiwam głową na znak, że zga­dzam się z Andzią. Ale Zoja Iwa­nowna tak się tym przej­muje, że aż łzy napły­wają jej do oczu. Kre­mowa? Wąska? Bez welonu? Jed­nak godzi się z tym. Naj­wy­raź­niej przy­wy­kła do tego, by godzić się ze wszyst­kim. Myślę, że dobra będzie z niej teściowa. Gorzej z teściem. Ten z niczego nie jest zado­wo­lony, w dodatku znowu poszła w ruch czy­sta. Pod­puł­kow­nik topi smutki. A potem zaczyna opo­wieść o swo­jej dłu­giej i trud­nej służ­bie. Ze zgrozą słu­chamy o tym, jak to był kla­wi­szem w łagrze. Pil­no­wał więź­niów poli­tycz­nych. Opo­wiada z dumą, że będąc chło­pa­kiem, widział samego Soł­że­ni­cyna. Nie widział tak po pro­stu – on go eskor­to­wał.

Mil­czymy, zszo­ko­wani. Przy­po­mina mi się opo­wieść mojej mamy, jak to jej rodzice przy­nie­śli do domu „Archi­pe­lag Gułag”. I dali jej, małej dziew­czynce, do prze­czy­ta­nia. A potem zaczęli szu­kać miej­sca, w któ­rym mogliby tę książkę scho­wać. Mama zapro­po­no­wała im swo­jego plu­szo­wego misia Ste­fanka z kie­szonką i zam­kiem bły­ska­wicz­nym na brzuszku. I takim spo­so­bem „Archi­pe­lag Gułag” prze­trwał do samej pie­re­strojki w wysłu­żo­nym i wytar­tym Ste­fanku.

Pod­puł­kow­nika wzięło teraz na roz­mowy o poli­tyce. Tego bałam się naj­bar­dziej. Wie­dzia­łam, że w tej kwe­stii nasze zda­nia na pewno się roz­jadą. Uśmie­chać się, kiwać głową i zga­dzać się z przed­mówcą – tego z pew­no­ścią nie potra­fię. Mam twardą oby­wa­tel­ską postawę. „No, to zaraz się zacznie” – myślę sobie. I żad­nego ślubu nie będzie. A może to i lepiej? Dzięki temu krew­nych Iwa­siu­ków też nie będzie. Jakich krew­nych? Raczej wro­gów ide­olo­gicz­nych. Dokąd może popły­nąć pod­puł­kow­nik? – zasad­ni­czo dość dobrze to sobie wyobra­żam.

Oka­zuje się, że Iwa­siuk nikogo nie tole­ruje. Bez wyjątku. I tych z pra­wej, i tych z lewej. Już mi lepiej. Jed­nak nie jest z niego aż taki dureń. A myśla­łam, że zacznie opła­ki­wać sta­li­now­skie czasy. Brież­nie­wow­skie – to jesz­cze bym prze­żyła, ale nie sta­li­now­skie. Sta­lin był tyra­nem i mor­dercą wła­snego narodu. Co naj­istot­niej­sze – znisz­czył elitę woj­skową. Brawo, Iwa­siuk! Pią­teczka! Breż­niew – nic złego, w sen­sie – dobrego wię­cej niż złego. Nie upie­ram się. Jest w tym jakieś ziarno prawdy. No, może zia­renko. Zupeł­nie malu­sień­kie.

Poczu­łam się nie­mal odprę­żona. Przed­wcze­śnie, jak się oka­zało. Zaczy­nają się ataki na Gaj­dara. Gładko włą­czam się w dys­ku­sję. Wydaje mi się, że byłam dosta­tecz­nie prze­ko­nu­jąca, bo na koniec mojej gorą­cej prze­mowy odzywa się Iwa­siuk:

– No, nie wiem, nie wiem…

O Czu­baj­sie nie chcę już roz­ma­wiać. Prawdę powie­dziaw­szy, tro­chę się prze­stra­szy­łam.

Zwy­cię­stwo, doprawdy! Jakiś chwiejny ten pod­puł­kow­nik. Szybko się zga­dza. A może po pro­stu taki prze­ko­nu­jący i wspa­niały ze mnie mówca?

Mój mąż robi wiel­kie oczy i kręci głową znie­sma­czony. Potę­pia. Mnie, ma się rozu­mieć. Oczy­wi­ście ma rację – nie w tym celu się tutaj zebra­li­śmy. Wiecz­nie mnie cią­gnie nie tam, gdzie trzeba! Co mi do tego, na kogo gło­so­wali Iwa­siu­ko­wie? To ich pry­watna sprawa. Ich, nie moja. Naj­waż­niej­sze, żeby­śmy zna­leźli poro­zu­mie­nie w innych kwe­stiach, takich jak dzieci czy wnuki.

Paweł zapra­gnął napić się her­baty. Wzdy­cham i idę do kuchni. Zoja Iwa­nowna ofe­ruje mi swoją pomoc. „Nor­malna z niej babka” – myślę sobie. A jej córka nawet tyłka nie ode­rwała od krze­sła. Danik czule trzyma ją za rękę.

Przy her­ba­cie poru­szamy inny temat: gdzie mło­dzi zamiesz­kają. Mówię, że u nas będzie wygod­niej. Miesz­ka­nie jest więk­sze, uczel­nia tuż obok. Iwa­siu­ko­wie wzdy­chają i apro­bują. Prze­cież nie oddam mojego dziecka do koszar! Widzę jed­nak, że Andzia nieco wykrzy­wiła buźkę.

Iwa­siuk z przy­jem­no­ścią wypija likier cytry­nowy – na drogę. Kiedy jego mał­żonka sięga po swój kie­li­szek, oczy groź­nie mu błysz­czą, więc Zoja Iwa­nowna płyn­nie opada na krze­sło.

Przy drzwiach długo się żegnamy. Iwa­siuk, kiwa­jąc się w przód i w tył i gro­żąc mi pal­cem, oświad­cza:

– Tak czy siak, Gaj­da­rowi zde­cy­do­wane „nie”!

Wzru­szam ramio­nami.

– Tutaj, kobieto, nie masz racji! – dodaje pod­puł­kow­nik i czka.

I w taki oto spo­sób prze­cho­dzimy na „ty”.

Zoja Iwa­nowna ści­ska dło­nie mojego męża i syna. Pod­cho­dzi do mnie – cmok w poli­czek. Obej­muję ją deli­kat­nie.

– W przy­szłą sobotę u nas! – kate­go­rycz­nie oznaj­mia pod­puł­kow­nik i znowu, nie wie­dzieć czemu, grozi mi pal­cem.

Andzia i Danik nie mogą się od sie­bie odkleić.

„Nie, to jed­nak jest miłość” – myślę.

Czyli w przy­szłą sobotę trzeba będzie poje­chać…

Wzdy­cham i idę umyć naczy­nia. Syn poszedł odpro­wa­dzić gości do tak­sówki.

Mój mąż przy­cup­nął na kuchen­nym tabo­re­cie i pyta płacz­li­wie:

– Czy możemy jakoś unik­nąć tej przy­szłej soboty? Ja tego nie wytrzy­mam!

– Nie! – krzy­czę w odpo­wie­dzi. – Wytrzy­masz. Niczego nie będziesz uni­kać. To dla dobra two­jego jedy­nego syna.

Paweł ciężko wzru­sza ramio­nami, wstaje i wle­cze się do salonu po resztę brud­nych naczyń.

Wraca Danik, wodząc wokół pochmur­nym wzro­kiem.

„Jakiś nie­swój – myślę. – Dzie­ciak ewi­dent­nie jest nie­swój”.

– Zado­wo­lony? – pytam kwa­śno.

W odpo­wie­dzi kiwa głową.

– A „dzię­kuję” gdzie?

– Dzię­kuję, mamuś! – mówi zmę­czo­nym gło­sem. W drzwiach jesz­cze się odwraca. – Cho­ciaż mogli­ście sobie daro­wać tych Gaj­da­rów i Czu­baj­sów – dodaje jado­wi­cie.

– Czu­baj­sów sobie daro­wa­łam. Możesz mi podzię­ko­wać.

W odpo­wie­dzi macha tylko ręką i idzie do swo­jego pokoju.

Wresz­cie skoń­czy­łam sprzą­tać i usia­dłam na krze­śle. Do jed­nej ręki wło­ży­łam papie­rosa, drugą się­gam po słu­chawkę tele­fonu. Wiem, że mama się dener­wuje i czeka na mój tele­fon.

Odbiera po pierw­szym dzwonku.

– No i?

– Mogło być gorzej – mówię nie­mrawo.

– Jasne – wzdy­cha mama. – Jakieś szcze­góły?

– Jutro, mamuś. Jestem potwor­nie zmę­czona.

– Jasne – powta­rza mama. – Na nic innego nie liczy­łam – dodaje i się roz­łą­cza. Obra­ziła się.

Ponow­nie wybie­ram jej numer.

– Nie obra­żaj się – pro­szę ją.

– A co w tym dziw­nego! – gorącz­kuje się mama. – Jak­byś nie wie­działa, że cały wie­czór cze­kam na twój tele­fon! Można by pomy­śleć, że ty nie jesteś moją córką, a Danik nie jest moim wnu­kiem!

I wtedy zaczy­nam jechać ze szcze­gó­łami. Przez czter­dzie­ści pięć minut. Ale mamie się wydaje, że coś upusz­czam. Albo opusz­czam. Więc moje spra­woz­da­nie nie w pełni ją satys­fak­cjo­nuje. Koniec roz­mowy. Peł­znę do sypialni. Włażę pod koł­drę i z bło­go­ścią wycią­gam nogi. Ależ jestem zmę­czona! I fizycz­nie, i psy­chicz­nie. Psy­chicz­nie nawet bar­dziej.

Wcho­dzi mój mąż.

– Może jakoś to będzie? – pyta płacz­li­wie.

– Nie zro­zu­mia­łam pyta­nia – odpo­wia­dam więc prze­kor­nie. – Co będzie?

– Wszystko. – Wzdy­cha ze smut­kiem. – Albo cho­ciaż cokol­wiek.

– Wąt­pię. – Tym sło­wem przy­pie­czę­to­wuję dys­ku­sję i odwra­cam się do ściany.

Cho­lera, liczy­łam, że w moim wieku będę już miała prawo nie dosto­so­wy­wać się do obcych ludzi! Naj­wy­raź­niej się pomy­li­łam!

I zmu­szam się do zaśnię­cia.

Cały tydzień roz­my­ślam o zbli­ża­ją­cej się rewi­zy­cie. Ogar­nia mnie smu­tek. Dzielę się tym uczu­ciem z moją przy­ja­ciółką Tanią. Uspo­kaja mnie, mówi, że wszystko to trzeba prze­żyć. I że są na świe­cie gor­sze rze­czy.

Sama dobrze wiem, że tak jest. Ale dla­czego tak mi się nie chce wlec w sobotę do Bra­te­jewa? Prze­cież to nie są źli ludzie. Na pewno są gościnni. Otwarci. Z ser­cem na dłoni.

Mój mąż mil­czy i wciąż wzdy­cha jak chora krowa. Synek też jakiś nie­swój.

No dobra! Sta­ram się samą sie­bie prze­ko­nać, że to wszystko jest tylko cza­sowe. Wąt­pię, żeby­śmy mieli ze sobą po ślu­bie stały kon­takt. Miesz­kamy daleko od sie­bie. Od maja do listo­pada oni są na daczy. Szklar­nie, grzyby i trzy­sta sło­ików prze­two­rów. Na daczę do nich nie poje­dziemy – sto dwa­dzie­ścia wiorst2 i wycho­dek na podwórku. Mamy wła­sną – pół godziny od Moskwy, sosnowy las i żad­nych grzą­dek. A poza tym we wrze­śniu wyjeż­dżamy nad morze. A na syl­we­stra czę­sto jeź­dzimy do naszych przy­ja­ciół, Olgi i Igora, do Lipawy na Łotwie – mają tam miesz­ka­nie i zawsze z przy­jem­no­ścią nas gosz­czą. Nato­miast uro­dzin świę­to­wać nie lubimy, taką mamy zasadę. „A oni?” – zasta­na­wiam się z nie­po­ko­jem.