3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Stacho Szafarczyk

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Stacho Szafarczyk
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria Konopnicka

Stacho Szafarczyk

Saga

Stacho Szafarczyk

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1897, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728055724

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

STACHO SZAFARCZYK.

Kiedy się ludzie z cmentarza ruszyli, on już był daleko. Przygarbił się, szyję wyciągnął przed siebie, ramiona stulił, ręce w rękawy zasadził i w wielkiej mgle zimowej puścił się do domu sam. Zimnisko było przejmujące, nieznośne. Szeroki wiatr śródpolny zrywał się chwilami z ostrym świstem i drobnym deszczem w oczy siekł; to znów ucichało w powietrzu nagle, a wtedy mgła skłębiona słała się nad ziemią ciężka, wilgotna. Wskroś niej majaczyły nad drogą stare, wyniosłe topole, wynurzając się jedna po drugiej; czasem wrona obmokła porwała się z wrzaskiem, przelatując na zorane pole, czasem załopotały po gałęziach ciężkie skrzydliska — i cisza.

W ciszy tej szedł Stacho środkiem gościńca z zaciętością jakąś i uporem, nie wybierając drogi, nie podnosząc oczu od rozmiękłej grudy, w której po koleinach świeciła woda, a wierzchami śnieg się niedawny bielił. Dobrze się już chłopak od cmentarza oddalił, kiedy zdało mu się, że w jednej z tych kolein, wązkiej, zataczającej się po stronach, rozpoznaje ślad bosych kół wozika, którym tatusiową trumnę na mogiłki wywieźli, i śladu tego machinalnie pilnować się zaczął.

Zrazu bił za nim dzwon ze srogością jakąś i gniewem; potem jęknął żałośnie raz, drugi, trzeci, potem znów bardzo srogo — i cisza.

Szerokie dworskie pole czerniło się z pod śniegów, jak okiem zajrzeć, z obu stron gościńca, obtajałe po górkach, a po bruzdach białe. Wiatr hulał tam samopas gwiżdżąc przenikliwie, i rozmiatając kupki perzu nad wygon zgrabione: a gdy ucichał, wtedy pole, droga, i chłopiec, wszystko ginęło we mgle.

Wtem dał się słyszeć słaby turkot wozu.

— Oho! — rzekł półgłosem chłopak i na przydróżek uskoczył.

Nie obejrzał się wszakże, głowy nie podniósł, tylko, mocniej się zgarbiwszy, przyśpieszył kroku. Zrobiło mu się nagle bardzo zimno, więc zacisnął ręce w rękawach i wyżej podniósł chude, ostro sterczące z pod starej sukmanki ramiona. Wóz turkotał za nim głucho, nierówno, tym turkotem chłopskich wózków, których woźnica, bokiem na półdrabki siadłszy, z jadącymi gawędzi i luźno koniom szle puszcza, aż skończywszy swoje, szarpnie postronki, gwizdnie i krótkim pakulakiem nad szkapą wywinie.

Chłopak turkotu tego słuchał podraźniony, niepewny siebie, coraz bardziej wyciągając i nogi, i szyję, jakby się od niego jaknajśpieszniej chciał oddalić.

Na cmentarz jeszcze, bieżał jak zawsze, matczynego się fartucha trzymając, bieżał i popłakiwał, bo mu okrutnie markotno było na sercu. Aż kiedy pod krzyżem na rozstaju wóz się zatrzymał, a kumoszki do matki przepijać zaczęły, jako że to nigdy żałości bez pociechy niema być, a gospodarstwo, choć na piąci morgach, bez gospodarza nie obstoi długo, jako i ten nieboszczyczek, — świeć Panie jego duszy! — radość z tego będzie miał, chłopaka nagle jakby szydłem przekłół, płakać przestał, i matczynego fartucha się puściwszy, u wozu resztę drogi szedł, na cmentarzu z podełba na ludzi patrzył, a kiedy go kuma po głowie pogłaskać chciała, że to na sierotę każdego litość wzbiera, szarpnął sobą w bok i pochmurzył się więcej jeszcze. Nawet tego pacierza nie zmówił, choć go ze trzy razy coś zaczynał z jednego i z drugiego końca; kiedy zaś dziad łopatą świeży piasek na tatusiowej mogile przyklepywać zaczął, a matka, dobywszy chuściątka, groszaki z niego wysypywała dla kościelnych ludzi, zabrał się, niewiele myśląc, i ruszył z cmentarza sam.

Miarkował on dobrze, o czem baby matce u krzyża gadały. W chałupie jeszcze, nim cieśla trumnę zabił, ba, nim tatuś jeszcze na piękne oczy zamknął, już o tem rada między kumoszkami była. A to dzieciak jeden tylko, a to jeszcze koszulę w zębach nosi, a to pięć morgów gruntu jest, a to kobyła, a to dwie krowy, a to i przyodziewek i porządki różne. Gdzie to temu marnieć bez gospodarza! Kobieta młoda, samo zdrowie, to bez chłopa długo nie obstoi...

Słuchał tego Stacho, patrząc to na zachodzące bielmem oczy tatusia, to na młodego urlopnika Chrząsta, który, choć kulawy, często w tych ostatnich terminach do chałupy naglądał, to drew urąbać, to sieczki urznąć, to ćwiartkę żyta umłócić.

Chłopak lat czternaście na świecie żył i na niejedno już się we wsi napatrzył. Widział, jak Mrągowiaki co dzień się zażerały z ojczymem, jak Walczak kobietę swoję bijał, za każdym kijem wymawiając, że ją wdową pojął, że na cudze dzieci robić musi; widział jak się Kudela po sądach włóczył, żeby pasierbów z gruntu wyprawować; widział w jakiej poniewierce Jasiek po nieboszczyku Czapli u własnej matki był, od kiedy się za parobka wydała, a nowe dzieci w chałupie nastały. Jakby go tedy nożem przebodło owo gadanie kumoszek.

A kiedy Szymon Szafarz, wzmógłszy się na chwilę, głowę na śmiertelnej pościeli zdźwignął, na żonę pojrzał, i dyszącym ciężko głosem rzekł:

— A gospodarstwo chłopakowi trzymaj, boć to jego poojcowe!... — poczem na syna oczy obróciwszy — a ty sieroto — przydał — z gruntu się wyłuskać nie daj!...

Chłopak zaniósł się ogromnym na całą izbę krzykiem: — Nie umierajta, tatuńciu, nie umierajta!.. Dlaboga, rety, nie umierajta!... Dlaboga rety!...

W krzyku tym słychać było i strach okrutny, i żałość, i niepewność srogą. A kiedy stał tak z twarzą posiniałą od krzyku, z wytrzeszczonemi na konającego oczyma, trzęsąc się cały i zaciskając drobne pięście, zdawać się mogło, że tuż mu na grzbiet spadnie kij ojczyma, i że jedyną od niego uchronę traci w tej szerokiej, ciemnej, spracowanej ręce, która nagle koszulę na piersi szarpnąwszy, z głuchym łoskotem na łóżko upadła.

Ten strach, ta żałość i teraz jeszcze wstrząsały jego wątłem ciałem, kiedy tak skulony, przydróżkiem idąc, coraz więcej wsiąkał w wielką mgłę zimową, bezbrzeżną, bezpromienną, głuchą.

Wóz tymczasem zbliżył się już znacznie. Jego nierówny turkot coraz wyraźniejszym się stawał, a kiedy wiatr ku ziemi przypadł, do turkotu mieszały się głosy jadących. Obejrzał się chłopak ukradkiem i wskróś mgły, dojrzał konia, wóz i trzęsące się na nim głowy kumoszek.

Ale i jego musiano z wozu zaoczyć coś nie coś, bo niedługo usłyszał głos matki:

— Stasiek! Stasinek! A kajż ty lecisz, sieroto?... A czekajże, to cię podwieziewa!... Stasiek!

Chłopak zmiękł i już się zatrzymać miał, kiedy nagle doleciało go wołanie powożącego Chrząsta.

— Wio, maluśki!... Wiśta, wio!

Natychmiast na pobladłą z zimna i płaczu twarz chłopca wybił posępny ogień wielkiej zawziętości; wyżej tedy podniósł ramiona, sukmankę rękoma koło siebie obcisnął i przyśpieszył kroku.

Chwilę jeszcze biegł za nim głos matki, ale chłopak się zaciął, i tylko patrzył, gdzie uskoczyć, jeśli go wóz dogoni.

O sto kroków może sterczał duży, oborany kamień, dokoła którego zdawna puściły się wielką gęstwią tarnie i jarzyny. Bezlistne to było teraz, ale tak splątane, że i chłop od biedy skryćby się tu mógł, nie dopieroż dzieciak.

Tego kamienia dopadłszy, przysiadł za nim Stacho, głowę między tarnie wsadził i na drogę patrzył.

Wóz toczył się zwolna, bo górka tu była i koń folgował sobie.

Stacho słyszał zmudne skrzypienie kół i rozmowy, gwarzenie kumoszek i niespokojny głos matki:

— Kożuchembym go przynakryła.. Sukmaniątko do cna na nim liche... Kajż on mi się w oczach podział?... Stasiek! Stasinek!...

Serce mu biło, jak młotem, kiedy wóz mimo przejeżdżał, tak się bał, żeby go matka nie zobaczyła i nie pojęła z sobą. Zaledwie jednak turkot oddalił się nieco, opanowało chłopaka uczucie bezbrzeżnego opuszczenia, sieroctwa i żalu. Wylazł z za kamienia, o topolę się ramieniem wsparł, sukmanka mu się na piersiach zatrzęsła, wytarł oczy raz, wytarł drugi raz, i szeroko je otworzywszy, patrzył na ciemny, ruchomy punkt, coraz malejący w mgle grubej, gęstej. Byłby tak może dłużej stał, bo nagle mu się zdało, że niema dokąd iść, ani po co, ale że go zimnisko srodze podbierać zaczęło, więc znów się skulił, a zszedłszy z przydróżka na gościniec, przed siebie ruszył. Nie szedł wszakże tak prędko, jak dotąd, i idąc, rozmyślał.

— Co też to najlepszego tatuś zrobili, że tak z dobrawoli wzięli i pomarli!... Była im to bieda, albo co? Nie mieli to konia, woza, chałupy? Nie robili to na swojem?... Tera krowa na ocieleniu, tera kopczyk kartofli, tera taki łepski wieprzak, tera czapka, tera kożuch nowy... Tera kłoda kapusty, tera żyta więcej niż na sześć posadów do młócki będzie, tera koszul cości aże cztery, tera buty, tera grunt... Gospodarstwo je, przyodziewek je, wszystko... Jużci i prawda, że się to tak samo nie obstoi! Żeby je choroba, te kumy z ich doradami!! Jużci nie co, tylko matkę zbuntują...

Spuścił głowę i pałającemi oczyma wodził po świeżych śladach powożonego przez Chrząsta wozu.

 

Wysoko nad nim przelatywała wrona, kracząc przykro. Chłopak wstrząsnął się nagle.

— Bić się nie dam! żeby tam nie wiedzieć jak, nie dam! Pójdź ino sam który, spróbuj!

Wydobył z rękawa pięść drobną, siną i pogroził nią niewidzialnemu przeciwnikowi w mgle gęstej, grubej. Posępny ogień objął twarz jego śniadą, chuderlawą, dziecięcą jeszcze, nadając jej wyraz stanowczości i oporu.

Wysada topolowa urywała się tutaj, i nagle ogarnęła Stacha szeroka pustka i szeroka cisza, w której nie było ani łopotu i wrzasku wron, ani borykania się gałęzi z harcującą po polach wichurą, w której on sam i myśli jego przepadać się zdawały. Teraz już nie odróżniał nic, ani przed sobą, ani za sobą; teraz się otworzyło przed nim jakby wielkie, mgłą nabrane morze.

Były to podleśne pastwiska, dyszące ciepłem oparzelisk swoich, których dech lżejszy, siny, kłębił się i przewalał z mgłą chłodną, górną, wypełniając całą przestrzeń od ziemi do nieba. Chłopiec zmrużył oczy i zagłębiał się w morze to zwolna, coraz mniej szarością sukmanki swej widny, coraz drobniejszy, coraz przezroczystszy, aż stopiony w jedno z sinym oparem — zniknął.

Wynurzył się dopiero za dworską olszyną, a tuż go objął gwar stojącej pod lasem karczmy, przy której, że wyrąb niedaleki był, zawsze się dość ludzi kręciło.

I teraz stało przed nią kilka chłopskich wozów i mieszczańska bryka. Dwóch żydków i jakiś surdutowy gadali przy niej: chłopy siedziały w izbie, z której buchała wrzawa.

Pookrywane to staremi sukmanami, to kawałem derki, podjezdki zanurzały głowy w workach i opałkach z sieczką; para gniadych uwiązanych łbami u bryki wałachów, wyciągała z siedzenia rozrzucone siano.

Stacho dojrzał natychmiast, że między wózikami jest i tatusiów także. Przystanął, oczy mu błysnęły, poczem obszedł bokiem, i z za węgła przyglądać się zaczął.

Właśnie w otwartych na ściężaj drzwiach karczmy stanął Chrząst, ocierając rękawem gębę po świeżo wypitym kieliszku. Chłopiec się cofnął, ale oczu nie zdejmował z «kulasa». Chrząst pociągnął nosem na prawo, na lewo, poczem zaćmiwszy papierosa, posztykutał z wiaderkiem do stojącej na uboczu studni.

Wtedy Stacho do sieni się chyłkiem wsunąwszy, do izby przez drzwi uchylone zajrzał.

Matka siedziała na ławie pod ścianą; z obu jej stron przepijały kumy.

Chłopak przełknął ślinę i przestąpił z nogi na nogę. Kumy trącały się właśnie.

— Daj Boże!

— Daj Panie Boże!

— Za wasze zdrowie!

— Pijcie z Bogiem.

— A pijcież, kumo!

— Gdzie mi tam do picia...

— Adyć się choć kieliszka chwyćcie!

— Co tam będziecie się, kumo, frasowali, głowę sobie żałością psuli! A bo to wy jedni na świecie?

— A ino?

— Po ludziach się obejrzyjcie, chłopa sobie umówcie i tyla!

— Co mi ta po chłopie!... Ja tam chłopa nie łakoma...

— Albo i parobka od prędkości...

— Za parobka toby i Walek szedł.

— Który zaś Walek?

— A toć Kobylak.

— Albo Szymek Bączyk.

— Szymek?... Zaś by tam Szymka kowal puścił!

— Abo Głogowiak.

Brzęknęło szkło. Kumy rozmawiały i piły.

— Głogowiak tam nie do tego, za Jagną patrzy.

Uwaga ta wywołała chwilę ciszy. Baby milczkiem pociągały z kieliszków.

— Co tu daleko szukać — odezwała się jedna. — Albo to choćby i Chrząst za parobka nie stanie?

— O... Taka niemrawa! Poradzi to robocie?

— Co niema poradzić? Nie był to u młynarza cości przez dwa roki? Nie robił to w roli?

— Przecie! Choć ze dworu, to przysyłali, żeby szedł, jak Maćka do wojska pojęli.

— Przysyłali?

— Jak Boga kocham!

— Chrząst tam do dworu nie pójdzie. On tam od małego po wiejskich gospodarzach schowany, to on tam do dworu nie ciągnie.

— Kumo! Dalej go... Jakże se myślicie?

Ale matka nie odpowiadała. Głowę w ciemnej chuście na ręce sparła i słuchała tych dorad, kołysząc sobą w milczeniu. Nie mogła ich widać rozebrać jakoś, bo nagle w ręce klasnąwszy, wyrzekać zaczęła:

— O ja nieszczęśliwa sierota! O mój Jezu! Mój Jezu! Mój Jezu! A cóż ja teraz ze sobą pocznę! A gdzież ja się obrócę!...

Słuchał Stacho, słuchał, już mu usta latać zaczęły, już i on płaczem wybuchnąć miał, kiedy wtem sztykutanie Chrząsta posłyszał, więc na wylot sienią się rzuciwszy, karczmę dokoła obiegł, i nie patrząc drogi, na przełaj się wzburzony wyrębem puścił.

Już ani sukmanki nie obciskał, ani rąk w rękawy nie wsadzał, ani ramion nie stulał, żeby sobie ciepła przyczynić. Ogień jakiś podpalał go z wnętrza, a oczy, które kolejno pięściami wycierał, nie wiedział sam, czy mu we łzach, czy w zarzewiu stoją. I złość i żałość uderzały w niego, jak te czarne kruki, oślepiając go prawie, że się mało dziesięć razy o pieńki sterczące na wyrębie potknął; i złość i żałość pędziła go przed siebie, że mu tylko poły furkały. Sam nie wiedział, jak cały wyrąb przeleciawszy, na Kuźnieckie zaszedł. Dopiero kiedy mu wiatr w uszach przestał gwizdać, a pomrok na oczy padł, opamiętał się chłopak i stanął.

Ani jego droga, ani pomyślenie nie było tu chodzić; ale się zaraz spokoić w sobie zaczął z onej gorącości, co go dotąd gnała.

Wielka, głęboka cisza obeszła go, jak gołębim puchem. Bór był. Gonne sośnie stały gęsto, niewiele co dnia puszczając między siebie. Czubami tylko chodził wiatr po nich górny, małym szumem w gałęzie bijąc, na których jeszcze reszta okiści od cichej strony była. Tu, owdzie, płachetkę niedeptanego śniegu zajęczy trop dziurawił; tu, ówdzie, żółciło się igliwie, tu, ówdzie, wyszczerkał kierzek wrzosu, w badylki suche dzwoniąc, tu, ówdzie mech świecił zieloną, mokrą szybą...

Chłopak stał i oczyma po ziemi wodził, ni bliżej, ni dalej, tylko kręgiem koło siebie, jakby je tu o coś uczepić chciał, aż mu się nogi w kolanach złamały, i nagle twarzą na ziemię padłszy, wielkim głosem krzyknął:

— Tatusiu! Tatusiu! O dla Boga, rety, tatusiu!...

Trząsł się i wił, jak ten robak ziemny, od czasu do czasu podnosząc się w pół ciała. Wtedy krzyk swój za ściśniętemi zębami trzymając, wysoko podejmował głowę i rozstawione ręce, a trzęsąc niemi w powietrzu, wbijał szeroko otwarte, pełne ciężkich i zimnych łez oczy w skrawek szarzejącego wskroś sosen nieba, póki mu się te łzy nie stoczyły, ziębiąc twarz pobladłą, poczem zaraz gwałtowna żałość znów nim uderzała o ziemię, i nowa też fala biła mu do oczu, rzęsista, bujna.

A bór stał dokoła cichy i mroczny. Mały szum trącającego o gałęzie wiatru ledwo że dolatywał do połowy sośnic gęstych, nieporuszonych, jakby zadumanych o wielkich i smutnych rzeczach. Cichość taka borowa nie bierze w siebie głosów, aby grać niemi, jako cichość polna, ale je przydusza i tłumi. Pisk ptaka i płacz dziecka przepada i ginie w głuchej gęstwie, a to, co się nad nią wynieść ma, mocne być musi. Huk walącego się pod siekierą drzewa, strzał, łopot jastrzębich skrzydeł rośnie i ogromnieje w borowej ciszy; ale łkaniem drobnej piersi bór nie zadrga w sobie. Jego zbita, stwardniała, korzeniami przerosła i zamknięta ziemia nie wstrząsa się odgłosem gniazd zrzuconych i upadkiem piskląt. Ziemia borowa nie ma tego współczucia dla małości i nędzy, co ziemia polna, chleb rodząca i krajana pługiem. Po polu chodzi smętek, a po boru klęska.

Płacz chłopca ucichał zwolna. Rudy mech, o który uderzało jego drobne serce, wypił łzy jego bez śladu. Chłopak się podniósł, oczy połą sukmanki wytarł, westchnął głęboko raz i drugi, poczem na brzeg boru wyszedłszy, skierował się ku chacie.

Po onym bujnym płaczu wstąpiło mu w serce jakieś pocieszenie. Byłby nawet całkiem zmocniał na duchu, gdyby nie to, że był głodny i czczość burczała po nim.

Żeby ją zatłumić, poglądał roztargniony po stronach, kiedy nagle stanął, otworzył usta, oczy mu ogniem modrym rozbłysły, a na twarz uderzyło wzruszenie.

Chwilę tak stał, jak olśniony, oczyma po polu wodząc, aż sporym krokiem ruszywszy, zagadał sam do siebie:

— Co nie mam poradzić? Cóż to? Gęsi będę pasał?...

Szedł teraz spiesznie, głową kręcił, medytował tak i tak; to znów nagle stawał, szyję na bok wyciągał i zapatrywał się, choć w polu nic widać nie było. Raz nawet wyjął z rękawów ręce i do oczu je podniósłszy, obracał na obie strony, jakby je pierwszy raz widział. Chude były i cienkie, ale wydawały mu się mocne. Ścisnął pięść i jak cepem nią w powietrzu machał. Szło dobrze. Ten ruch dał mu poczucie własnej siły i obudził w nim potrzebę wywarcia jej bezpośredniego. Obejrzał się, schwycił, podniósł spory kamyk, a zamierzywszy się powyżej sosny, która od leśnej ściany wybiegła była nieco, śmignął nim z takim rozmachem, że aż się sam koło siebie okręcił. Warknęło w powietrzu, jakby kto strunę ruszył, a kamyk ze świstem nad sosnę się poniósł.

Stacho nasłuchiwał przez chwilę z iskrzącym wzrokiem, a kiedy kamyk daleko poza sosną spadł:

— Jaśniste! — szepnął z uczuciem dumy, roześmiał się i za drugim oglądać zaczął.

Nim go jednak upatrzył, nowe myśli tak nim zawładnęły, że zapomniawszy o zabawie, znów głowę zwiesił i śpiesznie puścił się drogą.

— Tera tyli szmat pola... pięć morgów stoi... A co? Nieobsiane to? Już tam przecie roboty koło tego wiele nie będzie... Aby tyle co kartofle. Wielki kram! Nie redlił to z tatusiem na jesień życiska? Nie poradzi to karczować? Nie wie to, jak szkapę zaprządz, abo co? A zaś na bezrok, na jesień, na tę twardą robotę, na orkę, to i jemu się już na piętnasty obróci... Zmocnieje, że to ha!... Nie chcieli go na Ś-ty Michał do dworu za średniaka? Ale! Za średniaka tam! Dobrze by on za parobka stanąć musiał. Już ta oni wiedzą, jak ganiać! Gdzie poradzi parobek, tam poradzi i średniak, aby tyle co płaca mniejsza i do miski dalej... Co parobek lepszego? Drugi, to i ze wszystkiem słaby... Tera takie kulasisko! Taka łomaga!... — Oburzył się na wspomnienie Chrząsta i nowym ogniem podpalony, coraz szybciej szedł. Hurmem zbudzone myśli rozpierały go niemal. W głowie miał jak gdyby kłąb przędzy, której nici snuły mu się to gładkie, to splątane, to szare, to jasne, to równe, to z takiemi szypułami, że mu przez mózg ledwie mogły przejść. Rwały się i wiązały i znów się rwały i znowu wiązały, a chłopak, jak odurzony, szedł, plącząc się coraz więcej w tej dziwnej przędzy, właśnie jak ptak, kiedy nad wnikiem w skrzydła trzepie, a dobyć się z niego nie może.

To jedno było mu jasne, że jak tam będzie, to będzie, a on w gospodarstwie wszystko zrobi sam. Piętnaście roków duchem skończy, mocny jest, robota mu nie cudo, a co cięższa, to już na jesień zeszła. Teraz, jak ciepła uderzą, to głównie kartofle... Jakby kartoflom nie poradził, to chrzestnemu się pokłoni, żeby z pół dnia pomógł, a parobka do chałupy nie puści. Ścisnął pięście, aż w nich mu trzasło.

I z gruntu też wyłuskać się nie da, jako że i tatuś przykazowali przede śmiercią...

Zmordowany, podniósł oczy i wskróś rzedniejącej mgły ujrzał blady, miesięcznemu kołu podobny krążek, po którym prędko zmącone chmury szły, to puszczając go mimo, to zupełnie zakrywając sobą.

Słońce to było zimowe, głęboko w niebie schowane, które kłamliwą białością przeglądało na świat. Wpatrzył się w nie Stach, utykając na korzeniach, które tu z pod leśnej ściany gęsto wybiegały na drogę, i zaraz mu na duszy zelżało.

Puściły go się one myśli bystre, jakoby je wiatr rozniósł, i tylko mu po nich cień został na czole, i namarszczenie jakieś, wpół surowe, wpół żałosne, oblewające jego twarz chłopięcą dziwnym wyrazem statku i powagi.

A że już był wsi blisko, ręce w kieszenie sukmanki zasadził, grzbiet sprostował, głowę podniósł i szerokim krokiem, nie patrząc po stronach, środkiem drogi ku chałupie dążył.

Wracając z pogrzebu, matka usłyszała skrzypienie łady w szopie. Zajrzała przez uchylone wrota i plasnęła w ręce.

W sieczkarni stał w katance tylko i bez czapki Stacho, a zaniósłszy się obu ramionami do wysoko umieszczonej korby, kręcił nią nierównym, raz silnym, raz słabym ruchem, wspinając się, gdy korba w górę szła, zawisając na niej całym ciężarem drobnego ciała, gdy szła ku dołowi. U wylotu leżała spora kupa niezbyt równo narzniętej sieczki; chłopakowi pot kipiał z czoła.

— Stasiek! — krzyknęła wdowa, załamując ręce. — A cóż ty, sieroto, najlepszego robisz?..

Chłopak drgnął, bo wejścia matki nie słyszał, ale tem pilniej korbę obracać zaczął.

— A nie widzicie to — przemówił przerywanym ze zmęczenia głosem, — co sieczkę rznę?

— A i na cóż się ty, sieroto, takiej roboty chwytasz?

Stacho znów kilka mozolnych obrotów zrobiwszy, rzekł:

 

— A czy nie wiecie to, że sieczki dla krowy, jako i dla konia, trza...

— I poradzisz to?

— A ino!

Otarł rękawem katanki pot i rznął dalej.

Kobieta nie odchodziła. Z załamanemi rękoma stała w pośrodku szopy, patrząc to na syna, to na rosnącą za każdym obrotem korby kupę sieczki. Nie wiedziała, czy ma na chłopaka fuknąć i od tej roboty go odwołać, czyli spokój dać.

Żałość, wzbudzona ubolewaniem kumoszek i poczęstunkiem w karczmie na Wyrębie, wielką falą wzbierała w jej sercu. Zaraz też fartuch do oczu podniósłszy, wyrzekać zaczęła:

— O mój Jezu! mój Jezu! mój Jezu! A cóż ja teraz pocznę sierota, cięższa od kamienia! A jakże ja sę poradzę! A któż mi sierocie pomoże! A któż mi robić będzie! Tera parobka funduj, tera płać, tera sobie od gęby odejmuj, a jemu podtykaj! Tera na cudze ręce dobytek puść, tera tyli ziemi szmat!... O Jezu! Jezu! Jezu!... — Chłopak zrazu korby zwolnił i pociągał nosem. Ale kiedy mowa do parobka przyszła, zapaliła mu się twarz i z podwójnym rozmachem koło obracać zaczął.

— Nie będzie tu nijaki parobek panował! — odezwał się posępnie, gdy matka ucichła.

— Roboty tera w polu niema, a sieczką się nie przerwę, — dorzucił dyszącym głosem.

Kobieta odjęła fartuch od jednego oka i popatrzyła na chłopca.

Wyciągał się i kulił za ruchem wysoko idącego koła, które go porywało niemal. Rękawy katanki osunęły mu się głęboko, ukazując ręce chude i cienkie.

Nie na ręce te przecież patrzyła wdowa; zdumiała ją śmiałość chłopaka, który wczoraj jeszcze fartucha jej się trzymał, a dziś takich rogów dostał.

— Co ty?.. — zaczęła i urwała zaraz. Właściwie nie była pewną, czy się to na dobre, czy na złe obróci; nie wiedziała, czy parobka zaraz brać, czy robót w polu czekać. Nie takież to bogactwo, choć i na pięciu morgach, żeby zimą parobka rządzić; podatek duży, na kartoflach, co zbędą, wieprzka uchowaćby warto. Zaraz też sobie miarkować zaczęła, że jużci prawda, jużci chłopczysko sieczki narznąć narznie, bydlątka obrządzi; jużciby się z kwartał przechynął, choćby i mniej, nimby chłopa do pola trza, juściby i do miski jedną gębą mniej było.

Do kulasa też, który się i sam, i przez kumy stręczył, wielce ją nie ciągnęło; o innym pomyślenia też jeszcze nie miała, na kopanie chyba...

Że jednak nie mogła tak sobie do razu wszystkiego rozebrać, westchnęła tedy ciężko, i kiwając miłosiernie głową, na nowo oczy wycierać zaczęła.

— A i cóż ty, chudziaszku, za radę tylej robocie dasz? — przemówiła zawodzącym głosem. A toć mi się na nic zmożesz!...

— Już wy się nie frasujcie! — odrzucił niecierpliwie chłopiec.

— Tera dwoje bydła, tera sieczki raz na raz trza...

— Już wy się nie frasujcie!...

— A to i gnoju by się urzucić zdało...

— Już wy...

Urwał chłopak, bo mu tchu nie stało, a że i matka zamilkła, przez chwilę słychać było tylko zgrzyt noży po słomie i szybki, sapiący oddech Stacha.

Powzdychała wdowa, powzdychała i do izby się zawróciła iść, bo ją po owych pocieszeniach na Wyrębie srogi sen zbierał. Koło tymczasem, jak szalone, latało pod ręką chłopca, który po chwili dopiero spostrzegł, że w ladzie słomy nie ma, i że sieczkarnia po próżnicy hurkocze. Puścił się tedy korby, pot z twarzy otarł i szuflą zwolna sieczkę odgarniać zaczął. Trzęsły mu się przy tej robocie wysilone u korby ręce, przecież raz po raz jasnym wzrokiem błyskał; zaczynał czuć się gospodarzem na ojczystych śmieciach.

Naraz wydało mu się, że słyszy utykający chód Chrząsta. Żar buchnął mu do twarzy, serce uderzyło jak młotem.

Istotnie; młody urlopnik sztykutał drogą, gwiżdżąc wesoło po onym pogrzebie, aż stanąwszy w uchylonych wrotach szopy, gwizdanie urwał i głową z dziwu pokręcił.

— A i któż to tyla sieczki umachał? — spytał zajętego szuflowaniem chłopca.

Stacho nie odwracał głowy.

— Chrzestny może? — pytał Chrząst dalej.

— Ale! chrzestny tam! — odmruknął Stach niechętnie.

— Ino kto? — nalegał urlopnik, któremu widać nieobojętnem to było, od kogo wdowa usługi przyjmuje.

— Ja sam!.. — bąknął chłopak.

Twarz Chrząsta rozjaśniła się szerokim śmiechem.

— Toś ty mocny! — rzekł drwiąco.

Stacho nic nie odpowiedział.

— Na dziś z jutrem! — dorzucił szyderczo kaleka.

— Jak Bóg da! — odparł Stach posępnie.

Sztykut postał, głową pokiwał i poszedł.

Chłopak rzucił się do bocznej ściany i twarz w szparę między deski wtulił. Nogi dygotały pod nim jak w febrze.

— Nie będziesz tu panował, ty łomago, nie! — szeptał dysząc głośno, i gorejącemi oczyma za nim wodził, póki kulas za Bugajową chałupę nie skręcił.

Nazajutrz, ledwie wdowa zaświeciła kaganek i na komin nałożyła drewek, zerwał się Stacho z ławy, na której pod ojcowskim kożuchem legał i w wielkim pośpiechem odziewać się zaczął. Owijał nogi słomą, bucięta naciągał, a precz oczy pięściami tarł, bo mu się jeszcze srodze spać chciało. Zazwyczaj do śniadania dopiero budziła go matka, a i to jeszcze ściągać go było trzeba. Obróciła się tedy ku niemu z dziwem:

— A tyże co się zrywasz, Stasiek?

— Ano... — zaciął chłopak i urwał.

Nie rozmyślił sobie jeszcze, co robić trzeba, ale czuł, że w nowem jego położeniu do dnia na nogach musi być, jako i tatuś bywał.

— Ano — powtórzył i zapatrzył się w matkę, — drzew urąbać, bydło poić...

Wdowie natychmiast na płacz się zebrało.

— Oj sierota ja, sierota! Oj dola, dola! Marnować się tera oto takiemu dzieciakowi! Nie dospać... do dnia harować... na takie zimnisko z chałupy bieżeć... I co to tam za rąbanie będzie? Co za pojenie! Na nic siekierzysko na sękach poszczerbi... Wiaderko utopi... O Jezu! Jezu!...

Wzdychając, ocierając oczy, schyliła się i dmuchała w komin.

Chłopak nic nie odpowiedział. Zimno ograżało go srodze, bo w starej chałupie Szafarzowej o kęs, że nie jak w polu, wiało; sen go też morzył okrutnie, i ręce w ramionach — po onem machaniu przy sieczce, — miał jak gdyby ze stawów wybite. Strzymał jednak, sukmankę rzemieniem podpasał, po siekierę za belkę sięgnął, wiaderko z kąta wziął, i szczękając zębami, wyszedł.

Nad chatą, wśród nagich, zwikłanych gałęzi starej polnej gruszy, świeciły blade gwiazdy. Świerszcz nocny odzywał się w strzesze, z obórki dolatywało leniwe i twarde żucie bydła. Świat stał jeszcze przed wielką przedporanną ciszą, i pod szarym rozbrzaskiem zimowego świtu.

W szarości tej zaskrzypiał w chwilę później mozolnie ciągniony żuraw, zapluskała wylewana w koryto woda, drzwi obórki uderzyły o uszak raz i drugi, aż wreszcie dał się słyszeć głuchy stuk siekiery, którego nierówny rytm zdradzał, że ostrze częściej omyka się z drewna, niżeli w nie trafia.

Były to zwykłe odgłosy dnia, wstającego nad chłopskiem podwórkiem; to tylko było niezwykłem, że wskroś nich, zamiast mocnego, szerokiego chodu i głośnego wykrzykiwania gospodarza czy parobka, słychać było drepczący tupot nóg drobnych i słaby, cienki głos dziecka, którego postać niknęła prawie w mętnym, zimowym brzasku.

Cały dzień ten Stacho oglądał się czegoś; co pies uchem strzygnie, co wiatr we drzwi trąci, chłopak podnosi konopiastą głowinę i słucha. Strach go zbierał przed Chrząstem. Wiedział, że się Chrząst po wsi szwęda, robotę tu, ówdzie chwyta; mógł też i do nich lada moment najrzeć, matusi się wmanić, jako wiadomo było, że chata bez rąk została. Ale zmrok przyszedł, a kulas nie pokazał się jakoś.

Chłopak to za zasadzkę wziął, i nie mogąc ścierpieć tego skrętu, jaki w sobie od samego rana czuł, wyleciał pod wieczór na wieś, żeby języka o kulasie powziąć. Tu usłyszał nowinę. Chrząst u Bugaja do młócki stanął, coś na cały tydzień. Chłopakowi tak się lekko na sercu zrobiło, że mało nie wyskoczył w górę, a kiedy przy misce do kolacyi siadł, to dwa razy łyżką żuru brał, a raz łykał, — tak mu się dobrze jadło. Syty i wesół, przewracał się razem z kotem u komina, pierwszy raz od tatusinowego pochowu śmiejąc się na całe gardło.

Jakoż nazajutrz rozeszło się z blizkiej Bugajowej stodoły tęgie bicie cepu. Cep był jeden, padał silnie, dźwięcznie, równo; znać było, że na wskroś do klepiska bije, że ledwo trzeba będzie posad na drugi bok przewracać. Wdowa, niosąc łyżkę do ust, przestała jeść i słuchała. Stachowi załopotało czegoś serce, w wątłej, wklęsłej piersi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?