3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Maryśka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria Konopnicka

Maryśka

Saga

Maryśka

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1890, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728055434

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

MARYŚKA

Ciężka była tego roku zima.

Od trzech dni dął wicher z północy, jak chłop się z ludźmi mocując, jak wilk wyjąc, a śnieżycą tak miótł, że oczu na świat pokazać nie było można. Nim parobek ze stajni do kuchni przypadł, już wyglądał jak bałwan śnieżny; nim dziewka wody ze studni nabrała, już wicher dziesięć razy okręcił koło niej spódnicę, szamocąc nią na wszystkie strony i furcząc jak chorągiewką. Kto nosa wytknął, cofał się co rychlej, bo dech w piersiach rwało, a w oczy jakby szkłem szło; psy nawet legły w kuchni pod ławą, wtuliwszy pod się ogony.

W kuchni u pułapu wisiały gęste, białe pary, idące z ogromnych żelaznych saganów, w których się gotowały kartofle, a od czasu do czasu buchał z ogniska kłąb dymu z iskrami, bo z komina okrutnie nazad miotło.

U progu topniała wązka smuga nawianego przez szpary śniegu, rozdeptywana w błotniste ślady na ubitej z gliny podłodze, a tuż zaraz stara Kubina, we dwa kruki zgięta, siekała w cebrze buraki dla świń, podnosząc i opuszczając siekacz, osadzony na wypolerowanym od jej drżących, starych, pomarszczonych dłoni, drążku.

Pod jednem oknem przędły dziewki, których dziś do innej, pozadomowej roboty nie sposób było zająć, pod drugiem stał długi, wązki stół, na którym na podsypce z otrąb w trzy rzędy ułożone były surowe jeszcze i rozrastające się dopiero bochny razowego chleba.

Pomiędzy bochnami temi zaraz z brzegu leżały dwa widocznie większe, wetknięciem palca w ciasto naznaczone, a przy nich pomniejsza czubato obtoczona kukiełka. Takie dwa większe bochny i taka czubata kukiełka występowały na stole przy każdem pieczeniu chleba coś już ze trzy lata, a nikomu do głowy nie przyszło sarkać na nierówną miarę. Każdy bowiem dobrze wiedział, że bochny owe robi Maryśka kucharka nie dla siebie, ale dla Antka fornala, a kukiełkę dla swego małego «Antosia», który miał takież same, jak Antek fornal niebieskie oczy i takąż samą lnianą, jak on czuprynę, a wziął się na świecie ot tak, z dobrej woli, będzie temu cości dwa lata. Tylko dziś, kiedy Maryśka oblepiony ciastem palec w bochny wtykała, trąciła Ulina Marcynę łokciem i obie się cicho, wzruszywszy ramionami, roześmiały.

Tymczasem co i raz to wpadał do kuchni który z rżnących sieczkę parobków, dla ogrzania się i chwycenia z parującego sagana kilku gorących, twardawych jeszcze kartofli, które przez chwilę z ręki w rękę, dmuchając, przerzucał, potem za pazuchę chował, a nacisnąwszy czapę na uszy, zmykał przed wrzaskiem kucharki.

Raz nawet bardzo szeroko otworzyły się drzwi, a do kuchni wleciało trzech chłopaków od bydła, trzaskając w zgrabiałe ręce i krzycząc: «Hu!... a hu!... a hu!...», poczem stanęli u komina tupiąc chałaśliwie i bijąc nogą o nogę, a pociągając głośno czerwonymi, jak gile nosami.

Za każdem otwarciem drzwi wpadał przeraźliwy gwizd wichru razem z kłębem drobniutkich igiełek śnieżnych; przędące dziewki wołały wtedy: «Zamykać tam! zamykać!», a psy warczały i skomliły przez sen. Jedna tylko Maryśka dziwnie była obojętna na te wypadki kuchennego życia. Chłopakom, którzy cały komin zastąpili i nosy w sam żar powtykali, nic nie rzekła, na parobków chwytających kartofle z saganów nie krzyknęła, tylko się po kuchni kręciła, dziesięć razy jedno w rękę biorąc i kładąc, jakby sama nie wiedziała co robi.

Sięgnęła do łyżnika, wzięła kopyść i w ogniu nią grzebać zaczęła, aż chłopaki gęby na nią porozdziawiały, jako wrony; sięgnęła po sól i sól rozsypała na ziemię; ogień ugasać zaczął, drew nie dołożyła, a tak się jej nogi plątały, że nim od stołu do komina doszła, to się trzy razy potknęła o małego «Jantosia», który za nią na bosaka dreptał, spódnicy się jej czepiając, ot tak, jak co dnia chadzał, w jednej koszulinie ze starego pacześnego podołka matki zrobionej i w chuścinie zawiązanej przez plecy i piersi, na opak, pod paszki. I jego wszakże Maryśka spostrzegać się nie zdawała, odsuwając tylko niekiedy od siebie szybkim, niecierpliwym, w zupełnem milczeniu dokonywanym ruchem, tak jak się odsuwa stojący na drodze stołek.

Tymczasem piec się upalił, żar niewygarnięty pokrył się delikatnym, siwym popiołkiem, a Maryśka trzeci już raz do kąta po kociubę szła i trzeci raz, jak błędna, bez kociuby do komina wracała. Co drzwi skrzypną, to nią coś szarpie, odwraca głowę i patrzy...

— Ten chlebaszek — odezwała się wreszcie Baśka jakoby sama do siebie — to się na nic rozrusza...

A na to Marcyna.

— A bogać! przez łopatę poleci...

— Maryśka! — głośniej zawołała Franka. — Co ty? blekotu się objadła? A dyć ci przecie piec na nic wystygnie, a z chleba placki będą!

Ale Maryśka nie odezwała się ani w tę, ani w tę stronę, jakby to nie do niej.

Jak stanęła na pośrodku izby, tak stała, upatrując czegoś po kątach, ale po oczach jej znać było, że sama nie wie, za czem się ogląda; drepcący za nią Jantoś darł się już od chwili: «mama jeść! mama jeść!», nie zważała na to, a najpewniej nie słyszała go wcale.

Zmrok szybko zapadał, rytmiczny zgrzyt sieczkarni przycichał zwolna, studzienny żóraw zaskrzypiał raz i drugi, fornale wodę brali.

Wtem Witek, najmłodszy z trzech stojących u żaru pastuchów, odezwał się cienkim głosem:

— A kartofli na kolacyą to dziś będzie do cna mało, bo się aby w saganach gotują, a w zieleźniaku nic!

Za takie odezwanie się, wszelkim pojęciom o kuchennej karności przeciwne, byłby każdego innego dnia warząchwią przez łeb dostał; a dziś Maryśka popatrzała tylko na chłopaka, i jakby przypomniawszy coś sobie, koszyk z kartoflami wysunęła z kąta, żelaźniak ustawiła przy nim, stołek i skrobaczkę chwyciła, kiedy naraz wskroś słabnącego wycia wichury dało się słyszeć dalekie, stłumione bębnienie.

Wyprostowała się nagle jak struna, stołek i skrobaczkę puściła i z wyciągniętą ku oknu szyją stanęła jak skamieniała.

Jaskrawa, na wierzchu głowy związana chusteczka, zesunęła się z jej ciemnych włosów; śniada, szczupła twarz, po rembrandtowsku oświetlona z jednej strony pełnym blaskiem ogniska, a z drugiej w zmierzchu tonąca — wyrażała jakieś bezbrzeżne zdumienie, a piwne, złotawe, głęboko zapadłe oczy, z osłupieniem patrzyły w kłębiącą się poza oknem śnieżycę.

Co prawda, to już ludzie od kopania kartofli, ba, od grabienia siana gadali, że Antek o dziewuchę Sekurów uderzyć myśli. Ale nie wierzyła temu, nie mogła uwierzyć. Zdawało jej się, że w ostatniej chwili coś się przeciwnego stanie i że on, jej Antek...

Dech jej w piersiach zaparło, otworzyła kilka razy usta, żeby zachwycić powietrza, w oczach jej cości migotało, a nogi się pod nią trzęsły.

A kiedy tak stała w ubogiej swojej krótkiej spódniczynie i w siwej lnianej koszuli, z rękami bezwładnie opadniętemi wzdłuż ciała, mimo zmroku można było poznać, że się blizkiego macierzyństwa spodziewa.

Furczenie wrzecion przycichło tymczasem, przędzące dziewki, które też dosłyszały bębnienie, trąciły się łokciami, pokasłując i zagadując głośno.

— Marcyna! — odezwała się Baśka, szturchnąwszy obok siedzącą. — Co się pchasz? Nie możesz bokiem sieść, kiedy widzisz, że ciasno? Rozparła się jak do rozplecin na dzieży!...

— A co? — odcięła się wesoło Marcyna — aboby to nie mieli co rozplatać? Nie mam to warkoczka, jak się patrzy?

— Ino się nie chwal, nie chwal! Żeby i na ciebie co nie przyszło!...

— Co ta ma przyjść! Ja się tu nijakiego zaprószenia oczów nie boję! okazyi sobie nijakiej nie daję!

— Juści że racya. Kto nie szuka, nie znajdzie. — Zachichotały i ucichły. Wrzeciona znów furczeć zaczęły.

Wtem między jednym poświstem wichru a drugim dało się słyszeć bliższe już i donioślejsze bębnienie. Wicher porywał głosy skrzypicy, ale bęben wyraźnie słychać było, jak się od Murowańca przybliża.

Dziewki powtykały nosy w kądziele i jakoby nic nie słysząc, przędły zapalczywie.

Wtem pies leżący pod ławą krótko warknął, a potem zawył głucho, przenikliwie. Maryśka zaczęła się trząść, jak w zimnicy. Bębnienie to stłumione nagłym zapędem wichury, to jasne i donośne, zbliżało się ciągle.

Nagle drzwi się otwarły, a do kuchni razem z Jędrkiem fornalem wpadły piskliwe tony skrzypicy i grube basowanie Maćkowe.

— Hu!... — wrzasnął Jędrek od progu — buchając jak komin parą. — Hu!... zimno!

Rznął czapkę o ławę i w boki się ujął.

— Dalej dziewuchy! szykować nogi! Antek z wódką do Sekury wali. Hu!... ha!... Maryśka — zwrócił się do kucharki — dawaj duchem kolacyą, bo mi się śpieszy!...

Ale Maryśka nagle się oburącz chwyciła za głowę i z głośnym płaczem jak stała, tak wypadła za drzwi.

 

Wtedy Ulina podniosła się i westchnąwszy rzekła:

— Oj, oj! źle głupiemu na świecie, kiej rozumu nie ma! — Poczem na komin drew przyłożyła i chwyciwszy sagan przez grubą ścierkę, poszła do miśnika odcedzić kartofle.

Z za węgła tymczasem słychać było wskróś wichru ciężkie, bolesne zawodzenie Maryśki, a nieco dalej zbliżającą się do wsi kapelę.

Mały Jantoś, którego matka wybiegając pchnęła, jak siadł raptem na środku izby, tak i siedział becząc.

Nie minęło jednak trzy pacierze, kiedy Maryśka napowrót do kuchni, cała w ogniu, wpadła. Zęby miała ścięte, mokre włosy lepły jej do skroni, ręce dygotały jak w febrze, piersi wznosiły się i opadały ciężko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora