Wyhoduj sobie wolność

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pozostał postument, na którym nigdy nie postawiono pomnika. Popiersie wciąż zajmuje miejsce na podwórku rzeźbiarza.

No i papieskie drzewo, które rośnie incognito przy rondzie niedaleko esplanady. Miejscowy proboszcz zdążył je symbolicznie wkopać w doniczkę. Katolicy w obawie przed furią niedoszłych biznesmenów nie oznakowali rośliny w żaden sposób. Kto wie, ten wie.

Papieska toaleta nie powstała.

– Coś więcej? – zastanawia się aktor Walyts. – Zerknijcie do mojej lodówki. Pewnie jeszcze dziś znalazłby się w niej jakiś hamburger.

6
Gdzie podział się Bóg?

Strajk nauczycieli w liceum numer 46 w Montevideo ogłoszono z powodu Boga.

– Jeden z protestujących wykrzyczał mi prosto w twarz: „Nas jest czterdzieścioro, a ty jedna, kto ci uwierzy?!”. – Elizabeth Cardarello, ówczesna dyrektorka, pąsowieje z nerwów. – Odpowiedziałam mu: „Chrystusa skazało więcej niż czterdziestu”. I wtedy zaczęli mi wyrzucać mojego Boga. Ich wyrok brzmiał: złamanie zasady świeckości. Musiałam uciekać z własnego liceum.

Kilka dni później w gazecie „El Observador” pojawił się tytuł: Nowy powód, by odwołać zajęcia: dyrektorka, która mówi o Bogu27.

Święci

W wielu miastach Ameryki Południowej z nazw ulic można by stworzyć splątane żywoty świętych. Ale Montevideo jest w tym względzie dość ekscentryczne. Ulica Antarktyda prowadzi do miejskiej plaży, Boliwia ma dostęp do morza, Stany Zjednoczone ustępują pierwszeństwa Kubie, Nowa Era skręca w Edisona, a Dulcynea wpada na Don Kichota.

Tylko nieliczni święci doczekali się tutaj swoich tabliczek. Święta Łucja przemierza trasę od parku Prado aż do rogatek miasta, ale bardziej niż o Skandynawii przypomina o pieśni neapolitańskich imigrantów, którzy przypłynęli do Urugwaju w XIX wieku. Zakurzeni święci: Pedro, Juan, Sofia i Antonio, wylądowali na dawnej wydmie, na obrzeżach metropolii, opodal międzynarodowego portu lotniczego w Carrasco. Joanna d’Arc zgubiła aureolę i pozostaje wyłącznie wspomnieniem francuskiej bohaterki. Umiłowanie francuskości widać tu zresztą na każdym kroku. Swoje ulice mają między innymi Cannes, Lyon, Marsylia, sama Francja i – osobno – Republika Francuska.

Najwięcej o podejściu Urugwajczyków do religii mówi niepozorne skrzyżowanie ulic Świętej Marii i Misji Kosmicznej Apollo 11.

Żaden święty nie patronuje ulicy, na której stoi okupowane przez nauczycieli liceum numer 46, skąd wybiegła przestraszona Elizabeth Cardarello. Budynek znajduje się w pobliżu bulwaru Batllego. To jedna z ośmiu ulic w Montevideo nazwanych na cześć klanu, który od pięciu pokoleń kształtuje krajową politykę i życie społeczne.

Wszystko zaczęło się w XIX wieku od Josepa Batllego y Carreó. Katalończyk osiedlił się na terenach dzisiejszego Urugwaju, które na mapach Królestwa Hiszpanii określono jako nieużytki. Założył młyn i piekarnię Oriental. Gdy w 1810 roku wybuchła wojna między rojalistami i wojskami Buenos Aires (w ich szeregach byli również wyzwoliciele i twórcy niepodległości Urugwaju), postanowił dostarczać pszenicę i mąkę tym pierwszym. Później musiał uciekać do Rio de Janeiro.

Gdy wrócił po latach, został kronikarzem Montevideo. Jego syn, wnuk, prawnuk i praprawnuk zapisali się w historii jako prezydenci kraju.

Judasz

Nikt w Urugwaju nie dał Bogu w kość tak jak José Batlle y Or­dóñez, wnuk piekarza. To najważniejsza postać urugwajskiej polityki początku XX wieku. Dla miejscowych był kimś w rodzaju Józefa Piłsudskiego.

Gdy po raz pierwszy obejmował ster jako tymczasowa głowa państwa (luty–marzec 1899 roku), Urugwaj był już dość nowoczesny. Słaba pozycja Kościoła katolickiego, który nie zdążył się dobrze osadzić i wzbogacić w tej późno założonej kolonii, spory napływ anarchistów i socjalistów z Półwyspu Iberyjskiego, a także popularność ruchu masońskiego pozwoliły na wprowadzenie powszechnej i świeckiej edukacji (1877 rok), a kilka lat później na wejście w życie ustawy o szkolnictwie średnim i wyższym. Powstał też Urząd Stanu Cywilnego, a ślub kościelny stał się niemożliwy bez zawarcia wcześniej związku przed urzędnikiem.

W takich warunkach Batlle y Ordóñez, zainspirowany kursami na francuskiej Sorbonie, mógł bez problemu snuć własne wizje jako wydawca i publicysta. W założonym przez siebie dzienniku „Día” słowo „Bóg” kazał pisać wyłącznie małą literą. W rubryce z nekrologami zakazane były jakiekolwiek znaki graficzne przypominające krzyże. „Jezus był największym ekshibicjonistą, jakiego znam” – twierdził w cyklu felietonów Czytając ewangelię. Podpisywał się jako Nestor, Nemo lub po prostu Judasz28.

W 1904 roku nowo mianowany prezydent Batlle y Ordóñez przysięgał jeszcze na Boga i Ewangelię. Zaraz potem sprostował jednak, że „nie wierzy w nic, na co przyrzekał”29.

„Legalizuje libertynizm!” – krzyczeli jego przeciwnicy, gdy w 1913 roku aprobował ustawę pozwalającą kobietom rozwieść się z ich własnej woli (prawo do rozwodu za porozumieniem stron funkcjonowało już od sześciu lat).

„Niszczy rodzinę!” – argumentowali, gdy przyznawał prawo do spadku dzieciom naturalnym, czyli również pozamałżeńskim. I po raz kolejny powtarzał, że religia katolicka służy do zamglenia świadomości ludu.

„Mózg kobiety jest głupszy” – mówili, gdy otwierał uniwersytet dla kobiet i ogłaszał, że niedługo będą one głosować, by demokracja urugwajska stała nie tylko na jednej nodze.

Gdy jego dekrety usuwały krzyże i inne odniesienia religijne ze szpitali, zaprzysiężenia parlamentarnego, kodeksu wojskowego, przeciwnicy pocieszali się: „Kościół obiecał mu dobre miejsce w piekle”30.

Mimo to Urugwaj poszedł drogą wyznaczoną przez Batllego y Or­dóñeza. Dwa lata po zakończeniu przez niego drugiej prezydentury, w 1917 roku, parlament uchwalił reformę konstytucyjną, która oficjalnie odseparowała religię od państwa.

Do dziś mówi się tutaj: „Wierzyć chodzi się do kościoła”.

Kodeks

Ale do kościoła chodzi coraz mniej Urugwajczyków. Żaden z naszych znajomych nawet nie polecił nam wizyty w świątyni, chociażby ze względu na jej historię czy architekturę.

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza liczba wiernych, którzy modlą się na mszach w Montevideo, spadła o połowę (z około sześćdziesięciu tysięcy do trzydziestu tysięcy w mieście liczącym półtora miliona mieszkańców). Podobnie jak liczba chrztów i komunii. Najbardziej jednak ucierpiały śluby kościelne – jest ich mniej aż o siedemdziesiąt pięć procent31.

– Do dwunastego roku życia jesteśmy chrześcijanami. A potem stajemy się bezczelnymi ateistami – mówi nam koleżanka Melisa, masażystka około trzydziestki. – Czasem bierzemy ślub kościelny, bo nasza babcia o tym marzy. Z tego samego powodu chrzcimy dzieci.

Siedzimy na piwie i pizzy w knajpie na rogu ulic. W Monte­video na takich skrzyżowaniach najczęściej wyrastają bary, restauracje, warzywniaki czy sklepy, bo ich witryny kuszą podwójnie. Miasto jest pocięte na prostopadłe kawałki jak niedzielny placek z jabłkami dla wielopokoleniowej rodziny. Gdy ktoś podaje adres, dla ułatwienia zawsze uściśla, przy skrzyżowaniu jakich ulic znajduje się numer jego kamienicy. My mieszkamy przy ulicy Zelmara Micheliniego 1073, róg Durazno. Niedaleko cmentarza komunalnego, gdzie groby, zamiast chryzantem, dekorują pomarańczowe grzebienie strelicji królewskiej.

Większość ulic w centrum Montevideo, które biegną z północy na południe, ku wybrzeżu, przecina po drodze główną arterię – aleję 18 Lipca. Zaczyna ona tętnić na placu Niepodległości, w sercu stolicy, i łączy najstarszą dzielnicę, niegdyś okoloną murami obronnymi (Montevideo powstało w XVIII wieku jako twierdza), z obecnym ścisłym centrum. Na placu rosną trzydzieści trzy palmy – tyle, ilu według urugwajskiej mitologii założycielskiej było wyzwolicieli kraju. Na samym środku na koniu z brązu zmierza ku wolności najważniejszy bohater narodowy, generał José Artigas. W rogu stoi Palacio Salvo, jeden z emblematów Montevideo. Wysoki na sto metrów – albo dwadzieścia siedem pięter. Gdy powstał pod koniec lat dwudziestych XX wieku, był najwyższym drapaczem chmur w Ameryce Łacińskiej.

Jednak, nie licząc biurowców i wieżowców administracji publicznej, większość budynków w Montevideo jest dwu- lub trzypiętrowa. Podobnie jak dom, w którym wynajmujemy pokój bez okna, często rosną one w rzędach niewidocznych na pierwszy rzut oka. Okna kamienicy wychodzące na ulicę należą tylko do mieszkania od frontu – za drzwiami podobnymi do wejściowych otwiera się korytarz, z którego wchodzi się do kolejnych domów, przyklejonych do tego pierwszego. W mieszkaniach na tyłach jest mniej światła i powietrza, zorganizowane są więc wokół wewnętrznych patiów z podnoszonym świetlikiem.

Aleja 18 Lipca dobiega do parku Batllego, gdzie stoi stadion Centenario, świadek pierwszych mistrzostw świata w piłce nożnej, rozegranych w Urugwaju w 1930 roku. Po drodze po obu stronach arterii rozkładają się knajpki, sklepy, teatry i kina. Według przeprowadzonej ankiety Montevideo zwyciężyło w rankingu na najlepsze miasto do życia w Ameryce Łacińskiej, między innymi pod względem bezpieczeństwa, poziomu zanieczyszczeń, jakości usług medycznych, edukacji czy rozrywek32. Jak na napakowaną ludźmi i pojazdami latynoską stolicę rzeczywiście jest tutaj dość spokojnie. Poza kilkoma alejami ruch jest ograniczony. Po jezdniach suną wysłużone samochody, bo mieszkańcy wychodzą z założenia, że lepiej pomajstrować przy starym, niż kupować nowy. Głównie dlatego że musieliby odprowadzić astronomiczny podatek – pojazd z salonu kosztuje ich prawie dwa razy więcej niż sąsiadów za obu granicami.

 

Montevideanos rzadko biegają po ulicach w gorączce. Zdecydowanie częściej kroczą spacerowym tempem z mate w ręce. Nie rozstają się z nią nawet wtedy, gdy robią zakupy na najsłynniejszym targu Tristán Narvaja. W jednej dłoni niosą bom­billę, w drugiej siatki z zakupami, a przez ramię przewieszają skórzany pojemnik na termos. Od stu lat co niedziela kilka cuadras, przecznic, na północ od alei 18 Lipca, zostaje wyłączonych z ruchu. Zasypują je tysiące stanowisk z warzywami, przyprawami, herbatami, starymi książkami, różnej jakości antykami i rzemios­łem. W każdy weekend robimy tu zapasy na cały tydzień, bo na pchlim targu można dostać najtańsze w mieście warzywa i owoce.

To nasze ulubione miejsce, po rambla, promenadzie nad wodą, z której Urugwajczycy są dumni szczególnie. Ciągnie się ona przez ponad dwadzieścia dwa kilometry, zahacza o porty, plaże, latarnię morską na cyplu Punta Carretas. Montevideo leży nad potężnym lejem La Plata, gdzie spotykają się bure rzeki Parana i Urugwaj, by wspólnie zasilić Ocean Atlantycki. I choć to de facto ujście słodkiej wody, mieszkańcy stolicy nazywają je „morzem”.

Po piwie idziemy z Melisą na rambla i przysiadamy na murku. Po chodniku jeżdżą nastolatki na deskorolkach, starsi panowie stoją nad zarzuconymi w czarną toń wędkami. Kawałek dalej grupa bębniarzy ćwiczy candombe, afrourugwajską muzykę, która narodziła się na ulicach Montevideo. Zdaje się, że zakochana para, popijająca wino z plastikowych kubków, w ogóle tego nie słyszy.

Pytamy, czy Melisa zna Kodeks moralny dla dzieci33 z 1920 roku, na który natknęliśmy się w Bibliotece Narodowej (położonej, oczywiście, w alei 18 Lipca). Może kiedyś słyszała coś o nim na lekcjach historii?

Nie bardzo pamięta.

Każde z zamieszczonych w Kodeksie przykazań zawiera trzy stosowne rozwinięcia. My wynotowaliśmy wyłącznie esencję.

1. Zachowuj się dobrze.

2. Bądź panem siebie.

3. Wierz w siebie.

4. Bądź godny zaufania.

5. Graj fair.

6. Wypełniaj swoje obowiązki.

7. Wykonuj dobrze swoją pracę.

8. Naucz się współpracować.

9. Bądź dobry.

10. Bądź wierny.

I jeszcze ostatnia wskazówka, napisana dużymi literami: „Jeżeli pewnego dnia, tuż przed podjęciem działania, będziesz się obawiać, że zrobisz się czerwony ze wstydu, jeśli ten czyn wyjdzie na jaw, drogie dziecko! w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest powstrzymanie się od podjęcia tego działania”.

Matka Boska

Sto lat po wejściu w życie kluczowej dla obowiązującej w kraju świeckości reformy konstytucyjnej siedzimy na kawie z Elizabeth Cardarello, dyrektorką wyrzuconą z liceum numer 46 w Montevideo. Pulchna, w średnim wieku, z trzydziestoletnim stażem w nauczaniu języka hiszpańskiego. Wygląda jak wcielenie łagodności; na pewno garną się do niej młodsi uczniowie.

Do feralnego liceum w robotniczej dzielnicy Nowy Paryż trafiła przez przypadek, gdy po raz pierwszy uruchomiono zapisy do konkursów dyrektorskich przez internet. Przez cały wieczór siedziała przy komputerze. Sąsiadowi z naprzeciwka akurat zmarła matka, zadzwonił po pomoc. Gdy Elizabeth wróciła przed ekran, wykończona, po prostu kliknęła w najbliższą placówkę.

Poprzedni dyrektor odszedł na emeryturę. Przez rok nikt się nie zgłosił na jego stanowisko – dzielnica jest dość biedna, przez co skomplikowana. Pod nieobecność szefa, w zastępstwie, zgodnie z przepisami, liceum kierowali nauczyciele.

– Kiedy tam przyszłam, wicedyrektor mnie uprzedził: „będzie ci ciężko nimi zarządzać, kadra przyzwyczaiła się, że nikt jej nic nie narzuca”.

Protesty w tej szkole zdarzały się już wcześniej. Nauczyciele to jedna z grup zawodowych, która bardzo często wychodzi w Urugwaju na ulicę z powodu zbyt niskich płac lub nadmiaru obowiązków (pracują średnio po czterdzieści kilka godzin w tygodniu). Ale nie tylko oni. Historycznie związki zawodowe mają w kraju mocną pozycję. W trakcie naszego pobytu kilkukrotnie ogłaszano paro general, strajk generalny, a związkowcy maszerowali dumnie, blokując aleję 18 Lipca.

Jednak w 2012 roku strajki w liceum numer 46, według relacji Cardarello, przybrały wyjątkowo niepokojącą formę. Pracownicy co wtorek zamykali się w pokoju nauczycielskim, by debatować o rzekomo trudnej sytuacji w szkole. Bez dyrektorki. Przy ciastkach i kawie. Uczniowie nie narzekali, że lekcje znów odwołano.

– Dzieci wracały do domów, a rodzice coraz częściej pytali: czy to jakiś rok strajków? Nic nie mogłam zrobić. Podwładni knuli. Raz wchodzę do sali, a tam wszyscy, nawet sekretarka, nawet ekipa sprzątająca. Tylko mnie nie zaproszono. Na tablicy wielki napis: „Konflikt z dyrektorką”. Słyszę, jak rozmawiają o problemach, jakie ze mną mają, o mobbingu, złym traktowaniu. Oni chcieli po prostu przejąć władzę, a ja byłam przeszkodą. O Bogu nikt się wtedy jeszcze nawet nie zająknął – żali się Elizabeth. – A cukiernik w każdy wtorek wręczał mi rachunek na sześćset peso.

Nauczyciele zajadali spisek. Na stole lądowały lukrowane pączki z dżemem z pigwy, mdłe ricardito zatkane bitą śmietaną i polane grubą warstwą czekolady, makaroniki z jedwabistym dulce de leche. Dyrektorka opowiada, że dzwonili też do centrali Rady Szkolnictwa Średniego. Domagali się wizytacji. Najpierw telefonowali raz w tygodniu, potem codziennie. Tak długo, aż inspektorka miała dość i przeszła na emeryturę.

Zdaniem Elizabeth, gdy tylko ktoś stawał po jej stronie, jak właścicielka szkolnej stołówki, spotykał się z ostracyzmem. ­Nauczyciele zaczęli zaopatrywać się w pobliskim supermarkecie, dopóki stołówka nie splajtowała.

Aż w końcu wymyślili Boga.

Cardarello należała wtedy do wspólnoty charyzmatycznej ojca Elizagi. W aucie woziła różaniec, na szyi, jak zawsze, nosiła medalik. Przysięga nam jednak na rany Syna Bożego, że w szkole Chrystus wyrwał się jej z ust tylko raz. Ale dla nich, jak mówi, o raz za dużo.

– Krzyczeli: „W szkole opowiadasz o Bogu?! Naruszasz zasadę świeckości!”. Wykorzystali moją wiarę. Wiedzieli, że jestem katoliczką, choć w szkolnych murach o tym nie rozmawiałam. Zmyślili różne sytuacje. Według nich chodziłam po klasach i opowiadałam, gdzie w Montevideo są kościoły. Po biologii mówiłam dzieciakom o życiu zaczynającym się w Bogu. Świadkami tych zdarzeń mieli być dwaj upośledzeni uczniowie, których rzekomo zachęcałam do modlitwy.

Tak wygląda sytuacja w relacji Elizabeth. Tymczasem w gazetach pojawiały się sensacyjne tytuły: Drugi dzień bez lekcji w liceum 46, bo dyrektorka mówiła o Bogu. Jeden z nauczycieli hiszpańskiego Gustavo Hernández tłumaczył na łamach „El Observador”, że chcą odwołania dyrektorki za nękanie, mobbing i naruszanie zasady świeckości34.

– Najgorsze jest to ostatnie – zaznaczył.

W tym jednym się zgadzali: bez względu na to, ile ciastek zjedzono i lekcji odwołano, czy był mobbing, czy nie, kluczowym zarzutem wobec Elizabeth stała się rzekoma ewangelizacja uczniów.

Okupację liceum nauczyciele rozpoczęli we wtorek w południe. Powiedzieli dyrektorce: „Zajmujemy liceum”.

Zabarykadowała się w gabinecie. Nie wychodziła nawet do toalety. Pamięta, że trochę się modliła, głównie jednak oczekiwała w milczącym napięciu. Niepokojącą wiadomość o okupacji wysłała faksem do Rady Szkolnictwa Średniego.

Na zewnątrz nauczyciele rozdawali oczerniające ją ulotki, wydrukowane na szkolnym papierze.

Wieczorem pod żółtą fasadą liceum ustawiły się media, przyjechali inspektorzy. O 18.38 dyrektor Cardarello opuściła budynek.

– Bili brawo. Bili i wciąż bili. Wygrali, odchodziłam – mówi smutno. – Czułam, że Bóg jest ze mną. Nie, nie miałam wrażenia, że to jakiś Jego test. To tylko produkt ludzkiego zła, nic więcej.

Nazajutrz chciała wrócić po dokumenty, nauczyciele otoczyli jednak szkołę łańcuchem rąk. Rzeczy Elizabeth odebrała pani inspektor.

Słowo

Gdy ktoś zapyta Urugwajczyków, czym jest laickość, z której są tacy dumni, raczej nie usłyszy spójnej definicji. W odpowiedzi za to niemal na pewno padną hasła: „Nie mówić o religii ani polityce w szkole publicznej”, „Separacja kościoła od państwa”. Od co większych radykałów można usłyszeć: „Precz z religią! Do czego nam potrzebna? To przecież obskurantyzm!”.

Dlatego po definicję pukamy do Néstora da Costy, uznanego urugwajskiego socjologa, specjalisty od tematu świeckości i religii. Jego biuro mieści się w surrealistycznym miejscu – poddasze stylowej kamienicy przypomina gabinet Albusa Dumbledore’a z opowieści o Harrym Potterze. Z zabytkowej zakratowanej windy wychodzimy przez szafę wprost na wykonany z ciemnego drewna ogromny stół, za którym siedzi naukowiec. Wskazuje nam obite skórą krzesła. Zastrzega, że nie wszystkie języki odzwierciedlają różnicę między laicidad a laicismo; nie ma jej na przykład w angielskim czy w niemieckim.

Na szczęście polski daje sobie z nią radę. Za tłumaczeniem Néstora przyjmujemy rozróżnienie na laickość, czyli świeckość, i laicyzm.

– Świeckość to gwarancja wolności wyznania i sumienia, niezależności państwa od jakiejkolwiek religii. Zasadę świeckości stosują również kraje, w których wciąż funkcjonują kościoły narodowe, na przykład Anglia i Dania. Laicyzm to z kolei podejście, które zwalcza wszelkie przejawy religijności jak chorobę. Jego przedstawiciele postawili sobie za cel, by wszystko, co religijne, znikło ze sceny publicznej. W Urugwaju laicyści mają przede wszystkim jednego wroga: Kościół katolicki.

Urugwajczycy najpierw wyrzucili Kościół z cmentarzy. Stało się to w 1861 roku, dzięki pewnemu masonowi. Kiedy jezuicki ksiądz z miejscowości San José odmówił pochówku w poświęconej ziemi szanowanemu katolikowi i wolnomularzowi Enrique Jacobsonowi, jego współbracia, domagając się miejsca na cmentarzu, przywieźli zwłoki do Montevideo. Trzy dni później rząd wydał dekret, którym zsekularyzował wszystkie urugwajskie nekropolie.

Jeszcze w XIX wieku wprowadzono obowiązkowe śluby cywilne i powszechną świecką edukację. W 1906 roku krzyże wyleciały ze szpitali, a po roku Bóg wraz z Ewangelią musieli wynieść się z przysięgi parlamentarnej. Pięć lat później przedstawiciele władzy dostali zakaz uczestnictwa jako reprezentanci państwa we wszelkich uroczystościach religijnych.

W 1919 roku, gdy weszła w życie konstytucja z 1917 roku, ostatecznie separująca Kościół od państwa, nastąpiła sekularyzacja również świąt religijnych. Trzech Króli stało się Dniem Dzieci, Święto Niepokalanego Poczęcia Matki Boskiej – Dniem Plaż, a Boże Narodzenie zastąpiono Świętem Rodziny. Mimo to w grudniu święte mikołaje wciąż pchają się do urugwajskich telewizorów i centrów handlowych, razem z równie abstrakcyjnymi w tym klimacie płatkami śniegu.

W 2016 roku Kościół katolicki rozpoczął kampanię marketingową, by przypomnieć o narodzinach Jezusa. Rozdano blisko trzydzieści tysięcy banerów z szopką, które wierni wywiesili na balkonach. Sprawę odnotowały media, dziennikarze próbowali dowiedzieć się, która agencja reklamowa odpowiada za tę akcję. „Żadna. To Duch Święty” – odparł kardynał Daniel Sturla35. O pomysłach na rekonkwistę świąt chcieliśmy porozmawiać z nim osobiście, jednak przez półtora miesiąca sekretarka duchownego nie znalazła w jego kalendarzu wolnego terminu.

Jeszcze gorzej niż z Bożym Narodzeniem jest z Wielkanocą, która ponad wiek temu stała się Tygodniem Turystyki. W trakcie ustawowych dni wolnych obywatele już od dawna nie myślą o poście i umartwieniu, tylko jadą na wakacje. Na plażę, na regaty nad rzekę Urugwaj, na festiwal piwa w Paysandú, zawody jeździeckie gauchów.

Albo na wyścig rowerowy Vuelta Ciclista del Uruguay.

Jeszcze przed stu laty na jego trasie znalazłyby się niemal same święte miejscowości. Jednak w latach dwudziestych XX wieku, na fali sekularyzacji, zmieniono nazwy ponad trzydziestu puebli noszących imiona świętych. Mimo to na mieszkańców położonego w sercu kraju Paso de los Toros wciąż mówi się isabelinos, od poprzedniej nazwy miasteczka Santa Isabel, a na tych z Punta del Este – fernandinos, po niegdysiejszym San Fernando. Chyba już tylko gentilicio, hiszpańskie nazewnictwo określające mieszkańców miasta lub regionu, oparło się laicyzacji. W 1935 roku Rosita Forbes, znana brytyjska podróżniczka, zanotowała: „Z rajskiego ogrodu do utopii – oto droga przebyta z Brazylii do Urugwaju. Odwiedziłam liczne szkoły i zdziwiło mnie, że dzieci tutaj wiedzą, kim jest Bernard Shaw czy Włodzimierz Lenin, a kompletnie nie znają imion apostołów”36.

 

Urugwaj do dziś jest odmieńcem wśród państw Ameryki Łacińskiej. Najmniej ludzi wierzy tutaj w Boga. Katolicy stanowią czterdzieści procent społeczeństwa (w sąsiedniej Argentynie siedem­dziesiąt, w Brazylii – sześćdziesiąt). Dziesięć procent Urugwajczyków to ateiści, a jedna czwarta z nich to wierzący bez pośrednictwa jakiegokolwiek Kościoła37. Pod tym względem bardziej przypominają Hiszpanów niż Latynosów.

Gdzie więc podział się Bóg?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?