Wyhoduj sobie wolność

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Akt II

Ze zdziwieniem odkrywają hiszpańskich kuzynów: w burmistrzu, dywanie, bazylii i klopsiku. W słowach, które rozpoczynają się od arabskiego rodzajnika określonego al: alcalde, alfombra, ­albahaca, albóndiga. Rozpoznają je też na targu w barrio, dzielnicy (z klasycznego arabskiego barri): aceituna – oliwka (zajtuna), azúcar – cukier (sukkar), naranja – pomarańcza (narandż).

Urugwaj ich zaprosił, bo to akt humanitarny. Tak powiedział prezydent.

Przyjechali z nadzieją na nowy start.

Jednak na targu jest drogo, a nadziei ubywa z każdym miesiącem. Rozbijają zatem namiot pod ambasadą USA w Montevideo i domagają się większego wsparcia finansowego.

Pięciu z sześciu byłych więźniów Guantanamo.

Czterech Syryjczyków, Palestyńczyk i Tunezyjczyk. Przylecieli trzy miesiące po syryjskich uchodźcach i otrzymali taki sam status jak tamci. Od 2002 roku przebywali w więzieniu na Kubie – bez wyroku, bez procesu, bez dowodu, że są terrorystami.

José Mujica dobrze wie, jak to jest siedzieć ponad dekadę za kratami. Negocjuje z Białym Domem przyjęcie arbitralnie osadzonych, mimo że nie popiera go w tym działaniu połowa Urugwajczyków (za jest trzydzieści procent). Prezydent Pepe próbuje przy okazji wymusić na Stanach Zjednoczonych uwolnienie trzech Kubańczyków z zarzutem szpiegostwa, od piętnastu lat zamkniętych w amerykańskim więzieniu, mimo że nie udowodniono im winy, a także deklarację o zniesieniu nałożonego na Kubę embarga.

Biały Dom się miga, ale Barack Obama jest wdzięczny, że Mujica pomaga mu w opróżnieniu obiektu, który obiecał zlikwidować. W 2009 roku wydaje nawet stosowny dekret, jednak pięć lat później w Guantanamo wciąż przebywa 136 osób. Obecnie 41, lecz następca Obamy Donald Trump zapowiada już, że od nowa zapełni je „złymi typami”20.

W Urugwaju byli więźniowie są wolni. Mogą wyjechać za granicę choćby jutro, o ile ktokolwiek ich przyjmie. Syryjczyk Dżihad może swobodnie podjąć strajk głodowy, nie tak jak w Guantanamo. Tutaj nikt nie będzie go dokarmiać na siłę sondą przez nos. Co najwyżej zostanie zawieziony do szpitala, gdy już nie będzie innego wyjścia21.

Przyjazdowi więźniów przyklasnęły Human Rights Watch i Organizacja Państw Amerykańskich, jednak na lotnisku nikt na nich nie czekał. Może dlatego że wylądowali w bazie lotniczej numer jeden?

Nie mija pół roku, gdy dwaj z nich biorą ślub religijny z konwertytkami w Egipskim Centrum Islamskim, które spełnia funkcję meczetu dla garstki urugwajskich muzułmanów. Obie żony doniosą później na policję, że są bite. Sąd wyda wyrok o zakazie zbliżania się do nich, a mężczyźni dostaną elektroniczne bransoletki na kostki22.

Choć plan ich przyjęcia znów okazał się raczej improwizowany, a w prasie przewijają się nagłówki o porażce i cierpieniu przybyszów oraz o Mujice, który żałuje swojej decyzji, niektórzy zaczynają sobie radzić.

Ci, co bili, pracują – już bez opasek – na parkingu Centrum Islamskiego. Omar jest samotny, Tunezyjczyk Adel ma nową żonę. Przyleciała z jego ojczyzny. Wciąż bezrobotny Palestyńczyk Mohammad, jedyny, który nigdy nie protestował, ożenił się z konwertytką. Urodziło mu się dziecko. Ali uczy arabskiego, ma dziewczynę. Podobnie jak Ahmed, który wyrabia arabskie słodycze we własnej firmie Nur i z grupą rowerzystów zwiedza Urugwaj.

Tylko Dżihad nie widzi tu dla siebie życia. Przestrzega innych więźniów, żeby nie przyjeżdżali za żadne skarby świata. Że urugwajski rząd nie spełnił obietnic, bo wciąż nie dojechała do niego rodzina.

Przedostaje się do Brazylii, nielegalnie (straż graniczna już raz go zawróciła, powołując się na przepisy antyterrorystyczne). Stamtąd do Wenezueli, skąd próbuje wylecieć do bliskich. Deportowany do Montevideo, rozpoczyna głodówkę.

– Jeśli umrę, winę za to poniosą rządy USA i Urugwaju – mówi prasie23.

Nie umiera. Wyjeżdża do RPA.

Znów deportacja.

Wyjeżdża do Maroka.

I znowu.

Żona czeka w Turcji.

4
Kraj tłustych krów

Urugwajczyk zjada dziewięćdziesiąt pięć kilogramów wołowiny rocznie. W tym kraju na każdego mieszkańca przypadają trzy sztuki bydła. W portowym Fray Bentos, gdzie za rzeką rozciąga się już Argentyna, zapewniają, że urugwajskie krowy uratowały świat.

A było tak: w XIX wieku zamieszkały w Urugwaju niemiecki inżynier Georg Giebert, z pomocą chemika Justusa von Liebiga oraz anglo-belgijskiego kapitału, założył firmę produkującą mięsną pulpę. Puszki o wadze jednego funta miały zmienić nawyki żywieniowe świata. Pierwszy przydział dostali żołnierze broniący oblężonego Paryża podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku. W trakcie wojen burskich na froncie królowała zaś peklowana wołowina z dużymi kawałkami soli, firmowana przez markę OXO.

Im więcej było punktów zapalnych, tym więcej rogatego bydła we Fray Bentos szło na rzeź. Na frontach I wojny światowej nazwa miasta i firmy weszła do potocznego języka brytyjskich żołnierzy – „Jak się masz? Fray bentos” – zapewne ze względu na fonetyczne podobieństwo do francuskiego „très bien”, „w porządku”. A może dlatego, że Amerykanie nie śpieszyli się z pomocą i nie nauczyli jeszcze świata swojego „okej”?

W trzeciej bitwie pod Ypres w 1917 roku francuscy żołnierze z czołgu nazwanego Fray Bentos, na cześć ich głównego posiłku, przez siedemdziesiąt godzin heroicznie bronili się przed ostrzałem niemieckim. William Bird z 42 batalionu Kanadyjskich Sił Ekspedycyjnych napisał nawet wiersz – dziennik wojenny z punktu widzenia puszki z mięsem.

Jeszcze przed II wojną światową firmę w całości przejęli Brytyjczycy. W trakcie walk w Afryce żołnierze alianccy nazwali urugwajskie konserwy „pustynnymi kurczakami”. W fabryce we Fray Bentos pracowało wtedy ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi na trzy ośmiogodzinne zmiany, każdego dnia przerabiano tysiąc sześćset sztuk bydła. Miasteczko położone w „kraju tłustych krów” określano wówczas „kuchnią świata”. „Jedyny zmarnowany element wołowiny to krowi ryk” – głosił obiegowy żart z tamtych lat. Z tłuszczu produkowano mydło, z włosia usznego pędzle, kamienie żółciowe trafiały do przemysłu perfumeryjnego jako utrwalacz zapachu.

W 1943 roku Fray Bentos posłało aliantom na front szesnaście milionów puszek wołowiny. Mimo że dopiero dwa lata później, dokładnie 14 lutego 1945 roku, Urugwaj wypowiedział wojnę Niemcom i Japonii, a następnie dołączył do ONZ.

Mieszkańcy śmieją się, że przypłacili obie wojny jedynie wysokim cholesterolem.

Prawda jest bardziej skomplikowana: wraz z końcem wojen nastał zmierzch koniunktury i Fray Bentos. Dziś dawna fabryka chwali się wyłącznie wpisaniem jej na listę światowego dziedzic­twa UNESCO.

Na mapie świata znaczy obecnie tyle co krowi ryk.

5
WC dla papieża

Droga ze stolicy na północ Urugwaju jest monotonna. Płaska, prosta, zielona. Wiedzie wzdłuż drutu kolczastego, który oddziela kolejne pastwiska. Stary gaucho, który idzie przy asfalcie, ma opaloną, jakby naoliwioną skórę. Nosi beret, wysokie buty i obowiązkowe bombachas, szerokie farmerskie spodnie. Podrzucamy go do miasteczka. Dziwi się, że nie znamy słowa „manguera”, które określa bramę między pastwiskami.

Na łąkach rosną drobne żółte kwiatki, agawy i kaktusy. Między nimi krowy miarowo mielą w zębach trawę. Czasem wychodzą na szosę bez zamiaru ustąpienia nam pierwszeństwa, najczęściej jednak jadą nią w przeciwną stronę, do Montevideo, na ubój. Przez dwieście pięćdziesiąt kilometrów mijamy siedem ciężarówek z podwójnymi naczepami pełnymi żywego, ryczącego towaru. I ani jednego miejsca, gdzie można kupić coś ciepłego do jedzenia.

Wybawia nas Fraile Muerto, Zmarły Braciszek, miejscowość, gdzie w blaszanej przydrożnej budce jakaś kobieta sprzedaje domowej roboty hot dogi z pesto z pietruszki, pomidorami i prażoną cebulką. Druga lokalna atrakcja to automat z wrzątkiem do mate.

W kolejnym miasteczku zatrzymujemy się z nadzieją na kawę. Kawiarni jednak brak, a restauracje obiadowe są jeszcze zamknięte. Kupujemy więc neski z automatu na stacji benzynowej.

Urugwaj choruje na makrocefalię. Montevideo to wielka głowa, w której tłoczy się półtora miliona Urugwajczyków (w aglomeracji prawie dwa miliony). Wątłe, acz rozległe ciało – interior – dopełnia liczbę mieszkańców kraju do trzech i pół miliona. Urugwajski prawnik i dziennikarz Carlos Quijano pisał w latach trzydziestych XX wieku, że jego ojczyzna to „kraj ranczerów i urzędników. […] miasta oprócz stolicy, z jednym lub dwoma wyjątkami, wegetują albo umierają”24. Do dziś zaledwie jedno z nich, Salto, osiągnęło sto tysięcy mieszkańców.

Zielony bezruch nie jest atrakcyjny dla turystów. Przewodniki z premedytacją pomijają urugwajski interior i prowadzą ich wprost do atrakcji Montevideo oraz nadmorskich kurortów. W krainie gauchów czas zardzewiał. Miejscami gubią się nawet fale radiowe, choć radio wciąż wydaje się tutaj podstawowym źródłem informacji. Jest jak furtka do wiadomości o sąsiednich farmach, o podwyżkach cen zboża tuż za granicą czy zbliżających się targach rolniczych. Gorącym newsem jest raczej zagubione stado niż atak terrorystyczny w egzotycznym Sztokholmie. To wyłącznie ciekawostka, podobnie jak niespodziewana wizyta obcokrajowców. Kiedy zatem dojeżdżamy do Melo, niemal od razu lądujemy przed mikrofonami audycji Czas dla wszystkich.

 

– Najdrożsi gauchowie, wasze piękniejsze połówki, dziś wyjątkowy dzień, bowiem gościmy cudzoziemców, niecodzienna to wizyta, dwoje dziennikarzy z dalekiej Polski. Przemierzyli Ocean Atlantycki, ach, ileż godzin spędzili w samolocie, a potem w kolejnych środkach transportu, a może przyjechali samochodem, sama teraz nie wiem, by dotrzeć do naszego kochanego Melo, na zapomniane rubieże Urugwaju, by podążać ślad w ślad za ich umiłowanym rodakiem Janem Pawłem II.

Prowadząca Florencia ekstatycznie wije się przed mikrofonem radia Głos Melo. W przerwach siorbie mate.

– Bo kto dziś pamięta, że stopy świętego Papy, jak mówią o nim katolicy, dotknęły zielonych połaci Melo? – podejmuje. – A teraz oni. Piszą książkę. O papieżu. O Melo. Kto by pomyślał? Śmiało, opowiedzcie: czego tutaj szukacie?

– Tak konkretnie to toalety.

– Ach, toalety… – urywa rozpędzona Florencia. – Przybyli tutaj, za Papą, fascynujące. Każdy z was, kochani mieszkańcy Melo, może im pomóc odnaleźć legendarną toaletę! Dzwońcie!

Przerwa na reklamy. „Najświeższe kotlety w promocji naszej masarni”, „Opona do wymiany? Zadzwoń pod numer…” Mauricio wykrzykuje, poświstuje, w końcu zaczyna imitować gdakanie. „Danie dnia: kurczak w porach”.

Mauricio ma trzydzieści lat stażu w czytaniu ogłoszeń na żywo.

Gdakał również w 1987 roku, gdy ówczesny biskup Melo, monseñor Roberto Cáceres, zadzwonił z Watykanu do radia, by puścić w eter nowinę, że miasteczko odwiedzi Jan Paweł II. Za mikrofonem siedział wtedy radiowiec Sergio Sánchez, którego głos znał każdy mieszkaniec.

Dźwiękowiec Hannibal tkwił, jak teraz, za dźwiękoszczelną szybą.

– Myślałem, że z tych emocji Sergio dostanie zawału.

– Zwariował, jakby upalił się trawką. Przez cały kolejny rok mówił wyłącznie o papieżu. Tylko Jan Paweł i Jan Paweł, że jego syn też Jan Paweł. Że to znak od Boga. – Mauricio od reklam zanosi się śmiechem. – Polak przyjechał, a Sergio zniknął. Pewnie przez ten cud. Wiecie, że w Melo papież zamienił hamburgery w gwoździe?[3]

Melo to pięćdziesięciotysięczne miasteczko, w którym wybory na burmistrza wygrywa się hasłem: „Robimy to po swojemu”. Pod wieloma względami bliżej stąd do Brazylii niż do Montevideo. Mieszkańcy mówią w portuñol, mieszance portugalskiego i hiszpańskiego. Im dalej od stolicy, tym więcej katolików – to tutaj powstały pierwsze diecezje w Urugwaju. Mimo to miejscowy ksiądz narzeka, że podczas mszy ledwie zbiera się kilkadziesiąt osób.

Pięćdziesiąt kilometrów za Melo znajduje się przejście graniczne w Acegui. W guarani, języku rdzennych mieszkańców, nazwa ta oznacza krainę wiecznego spokoju.

Jest 1988 rok, a Beto i jego przyjaciel Negro codziennie kursują rowerami między Urugwajem a Brazylią. Są quileros, kontrabandzistami. Szmuglują kilogramy. Wyłącznie te, które się opłacają. Raz to paliwo, które w Brazylii bywa czterokrotnie tańsze, innym razem alkohol, papierosy, meble. Losy ich rodzin w dużej mierze zależą od przymkniętych oczu celników.

Dziś większość przemytników przesiadła się na motory, zwykle podrasowane hondy 125 z tylnym kołem od choppera. Trzy amortyzatory, zdemontowane siodełko, dalej parilla, rodzaj stelaża przypominający grill. Kierowca siedzi na zbiorniku paliwa. Mordęga dla kręgosłupa, zwłaszcza gdy wiezie się czterysta kilo.

Pod osłoną nocy kontrabandziści wyjeżdżają nagle z pól na przygraniczną trasę w kierunku Melo. Wracają z łupami. Rekordziści potrafią przewieźć za jednym razem szesnaście butli gazowych czy dwanaście kanistrów z benzyną. Lodówkę. Komplet mebli do kuchni. I piramidy żywności, które przeczą prawu grawitacji. Za kilogram dostają dwa, czasem trzy peso.

W 1988 roku, kiedy Beto ogląda w lokalnej telewizji zapowiedź pielgrzymki Jana Pawła II do Melo, honda 125 pozostaje w sferze jego marzeń. Ale zaraz po wiadomościach krzyczy do żony: „Kupię motor! Będziemy żyć normalnie!”.

Beto, bohater urugwajskiego paradokumentu Papieska toaleta25, zadłuża się, by zbudować publiczne WC dla pielgrzymów, którzy mają najechać miasteczko. Toaletę, oczywiście, szmugluje z Brazylii. Na rowerze.

– Żadna tam fikcja. To jest do zrobienia. – Lilita Menéndez, była nauczycielka angielskiego i parafialna katechetka, wzrusza ramionami. – Sama kiedyś przewiozłam na bagażniku mojej hondy umywalkę, bidet i kibelek.

Zdjęcia w zakurzonych ramkach wrosły w komodę i kominek. Na jednym z nich Lilita około czterdziestki, w szarozielonej garsonce, przyjmuje komunię z rąk Jana Pawła II w Montevideo. Jest 1987 rok, pierwsza wizyta papieża w Urugwaju, w ramach celebracji pokojowego rozwiązania konfliktu między Argentyną i Chile o kanał Beagle. Watykan mediuje, by na południu kontynentu uniknąć wojny.

– Wiecie, dlaczego tam byłam? – Lilita niespodziewanie się wzrusza. – Rok wcześniej, gdy pojawiły się pierwsze plotki o przyjeździe papieża, siedzieliśmy z mężem i synem na tarasie. Mąż, dobry chrześcijanin, mówi, że nie pojedzie do Montevideo, bo nie znosi tłumów. A ja, że w takim razie pojadę sama. Na co mój syn Felipe: „Mamo, ty to chyba na obelisk się wdrapiesz, żeby tylko go zobaczyć”.

Zanim papież przyjechał do stolicy Urugwaju, obaj mężczyźni Lility już nie żyli. Mąż umarł z powodu komplikacji po operacji nogi, syn zginął w wypadku samochodowym. Miał wracać do domu autobusem, kupił nawet bilet. W ostatniej chwili wskoczył jednak do auta znajomych.

Różaniec, który Jan Paweł II wręczył Lilicie w Montevideo, stał się dla niej pocieszeniem.

– Chodziłam po tym pokoju po przekątnej. – Gospodyni wskazuje na salon. Duża sofa, kominek naprzeciwko, regał z książkami po lewej, a po prawej stół jadalniany i krzesła. – Chodziłam tam i z powrotem, wciąż pytałam rozzłoszczona: „Dlaczego ja?”. Aż doszłam do wniosku, że nie ma na to ludzkiego wytłumaczenia. Powiedziałam: „Panie Boże, to twój problem. Ja muszę zająć się pozostałymi dziećmi”.

Sprzedała samochód i ziemię, zrezygnowała z nauczania angielskiego. Zaczęła handlować ryżem. Zamówienia zbierała na rowerze, a potem rozwoziła pick-upem szwagra pięćdziesięciokilogramowe worki.

Minął rok żałoby. Lilita ponownie miała spotkać papieża, tyle że w rodzinnym Melo. Została oddelegowana do komitetu powitalnego. Przygotowała transparenty: „Kochamy Cię, Janie Pawle II” oraz „Witamy w Melo”, zadbała o przystrojenie ołtarza watykańskimi flagami.

– Pierwotnie miał stanąć w parku nad rzeką. Ale Bóg dał kolejny znak: miesiąc przed pielgrzymką rzeka wylała. Wszystko trzeba było przenosić – wspomina. – A toaleta? Nie czarujmy się. W Melo czekały na papieża dwie grupy: jedna na następcę Chrystusa, druga na kogoś, na kim można zrobić biznes.

Redakcyjny buldożek francuski broni archiwum lokalnego tygodnika „Atlas”. Roczniki starych wydań są oprawione w czerwoną skórę. Pożółkłe reklamy mówią więcej o historii Melo niż poszatkowane nimi artykuły: „Konie najlepszej maści”, „Stroje dla gauchów”, „Owcza wełna na sprzedaż”. Gdzieś pomiędzy nimi krzykliwy tytuł: 300 ton! Rekordowe zbiory soi. Daje się zauważyć, że lokalna polityka w dużej mierze zależy od właścicieli ogromnych farm. Samo­rządowcy z dumą ściskają ich ręce na pamiątkowych zdjęciach.

W roku poprzedzającym uroczystość w Melo Jan Paweł II ląduje na pierwszej stronie „Atlasu”. Dziesięciokrotnie. Dzieli ją z wystawami koni i wizytą japońskiej ambasador. Ale im bliżej przyjazdu, tym bardziej Polak rozpycha się na szpaltach.

Piątek, 18 grudnia 1987 roku.

Wielki napis na okładce: „Potwierdzone”, poniżej zdjęcie Jana Pawła II. W środku zapis konferencji prasowej, podczas której pada sformułowanie: „Spodziewanych jest 30–40 tysięcy osób”.

Wtorek, 8 marca 1988 roku.

Stronę trzecią otwiera duży artykuł o postępach przygotowań do wizyty. Jeden z lokalnych samorządowców mówi: „Prace idą w dobrym kierunku, choć są nieco opóźnione”.

Piątek, 6 maja 1988 roku.

„Atlas” ogłasza na pierwszej stronie: „Wszystko gotowe na przyjazd papieża”. Wewnątrz numeru przesłanie do mieszkańców od biskupa Cáceresa na dwa dni przed przybyciem Papy: „Tyleż miast i regionów na całym świecie, tyleż wspólnot przez dwa tysiące lat trwania Kościoła katolickiego chciałoby mieć takie szczęście jak Melo”.

Zdanie kończy pięć wykrzykników.

*

Komplet wypoczynkowy w domku Felipe Pereiry jest tak zniszczony, że zdaje się pamiętać koniec lat osiemdziesiątych XX wieku. Dopiero co upadła prawicowa dyktatura, kolorowe towary szmuglowane z Brazylii zwiastowały nadejście kapitalizmu. Do tego niedługo miał przyjechać papież.

– To był mój miesiąc miodowy. Dwa tygodnie wcześniej wziąłem ślub. – Felipe uśmiecha się pod nosem. – W Melo słuchało się wtedy porannego programu radiowca Sáncheza. Facet ciągle mówił o papieżu, nakręcał ludzi. Sąsiad, który sprzedawał w dzielnicy empanadas, mocno się napalił. „Chodź, wystaw chociaż owoce, dwóch będzie lepiej widać”. Nakupiliśmy mięsa, żona smażyła całą noc. Zrobiliśmy dwieście hamburgerów i załadowaliśmy na pick-upa.

Felipe miał wtedy dwadzieścia lat. Grał w drużynie piłkarskiej w Rio Branco, a po treningach szmuglował przez granicę towary. Mocno śniady, wysoki, wciąż dobrze zbudowany; o upływie lat świadczy wyłącznie coraz bielsza skroń. Siwe włosy komponują się ze śladami mąki na ubraniu. Leniwie przeciąga się na kanapie.

Po latach zamienił sklepik na piekarnię. Gdy pytamy go o ślubne sto dolarów zainwestowane w papieża, tylko macha ręką. O reakcji żony nie chce mówić. Powtarza z uśmiechem, że przecież to był miesiąc miodowy.

Straty wpisane są w biznes.

Takich jak on było wielu. Zaręczeni rówieśnicy wydawali pieniądze odłożone na ślub. Kilku sąsiadów sprzedało motory. Znajomy religijnej Lility zastawił komplet mebli, inny oddał do lombardu stelaż od łóżka. Według miejskiej legendy byli i tacy, którzy obciążyli hipoteką domy.

Takie wspomnienia krążą po Melo.

Najwięcej ludzi brało jednak niskoprocentowe pożyczki. Jak choćby Walyts Abreu, rocznik ’59, urodzony quilero z dyplomem szkoły aktorskiej. Z dumą podkreśla, że zagrał epizody w dwu­nastu filmach i jednym krótkim metrażu. W sklepiku przy głównej trasie przelotowej sprzedaje szwarc, mydło i powidło, w przedpokoju w domu trzyma Koran i Biblię. Gdy stajemy w progu, oznajmia, że jest masonem, więc nie będzie mydlił nam oczu: na papieżu chciał wyłącznie zarobić. Nabył czterdzieści kilogramów mielonego mięsa. Żona i teściowa godzinami stały nad patelnią.

– Były też inne pomysły. Radio i władze bębniły: przyjedzie dwieście, trzysta, może nawet osiemset autobusów z pielgrzymami z Brazylii, trzeba być gotowym. Podzieliliśmy więc ulice przed domami na miejsca parkingowe. Piętnaście, czasem trzydzieści metrów, jeden autobus, to moje, to twoje, żeby było sprawiedliwie. Ludzie marzli przez całą noc, uparcie pilnując tych stanowisk.

Powstało ich około ośmiuset, na trzech ulicach. Rozpalone grille oświetlały napis: „Jan Paweł II. Świat pracy Cię pozdrawia”, na murze za ołtarzem. Entuzjazm mieszkańców Melo miał zapach smażonego oleju.

8 maja 1988 roku zbliżał się wielkimi krokami.

– Jak u nas powiesz, że jutro przyjeżdża cyrk z dwudziestoma słoniami, które żywią się wyłącznie truskawkami, to wszyscy zaczną sadzić truskawki – chrypi Carlos, bankowiec i zdeklarowany ateista. – Manija, nadmuchane – powtarza, gdy tuż przed północą wyciąga sąsiadów z łóżek, by ci opowiedzieli nam o wizycie papieża Polaka.

W końcu trafiamy do obskurnej spelunki z rodzaju tych, do których nie zaglądają kobiety. Odstraszają je lepki blat i spojrzenia pijanych klientów, grających w bilard i palących, choć na barze wisi plakietka: „Urugwaj wolny od dymu”. Na lodówce naklejka z Che Guevarą.

– Niech żyje Fidel! To bohater, na którym świat jeszcze się nie poznał. – Właściciel macha nam na powitanie czapką z czerwoną gwiazdą.

Na zapleczu leży stos martwych kurczaków, w zlewie – kawałek wołowiny.

Carlos i szef baru inscenizują przedstawienie. Zakurzone półki za ladą, które uginają się pod tanią urugwajską whisky, będą robić za ołtarz. Jeden z mężczyzn bierze na wpół dopitą butelkę, przerzuca ją z ręki do ręki. Domyślamy się, że to awionetka z papieżem na pokładzie. Na razie leci w stronę Urugwaju. Dwa niewielkie kieliszki, nieśpiesznie przesuwane po blacie, to nasi narratorzy.

 

W 1988 roku występowali razem w murga, tradycyjnej teatralnej trupie, która wystawia satyryczne show, głównie podczas karnawału. Tydzień przed przyjazdem papieża urządzili uliczny koncert z okazji Święta Pracy.

– Zamówiliśmy owce – mówi Carlos. – Nie jagnięta, tylko takie grube, tłuste owce. No i nam nie zeszły. Postanowiliśmy, że sprzedamy je w dniu papieskim.

Właściciel baru przytakuje cmoknięciem.

– Wtedy wszystkim nam się wydawało, że w jeden dzień staniemy się Ameryką.

Przekrzykują się, choć nie gra żadna muzyka, która mogłaby ich zagłuszać. Carlos z emocji aż wspina się na palce w japonkach. I opada.

– Położyłem się spać o drugiej, wstałem o piątej. Pomyślałem: wezmę motor, bo pewnie w alei de Mata nie będzie gdzie zaparkować.

– Musielibyście zobaczyć jego zdziwienie. Przyjeżdża, a tam nic. Wielkie nic. Żadnego autobusu – wtrąca właściciel.

W pijackim amoku panowie wciąż bawią się w teatrzyk. Pusta butelka po whisky ląduje na barze. Papież dotarł do Melo, więc w kierunku ołtarza wędruje największy z kieliszków.

Carlos próbuje sobie przypomnieć, co mówił Jan Paweł II, ale kwituje tylko:

– Coś tam było o ludziach pracy.

Nie minęła godzina, a awionetka odleciała.

– Ludzie rozglądali się dokoła i pytali: „To już po? To koniec?” – wspomina knajpiarz i polewa kolejkę. – Nasza baranina była wtedy jeszcze w połowie surowa, miała być gotowa w południe. Carlos chwycił za mikrofon i zawołał: „Jagnię Boże, błogosławione!”. Ludzie brali mięso i kończyli pieczenie w domu.

– Inni rozdawali jedzenie na ulicy! – rechocze Carlos. – Ale nie z dobrego serca. Rzucali te hamburgery obrażeni, wręcz wściekli. Przez cały tydzień resztki walały się po chodnikach.

– Ale my sprzedaliśmy wszystko! Pamiętasz te nasze pulchniutkie owieczki?

– Grubaski! Miały tyle tłuszczu. – Carlos pokazuje kilkucentymetrową przestrzeń między kciukiem a palcem wskazującym. – Były tak tłuste, że mogliśmy pomrzeć.

Środa, 11 maja 1988 roku.

Cały numer „Atlasu” poświęcony jest wizycie Jana Pawła II. Jeden z artykułów, zatytułowany euforycznie Papież podjęty przez niemal 50 tysięcy osób, donosi o nastrojach wśród mieszkańców Melo.

„W porównaniu z przewidywaniami liczba Brazylijczyków, którzy przekroczyli granicę, była mało znacząca, co wywołało niezadowolenie wśród tych, którzy przygotowali stanowiska sprzedaży.

Ostatnio władze wspominały o przyjeździe 800 autobusów do naszego kraju. Ta wielkość stopniowo malała; zgodnie z naszymi obliczeniami przez granicę w Acegui w niedzielę wjechało 40 samochodów, 20 autobusów i 1 motor, a przez przejście w Rio Branco 9 autokarów i 30 aut.

Konsultowaliśmy się z kilkorgiem właścicieli stoisk i wszyscy potwierdzili, że ponieśli ogromne straty, ponieważ »sprzedaż okazała się katastrofą«. […] W efekcie, według sondażu zrealizowanego przez »Atlas«, piekarnie zwiększyły sprzedaż, firmy garmażeryjne również zanotowały znaczny wzrost w utargu, ale w poniedziałek zalała je fala sfrustrowanych właścicieli stoisk, którzy chcieli zwrócić zakupione produkty. […] W cukierniach i jadłodajniach nie zanotowano istotnego popytu wśród klientów […]. Nie zaspokoiła oczekiwań tradycyjna sprzedaż coca-coli […]”26.

Mabel, właścicielka sklepu mięsnego, który od sześćdziesięciu sześciu lat działa w centrum Melo:

– Jeden klient, który zamówił kilogramy mortadeli, poprosił, by mu je przechować w zamrażarce. Tygodniami odbierał po kawałku. „Nigdy więcej nie zjem mortadeli”, powtarzał za każdym razem, gdy go widywałam.

– Nie sprzedaliśmy niczego! Cały tydzień jedliśmy hamburgery i hot dogi – śmieje się piekarz Felipe. – Nie, nikt nie wpadł na pomysł, by postawić toaletę. A to byłoby doskonałe! Ten kibel to świetna metafora naszego losu.

– W pierwszym odruchu wszyscy obwiniali papieża – mówi aktor Walyts. – „Już wyjeżdża ten skurwysyn?!”, wykrzykiwali ci nie­religijni. A potem zaczęliśmy analizować: przecież ten człowiek nie miał na nic wpływu. Z całym szacunkiem dla mojego przyjaciela Sergia, ale to on nadmuchał tę bańkę przez mikrofon.

– Śpiewa chór. Ja jestem po jednej stronie ołtarza, chór po drugiej, pieśni słyszę w tle. Ale widzę esplanadę, cały rząd stanowisk. Przemawiam do mikrofonu. Jestem wykończony po nocnym dyżurze w radiu, po tygodniach przygotowań do wizyty. Czuję jednak wyłącznie wdzięczność. Dla papieża.

Radiowiec Sergio, ówczesna gwiazda porannego programu w Głosie Melo, członek komitetu organizacyjnego wizyty, pochrząkuje nerwowo.

– O pielgrzymce na antenie mówiłem codziennie. Że drogi będą nieprzejezdne. Że przyjedzie osiemset autobusów, z Brazylii też. To były słowa urzędników, a nie moje wymysły. Ja tylko powtarzałem! Nie moja wina, że Brazylijczycy nie przyjechali. Nikomu nie powiedziałem, że ma stawiać budkę z towarami. Słyszało się w mieście, że niektórzy zastawili domy, sprzedali auta, ale to były tylko plotki.

Oglądaliśmy relacje z podróży papieża po świecie. Zawsze tłumy. Rok wcześniej w Montevideo masa wiernych. W brazylijskim Porto Alegre nie było gdzie wbić szpilki. Dlatego w dniu papieskim byłem w szoku.

Więc chór śpiewa, a ja tylko się rozglądam po bezradnych twarzach sąsiadów.

I wtedy popełniam największy błąd w moim życiu zawodowym. Zapraszam ludzi, by częstowali się przygotowanymi przysmakami. Zupełnie jakbym prowadził jakąś lokalną imprezę, a przecież byłem transmitowany na cały kraj! Wstyd!

Po mszy wyjechałem z Melo na trzy dni. Mówili, że zniknąłem, uciekłem, a tymczasem kolega zaprosił mnie na działkę. Żebym odpoczął. Wróciłem w środę, żona czekała załamana w drzwiach. „Jest fatalnie, ludzie są wściekli, dzwonią obrażeni do radia”. To była lawina telefonów.

Czy czuję się winny? Można mnie uznać za winnego wyłącznie zakochania się w tamtej atmosferze, w tamtych wszystkich działaniach, które wiązały się z pielgrzymką. To nie moja wina, że Urugwajczycy są zapobiegliwi. Że każdy wziął ze sobą z domu przekąskę. Zresztą do dziś do mieszkańców Melo nie dotarło, co się tutaj wydarzyło. Duchowy wymiar spotkania został przysłonięty faktem, że nie sprzedali trzystu hamburgerów.

– Nie mamy zasłon, właśnie oddałyśmy do prania – mówi zakłopotana boliwijska siostra o imieniu Szczęście, gdy przemyka cicho jak anioł i podsuwa kapłanowi szklankę wody.

Biskup Roberto Cáceres, który zaprosił Jana Pawła II do Melo, ma dzisiaj dziewięćdziesiąt pięć lat. Przebywa w Domu Emerytowanego Kapłana w Montevideo. Ciepłe popołudniowe światło wpada przez oszkloną ścianę pokoju wizyt z owalnym stołem i krzesłami.

– Jesteście z Polski? Miałem w seminarium kolegę. Kasparowski. Fedorowicz-Kasparowski. Dobry chłopak.

Powtórzy to siedem razy. Za każdym razem z od nowa przeżywanym zdumieniem, że powróciło do niego wspomnienie.

Monseñor podśpiewuje ulubione tango Mirando al sur i niespodziewanie zaczyna skandować: „Ju-an Pab-lo Se-gun-do, te quie-re to-do el mun-do!”, „Janie Pawle Drugi, kocha cię cały świat!”.

– Mieszkańcy Melo oczekiwali tłumów. A przecież wcześniej papież odwiedził okoliczne kraje. Musiałem ich trochę studzić, powtarzałem: nie spodziewajcie się zbyt wiele, przecież niedawno był w Brazylii. Widziałem, że przesadzają z kalkulacjami. Ale nie wypadało mi otwarcie mówić, że wierni się nie pojawią.

Biskup Cáceres zamyśla się na dobre kilka minut. Siostra Szczęście uśmiecha się dyskretnie.

– Melo, moje kochane Melo… Ta nasza najbiedniejsza diecezja, zawsze ostatnia. Melo, niczym melodia. – Ksiądz próbuje odrętwiałymi palcami wystukać rytm tanga. – Choć przez chwilę przestało być miasteczkiem zagubionym wśród pól. Świat dowiedział się, że istnieje. A wiecie, że katedra nie była przewidziana w planie wizyty? Nie przygotowaliśmy nawet klęcznika, który zwykle czeka w takich sytuacjach. A tu papież nagle decyduje, że wejdzie do środka, i klęka w ostatniej ławce!

Dziś tamtą spontaniczną modlitwę upamiętnia tabliczka w katedrze.

Na murze, przed którym stał polowy ołtarz, widać jeszcze napis „Jan Paweł II. Świat pracy Cię pozdrawia”. Odmalowano go na potrzeby filmu Papieska toaleta.

Na szczycie pobliskiego wzgórza, wśród nowoczesnych wiatraków, stoi krzyż, który papież pobłogosławił z awionetki.

Urząd miasta planował, że esplanada będzie nosić imię Jana Paw­ła II i stanowić przestrzeń rozrywkowo-kulturalną. Projekt ma już jednak ponad dekadę i niewielkie perspektywy na realizację.