Wyhoduj sobie wolność

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Akt I

– Czasem zastanawiam się, na cholerę wróciłam? – Wzrok reżyserki dokumentalistki Mariany Viñoles zawisa gdzieś na markizie rozwiniętej nad ulicą.

Siedzimy w jej salonie, jak mówi, czyli w barze Imperial naprzeciwko jej domu, na rogu ulic Soriano i Salto w Montevideo. Czerwone plastikowe stoliki, kelnerzy nieuprzejmi jak zwykle. Mariana macha synowi i córce, którzy właśnie znikają za drzwiami kamienicy.

Rodzina przeprowadziła się na stałe z Genewy do stolicy Urugwaju. Mariana wróciła po kilku latach w Europie, gdzie wylądowała, jak wielu rodaków, po kryzysie gospodarczym w 2002 roku.

– Urugwajczycy sądzą, że żyjemy w najpiękniejszym kraju na świecie, bo mamy dwieście dwadzieścia kilometrów atlantyckich plaż.

Fakt, pięknie tu żyć. I trudno.

– Niestety. – Mariana upija łyk piwa ze szklanki. – Syryjczycy boleśnie się o tym przekonali.

Do dobrej opowieści potrzebny jest bohater, który bardzo czegoś chce. Zdeterminowany zaczyna działać. Na przykład: on próbuje zdobyć ją. Idzie mu nieźle, jednak na pewnym etapie natyka się na niespodziewaną przeszkodę, co powoduje zjazd emocjonalny i zamieszanie w akcji. Później próbuje ułożyć sobie życie od nowa, z różnym skutkiem.

Mniej więcej tak właśnie wygląda drabinka napięcia w porządnej historii.

W tej opowieści Urugwaj chce zdobyć syryjskich uchodźców. Następują nieprzewidziane perypetie i wzajemne rozczarowania, po których nikt już nie potrafi znaleźć sobie miejsca – ani Syryjczycy, ani urugwajski rząd.

Mariana ma zatem doskonałą drabinkę do swojego dokumentu. Kiedy jednak postanawia pojechać do obozu dla uchodźców Zaatari w Jordanii, tuż przy syryjskiej granicy, nie przeczuwa, że akcja potoczy się tak dramatycznie.

– Myślę o tych opuszczonych dzieciakach w obozach dla uchodź­ców – zwierza się prezydent José Mujica w swojej cotygodniowej audycji na antenie Radia Urugwaj w kwietniu 2014 roku. I zwraca się do słuchaczy: – Nie moglibyśmy czegoś dla nich zrobić jako społeczeństwo? Nie mamy woli, by przyjąć chociaż garstkę? Może dusza mojego ludu jest usidlona przez społeczeństwo konsumpcyjne, interesy. A może nie? – pyta przewrotnie10.

Temat podchwytują zagraniczne i lokalne media oraz politycy. Wśród nich Luis Almagro, minister spraw zagranicznych, który od dawna mówi, że wszystkie państwa powinny wziąć odpowiedzialność za skutki bliskowschodniej wojny domowej. Wtóruje mu Javier Miranda, sekretarz w gabinecie prezydenta odpowiedzialny za prawa człowieka. A rozentuzjazmowany Mujica wpada na pomysł, by syryjskie dzieci umieścić w prezydenckiej rezydencji Anchorena, dwieście kilometrów od Montevideo11.

Po konsultacji z Wysokim Komisarzem ONZ do spraw Uchodźców (UNHCR) zaczyna powstawać bardziej ustrukturyzowany Program przesiedlenia rodzin syryjskich do Urugwaju. Zakłada on, że przyjadą one w dwóch turach: najpierw około czterdziestu osób, później – osiemdziesiąt. Budżet przedsięwzięcia, w wysokości blisko trzech milionów dolarów, obejmie: zasiłek dla rodzin przez pierwsze dwa lata, dotację do wynajmu mieszkania, pomoc w zatrudnieniu, opiekę zdrowotną, psychologiczną, naukę języka hiszpańskiego. Rząd zwraca się też z prośbą o radę do Szwedów, narodu, który w Europie od początku tak zwanego kryzysu migracyjnego przyjął relatywnie najwięcej uchodźców w przeliczeniu na mieszkańca (UNHCR raportuje, że w liczbach bezwzględnych najwięcej przybyło ich do, kolejno: Turcji, Pakistanu, Libanu i Iranu)12. Po kilku miesiącach urugwajscy delegaci jadą do Libanu, by przeprowadzać wywiady ze starannie wybranymi przez ONZ rodzinami.

Mariana dolatuje tam jeszcze z Genewy. Chce być z Syryjczykami od początku. To jej pierwszy raz na Bliskim Wschodzie, ma lekkiego pietra. Szybko uczy się, jak poruszać się po mieście, w których strefach działa Hezbollah, a gdzie jest bezpiecznie. Biega z kamerą sama, nawet po zmroku.

– Z Libańczykami i Syryjczykami nadawałam na tych samych falach, nie tak jak ze Szwajcarami. Jesteśmy ludzcy w podobny sposób.

Obóz Zaatari, miasto namiotów na patelni smaganej wiatrem, leży godzinę jazdy od granicy z Syrią. Mieszka w nim ponad osiemdziesiąt tysięcy ludzi (choć minęło już kilka lat, ich liczba się nie zmieniła). Wywiady odbywają się w ambasadzie Urugwaju w Bejrucie. Delegacja rozmawia z szesnastoma rodzinami. Pyta je o oczekiwania względem nowego kraju, pokazuje filmy poglądowe, prosi o dane, zdjęcia, opis stanu zdrowia.

– Czy w Urugwaju dobrze się żyje? – pytają Syryjczycy. – Czy to kraj otwarty na inne religie? Czy kobiety będą mogły nosić chusty?

Wszystkie odpowiedzi delegatów brzmią „tak”.

Na pokładzie samolotu z Buenos Aires do Montevideo dwie urugwajskie pasażerki podchodzą do oficjeli towarzyszących czterdziestu dwóm uchodźcom z pięciu rodzin. Upewniają się: czy to na pewno ci Syryjczycy?

– Bardzo się cieszymy, że możemy was podjąć w naszym kraju – mówią.

Decyzję rządu o przyjęciu imigrantów popiera niemal siedemdziesiąt procent Urugwajczyków13.

8 października 2014 roku jeden z syryjskich chłopców idzie przez rękaw lotniczy z wyciągniętą przed siebie błękitną koszulką z numerem dziewięć i nazwiskiem gwiazdora piłki Luisa Suáreza. Na płycie lotniska dłoń prezydenta Mujiki ściska dłoń każdego z uchodźców, małego i dużego. Dłonie Urugwajczyków, którzy czekają na przybyszów, trzymają flagi Urugwaju, transparenty z napisem „Witajcie” (po hiszpańsku i arabsku) albo biją brawa.

– Dobrze, że przyjechali. Są w tragicznej sytuacji i trzeba im pomóc. Czekamy na następnych – mówi sześćdziesięciotrzy­letnia emerytka.

– Świetnie, bo matki pójdą do pracy, dzieci do szkoły – wypowiada się trzydziestojednolatka.

– Gdybym mógł, powiedziałbym im, by zamieszkali z moją rodziną, jeśli chcą – deklaruje sześciolatek.

Autobus z przyciemnionymi szybami jedzie za kolumną prezydencką aż do miejsca tymczasowego pobytu – ośrodka prowadzonego przez ojców marystów. Czekają już obowiązkowy asado (grill), ciastka, zabawki i mecz piłki nożnej między urugwajskimi a syryjskimi dziećmi. Zadowolony prezydent uśmiecha się pod wąsem. Minister spraw zagranicznych mówi mediom, że to historyczny dzień, bo „Urugwaj pokazuje, że jest w stanie zaproponować rozwiązania na globalne kryzysy”. I zapowiada: „Będziemy nadal otwierać bramy i serca naszego społeczeństwa”14.

Euforyczne spotkanie rejestrują dziesiątki kamer i aparatów. Jeszcze długo nie zostawią przybyszów w spokoju. Wyciągnięci z obozu na pustyni zapomniani uchodźcy z dnia na dzień staną się celebrytami.

Syryjskie dzieci idą do szkoły w mundurkach i z ogromnymi granatowymi kokardami pod szyją (ten absurdalny dodatek to obowiązkowa część uniformu). Śledzą je obiektywy.

Syryjczycy piją mate. Ich kraj to wciąż największy importer argentyńskiej yerba na świecie (blisko dwadzieścia milionów ton rocznie). Kultowy napój to, zdaje się, jedyne, co łączy te odległe narody. Do Syrii przywieźli go w latach siedemdziesiątych XX wieku powracający wówczas z Urugwaju emigranci.

Syryjczycy biją żony. Tak twierdzi jeden z ojców marystów, świadek sceny przemocy, który miał zwrócić uwagę jednemu z mężów.

Trwa wielkie podglądanie. Na Syryjczyków patrzy Wielki Brat. Tyle że oni nie zgłaszali się do żadnego programu.

Google w niecałe pół sekundy znajduje ponad pół miliona trafień ze słowami „refugiados sirios Uruguay”, „syryjscy uchodźcy Urugwaj".

Po dwóch miesiącach w ośrodku marystów przybysze zostają przeniesieni do prywatnych mieszkań i domów w różnych częściach stolicy lub kraju. Z pomocą pracowników socjalnych próbują ułożyć sobie życie. Dla Urugwajczyków wciąż są po prostu Syryjczykami. Twarze, imiona i osobiste detale zyskają dopiero, gdy pojawią się na placu Niepodległości.

Niecały rok po przylocie przychodzą na plac z namiotem. Pod siedzibą rządu układają materace, koce i bagaże. Zostają na noc.

– Nie ruszę się stąd, dopóki nas nie zawiozą na lotnisko – zapowiada Mahir ad-Dis, lider protestujących.

Syryjscy uchodźcy: kim są i dlaczego chcą wyjechać? – pytają tytuły dzienników15.

Mahir ad-Dis, żona, czwórka dzieci. W Syrii mieszkali w Himsie, gdzie przed wybuchem wojny zajmowali się nieruchomościami. Dostali przydział w Piriápolis, mieście na wybrzeżu. Ojciec rodziny zarabia malowaniem domów. Jest konserwatywny, przez pierwszy rok w Urugwaju nie posyłał dzieci do szkoły. Chce wyjechać do Turcji.

Karima al-Mohammed, wdowa z siedmiorgiem dzieci. Skarży się, że nie ma za co ich wykarmić. Hiszpańskie słowa są dla niej jeszcze zbyt kanciaste, jak dla większości jej rodaków. Też chce jechać do Turcji, do rodziny. Uważa, że urugwajski rząd powinien dać pieniądze, które przeznaczył na „ten program dla ludzi, którzy żyją tutaj w śmieciach”.

– Podoba mi się Urugwaj, ludzie są wspaniali, moje dzieci się uczą. Ale jedzenie jest takie drogie! Jak je wszystkie wyżywić?! – pyta Marei asz-Szelbi, ojciec czternaściorga. W Syrii utrzymywali się z rolnictwa, tu mają kłopoty z rozkręceniem gospodarstwa w Juan Lacaze, sto pięćdziesiąt kilometrów od Montevideo. Chcą wyjechać dokądkolwiek, choć najlepiej do Szwecji lub Niemiec.

Naser al-Kazem, pracownik budowlany, trzynaścioro potomstwa (córkom każe zakrywać się od stóp do głów), też nie wie, jak unieść to urugwajskie życie na chorych, niezdolnych do pracy plecach. Ibrahim al-Mohammed, ojciec trójki, tak zaradny, że nawet w obozie dla uchodźców znalazł sobie zajęcie – skup i sprzedaż używanych ubrań – tutaj pracuje w szpitalu za jedenaście tysięcy peso miesięcznie (około tysiąca trzystu złotych).

 

– Przyjechałem z wojny bez niczego, patrzę w najbliższą przyszłość i też nie widzę nic – mówi zrezygnowany. – W Urugwaju ludzie głodują. Żyją na ulicy. Kradną. I nas tutaj przywożą?

Niektórzy Urugwajczycy im współczują. Przynoszą mate, słowa pociechy. „Naprawdę nie można im dorzucić po kilka peso? – pytają. – Nie wstyd nam? Czy na pewno spełniono złożone im obietnice?” Jednak wielu nie kryje rozczarowania. „Uchodźcy robią z siebie ofiary, a przecież otworzono przed nimi wszystkie drzwi. Jak my emigrujemy, to nikt nam nie pomaga”. Debatują: a trzeba było zaprosić tylko chrześcijan, a trzeba było ich lepiej w interiorze umieścić, no skąd, to miejscy ludzie przecież są.

– Zagalopowaliśmy się – ocenia Pilar Uriarte, antropolożka, specjalistka od migracji, z którą spotykamy się na Uniwersytecie Republiki. – Podarowaliśmy im dużo miłości i oczekiwaliśmy, że ją oddadzą. Że będą dozgonnie wdzięczni i pokochają Urugwaj. Jakżeby inaczej? A przecież oni nie mieli takiego obowiązku.

Wspólnie z innymi pracownikami Instytutu Antropologii Pilar pomagała przygotować rządowy program przesiedlenia. Wszystkim zaangażowanym w projekt zależało, by Syryjczycy wiedzieli, dokąd jadą: do kraju, który mimo działającej pomocy społecznej zmaga się z problemami. Gdzie bezdomni żyją na ulicach (co w Syrii się nie dzieje ze względu na silne więzi rodzinne), gdzie edukacja jest świecka. Jaki obraz przedstawiono uchodźcom w ambasadzie w Bejrucie? Pilar nie jest pewna.

– Pomóżmy, tak jak nam kiedyś pomagano. W takim duchu rząd opowiadał o przyjęciu Syryjczyków. Jesteśmy tradycyjnie krajem otwartym na cudzoziemców, to element naszej tożsamości – tłumaczy. – Ale zrobiliśmy na nich projekcję naszych własnych wizji.

Do 1950 roku imigranci płynęli do Urugwaju na statkach, nieprzerwanym strumieniem, głównie z Europy. Kiedy nastał kryzys, a po nim w 1973 roku zapanowała dyktatura, trend się odwrócił. Dwa największe exodusy nastąpiły w latach siedemdziesiątych i na początku XXI wieku (na ten drugi załapała się reżyserka Mariana). Dopiero od niedawna więcej osób przyjeżdża do Urugwaju, niż go opuszcza. W sumie jednak imigrantów obcokrajowców jest wśród nich niewielu, zaledwie nieco ponad dwa procent społeczeństwa.

Pilar dziwi euforia, jaką wywołał przyjazd Syryjczyków. Bo wobec sąsiadów z Ameryki Łacińskiej, którzy zaczęli napływać całkiem niedawno, Urugwajczycy nie są aż tak otwarci. Boliwijczycy, Kolumbijczycy, mieszkańcy Dominikany, Wenezuelczycy, zwłaszcza czarnoskórzy, są dyskryminowani (choć miejscowi lubią o sobie myśleć jako o antyrasistach). A przecież mają prawo kwot, które teoretycznie gwarantuje osobom czarnoskórym osiem procent etatów w administracji państwowej, bo właśnie taki odsetek Urugwajczyków stanowią. Urugwajskie prawo imigracyjne jest w ocenie Pilar świetne, tylko – jak to zwykle tutaj bywa – implementacja kuleje. Przyjezdni płacą frycowe. Trudno im znaleźć mieszkanie, pracę w zawodzie czy nostryfikować dyplom.

W przypadku Syryjczyków zadziałał chyba efekt egzotyki. I media. Współodpowiedzialne zarówno za wspaniałe przyjęcie, jak i za jego katastrofalne skutki.

– Maniakalnie śledziły uchodźców. Raportowały o każdej klęsce, w duchu: dajemy, a oni nie przyjmują. Niewdzięczni, chcą wyjechać. Logika jak w związku miłosnym. A przecież nigdy nie zapytaliśmy ich, czy to, co im dajemy, jest dla nich dobre. Jako kraj nie mamy doświadczenia w przyjmowaniu osób, które przeżyły wojnę, straciły bliskich. Pracownice socjalne, najczęściej młode dziewczyny, nie były przygotowane na to, że ojciec rodziny nie będzie chciał z nimi rozmawiać. Obrażały się. Namieszano też w strukturze rodziny – tam mąż odpowiada za utrzymanie, żona za dom. A teraz dostali dotacje na dzieci, które chodzą do szkoły. Mężczyźni nie potrafią odnaleźć się w takiej rzeczywistości.

Przedstawiciele rządu nie wiedzieli, co robić z niezadowolonymi, a zatem niewygodnymi gośćmi. Tym bardziej że ich przyjęcie było również kwestią polityczną. Pojawili się na lotnisku w Montevideo w ogniu kampanii wyborczej – ich przyjazd, oznaka solidarności, zaaprobowany przez większość obywateli, przyczynił się do lepszego wizerunku Szerokiego Frontu. Koalicja Mujiki wygrała wybory w cuglach: wprowadziła do parlamentu największą liczbę posłów, na fotelu prezydenckim zasiadł Tabaré Vázquez.

„Podobnie jak w tylu innych inicjatywach administracji Mujiki zwyciężyły improwizacja i pobożne życzenia” – redakcja „El País” bezlitośnie oceniła program przesiedlenia. Uznała nawet, że przyjazd Syryjczyków był jak „show zmontowany do celów politycznych”16.

Jednak większość zaangażowanych w rządowy projekt ludzi wierzyła w to, co robi. A już na pewno wierzył Javier Miranda, minister odpowiedzialny za prawa człowieka, doświadczony prawnik, syn Fernanda, członka Komunistycznej Partii Urugwaju, jednego z czwórki zidentyfikowanych ­desaparecidos, „znikniętych”[2].

– Wyciągnięcie kogoś z sytuacji krytycznej zawsze ma sens. Taka konkretna ludzka solidarność wydaje mi się fundamentalna, uczy społeczeństwa wartości – mówił poruszony.

Po kilku miesiącach przyznał jednak, że popełniono błędy. Że współżycie tylu ludzi w ośrodku marystów, dzielenie kuchni, łazienek to nie był najlepszy pomysł. Że powinno się im już w Bejrucie pokazać, jak będą wyglądać docelowe mieszkania. Że media śledziły ich natarczywie, również z winy polityków.

– Wywarliśmy na tych rodzinach presję nie do zniesienia – bił się w piersi Miranda w wywiadzie dla portalu En Perspectiva już w kwietniu 2015 roku, na kilka miesięcy przedtem, zanim Syryjczycy pojawili się na placu Niepodległości17.

Obozującym, którzy domagali się wyjazdu, powiedział, że Urugwaj chętnie im pomoże, ale kłopot polega na tym, że niewiele państw chce ich przyjąć. Obiecał większe wsparcie finansowe. Osiągnięto porozumienie. Po przyjeździe przez dwa lata Syryjczycy dostawali minimum 29 000 peso miesięcznie (około 3500 złotych), a liczniejsze rodziny nawet 100 000. Ten okres później przedłużono.

Druga tura uchodźców nigdy nie dotarła do Urugwaju. Oficjalnie – z powodu wysokich kosztów programu i problemów z integracją. I urzędnicy, i przybysze, pełni dobrej woli, poczuli się zagubieni i bezradni.

W kwietniu 2017 roku dwie zmęczone rodziny znów wyszły na plac. Miesiąc później jeden z Syryjczyków, Ibrahim asz-Szelbi, syn Mareiego, w końcu opuścił Urugwaj. Na piechotę. W Chuy rozpoczął pracę po brazylijskiej stronie rozkraczonego między krajami miasteczka. „Nie mam problemu z Urugwajczykami, tylko z programem. Nigdy nie wrócę. Tu [w Brazylii] nikt mnie nie okłamuje” – powiedział mediom18.

Podobno jednak wrócił.

Kiedy w maju 2017 roku rodziło się trzecie syryjskie dziecko na urugwajskiej ziemi, nauczycielka ze szkoły w Piriápolis pomogła zorganizować zrzutkę na opłacenie hotelu w Montevideo ojcu i piątce rodzeństwa (dorzuciło się też arcybiskupstwo). Wielu Syryjczyków zżyło się z sąsiadami. Nie przeszkadzało im, że nie ma tu meczetu z prawdziwego zdarzenia, a muzułmanów jest co najwyżej trzystu. Wiedzieli o tym. Nie dotknęła ich zbytnio debata o chustach, których noszenie na terenie szkoły zakwestionował były prezydent, naczelny strażnik doktryny laickiej Julio María Sanguinetti. Większość polityków uznała, że okrycie nie narusza zasady świeckości, na co socjolog Néstor da Costa, jak powiedział w rozmowie z nami, odetchnął z ulgą – w końcu rząd jego kraju podjął decyzję zgodną z duchem XXI wieku: dopóki nie łamiesz praw innych ludzi, możesz wyrażać własną tożsamość. Również religijną.

Zatem co poszło nie tak?

Bieda, brak bezpieczeństwa, oszustwo. Te słowa rozczarowani goście wypowiadają najczęściej.

– Jak to się stało, że Syryjczycy zdecydowali się na wyjazd do zupełnie innego kraju niż ich? – pytamy Marianę Viñoles w barze naprzeciwko jej domu.

– W Bejrucie im nakłamano – rzuca ostro. Ale zaraz łagodzi. – Z naiwności. Puszczono im film przygotowany przez Ministerstwo Turystyki. Wyobrażacie sobie? Perwersja. A było przecież z czego wybierać. Można było wziąć chociażby mój dokument Urugwajczycy19, o ludziach ze wsi. Pokazałby Syryjczykom coś bardziej realnego. A tymczasem zobaczyli blondynki, które spacerują główną ulicą kurortu Punta del Este z torebkami od Louisa Vuittona pod pachą. Na wsi widzieli wymuskanych gauchów jeżdżących na lśniących koniach. Tego samego dnia wieczorem przy piwie spytałam wprost Javiera Mirandę, z którym się zaprzyjaźniłam: „Czy wyście powariowali?”. Tłumaczył, że nie było czasu, by przygotować coś innego. Ale nie było go przez politykę. Wiecie przecież, że Urugwaj konsultował się ze Szwecją, jak przyszykować się na uchodźców. Jesteśmy krajem imigrantów, lecz nie mamy najmniejszego pojęcia o traktowaniu ludzi z traumą powojenną. Nigdy dotąd nie mieliśmy u siebie żadnego uchodźcy, wszyscy przyjeżdżali do nas z własnej woli. Szwedzi powiedzieli, że na opracowanie programu pomocowego potrzeba minimum ośmiu miesięcy. Ale Pepe Mujica już szykował się do odejścia z urzędu i bardzo mu zależało, żeby zdążyć przed końcem kadencji. Ze względów politycznych. I tak przygotowano misję w dwa miesiące.

My, Urugwajczycy, często cierpimy z powodu takiego podejścia do spraw, fatalnego zarządzania.

Syryjczykom też się dostało, choć Szwedzi doradzali, by nie umieszczać ich we wspólnym lokum, tylko od razu w domach docelowych. Aby zapobiec zarówno powstawaniu konfliktów, jak i tworzeniu wspólnego frontu. Ale nie, nie zrobiono tego. Oczywiście nie z braku chęci, ale z braku czasu – po prostu nie było gotowych mieszkań. No i stało się to, co musiało się stać. Jeden z Syryjczyków, który miał chyba wcześniej doświadczenie polityczne, zaczął głośno wypowiadać żale, podburzać innych, mówić, że chce wracać. Manipulator!

Do tego gdzie ich umieszczono? W szkole katolickiej! Na wskroś świecki kraj, gdzie nigdzie nie ma krzyży, zaprasza ich do miejsca, w którym wiszą w każdym pokoju! Tak, szkoła zaoferowała pomoc z własnej inicjatywy, ale też pewnie po to, by pokazać sobie i światu: „Zobaczcie, jacy to my jesteśmy wspaniali!”.

Zwykli Urugwajczycy zachowali się bosko. Sami z siebie wyszli na ulicę, by powitać uchodźców i wyrazić solidarność. Gdyby ci uchodźcy pojawili się w Niemczech, pies z kulawą nogą nie zwróciłby na nich uwagi. A dla nas, małego kraju, była to wiadomość roku. I większość obywateli opowiadała się za ich przyjazdem. Zainteresowanie w mediach pierwszego dnia było bardzo intensywne, później słabło. Ale fakt, Syryjczycy się zmęczyli. I nic dziwnego. Już od dawna nie chcą rozmawiać z prasą.

– A tobie zaufali?

– Długo na to pracowałam. Jeszcze przed wyjazdem do obozu w Bejrucie zaczęłam się uczyć arabskiego. To pomogło, każdy z nas łamał język na nie swoich słowach. Towarzyszyłam uchodźcom w całym procesie, byłam w ambasadzie, lecieliśmy razem samolotem. Ciągle jednak podejrzewali, że kręcę pean na cześć Urugwaju. Pochodzą z kraju, który przez pięćdziesiąt lat był dyktaturą, nie mieściło im się w głowach, że mogę robić niezależny film, zwłaszcza tam, w Libanie, u boku delegacji urzędników. Minęły miesiące, jeśli nie lata, zanim dotarły do nich moje intencje. W miarę jednak, jak rośnie ich zaufanie, ja przeżywam coraz to większy konflikt wewnętrzny. Po latach udało mi się nawiązać z nimi relację tak bliską, że zmusza mnie ona często do wyłączania kamery. Muszę sobie przypominać, że to mój zawód i że muszę skończyć ten film. I tak praca nad nim zajęła mi cztery lata. Premierę planuję na festiwalu IDFA w listopadzie 2018 roku, jeszcze nie mam tytułu. Mam za to tremę, bo jeszcze nikt poza mną nie widział tego materiału. Dopiero niebawem zacznę montaż.

– Co robili twoi bohaterowie w pierwszych tygodniach po przyjeździe?

– Chodzili po targu. Od razu podliczyli, ile kosztują ziemniaki, ile pomarańcze. I zrozumieli, że wylądowali w państwie, gdzie ceny i czynsze są wysokie, a płace niskie. Po tych kalkulacjach, sama często je robię, doszli do wniosku, do jakiego dochodzi wielu Urugwajczyków: gospodarczo ten kraj stoi na głowie. Domy, które przydzielono Syryjczykom, nie stały w centrum, lecz w trudnych dzielnicach na obrzeżach Montevideo. Przybysze powoli zdawali sobie sprawę, że lepiej było pojechać do jakiegoś państwa europejskiego. Zamożniejszego.

 

Musicie też mieć na uwadze, że oni są ciągle podłączeni do smartfonów. W opisie mojego projektu filmowego pojawia się nawet takie sformułowanie: „Uchodźcy w epoce WhatsAppa”. Non stop wymieniają się doświadczeniami z rozległą rodziną, kłamią sami, kupują kłamstewka bliskich. Kuzyn robi sobie zdjęcie przed furą, niekoniecznie swoją; tak jak czterdzieści lat temu Kubańczycy fotografowali się przed pełnymi lodówkami. I pojawia się wyobrażenie, że ci w Europie mają znacznie lepiej. Do dzisiaj, gdy Sana, moja główna bohaterka, idzie w chuście do marketu, wszyscy Urugwajczycy się na nią gapią. Jesteśmy do takiego widoku absolutnie nieprzyzwyczajeni, nie jak ludzie w Brukseli czy Paryżu. Syryjczycy nie pojmują też, że pieniędzy może nie wystarczyć na jedzenie, bo u nich przed wojną domową nikt nie chodził głodny. Nie rozumieją, jak tyle możemy płacić za oliwki czy oliwę, podstawowe produkty! Poza tym mają świadomość praw przysługujących im jako uchodźcom. Tutaj nie czują się bezpiecznie.

Sana została okradziona dwukrotnie, raz na spacerze z miesięcznym dzieckiem, urodzonym już w Urugwaju. Nie stawiała oporu. Ale za drugim razem nie pozwoliła sobie wyrwać torebki, więc powleczono ją na pasku. W Syrii ludzie nie znają tego rodzaju przemocy. Rozumieją rzeczywistość wojny, to, że ktoś może zginąć z powodu przynależności etnicznej, co nam wydaje się totalnie średniowieczne. Ale tego, że ktoś obrabuje cię na ulicy, absolutnie nie. To ich zszokowało.

Niedawno był napad z bronią na supermarket obok mojego domu, tuż za rogiem. Moja ciotka jest okradana co półtora miesiąca. Jest bogata, co tam! – Mariana wybucha śmiechem. – Ale najczęściej rozboje dotykają tych, którzy nie mają wiele. Syryjczycy zastanawiali się: dlaczego Urugwajczycy nam pomagają, skoro ewidentnie sami potrzebują pomocy?

– Skoro jest tu tak źle, dlaczego wróciłaś?

– Mówiłam wam już, że często zadaję sobie to pytanie: po cholerę wyniosłam się z Genewy? Przecież Urugwaj jest mniej rozwinięty, codzienność nastręcza tu czasem absurdalnych problemów. A mimo to nie żałuję. Doszłam do wniosku, że najlepsze, co mogę dać moim dzieciom, to dzieciństwo. Tutaj wyrosną ze świadomością, że mogą stać się, kim chcą. Ostatecznie jedyny sens życia to możliwość wyboru, kim pragniemy być każdego dnia. Choć część Urugwajczyków to uśpieni konsumenci, jest wśród nich bardzo wielu ludzi kreatywnych, którzy eksplorują, próbują przeskoczyć samych siebie. W Szwajcarii moje ­ośmioletnie dzieci wiedziałyby już, gdzie pójdą na studia i w jakim domu zamieszkają. I nauczyłyby się, jak bać się wszystkiego.

– A Syryjczycy?

– Śledzę cały ten proces: od pięknej utopii Mirandy i równoległej utopii Syryjczyków, przez ich stopniowy upadek, aż do finału, który moim zdaniem będzie dość piękny. Może kiedyś zobaczycie. Mujica nie chciał ze mną rozmawiać na ten temat. Już dwukrotnie odmówił mi wywiadu. Zapewne dlatego, że ma poczucie, iż nie zadziałało to, co sobie wymarzył.

To prawda, nie zadziałało na krótką metę. Ale na średnią i długą już tak. Zwłaszcza w przypadku dzieci, na których najbardziej mu zależało. Uratował je.

W Salto mieszka na farmie czternastoosobowa rodzina. Przeniosła się z nadmorskiego Juan Lacaze. Trzy siostry marzą, by przeprowadzić się do Montevideo. Rozumieją, że tutaj czeka je życie, nie tylko kuchnia i chusta. A w ostatnich tygodniach Sana powtarza, że nawet jeśli w Syrii skończy się wojna, ona nie chce wracać. Za to mąż chce, więc przeżywają trudny moment. Sana już zrozumiała, jaką wolność daje jej ten kraj. I że tutaj jej córki mogą wyrosnąć, na kogo chcą. Że powrót do Syrii by to zniweczył.