Wyhoduj sobie wolność

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pracuję na ulicy. Znam wnuków tirowców, którzy się ze mną przespali, trzecie pokolenie, czas leci. Często podwożą mnie tu i tam, nie płacę za transport. Od razu stawiam sprawę jasno: bracie, sprzedaję się. Jeśli chcesz mnie podrzucić, będę wdzięczniuteńka. Ale jeśli chcesz mnie po drodze pieprzyć, to dziękuję, poszukam innego kierowcy. Większość się nudzi, w towarzystwie kilometry szybciej lecą, więc mnie zabierają.

Na początku, kiedy mnie nie znali, jasne: jak nie zrobisz loda, to wysiadasz. Więc wysiadałam, nawet w ciemność. A teraz przekazują mnie sobie z troską: „Uważaj na nią, to moja koleżanka”. Chociaż pewnie, i skurwysyny się zdarzają. Raz miałam z takim seks, dał napiwek, więc ja cała zadowolona. Dopiero w domu się zorientowałam, że mnie okradł i zapłacił moimi pieniędzmi!

Karina śmieje się w głos, kiedy opowiada tę historię. W ogóle sporo żartuje. Intensywnie działa na zmysły – głośna, okrągła. Mówi, że od dziecka była cycata i dupiasta, z burzą blond loków. Ma gładką cerę i dłonie zaskakująco małe przy jej rubensowskiej obfitości. Zawsze przyjemnie pachnie.

Opowiada o sobie bez skrępowania, bez względu na to, czy akurat siedzi w grubych skarpetach nad bombillą z mate w mieszkaniu koleżanki trans po fachu, czy na ławce przed budynkiem dworca autobusowego. Czy na trawniku pod szpitalem uniwersyteckim Clínicas, gdzie za cztery godziny zdaje egzamin z BHP.

Wciąż się dokształca, z nadzieją, że znajdzie inne zajęcie.

– Prawie wszyscy klienci mają żony. W interiorze są bardziej macho niż w stolicy, a przynajmniej takimi chcą się pokazać. W łóżku już nie są tacy hetero. Większość jest biseksualna, ma fantazje o penetracji, korzysta z kobiet bio i trans. W ogóle pracownicy seksualni dzielą się na bio, trans i taxi boys, jak w Urugwaju mówi się na żigolaków. Bio to kobiety biologiczne, rzadziej mężczyźni homoseksualni, trans – wiadomo. A taxi boys to hetero­seksualni mężczyźni, którzy obsługują kobiety. W Monte­video operują na przykład tam, gdzie aleja 18 Lipca dotyka placu Cagancha. Ich ksywka przyjęła się po filmie z lat osiem­dziesiątych o takim samym tytule8.

Pracuję głównie w interiorze. Seks jest tam droższy, bo podaż mniejsza. Taka praca jest jednak o wiele cięższa niż ta w Monte­video. Klienci płacą też za poufność. Są tacy, co przychodzą tylko pieprzyć – raz, dwa, pięć, biorą nas do upadłego, na zapas, bo potem przez kolejne trzy miesiące będą pracować na odległej od miasteczka farmie. Ale większość przychodzi się wygadać, niektórzy regularnie, co tydzień. Mówią o impotencji, przedwczesnym wytrysku, sprawach, które wstydziliby się poruszyć z psycho­logiem. Nam nie muszą udowadniać, że mają trzy jaja. Nie jesteśmy po to, by podkopywać ich poczucie własnej wartości. Zresztą chodzenie do psychologa w małym miasteczku to sygnał: o, ten ma problem. A do burdelu – o, szacun, ale z niego macho, co tydzień bzyka. Mężczyźni dzięki nam sprzedają lepszy obraz siebie. Jesteśmy dyskretniejsze niż adwokaci. Klienci wiedzą, że ich żony nigdy nie pozdrowią nas na ulicy, więc są spokojni, że im nic nie wygadamy. Oni też nas wtedy ignorują. Takie sprzężenie zwrotne hipokryzji – w nocy mi ­dogadzasz, w dzień cię opluwam.

A wiecie, ilu chłopców jest zmuszanych do seksu wbrew ich woli? Niektórzy są homoseksualistami, a ich wujowie czy ojcowie, przekonani, że młodzi muszą pieprzyć, fundują im wizytę u prostytutki.

Najlepiej pamiętam takiego jednego. To był okres strzyżenia owiec, departament Rivera, produkują tam sporo wełny. Meta przy drodze krajowej numer 27 do miasta Rivera, przejeżdżają ciężarówki i brygady postrzygaczy z maszynami. Mężczyźni prowadzą do nas czternasto-, może piętnastoletniego wyrostka. Byłyśmy we trzy.

– Która z was go wypieprzy? – pyta starszy pan, jego wuj. – Znalazłem go, jak walił sobie konia w stodole.

Idę. Wchodzimy do pokoju, siadamy na łóżku. I ten słodziak zaczyna:

– Proszę pani, sprawa jest taka. Masturbowałem się, bo chcę być wierny mojej dziewczynie, z którą wezmę ślub. I tylko z nią będę się kochać. Wujek nie może tego zrozumieć.

– Ale wujek zapłacił, żebyś się pobzykał – mówię.

– A ja się bzykać nie zamierzam – mówi i siada obrażony, z nogą na nogę.

– No, jakoś muszę zarobić te pieniądze. Zrobimy tak: ja usiądę z jednej strony łóżka, ty z drugiej, poruszamy nim, ja pokrzyczę i wyjdziemy.

Wychodzimy, a wujek:

– I jak się sprawował?

Ja:

– Wspaniale!

Chłopiec:

– Wujku, a mogę jeszcze raz?

Wujek, zadowolony:

– O nie, to byłaby przesada!

No, słodziak! Spotkałam go potem na targach rolniczych w Prado. Przedstawił mi swoją żonę. To była ta dziewczyna, z którą wtedy chodził.

Robimy sobie selfie pod szpitalem. Karina wrzuca je na Face­booka, taguje nas i miejsce. Zdjęcie ląduje pośród dziesiątek innych ujęć z ręki: z autobusu, jakiejś konferencji, knajpki. Jeszcze do niedawna Karina miała na profilu napisane „pracownica seksual­na”. Klienci ją śledzą. Niemal codziennie wrzuca posty, żeby wiedzieli, gdzie jest. To dyskretniejsze niż wiadomości SMS. Nie ma ryzyka, że żony się dowiedzą.

Rynek pracy seksualnej w Urugwaju zaspokaja różne gusta. Są widowiskowe whiskerías (kluby nocne, zwykle droższe, opłata za wstęp, często w cenie show taneczny, seks zazwyczaj odbywa się w hotelu), domy publiczne (z pokojami; w Montevideo niektóre czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę), bary z kelnerkami (tańce i negocjacje, ale praca już w motelu), salony masażu (dyskretne; tu przychodzi się tylko na seks, taryfa z góry ustalona). Są też parki i ulica (najmniej bezpieczne, bo pracownice są narażone na agresję przypadkowych ludzi). W interiorze dominują burdeliko­bary, gdzie można potańczyć, pogadać, znaleźć dziewczynę. Czasem na zapleczu jest nawet materac.

Na każdą z tych działalności trzeba mieć licencję – bywa, że jej uzyskanie zajmuje nawet dwa lata – i zezwolenie z lokalnego komisariatu policji. Departamenty stawiają też indywidualne wymogi. Na przykład w Montevideo taka placówka musi być oddalona o minimum dwieście metrów od szkół, miejsc kultu, sal do czuwania nad zmarłymi, szpitali czy sanatoriów. Więcej niż pięćdziesiąt metrów od siedzib organizacji pożytku publicznego, biur administracji państwowej czy centrów handlowych. Nic dziwnego, że zarejestrowanych jest tylko około trzydziestu takich podmiotów (widać je na mapie serwisu Pasión Uruguay), większość zaś funkcjonuje w szarej strefie. Dziewczyny, które przyjmują za pośrednictwem stron w sieci, na przykład Pumbate Escorts, zwykle czekają na klientów w prywatnych mieszkaniach. System gwiazdek i recenzji działa jak na portalu do wynajmu hoteli.

„Czyściutka i cierpliwa. Naturalne ciało, piękne piersi, dupeczka do degustacji bez dodatkowych kosztów. Ruchanie jak marzenie”.

„Ach, co za Kubaneczka! Cycuchy naturalne, wzięła głęboko do gardła, szaleństwo”.

„Świetnie laskę robi i pogadać można. Na pewno średnie wykształcenie, szanujcie dziewczynę”.

„Żadna mi tak nie obciągnęła. Do ostatniej kropelki!”

„Fenomenalna! Uśmiechnięta, pogodna, sympatyczna. Zaskakująco elokwentna! Chętna do rozmowy i przede wszystkim do działania. Lodzik mistrzostwo świata!”

– Pewien pan w dużym mieście zabrał mnie do domu, a tam katafalk z suknią ślubną jego zmarłej żony. Musiałam ją włożyć. Dobrze zapłacił, ale zwinęłam się, jak tylko skończyliśmy. Innym razem, jeszcze zanim wibratory były dostępne na naszym rynku, przyszedł elegancki klient i poprosił, żebym go spenetrowała. Miałam pod ręką tylko duży dezodorant w spreju, ale doszedł, a jak! Najgorzej było, jak pracowałam na statkach koreańskich. Koreańczycy mieli taki fetysz, że kapali nam na sutki woskiem. Strasznie bolało, ale płacili po dwieście dolców od cycka. Za to zdarzył mi się seks oralny ze śmietaną i truskawkami. Całą mnie klient poplamił i wylizał. Było wspaniale!

Inny pan poprosił, żebym na nim usiadła i go policzkowała. Biłam mocno, na moje oko, a on wołał: „Mocniej, mocniej!”. No to przywaliłam. „Nie aż tak!” Ale wtedy już się rozkręciłam i nie mogłam przestać. Musiałam zwrócić mu hajs, za bardzo mi się spodobało. Potem byłam wykończona. Przemoc strasznie wysysa energię.

Mówiłam wam już, że jako dziewczynka byłam dobra w biciu? Dlatego moja siostra nie mogła zrozumieć, jak wytrzymałam z tym Chilijczykiem, co mnie tłukł. Miałam wrażenie, że jak go zostawię, to znów stoczę się w otchłań, znów będę musiała wrócić do handlowania sobą. Też go biłam, oczywiście, ale bez przesady. Gorzej było z ojcem Valeski. Tego to naprawdę chciałam zamordować.

Poznałam go, jak wszystkich, na trasie. Znalazłam mu pracę w rzeźni w Paso de los Toros. Z nim chciałam mieć dziecko i próbowałam być najlepsza, jak umiałam. Nie przyprawiłam mu ani jednego rożka! Nie no, oczywiście, że pracowałam, uprawiałam seks za pieniądze, ale kochałam się tylko z nim. Orgazmu, wbrew temu, co myślą klienci, nie da się udawać. Tylko im nie mówcie, bo kiosk mi splajtuje!

Byłam w ósmym miesiącu, kiedy pojawił się w barze, koło dwudziestej trzeciej, nawalony. I zażądał pieniędzy z wypłaty. Nie chciałam mu dać, bo miały być na rachunki i ubranka dla Valeski, ale wiedział, gdzie je trzymam. Jest piękny, ma dwa metry i pięć centymetrów wzrostu. Złapał mnie i popchnął na łóżko, jakbym nie ważyła więcej niż piórko. Wziął kasę i wyszedł. Nad ranem znalazłam go nabombionego. Ułożyłam w łóżku, spakowałam wszystkie moje rzeczy do trzech skrzynek i dwóch toreb. Około piętnastej, gdy obudził się skacowany, przewróciłam go na brzuch, usiadłam na nim, związałam mu ręce i stopy nylonowymi pończochami. Jak poczuł, że jest spętany, podniósł głowę. Wtedy złapałam go za włosy i przejechałam mu po szyi nożem, tym, którym pracował w rzeźni. Ze strachu zesrał się i zsikał jednocześnie.

 

Spokojnie, przejechałam tępą stroną. Ale gdybym była odrobinę bardziej zdenerwowana, zabiłabym.

Po powrocie z Chile obiecałam sobie, że nikt mnie już więcej nie uderzy. W moim mózgu czasem kable nie stykają, tak jakby nastąpiło zwarcie. Albo jest mi dobrze, albo źle. Nie piję, nie biorę narkotyków, ale nie znam stanów pośrednich. Społecznie niezbyt to wygodne.

Stopem pojechałam do Fray Bentos, mojej rodzinnej miejscowości. Dwa tygodnie później urodziłam Valeskę. To była jedyna ciąża, której wyczekiwałam, najlepsza ze wszystkich. Z powodu ojca dziecka, z powodu mojego w nim zakochania. Pozostałe dzieci przyszły na świat mile widziane.

Wszystkie moje dzieci były z pracy.

Nie mówię im tego, bo to jednak szokujące. Jeszcze pomyślą: ta kurwa pieprzyła się z nie wiadomo kim i powstałem ja.

– Daty i lata mi uciekają. Moje życie dzielę na kolejne ciąże. Było ich sześć.

Moja pierwsza ma dziś dwadzieścia pięć lat. Mówię na niego Durbal, choć ma imiona: Matías Nicolás.

Mama zawsze chciała mieć syna, a urodziły się jej same córki. Durbal to imię jednego z jej alfów. Mimo że ją wykorzystywał i gwałcił, traktował ją najlepiej ze wszystkich, więc właśnie tak chciała nazwać swojego syna. Ale jedyny chłopiec, jakiego w sobie nosiła, to ten, którego pomogłam jej usunąć.

Jak? No, bierzesz drut do robótek, bawisz się trochę mięśniami szyjki macicy: zaciskanie, odpuszczanie. Mówiłam wam, jak te ćwiczenia Kegla. Po chwili szyjka staje się mięciutka. Trzymasz drut dwoma palcami, delikatnie, i czujesz od razu, czy wchodzi gładko, czy jest opór. Wkładasz, wyciągasz, wkładasz, wyciągasz. Oczywiście, to niebezpieczne, można uszkodzić szyjkę i wywołać krwotok. Ale po kilku próbach dokładnie czujesz ten woreczek. Dociskasz i pęka.

Że miałam życie mamy w swoich rękach? Nie mamy, tylko sióstr. Jeśli byłoby nas więcej, na pewno by nas wsadzono do Instytutu Dziecka i Nastolatka i rozdzielono. A tak to mi się udało, bo żadna z sióstr nie poszła w moje ślady. Jedna jest szwaczką, druga kucharką, trzecia nauczycielką matematyki w Riverze. Jak kradłyśmy cukierki, to ona zawsze je liczyła. I zawsze nas oszukiwała. Jednej brak, bo się zabiła. Wszystkie są wspaniałe, piękne, czarne, czyste, choć za dzieciaka były z nich brudasy. Nie spotykamy się wszystkie, dopóki mama żyje, bo wtedy się upija i koniec. Zbyt dużo podobnych genów, zbyt dużo ciężarów. Widujemy się dwójkami.

Kiedy zdałam sobie sprawę, przez co przeszłam, zalała mnie fala pretensji do matki. Ciągle ją obwiniałam. Rozwalała mnie świadomość, że mogła temu wszystkiemu zapobiec. Przestałam się wściekać dopiero po psychoterapii, na którą trafiłam po tym, jak zdiagnozowano u mnie raka szyjki macicy. To było cztery lata temu. Psychicznie zawsze przygotowywałam się na śmierć z powodu AIDS, odprowadziłam wiele koleżanek, miałam rozpracowane kolejne etapy. A ten rak rozłożył mnie na łopatki. Wpadłam w depresję. I na początku, mając w pamięci psychologów ze szkoły, odmówiłam pomocy. Ale psycholożka była uparta. Siedziała ze mną po dwie godziny w milczeniu, a raz z nudów położyła się nawet przy mnie w łóżku.

Jak pękłam, to nie mogłam przestać płakać. Powoli zrzucałam ciężar poczucia winy i pozbywałam się złości. Teraz jestem nawet mamie wdzięczna. Nieświadomie wyznaczyła mi ścieżkę, którą podążam. Dzięki niej dokładnie wiedziałam, jakiego życia nie chcę dla moich dzieci.

Nie chciałam, żeby widziały mnie pijaną, więc nie piłam. Nie chciałam, żeby widziały mnie naćpaną, więc nie ćpałam. Nie chcę, żeby widziały mnie z mężczyznami, więc do mojego domu nigdy nie przychodzą klienci. Śpię w jednoosobowym łóżku. Nie przychodzą też koleżanki, które nie potrafią gadać o niczym innym, tylko o pracy. Nie chciałam, by moje dzieci wytykano palcami, więc kiedy na szóste urodziny syna nie przyszedł żaden z zaproszonych gości, postanowiłam, że będę pracować w innym mieście. Czasem nie ma mnie w domu po piętnaście dni, czasem miesiąc.

Nie chciałam, by słyszały strzały, doświadczały przemocy i głodu. Nie chciałam, by były czwartym pokoleniem w zawodzie.

Najmłodsi, bliźniacy, nie wiedzą. To jednak niepokojące żyć ze świadomością, że mama ma raka. Nie wiedzą też, gdzie pracuję. Myślą, że jestem pielęgniarką, bo ciągle rozdaję prezerwatywy. Im mniej wiedzą, tym lepiej.

Jedyne, co w moim życiu jest ważne, to dzieci. Moja córka tak mnie przedstawiła w szkole: „To jest moja bohaterka, moja mama”.

Rozerwało mi serce. Nie ma pieniędzy na świecie, które mogły­by kupić tę świadomość, że chociaż raz w życiu coś zrobiłaś dobrze. Zwłaszcza jeśli znasz warunki, w których dzieciaki mogły wyrosnąć, a od których ty je uwolniłaś.

– Zawsze podkreślam, że miałam szczęście. W przeciwieństwie do wielu koleżanek, moja rodzina mnie szanowała, nie wykorzystał mnie żaden krewny. I spotkałam na swojej drodze wielu ludzi, którzy mi pomogli.

Mój biologiczny ojciec był sutenerem. Ale ten, którego nazywam ojcem, który mnie wychował, Evangelio Nuñez, był komunistą, szefem związku pracowników portowych we Fray Bentos, a później więźniem dyktatury. Wyciągnął matkę z whiskería. Jego rodzina za nią nie przepadała, więc poza nim we Fray Bentos mog­ła liczyć tylko na tę rodzinę z burdelu. Dlatego kiedy go uwięzili w zakładzie karnym Libertad, pojechałyśmy za nim do Monte­video. I tam się wychowałam.

Gdyby nie on, byłabym tylko kolejną prostytutką. Uległą. Siedział w więzieniu jedenaście lat. Od tortur miał dziurę w prawej nodze – rozdzierali ją, wlewali wodę i przykładali prąd, aż kość było widać. Nikogo nie wydał. Co jakiś czas, gdy od tych tortur był już bardzo słaby, go wypuszczali. Pamiętam, jak mama obmywała jego ciało gąbką, ubierała go w koszulę. Po czym on siadał na tarasie i czytał nam Annę Kareninę. Słuchałyśmy jak zahipnotyzowane.

Dał mi bezcenny, najważniejszy w życiu dar, który mnie ocalił. Pokazał mi, czym jest godność. To był najbardziej wyzwalający akt w moim genetycznym łańcuchu wykorzystania seksualnego.

W pierwszą ciążę zaszłam, jak miałam dziewiętnaście lat. Zorientowałam się dopiero w szóstym miesiącu. Zawsze byłam gruba, jedyna różnica, że tym razem brzuch miałam taki fajny, twardszy. Pracowałam w euforii, bo klienci chcieli mnie i w dzień, i w nocy. Mężczyźni lecą na ciężarne. Wagina jest wtedy cieplejsza i ciaśniejsza, więc mają wrażenie, że uprawiają seks z dziewicą, zwyrodnialcy. Lecą na to zwłaszcza ci z małymi fiutkami. Klienci podświadomie wyczuwają też kobiety w trakcie menstruacji; w te dni w miesiącu mamy o wiele większe branie. Ale każda sama decyduje, czy wtedy chce pracować, czy nie.

Ojciec mojego drugiego dziecka to ten Chilijczyk, co mnie bił. Też kierowca ciężarówki, jak wszyscy. Urodziła się Virginia Lucrecia. Później był Michel Alexander. W tej trzeciej ciąży wpadłam w depresję, próbowałam podciąć sobie żyły. I powiem wam, że przyjemnie mi było być niedoszłą ofiarą samobójstwa, bo ludzie o mnie dbali. Czułam się taka dopieszczona!

– Gdyby nasza sąsiadka nie opiekowała się moimi dziećmi jak własnymi, nie mogłabym działać. A gdybym miała jej płacić tyle, na ile naprawdę zasługuje, przez całe życie bym się nie wypłaciła. Mówią na nas las mamas, mamy. Opiekowała się moimi dziećmi wtedy, kiedy robiłam dla innych to, czego nie mogłam zrobić dla nich.

Myślę, że urodziłam się, by wydawać na świat. Najpiękniejsze momenty w moim życiu to porody. Nawet zakochana nie czułam się tak spełniona. Chwile, kiedy kładziono mi dzieci na piersi, kiedy je do niej przystawiałam, były nieporównywalne z niczym innym. Gdybym mogła urodzić dwadzieścioro, wiedząc, że będą żyć w dobrych warunkach, zrobiłabym to. Ale urodzić, nie wychować. W większości społeczeństw, jeśli nie pasujesz do roli stereotypowej matki, nie jesteś nią. Ciężko mi sprostać tym konceptom.

Bo ja nie czuję się przygotowana do wychowywania. Sama mam tyle braków! Nie wychowano mnie w miłości, więc i ja nie potrafię w niej wychowywać. Na przykład raz córce Sole dałam tak strasznie w tyłek… Wiedziałam, że ją biję, i nie mogłam przestać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że mogę przeistoczyć się w moją mamę. I się przestraszyłam. Wiem, że nie potrafię wychowywać na bazie miłości, tylko na bazie krzyku, reprymendy, przemocy – tego, czego doświadczyłam sama. I wiem, że to nie jest dobry sposób.

Druga mama pokazuje im inny, lepszy świat niż ten mój.

Nie wybaczyłabym sobie, gdybyśmy skończyli jak rodziny moich koleżanek, wszyscy razem upchnięci w burdelu. To byłoby dla mnie o wiele bardziej bolesne niż odsunięcie się od dzieci. Wtedy czułabym, że poniosłam klęskę.

Kocham je. Nade wszystko. Ale boję się swoich korzeni.

Świadomość, że problem tkwi w środowisku, przyszła z czasem. Zrozumiałam, że społeczeństwo nie przestanie na mnie patrzeć jak na prostytutkę. A jedyne, co mogę dzieciom dać, to życie bez piętna. Ono pewnie nie zniknie; myślę, że ma silny związek z religią katolicką. Choć ten nasz kraj jest niby taki laicki, to w szkołach wciąż brakuje lekcji edukacji seksualnej.

Na warsztatach dla dorosłych zawsze pytam uczestników: kto z was, kto należy do społeczeństwa konsumenckiego, może powiedzieć, że nigdy w żaden sposób się nie prostytuował? Nie prostytuował swoich ideałów? Przekonań? I co? Nikt nie podnosi ręki. Dlaczego więc ciągle tak bardzo krytykuje się prostytuowanie własnego ciała?

Nic nie poradzę, na razie tak jest. Dlatego podjęłam decyzję: będę dobrą mamą i nie wychowam moich dzieci.

Większość ludzi bardziej obchodzi to, co się o ich życiu mówi, niż to, jakie to życie jest naprawdę. Ile osób może się położyć spać bez proszka? Ja chrapię jak szalona, nie dręczą mnie wyrzuty sumienia. Na ocenę pozwolę tylko moim dzieciom. Reszta społeczeństwa wisi mi i powiewa.

Nam, kobietom, trudno jest przerwać łańcuch przemocy. On pęta kolejne pokolenia. Jeśli moje córki będą od niej wolne, moja misja będzie zakończona.

3
Nie taki znowu raj

Urugwaj przygotowuje się na przyjęcie syryjskich uchodźców, „El País”, 17 lipca 2014.

Fatima i Nasser, dwoje Syryjczyków, którzy z nadzieją patrzą na Urugwaj, „El Diario”, 29 sierpnia 2014.

Pepe Mujica wita 42 Syryjczyków, „La Nación”, 9 października 2014.

Urugwaj entuzjastycznie podejmuje uchodźców, „Página Siete”, 9 października 2014.

Syryjskie dzieci włożyły tuniki i przypięły kokardy, 180 Ciento­ochenta, 22 października 2014.

Nowe domy dla Syryjczyków niepewne w świetle przemocy domowej, „El País”, 5 lutego 2015.

Rząd przyznaje się do błędów w postępowaniu z uchodźcami syryjskimi, „El País”, 21 kwietnia 2015.

Chusty syryjskich dziewczynek ponownie otwierają polemikę na temat świeckości, „El País”, 24 lipca 2015.

Syryjscy uchodźcy chcą wyjechać z Urugwaju. Mówią, że nie mają tu przyszłości, „La Nación”, 7 września 2015.

Syryjski uchodźca oblewa się benzyną w ramach protestu, „El Observador”, 6 października 2015.

W Urugwaju rozczarowanie skargami syryjskich imigrantów, „La Nación”, 20 października 2015.

Dwie syryjskie rodziny są zdecydowane, by wyjechać z Urugwaju, Montevideo Portal, 17 kwietnia 2017.

Jeden z syryjskich uchodźców wyjechał do Brazylii. „Nie wrócę”, „El País”, 20 czerwca 20179.