Kalifat albo śmierćTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go

„Bóg dał mi drugą szan­sę, abym stał się gło­sem tych, któ­rych po­zba­wio­no pra­wa gło­su – gło­sem prze­śla­do­wa­nych chrze­ści­jan nie tyl­ko w Ni­ge­rii, lecz rów­nież na ca­łym świe­cie” – mówi o so­bie Ha­bi­la Ada­mu, chrze­ści­ja­nin z pół­no­cy Ni­ge­rii, któ­ry kil­ka lat temu je­dynie dzię­ki Bo­żej in­ge­ren­cji prze­żył na­paść is­la­mi­stów. Książ­ka ta opo­wia­da o nim i jego nie­zwykłym spo­tka­niu z Bah­drim, byłym is­lam­skim ter­ro­rystą, któ­ry na­wró­cił się do Chrystusa.

Ha­bi­lę po­zna­łem oso­bi­ście, kie­dy w 2014 roku go­ścił w Pol­sce na za­pro­sze­nie na­sze­go sto­wa­rzysze­nia. Wsłuchi­wa­łem się wów­czas w jego świa­dec­two – peł­ne pro­sto­ty, po­ko­ry, ła­god­no­ści i prze­ba­cze­nia. Bez­sprzecz­nie uko­chał on Je­zusa po­nad wszyst­ko. Ale ko­cha też życie. Pa­mię­tam, jak za­trzymywa­li­śmy się, aby mógł sfo­to­gra­fo­wać zło­cą­ce się w słoń­cu pola rze­pa­ku. Zro­bi­ły na nim wiel­kie wra­że­nie…

Po­wró­cił po­tem do swo­jej uko­cha­nej Ni­ge­rii, gdzie na pół­no­cy od lat nie­prze­rwa­nym strumie­niem płynie krew mę­czen­ni­ków Chrystuso­wych. 5 lip­ca 2015 roku w sa­mo­bój­czym za­ma­chu ter­ro­rystycz­nym pod­czas nie­dziel­ne­go na­bo­żeń­stwa w Ko­ście­le Od­kupio­nych w Po­ti­skum zgi­nę­ła sio­stra Ha­bi­li Ta­bi­ta, a tak­że dwój­ka jej dzie­ci. Czwo­ro po­zo­sta­łych, z któ­rymi przy­szła tego dnia do ko­ścio­ła, prze­żyło, po­nie­waż Ta­bi­ta w ostat­niej chwi­li wy­sła­ła je do domu, aby przy­nio­sły pie­nią­dze na ko­lek­tę…

Po­mi­mo doj­mu­ją­ce­go bólu Ha­bi­la nie prze­stał ufać Je­zuso­wi. „Wie­my, że pój­ście na na­bo­żeń­stwo to spra­wa życia i śmier­ci – wy­znał po śmier­ci sio­stry. – Pod­ję­li­śmy jed­nak po­sta­no­wie­nie, że nikt nie po­wstrzyma nas przed od­da­wa­niem czci na­sze­mu Bogu, bez wzglę­du na ryzyko. Dzię­kuje­my Bogu, któ­ry za­wsze daje nam siłę, byśmy mo­gli być Mu wier­ni”.

Ty­tuł tej książ­ki, Ka­li­fat albo śmierć, zda­je się su­ge­ro­wać, że w ob­li­czu sza­le­ją­ce­go zła są tyl­ko dwa wyj­ścia. Tym­cza­sem Ha­bi­la po­szedł trze­cią dro­gą – dro­gą życia dla Je­zusa, któ­re­go nie zdo­ła znisz­czyć ża­den ka­li­fat ani naj­okrut­niej­sza śmierć. Oby każ­dy z nas wszedł na tę wą­ską ścież­kę i po­zo­stał na niej aż do koń­ca. Lek­tura ni­niej­szej książ­ki z pew­no­ścią nam w tym po­mo­że.

Pa­stor Ma­ciej Wil­kosz

Pre­zes sto­warzysze­nia

Głos Prze­śla­do­wa­nych Chrze­ści­jan

Przed­mo­wa do wy­da­nia nie­miec­kie­go

Ka­li­fat albo śmierć – taką al­ter­na­tywę bar­dzo trud­no nam so­bie wy­obra­zić. Jest ona jed­nak po­nurą rze­czywi­sto­ścią dla mi­lio­nów chrze­ści­jan w kra­jach mę­czen­ni­ków. Grec­kie sło­wo „mę­czen­nik” ozna­cza do­słow­nie świad­ka. Świad­ka Je­zusa. Świad­ka wiel­kiej na­dziei, któ­ra prze­kra­cza śmierć. Świad­ka oj­czyzny, któ­ra jest nie na tym świe­cie. Je­zus dał swo­im uczniom za­da­nie: „Bę­dzie­cie mo­imi świad­ka­mi w Je­ro­zo­li­mie, w ca­łej Judei, w Sa­ma­rii i na ca­łym świe­cie” (Dz 1,8)[1].

Mó­wić o tym, cze­go Je­zus do­ko­nał w moim życiu i cze­go od Nie­go do­świad­czyłem – to była mi­sja pierw­szych uczniów i to jest nadal, w XXI wie­ku, na­sza mi­sja. Wie­lu od­waż­nych świad­ków Pana wy­peł­nia ją i spo­tyka­ją ich za to szyder­stwa, dys­krymi­na­cja, szyka­ny, ucisk, tor­tury, wię­zie­nie, a na­wet śmierć.

Książ­ka, któ­rą trzymasz w ręku, opo­wia­da o ta­kich wła­śnie świad­kach Je­zusa w pół­noc­nej Ni­ge­rii, w re­gio­nie, gdzie spusto­sze­nie sie­je ter­ro­rystycz­na or­ga­ni­za­cja Boko Ha­ram, któ­ra chce zbu­do­wać tam swój ka­li­fat. Dla chrze­ści­jan nie ma tam miej­sca – są mor­do­wa­ni lub wy­pę­dza­ni. W ta­kim wła­śnie miej­scu los ze­tknął ze sobą Bah­drie­go i Ha­bi­lę.

Hi­sto­ria Bah­drie­go boli już, kie­dy się ją czyta. Jak Bóg mógł do­pu­ścić do tego, by Jego wy­znaw­ca mu­siał zno­sić kosz­mar obo­zu, w któ­rym szko­lą się bo­jów­ki Boko Ha­ram? Hi­sto­ria Bah­drie­go bu­dzi za­ra­zem zdu­mie­nie, za­chwyt wiel­ko­ścią na­sze­go Boga i tym, jak po­tra­fi On prze­mie­nić czło­wie­ka, wręcz stwo­rzyć go na nowo.

Po­zna­łem ni­ge­ryj­skie­go chrze­ści­ja­ni­na Ha­bi­lę, któ­ry w kli­ma­cie stra­chu, wy­wo­ła­nym przez sza­riat i ter­ro­ryzm, mało nie stra­cił życia. Nie za­parł się on Je­zusa, a dziś jest am­ba­sa­do­rem mi­ło­ści i po­jed­na­nia w du­chu Jego Ewan­ge­lii. Mi­łość Ha­bi­li do na­sze­go Pana i od­wa­ga wy­zna­wa­nia wia­ry są za­raź­li­we, po­dob­nie jak jego mi­łość do prze­śla­dow­ców. Ten czło­wiek za­świad­cza swo­im życiem, że Je­zus po­tra­fi uwol­nić nas od żą­dzy ze­msty i na­peł­nić mi­ło­ścią. Ta książ­ka opo­wia­da o owo­cach, ja­kie wy­da­ło spo­tka­nie obu jej bo­ha­te­rów.

Niem­cy to nie pół­noc­na Ni­ge­ria, a mimo to rów­nież tutaj mno­żą się przy­pad­ki agre­sji wo­bec chrze­ści­jan. Mo­że­my więc uczyć się od na­szych afrykań­skich współ­wyznaw­ców. War­to, by każ­dy z nas po­sta­wił so­bie wresz­cie pyta­nie: Ile może kosz­to­wać mnie wia­ra? Jaką cenę je­stem go­tów za­pła­cić za to, że na­le­żę do Je­zusa?

Co po­wiem, kie­dy ktoś za­pyta mnie o wy­zna­wa­ną re­li­gię, a ja­sna od­po­wiedź bę­dzie mi mo­gła tyl­ko za­szko­dzić?

Życzę Ci, dro­gi Czytel­ni­ku – a tak­że so­bie – od­wa­gi, byśmy mo­gli jed­no­znacz­nie opo­wie­dzieć się za Je­zusem, tak jak to zro­bi­li Bah­dri i Ha­bi­la, a dzię­ki temu po­znać Jego moc i od­kryć w so­bie siłę, któ­ra po­ma­ga prze­zwycię­żyć wszel­ki lęk. Rów­nież w na­szym kra­ju po­trzeb­ni są męż­ni, nie­ustra­sze­ni świad­ko­wie Je­zusa.

Man­fred Mül­ler

Dy­rek­tor Hil­fsak­tion Mär­tyrer­kir­che[2]

[1] Wszyst­kie cyta­ty z Pi­sma Świę­te­go za Bi­blią Po­znań­ską.

[2] Mär­tyrer­kir­che („Ko­ściół Mę­czen­ni­ków”) – nie­miec­ka po­nadwyzna­nio­wa or­ga­ni­za­cja zaj­mu­ją­ca się po­mo­cą dla prze­śla­do­wa­nych chrze­ści­jan na ca­łym świe­cie.

Przy­szli po nas w nocy

Oko­ło je­de­na­stej Ha­bi­la na­gle ze­rwał się z łóż­ka. Przez za­sło­nę zo­ba­czył prze­suwa­ją­cy się po ścia­nie sy­pial­ni snop świa­tła la­tar­ki. Usłyszał krzyk:

– Woj­sko ni­ge­ryjskie. Otwie­rać!

Vi­vian rów­nież na­tych­miast się obu­dzi­ła. Sie­dzie­li w łóż­ku i spo­glą­da­li jed­no na drugie z lę­kiem. Co ro­bić? Ha­bi­la wy­sko­czył z łóż­ka. Je­że­li to było woj­sko, nie mie­li wy­bo­ru – mu­sie­li otwo­rzyć. W ciem­no­ści od­na­lazł dro­gę do drzwi. Prze­krę­cił klucz w zam­ku i za­marł ze stra­chu. Sta­ła przed nim gru­pa męż­czyzn w czar­nych ko­mi­niar­kach i z ka­ła­cha­mi w rę­kach. Na­tych­miast zro­zu­miał, że to nie żoł­nie­rze. To byli człon­ko­wie Boko Ha­ram.

Czte­rech za­ma­sko­wa­nych dra­bów bez na­mysłu wpa­dło do po­ko­ju, pią­ty po­zo­stał na war­cie przy bra­mie po­se­sji. Ha­bi­la gwał­tow­nie się cof­nął.

– Jezu Chryste! – krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na Vi­vian.

– Przy­szli­śmy wy­ko­nać dzie­ło Al­la­ha! – wrza­snął je­den z męż­czyzn.

Lot do Jos

Przed chwi­lą ni­ge­ryj­ska ste­war­des­sa roz­da­ła pa­sa­że­rom to­reb­ki z orzesz­ka­mi ziem­nymi. Po­cią­gam łyk soku z kar­to­ni­ka i wy­glą­dam przez okno sa­mo­lo­tu. W dole roz­cią­ga się las tro­pi­kal­ny. Tu i ów­dzie wi­dać po­la­ny, a na nich grup­ki brą­zo­wych chat krytych li­ść­mi. W gę­stwi­nie drzew wije się wiel­ka rze­ka. Przed dwudzie­sto­ma mi­nuta­mi wy­star­to­wa­li­śmy z lot­ni­ska w La­gos, naj­więk­szej aglo­me­ra­cji w Afryce, a na­szym ce­lem jest po­ło­żo­ne w głę­bi lądu mia­sto Jos.

W ma­łym sa­mo­lo­cie za­ję­ta jest chyba tyl­ko po­ło­wa miejsc; je­stem je­dyną Eu­ro­pej­ką na po­kła­dzie. W rzę­dzie przede mną sie­dzi kor­pulent­na ko­bie­ta w błysz­czą­cej, brą­zo­wej su­kien­ce i czep­ku z tego sa­me­go ma­te­ria­łu. Jest zupeł­nie po­grą­żo­na w lek­turze. Na jej ko­la­nach wi­dzę duży eg­zem­plarz Bi­blii. At­mos­fe­ra w sa­mo­lo­cie jest po­god­na, jed­nak w pew­nej chwi­li ma­szyna wpa­da w tur­bu­len­cje. Z ust pa­sa­że­rów wy­do­bywa się gło­śne „Aja­ja­aaj!”. Nad na­szymi gło­wa­mi za­pa­la­ją się lamp­ki z na­pi­sem „Za­piąć pasy”. Łup! Sa­mo­lot nadal ob­ni­ża lot, bynajm­niej nie ła­god­nie. Pa­trzę przez okno i wi­dzę, że po­wie­trze nad pusz­czą jest te­raz ciem­ne i peł­ne pyłu. Le­ci­my pro­sto w tro­pi­kal­ną bu­rzę. Nie­bo przed nami prze­szywa­ją błyska­wi­ce. Czuję, jak wzra­sta mi po­ziom ad­re­na­li­ny we krwi. Przed ocza­mi sta­ją mi, wciąż świe­że, ob­ra­zy MH17[3]. Wi­dok wiel­kich, dy­mią­cych, roz­rzuco­nych po polu ka­wał­ków wra­ku wstrzą­snął całą Ho­lan­dią. Czyż­by to był mój ostat­ni lot? I po co w ogó­le pcham się do Ni­ge­rii?

W naj­bliż­szych ty­god­niach będę mia­ła za za­da­nie prze­pro­wa­dzić wy­wia­dy z ludź­mi, któ­rzy sta­li się ofia­ra­mi is­la­mi­stycz­nej or­ga­ni­za­cji ter­ro­rystycz­nej Boko Ha­ram. Eks­tre­mi­ści zdo­byli moc­ny przy­czó­łek w pół­noc­nej Ni­ge­rii i do­pu­ści­li się w ostat­nich la­tach mor­dów na ty­sią­cach lu­dzi: tyl­ko od po­cząt­ku roku 2014 Amne­sty In­ter­na­tio­nal od­no­to­wa­ła 5500 cywil­nych ofiar. Czę­sto są to na­uczycie­le lub urzęd­ni­cy pań­stwo­wi, ich bo­wiem ter­ro­ry­ści zwal­cza­ją ze szcze­gól­ną bez­względ­no­ścią. Po­wszech­nym ce­lem ata­ków Boko Ha­ram są rów­nież chrze­ści­ja­nie, ich wia­ra stoi bo­wiem w sprzecz­no­ści z ideą is­lam­skie­go ka­li­fa­tu, ja­kim or­ga­ni­za­cja ogło­si­ła pół­noc­ną część kra­ju.

 

Szo­kuje mnie za­rów­no wy­so­ka licz­ba ofiar śmier­tel­nych, jak i nie­wy­po­wie­dzia­ne cier­pie­nie to­wa­rzyszą­ce śmier­ci każ­dej z nich. W pra­sie ho­len­der­skiej tym wy­da­rze­niom po­świę­ca się co naj­wyżej krót­ki ko­mu­ni­kat na ostat­niej stro­nie; tym bar­dziej chcę po­znać hi­sto­rie, ja­kie kryją się za prze­ra­ża­ją­cymi licz­ba­mi. Jak Boko Ha­ram zmie­ni­ła życie prze­cięt­ne­go Ni­ge­ryj­czyka? Ja­kim cu­dem ni­ge­ryj­ski Ko­ściół trwa jesz­cze, po­mi­mo kam­pa­nii strasz­li­wej prze­mo­cy? Na te wła­śnie pyta­nia będę w naj­bliż­szych ty­god­niach szukać od­po­wie­dzi.

Swo­je po­szuki­wa­nia roz­po­czynam w domu ni­ge­ryj­skie­go chrze­ści­ja­ni­na Ha­bi­li Ada­mu, któ­re­mu bo­jów­ka­rze Boko Ha­ram strze­li­li z bli­ska w gło­wę, a na­stęp­nie po­rzuci­li jego cia­ło, prze­ko­na­ni, że ofia­ra nie żyje. Mam na­dzie­ję, że za po­śred­nic­twem Ha­bi­li zdo­łam do­trzeć rów­nież do in­nych ofiar ter­ro­rystów.

Na­zwa „Boko Ha­ram” ozna­cza: „za­chod­nia edu­ka­cja to świę­to­kradz­two”. Wy­glą­da na to, że opór wo­bec Za­cho­du, któ­ry su­ge­ruje na­zwa ugrupo­wa­nia, za­czyna się bu­dzić jesz­cze przed moim lą­do­wa­niem w Jos. Gdzież to ja czyta­łam, że nie po­win­no się rzucać wy­zwa­nia lo­so­wi?

„Aja­ja­aaj!” – okrzyki prze­ra­że­nia sta­ją się z każ­dą chwi­lą do­no­śniej­sze. Sa­mo­lot nadal ob­ni­ża lot; nie­bez­piecz­nie prze­chyla się na bok, a po­tem na drugi. Od­no­szę wra­że­nie, że wi­cher bez­ład­nie mio­ta ma­szyną. Prze­suwa­my się na swo­ich sie­dze­niach to w pra­wo, to w lewo. Pani w błysz­czą­cej suk­ni za­czyna mo­dlić się na głos:

– Pa­nie Jezu, ura­tuj nas! Wy­po­wiedz tyl­ko sło­wo, a du­chy po­wie­trza usłucha­ją Cię. Jezu, o Jezu…

Na­pię­cie wśród pa­sa­że­rów ro­śnie. Do mo­dli­twy przy­łą­cza­ją się ko­lej­ne gło­sy, gwar na­ra­sta. Ku nie­za­do­wo­le­niu ste­war­des­sy sie­dzą­cy za mną nie­na­gan­nie ubra­ny dżen­tel­men igno­ruje na­kaz za­pię­cia pa­sów i zaj­mu­je całe przej­ście, sta­ra­jąc się klę­czeć tak na­boż­nie, jak tyl­ko na to po­zwa­la roz­ko­łysa­ny sa­mo­lot.

– Al­la­hu ak­bar! Al­lah jest wiel­ki – mam­ro­cze ci­cho, bi­jąc po­kło­ny do zie­mi.

Gro­te­sko­wość tej sy­tua­cji obez­wład­nia mnie. Czy kie­dykol­wiek do­trze­my do Jos? Nie je­stem tego taka pew­na. Może nasz ko­niec jest już bli­ski…

Na­gle tur­bu­len­cje ustę­pują jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. Wiatr uspo­ka­ja się, a gło­śni­ki znów za­czyna­ją dzia­łać. Przez chwi­lę coś w nich trzesz­czy, a po­tem do­cie­ra do nas ner­wo­wy głos:

– Pa­nie i pa­no­wie, mówi wasz ka­pi­tan. Przed chwi­lą mu­sie­li­śmy omi­nąć gwał­tow­ną bu­rzę i zmie­nić kurs. Le­ci­my do Abu­dży, gdzie bę­dzie­my mie­li mię­dzylą­do­wa­nie. Po­cze­ka­my tam, aż po­go­da po­pra­wi się na tyle, byśmy mo­gli bez­piecz­nie kon­tynuo­wać lot do Jos.

– Dzię­ki Ci, Jezu! – okrzyk damy z Pi­smem Świę­tym wy­peł­nia całą ka­bi­nę pa­sa­żer­ską.

– Amen! – od­po­wia­da chó­rem część po­dróż­nych.

„Wi­taj w Ni­ge­rii!” – myślę z wes­tchnie­niem ulgi.

[3] Cho­dzi o lot Ma­lay­sia Air­li­nes 17 z Am­ster­da­mu do Kua­la Lum­pur, któ­re­go kod to MH17; w lip­cu 2014 r. sa­mo­lot le­cą­cy na tej tra­sie roz­bił się na Ukra­iną. Więk­szość ofiar ka­ta­stro­fy sta­no­wi­li Ho­len­drzy – ro­da­cy au­tor­ki [przyp. tłum.].

Ha­bi­la i Vi­vian

Pe­ry­fe­ryj­ne osie­dla Jos, me­tro­po­lii w środ­ko­wej Ni­ge­rii, przed­sta­wia­ją sobą nie­zwykły wi­dok. Pro­ste domy na tle so­czystej zie­le­ni pła­sko­wyżu, z któ­re­go raz po raz wy­ra­sta­ją ogrom­ne bryły skal­ne, wy­glą­da­ją, jak gdyby roz­rzuci­ła je tam dłoń ja­kie­goś ol­brzyma.

Przyj­rzaw­szy się do­kład­niej, szyb­ko moż­na się zo­rien­to­wać, że ni­cze­go nie po­zo­sta­wio­no tu przy­pad­ko­wi. Miesz­ka­ją­ce tu ro­dzi­ny sta­ran­nie wy­bra­ły so­bie ska­ły, pod osło­ną któ­rych wznio­sły swo­je do­mo­stwa. Nie­któ­re bar­dzo kre­atyw­nie wpi­sa­ły bu­dyn­ki w kra­jo­braz, sta­wia­jąc je tak, by sta­no­wi­ły prze­dłu­że­nie skał. Ka­mien­ne po­wierzch­nie służą im jako miej­sce do su­sze­nia bie­li­zny; to nie­zwykle wy­daj­ny wy­na­la­zek: wy­star­czy, by słoń­ce świe­ci­ło choć przez chwi­lę, a gła­zy ro­bią się go­rą­ce jak pie­kar­nik. Inni z ko­lei zde­cydo­wa­li się ukryć swo­je do­mo­stwa w szcze­li­nach. Naj­wyraź­niej za­le­ża­ło im na do­dat­ko­wej ochro­nie, jaką mogą za­pew­nić wzno­szą­ce się z dwóch stron ka­mien­ne blo­ki. A jest przed czym się cho­wać: ule­wy, wiatr, pię­ści, kule, wszyst­ko to wisi tutaj w po­wie­trzu. Miesz­ka­jąc w Jos, wiesz, że jest pod do­stat­kiem rze­czy, przed któ­rymi mu­sisz się chro­nić.

Roz­kwit mia­sta przy­padł na cza­sy ko­lo­nial­ne; Jos uro­sło wów­czas do ran­gi wiel­kie­go ośrod­ka prze­mysłu cyno­we­go. Stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie na pła­sko­wyżu w ser­cu Ni­ge­rii za­chę­ci­ło Brytyj­czyków do za­ło­że­nia tutaj w roku 1915 osa­dy. Naj­waż­niej­sza była jed­nak per­spek­tywa zysku, jaki za­po­wia­da­ły miej­sco­we zło­ża bo­gactw na­tural­nych. W ko­pal­niach w Jos i oko­li­cy po­zyski­wa­no rok­rocz­nie sie­dem­na­ście ty­się­cy ton cyny; za­trud­nia­no w nich sie­dem­dzie­siąt pięć ty­się­cy miej­sco­wych.

Dziś ko­pal­nie – z pa­ro­ma wy­jąt­ka­mi – są już za­mknię­te. Po spad­ku cen cyny w la­tach trzydzie­stych XX wie­ku wiel­kie kon­cer­ny opu­ści­ły ten re­gion, po­grą­ża­jąc lo­kal­ną go­spo­dar­kę w per­ma­nent­nym kryzysie. Wę­drując po oko­li­cy, co rusz moż­na za­uwa­żyć zżar­te przez rdzę, nie­rucho­me od dzie­się­cio­le­ci prze­no­śni­ki ta­śmo­we, nie­mych świad­ków lep­szych cza­sów. Tu i ów­dzie na po­ste­run­ku stoi jesz­cze ze­psuty dźwig z ko­lum­ną ob­ro­śnię­tą wy­so­ką tra­wą, w któ­rej spo­koj­nie mógł­by się ukryć do­ro­sły czło­wiek. Współ­cze­sne Jos jest tyl­ko nędz­nym cie­niem daw­nej prze­mysło­wej me­tro­po­lii.

Więk­szość lud­no­ści spo­glą­da w przy­szłość bez szcze­gól­ne­go optymi­zmu – nie tyl­ko dla­te­go, że per­spek­tywy eko­no­micz­ne są dość po­nure, lecz tak­że z po­wo­du na­ra­sta­ją­cej prze­mo­cy. Na pół­no­cy co­raz sil­niej­szą po­zycję zdo­bywa is­la­mi­stycz­na or­ga­ni­za­cja Boko Ha­ram. Miesz­kań­cy mia­sta są w peł­ni świa­do­mi, że wy­star­czy nie­wiel­ka iskra, aby wy­buchł po­żar, któ­ry ogar­nie całe mia­sto. Jos leży do­kład­nie na styku mu­zuł­mań­skiej pół­no­cy Ni­ge­rii z chrze­ści­jań­skim po­łu­dniem kra­ju. Za­le­d­wie przed kil­ku laty w świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia do­szło do ata­ku, w wy­ni­ku któ­re­go zgi­nę­ło trzydzie­ści osób. Pod­pa­lo­no je­den z ko­ścio­łów, za­czę­ła się wal­ka mię­dzy chrze­ści­ja­na­mi i mu­zuł­ma­na­mi. Rok póź­niej w tym sa­mym okre­sie znów do­pusz­czo­no się brutal­nych ata­ków. Nie ma w Jos czło­wie­ka, któ­re­go by te wy­da­rze­nia nie do­tknę­ły: kto sam nie stra­cił bli­skich, zna lu­dzi opła­kują­cych swo­ich krew­nych. Nikt nie wąt­pi w to, że Boko Ha­ram dys­po­nuje w mie­ście uśpio­nymi ko­mór­ka­mi, któ­re tyl­ko cze­ka­ją na roz­ka­zy.

Nasz sa­mo­chód z na­pę­dem na czte­ry koła pod­ska­kuje na nie­rów­nej, gli­nia­stej dro­dze, pro­wa­dzą­cej mię­dzy ska­ła­mi. Kil­ka razy szar­pie mną na tyl­nym sie­dze­niu tak moc­no, że ude­rzam gło­wą w bla­sza­ny dach dżi­pa. Nie­mniej, po wczo­raj­szym nie­spo­koj­nym lo­cie i tak je­stem szczę­śli­wa, że po­dró­żuję czymś, co ma czte­ry moc­no trzyma­ją­ce się zie­mi koła. Po­jazd te­le­pie się mię­dzy do­ma­mi. Ba­wią­ce się dzie­ci ze­ska­kują z dro­gi na pra­wo i lewo. Moc­no zbu­do­wa­na ko­bie­ta tra­ci nie­mal rów­no­wa­gę, kie­dy pró­bu­je prze­sko­czyć przez głę­bo­ką dziu­rę w dro­dze, by umknąć przed sa­mo­cho­dem. Spod czep­ka rzuca na­sze­mu kie­row­cy gniew­ne spoj­rze­nie. Mu­si­my prze­je­chać nie­rów­ną dro­gą jesz­cze kil­ka­set me­trów – i wresz­cie je­ste­śmy u celu.

Tego dnia od­wie­dzam Ha­bi­lę i jego ro­dzi­nę. Przed ro­kiem ucie­kli z ro­dzin­ne­go Po­ti­skum na pół­no­cy, gdzie nie mo­gli już czuć się bez­piecz­nie; Ha­bi­la le­d­wie prze­żył za­mach bo­jow­ni­ków Boko Ha­ram. Tutaj, w Jos, ro­dzi­nie uda­je się za­cho­wać względ­ną ano­ni­mo­wość. Nie mogę się do­cze­kać roz­mo­wy z nimi.

Przed ma­łym skle­pem z pla­sti­ko­wymi wia­dra­mi jest do­kład­nie tyle miej­sca, ile po­trze­ba, żeby za­par­ko­wać nasz sa­mo­chód. Na pra­wo od nas otwie­ra się duża że­la­zna bra­ma.

– Dzień do­bry! – słyszymy. Z pro­mien­nym uśmie­chem wita nas Ha­bi­la. Jest ubra­ny w nie­bie­ski dres; wy­cią­ga rękę w na­szym kie­run­ku i ge­stem dło­ni za­pra­sza do wej­ścia. Wraz z ni­ge­ryj­skim kie­row­cą po­dą­ża­my za go­spo­da­rzem. Prze­cho­dzi­my przez małe po­dwó­rze. Do domu z obu stron przy­le­ga­ją nie­otyn­ko­wa­ne bu­dyn­ki o pła­skich da­chach. Za­miast drzwi w otwo­rze wej­ścio­wym za­wie­szo­no się­ga­ją­ce do zie­mi za­sło­ny. Ha­bi­la od­suwa jed­ną z nich, wcho­dzi­my.

W pół­mro­ku do­strze­gam małą Gla­dys, któ­ra bawi się na pod­ło­dze.

– Vi­vian, go­ście! – krzyczy Ha­bi­la. Jego żona wy­sta­wia gło­wę zza ko­lej­nej za­sło­ny, od­dzie­la­ją­cej kuch­nię od resz­ty po­miesz­czeń. Wi­dzę jej twarz i od razu wiem, że Vi­vian po­tra­fi cie­szyć się życiem, ale jed­no­cze­śnie ob­da­rzo­na jest – tak ty­po­wym dla ni­ge­ryj­skich ko­biet – po­czuciem god­no­ści. Ma na so­bie żół­to­brunat­ną suk­nię w czer­wo­ny de­seń i swo­bod­nie na­rzuco­ny na gło­wę cze­pek z tego sa­me­go ma­te­ria­łu.

– Wi­ta­my ser­decz­nie! – We­so­łe oczy Vi­vian roz­ja­śnia­ją całą jej twarz. Ko­bie­ta na­tych­miast zni­ka w kuch­ni, gdzie na chybo­tli­wym pa­ra­fi­no­wym pie­cyku przy­go­to­wuje ja­kieś mącz­ne pysz­no­ści. Jej sied­mio­let­ni sy­nek Da­vid już wy­czuł, że be­dzie coś smacz­ne­go. Jesz­cze przed chwi­lą – na­wet gdy wcho­dzi­li­śmy do domu – nig­dzie nie było go wi­dać, a te­raz na­gle wy­ra­sta jak­by spod zie­mi. Jego mowa cia­ła zdra­dza, że na co dzień chło­piec nie do­sta­je ta­kich ra­ryta­sów.

Wa­ka­cje szkol­ne już się wła­ści­wie skoń­czyły, ale Da­vid wciąż jest w domu. Szko­ły nie wzno­wi­ły jesz­cze za­jęć, po­nie­waż w Ni­ge­rii stwier­dzo­no kil­ka przy­pad­ków za­ka­że­nia wi­rusem ebo­li, któ­ry nie­daw­no siał spusto­sze­nie w są­sied­nich kra­jach. Aby unik­nąć epi­de­mii tej bar­dzo za­raź­li­wej cho­ro­by, miej­sco­wy rząd po­sta­no­wił, że pla­ców­ki edu­ka­cyj­ne po­zo­sta­ną za­mknię­te do od­wo­ła­nia.

– Dziś Boko Ha­ram, jutro ebo­la – wzdycha go­spo­dyni. Marsz­cząc czo­ło, przy­zna­je, że mar­twi się o syna: gro­żą mu duże za­le­gło­ści, je­że­li wciąż bę­dzie miał prze­rwy w na­uce.

W cią­gu ostat­nich dwóch lat ro­dzi­na prze­żyła zbyt wie­le wstrzą­sów. Od­kąd Vi­vian zo­sta­ła mat­ką, już kil­ka­krot­nie spo­glą­da­ła śmier­ci pro­sto w oczy. Fakt, że jej mąż nadal żyje, uwa­ża za Boży cud.

– Gdyby przed pół­to­ra ro­kiem ktoś mi po­wie­dział, że Ha­bi­la prze­żyje, że cały i zdro­wy bę­dzie sie­dział obok mnie tutaj na ka­na­pie, z pew­no­ścią bym w to nie uwie­rzyła – śmie­je się, uka­zując lśnią­co bia­łe zęby. Pa­trząc na to mał­żeń­stwo, trud­no się do­myślić, że mają za sobą tak bo­le­sny okres.

Ko­bie­ta po­now­nie zni­ka za kuchen­ną za­sło­ną. Wra­ca, nio­sąc w rę­kach dzba­nek her­ba­ty i mi­skę z wy­pie­kiem.

Z wy­raź­ną dumą Vi­vian sia­da na so­fie. Gla­dys, któ­ra nie­daw­no skoń­czyła rok, wdra­puje się jej na ko­la­na. Ra­do­sny uśmiech dziew­czyn­ki do złudze­nia przy­po­mi­na uśmiech jej mamy.

– Dla mnie ona jest da­rem od Boga – mówi ko­bie­ta. Mnie, ra­cjo­nal­nie myślą­cą Ho­len­der­kę, od daw­na fa­scynuje to, jak wie­le po­wo­dów do ra­do­ści od­krywa­ją w swo­im życiu Afrykan­ki, zwłasz­cza te, któ­rym nie moż­na po­zaz­dro­ścić wa­run­ków życia. Vi­vian jest jesz­cze jed­nym po­twier­dze­niem tej re­guły. Za­mach na Ha­bi­lę wy­wo­łał cha­os w życiu tej ro­dzi­ny. Ci lu­dzie stra­ci­li nie tyl­ko źró­dło utrzyma­nia, lecz tak­że miesz­ka­nie i do­bytek. Zdu­mie­wa mnie ra­dość Vi­vian i jej nie­wzruszo­ne za­ufa­nie do Boga po wszyst­kim, przez co prze­szła.

– Bóg się o nas trosz­czy, w każ­dej sy­tua­cji, je­stem tego pew­na – twier­dzi. – Do­świad­czyłam tego z całą mocą!

Go­spo­dyni wspa­nia­le na­uczyła się być wdzięcz­na za wszyst­ko, co po­sia­da – uświa­da­miam to so­bie już pod­czas na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia. Nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem siły jest dla niej wia­ra, na któ­rej po­tra­fi się oprzeć w każ­dej życio­wej sy­tua­cji.