Żona na zamówienie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marguerite Kaye

Żona na zamówienie

Tłumaczenie: Ewa Bobocińska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: From Courtesan to Convenient Wife

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2018

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2018 by Marguerite Kayes

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-4828-0

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Dedykacja: dla Paryża, Miasta Światła, miasta miłości, mojego ulubionego miasta na świecie.

Je t’adore.

Prolog

Londyn – maj 1818

Dom, będący celem jej podróży, stał przy Upper Wimpole Street, na obrzeżach dzielnicy uważanej za przyzwoitą część Londynu. Kobieta powszechnie znana jako Mistrzyni lekko wyskoczyła z bryczki i kazała woźnicy zaczekać, aż wejdzie do środka, a potem odjechać i wrócić po nią za godzinę. Wiedziała z doświadczenia, że godzina w zupełności wystarczy do sfinalizowania sprawy. Bez względu na to, jakim rezultatem zakończy się jej misja.

Numer czternasty znajdował się na samym końcu tarasu. Do drzwi frontowych prowadziły niskie schody, ale wejście do sutereny znajdowało się za rogiem, na Devonshire Street. Mistrzyni ostrożnie zeszła po stromych schodkach. Nawet w słoneczny, późnowiosenny poranek panował tam chłód, było wilgotno i ponuro. Zasłony w jedynym, brudnym oknie były zaciągnięte. Płat farby odpadł z drzwi, kiedy uderzyła w nie zardzewiałą kołatką.

Żadnej reakcji. Zastukała znowu, spoglądając w okno. Zauważyła lekki ruch kotary, jakby ktoś próbował przyjrzeć się jej niepostrzeżenie. Stała spokojnie i pozwalała się oglądać, przyzwyczajona do ostrożności i rezerwy kobiet w stosunku do niezapowiedzianych gości. Powody były rozmaite, ale u ich podstaw zawsze krył się strach.

Mistrzyni oferowała kobietom o szczególnych umiejętnościach lub cechach najlepszy sposób wyjścia z tarapatów. Tym, które spełniły jej kryteria, proponowała ekskluzywne kontrakty na czas określony oraz fundusze na rozpoczęcie nowego życia, ale to, jaką formę ono przybierze, zależało tylko i wyłącznie od nich. Prowadzony przez nią biznes był unikalny, niezwykle lukratywny i przeważnie satysfakcjonujący, chociaż zdarzało się, że czasami nawet ona była bezradna wobec niesprawiedliwości świata, która szczególnie dawała się we znaki kobietom. Tego dnia była jednak w dobrym nastroju. Pojawił się u niej nowy klient z wyjątkowym zapotrzebowaniem, które stanowiło prawdziwe wyzwanie dla reputacji Mistrzyni jako osoby o nieograniczonych możliwościach. Słyszała o spektakularnym upadku lady Sophii Acton i zastanawiała się swego czasu nad jego przyczyną. Teraz, dzięki szerokiej sieci kontaktów, zrozumiała ją aż za dobrze. I serce jej się ścisnęło – na ile to oczywiście możliwe przy tak zdrętwiałym organie.

Przytaknęła sobie lekkim kiwnięciem głowy. Tak, nie mogłaby znaleźć dla tej kobiety bardziej odpowiedniego zadania. Uznała, że lady Sophia miała już dość czasu, aby stwierdzić, że jej gość to nie właścicielka mieszkania, która przyszła ją wyrzucić. Sophia Acton powinna wyjść z ukrycia i wrócić do świata. Aczkolwiek całkiem innego rodzaju niż ten, w którym żyła dotychczas.

Ponownie zastukała do drzwi i tym razem jej cierpliwość została nagrodzona, zresztą zgodnie z przewidywaniem. Kobieta, która otworzyła drzwi, była wysoka i smukła, ubrana w niemodną, wypłowiałą wełnianą suknię, kiedyś zapewne szarą, niebieską albo brązową, o wiele za ciepłą na tę porę roku. Jej blond włosy o srebrzystym odcieniu były niedbale upięte na czubku głowy, ale kilka długich kosmyków opadło i okalało twarz w kształcie serca. Szeroko rozstawione oczy pod idealnie zarysowanymi łukami brwi były wyjątkowe: w kształcie migdałów, ocienione ciemnymi rzęsami, w kolorze lapis lazuli. I choć pod nimi znajdowały się ciemne kręgi, a cera zdradzała brak snu, to i tak lady Sophia Acton była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie Mistrzyni widziała. Taka eteryczna uroda sprawiała, że w niektórych mężczyznach budził się instynkt opiekuńczy, aczkolwiek dość często z łatwością przekraczali granicę między opiekuńczością a wykorzystywaniem. Mężczyźni zakładali, że subtelna uroda lady Sophii Acton musi iść w parze ze słabym intelektem. Ale Mistrzyni wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiała, że jest zupełnie inaczej,

– Kim pani jest? Czego pani chce?

Pytania były lakoniczne, a ton oschły. Lady Sophia nie traciła czasu na konwencjonalne grzeczności, co bardzo odpowiadało Mistrzyni. Wepchnęła się w wąsko uchylone drzwi i zamknęła je stanowczo.

– Nazywają mnie Mistrzynią – oznajmiła. – I chcę złożyć pani propozycję biznesową.

Sophia patrzyła na swego nieproszonego gościa w osłupieniu. Ta elegancka, światowa kobieta była tajemniczą Mistrzynią?

– Widzę, że zupełnie nie odpowiadam pani wyobrażeniom – odezwała się kobieta, która złożyła jej niezapowiedzianą wizytę. – A może tylko sobie pochlebiam? Może wcale pani o mnie nie słyszała?

– Wątpię, czy w Londynie znajdzie się ktoś, kto o pani nie słyszał. Chociaż chyba niewiele osób miało honor poznać panią osobiście. Ma pani reputację osoby do zadań poufnych.

– Nawet sobie pani nie wyobraża, ilu wielkich i potężnych tego świata korzysta z moich usług, choć wolą się do tego nie przyznawać. A ja przywiązuję najwyższą wagę do dyskrecji. Dlatego niezależnie od wyniku naszego dzisiejszego spotkania, lady Sophio, muszę nalegać, aby nigdy pani o nim nie wspominała.

Sophia parsknęła śmiechem.

– Skoro zna pani moje nazwisko, to musi pani wiedzieć, że jestem w niełasce i nawet gdybym chciała o tym opowiadać, to nikt by mnie nie słuchał. Ci, którzy dbają o reputację, przechodzą na mój widok na drugą stronę ulicy, natomiast ci, którzy chcieliby jeszcze bardziej zaszargać moje nazwisko, nie są zainteresowani moją opinią na jakikolwiek temat.

Mówiąc to, wprowadziła gościa do jedynego pokoju, który od trzech tygodni był całym jej domem. Czwartym, w którym mieszkała od powrotu z Francji, przy czym każdy kolejny był mniejszy i skromniejszy od poprzedniego. Prawdopodobnie w najbliższym czasie zostanie wyproszona także z tego lokum, ponieważ Londyn był w istocie małym miasteczkiem i szanujące się właścicielki mieszkań na wynajem były drobnomieszczankami.

– Obawiam się, że ten pokój nie zasługuje na miano salonu. – Sophia podsunęła gościowi jedno z dwóch podniszczonych krzeseł. – Wygląda na to, że kobieta w mojej sytuacji nie ma prawa do wygody.

– Kobieta w pani sytuacji, lady Sophio, ma bardzo niewiele możliwości. – Mistrzyni usiadła, zdjęła z rąk dziecinne rękawiczki i rozwiązała troczki czepka. – Skromne otoczenie świadczy o tym, że wybrała pani życie w ubóstwie, rezygnując z najprostszego rozwiązania.

– Nie przebiera pani w słowach – odparła Sophia i zaczerwieniła się.

– Przekonałam się, że w moim fachu najlepiej mówić otwarcie – oświadczyła Mistrzyni z lekkim uśmiechem. – Dzięki temu nie dochodzi do nieporozumień.

Sophia usiadła naprzeciw niej.

– Dobrze więc, przyznaję, że pani wnioski są prawidłowe. Postanowiłam nie korzystać z lukratywnych propozycji, jakie otrzymuję od powrotu do Londynu i jestem zdeterminowana, by nie odstąpić od tej decyzji. Zostałam zmuszona do tej szczególnej profesji z niezwykle ważnego powodu. Ten powód…

Gardło jej się ścisnęło. Ręce ukryte pod stołem zacisnęła w pięści. Przełknęła z trudem.

– Ten powód już nie istnieje. Dlatego już nigdy, przenigdy nie zniżę się do tego procederu, niezależnie od okoliczności. Więc jeśli przyszła pani tutaj na prośbę jakiegoś mężczyzny, to obawiam się, że pani fatyga pójdzie na marne.

W oczach Sophii zakręciły się łzy, ale patrzyła gościowi prosto w oczy, nie prosząc o litość.

Mistrzyni tylko kiwnęła głową w zamyśleniu.

– Przyszłam tutaj na prośbę mężczyzny, ale z zupełnie inną propozycją, niż pani przypuszcza. Musiałaby pani odegrać pewną rolę, ale zdecydowanie nie w sypialni. To trudna rola, ale uważam, że byłaby pani w niej znakomita.

– W odgrywaniu ról jestem specjalistką – roześmiała się Sophia z goryczą. – Całe moje ostatnie… zajęcie… było od początku do końca udawaniem.

 

– Mamy ze sobą coś wspólnego. Ja również zarabiam na życie udawaniem. Kobieta, którą ma pani przed sobą, to fasada, maska, którą byłam zmuszona przyjąć.

Ta uwaga prowokowała wręcz do zadawania pytań, ale Sophia zawahała się. W twarzy kobiety dostrzegała empatię… ale również ostrzeżenie, że pewne kwestie powinny pozostać niedopowiedziane. Aż za dobrze wiedziała, że niektóre sprawy lepiej ukryć w najciemniejszym zakątku pamięci i nigdy nie wywlekać na światło dzienne. Przestała zaciskać ręce w pięści i złożyła je na stole.

– Będę z panią szczera, madam, ufam, że opinia o pani dyskrecji jest w pełni zasłużona. Kobieta w mojej sytuacji nie ma zbyt wielu możliwości, a jeszcze mniej środków do życia. Nie wiem, czym mogłabym pani służyć, ale jeśli nie będzie to wymagało poświęcenia tej resztki honoru, jaka mi jeszcze pozostała, chętnie rozważę pani propozycję.

Mistrzyni ponownie kiwnęła głową, choć trudno powiedzieć, czy to miało oznaczać zadowolenie z odpowiedzi Sophii, czy satysfakcję z tego, że odpowiedź Sophii była zgodna z jej oczekiwaniami.

– Zapewniam, że rekompensata finansowa za realizację tego kontraktu powinna skłonić panią do przyjęcia zlecenia, ponieważ wystarczy z nawiązką do zabezpieczenia pani przyszłości. Jaką tylko pani wybierze.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Obecnie moje plany na przyszłość sprowadzają się do życia z dnia na dzień. – Sophia pomyślała, że chciałaby umieć przewidywać przyszłość. Sześć miesięcy temu, opuszczona i całkiem sama na świecie, zrozpaczona i pogrążona w żałobie, znalazła się na samym dnie i w ogóle nie myślała o przyszłości. Żyła z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień. A w miarę upływu czasu jej skromne środki topniały coraz bardziej. Wyglądało na to, że teraz mógł stać się cud. Mistrzyni, ta patronka upadłych kobiet, siedziała naprzeciw niej i oferowała jej szansę odrodzenia. – Nie mam pojęcia, co mi przyniesie przyszłość – powtórzyła Sophia ze słabym uśmiechem. – Ale wiem, że chcę żyć i chcę, aby przyszłość należała do mnie i wyłącznie do mnie.

– A więc to również nas łączy, lady Sophio. – Tym razem uśmiech Mistrzyni był bardzo ciepły. – Jestem w pełni świadoma pani sytuacji, moja droga, łącznie z powodem, dla którego postępowała pani tak, a nie inaczej. To niesprawiedliwe, że płaci pani za to tak wysoką cenę, ale niestety taki już jest ten świat. Nie mogę tego zmienić, jednak wierzę, że możemy sobie wzajemnie pomóc. Ku obopólnej korzyści, bo rozumie pani przecież – dodała, wracając do rzeczowego tonu kobiety interesu – że to nie jest oferta płynąca z dobroci serca?

– A pani z pewnością rozumie, skoro zadała sobie pani trud prześwietlenia mojej przeszłości, że nie przyjęłabym żadnej jałmużny – odpaliła Sophia natychmiast.

– W takim razie naprawdę dobrze się rozumiemy.

– Nie aż tak dobrze, madam. Ja pozostaję nadal w całkowitej niewiedzy co do roli, do której podobno tak doskonale się nadaję. Jakie zadanie chce mi pani powierzyć?

– Najpierw kilka podstawowych zasad, niepodlegających dyskusji, lady Sophio. Gwarantuję pani całkowitą anonimowość. Mój klient nie ma prawa znać pani przeszłości, jeżeli nie ma ona związku z kontraktem, chyba że pani sama postanowi ją ujawnić. W zamian za to pani zobowiązuje się do bezwzględnej lojalności wobec niego. Wynagrodzenie otrzyma pani dopiero po pomyślnym wypełnieniu kontraktu. Częściowa realizacja nie będzie gratyfikowana. Jeżeli odejdzie pani przed zakończeniem zadania, powróci pani do Anglii bez zapłaty.

– Powrócę? – powtórzyła Sophia z niejakim zaskoczeniem. – To zlecenie wymaga wyjazdu z Anglii?

– Wszystko w swoim czasie. Muszę najpierw mieć pani słowo, lady Sophio.

– Ma pani moje słowo, bez obaw. A teraz proszę mi wreszcie wyjaśnić, co mam robić i kim jest pani tajemniczy klient.

Rozdział pierwszy

Paryż – dziesięć dni później

Powóz, który wiózł Sophię od Calais, zatrzymał się przed kamiennym portalem zwieńczonym frontonem z wyrzeźbionymi głowami ryczących lwów. Ogromne, podwójne wrota były zamknięte. Czy to już ostateczny cel jej podróży? Jakiś czas temu minęli rogatki miasta i jechali wzdłuż wartkiego nurtu Sekwany, co pozwoliło jej zerknąć na imponującą budowlę, jak przypuszczała – katedrę Notre Dame. A jednak Sophia nadal nie mogła uwierzyć, że naprawdę znalazła się w Paryżu.

Dni od doniosłego spotkania z Mistrzynią upłynęły na gorączkowych przygotowaniach, załatwianiu dokumentów, planowaniu podróży, pakowaniu. Choć Sophia nie miała zbyt wiele do zapakowania. Kostiumy niezbędne do wypełniania przez nią obowiązków miał zapewnić mężczyzna, który czekał na nią za tymi drzwiami. Mężczyzna, z którym będzie związana przez cały okres wypełniania kontraktu. Stłumiła instynktowny dreszcz odrazy. Ten kontrakt różnił się zasadniczo od poprzedniego, mniej formalnego i znacznie obrzydliwszego. Przyjęła go z pewnymi oporami, ale jednak. Mistrzyni obiecała, że postawione przez nią warunki będą honorowane. Co prawda w miejscach publicznych będzie musiała zachowywać się zgodnie z wolą tego mężczyzny, ale na gruncie prywatnym nie będzie miał do niej żadnych praw, ani do jej ciała, ani umysłu. To samo dotyczyło jej. Ten pan to nie sir Richard Hopkins. Usługi, za które jej płacił, były zupełnie innej natury. A po ich zakończeniu będzie naprawdę wolna, pierwszy raz w życiu.

Nerwy miała napięte jak postronki od wczesnego poranka, kiedy to opuściła ostatni zajazd przydrożny i rozpoczęła ostatni etap podróży. Westchnęła, gdy ogromne wrota otworzyły się, a jeden z lokajów otworzył drzwiczki powozu i opuścił schodki. Zebrała fałdy sukni podróżnej i wysiadła, z zadowoleniem przyjmując podaną rękę, bo zachwiała się lekko.

Monsieur czeka na panią, madame – poinformował ją lokaj.

Merci – odpowiedziała Sophia, dziękując mu za opiekę, jaką sprawował nad nią w podróży. Służący skłonił się. Usłyszała za sobą trzaśnięcie zamykanych drzwi karety i coraz cichszy stukot końskich kopyt.

Wzięła się w garść. Hotel particulier, który miał się stać jej tymczasowym domem, był przepiękny. Dziedziniec otaczały trzy skrzydła, nad każdym wznosił się stromy dach, wszystkie miały wysokie okna w stylu francuskiego baroku i ściany porośnięte bluszczem. Na dziedzińcu znajdowały się dwa klomby obsadzone żywopłotami z bukszpanu przyciętego w wymyślne kształty, które widziane z góry tworzyły, jak przypuszczała Sophia, rodzaj herbu. Główne wejście znajdowało się na lewo od niej. Strzegł go skrzydlaty posąg z marmuru ustawiony na szczycie niskich schodów. Obok rzeźby, w otwartych drzwiach stał mężczyzna.

Sophię oślepiało popołudniowe słońce. Przyszła jej do głowy absurdalna myśl, że dopóki mężczyzna będzie stał nieruchomo, czas również wstrzyma swój bieg. Dzięki temu dostałaby szansę stłumienia obaw, które trudno uznać za nieuzasadnione, biorąc pod uwagę jej doświadczenia życiowe. Mężczyźni chcieli od niej tylko jednego. Dlatego, pomimo obietnic i zapewnień Mistrzyni, musi mieć się na baczności, dopóki nie przekona się osobiście, że ten mężczyzna nie stanowi dla niej zagrożenia.

Teraz jednak nie wolno jej okazać zdenerwowania. Przyszłość, o czym przekonała się na własnej skórze, nie ułoży się sama. Ten kontrakt to dla niej szansa na lepszy los. W Calais zmieniła tożsamość i musiała teraz uczciwie odegrać nową rolę. Mierzyła się już w życiu z o wiele trudniejszymi zadaniami, przyjmowała znacznie trudniejsze role. Da sobie radę! Na użytek każdego, kto mógłby ją obserwować z któregoś okna, przywołała na twarz powściągliwy uśmiech i ruszyła przez brukowany dziedziniec.

Mężczyzna, do którego się zbliżała, był wysoki, ubrany w poważny, prosty strój, przez co cała uwaga koncentrowała się na jego imponującym wyglądzie. Czarne włosy. Mocna opalenizna. I młodość. Miał najwyżej trzydzieści pięć lat, może nawet mniej, a Sophia spodziewała się, że ktoś tak bogaty będzie znacznie starszy. Kiedy stanęła u stóp schodów, uśmiechnął się, a Sophia aż się zachwiała. Był nieprawdopodobnie piękny. Kiedy schodził, aby ją powitać, poczuła mrowienie na skórze, co złożyła na karb zdenerwowania.

Jean-Luc Bauduin, klient Mistrzyni i powód, dla którego tutaj przyjechała, ujął jej rękę i ostentacyjnie podniósł do ust, ale pocałował tylko powietrze ponad jej palcami.

– Przyjechałaś w końcu – odezwał się po angielsku z miękkim akcentem. – Nie masz pojęcia, z jaką niecierpliwością oczekiwałem twojego przybycia. Witaj w Paryżu, pani Bauduin. Nie potrafię wyrazić, jak miło widzieć swą niedawno poślubioną żonę.

Jean-Luc wprowadził ją z tarasu prosto do zacisznego pokoju śniadaniowego.

– Tutaj możemy rozmawiać swobodnie – poinformował Sophię. – Jutro odegramy szopkę formalnego przedstawienia cię domownikom. A na razie powinniśmy trochę się poznać, skoro masz być moją ukochaną żoną. – Pomyślał, że upłynie trochę czasu, zanim do tego przywyknie i gestem wskazał, by usiadła. – Musisz być zmęczona po długiej podróży. Napijesz się herbaty?

– Dziękuję, z przyjemnością, to był naprawdę długi dzień – odpowiedziała w nienagannej francuszczyźnie, choć zwracał się do niej po angielsku.

– Twoja biegłość w naszym języku to niespodziewany bonus – stwierdził Jean-Luc. – Ale kiedy jesteśmy sami, wolałbym mówić w twoim.

– Posługujesz się nim wyjątkowo płynnie, jeśli mogę odwzajemnić komplement – powiedziała Sophia, zdejmując czepek i rękawiczki.

– Często bywam w Londynie w interesach.

Zastawa do herbaty już stała przed nią na stoliku, srebrny imbryk bulgotał na maszynce spirytusowej. Jego żona, a raczej kobieta, która miała odgrywać jego żonę, przystąpiła do rytuału, za którym tak przepadali Anglicy, najwyraźniej spragniona herbaty. Przynajmniej to jedno jego przewidywanie okazało się słuszne.

Jean-Luc usiadł naprzeciw niej i obserwował bacznie. Pomimo mnóstwa opinii na temat Mistrzyni nie do końca wierzył, że uda się jej znaleźć osobę dokładnie odpowiadającą jego precyzyjnemu zamówieniu. Tymczasem miał przed sobą żywy dowód tego, że jej się udało. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, kandydatka przerastała jego najśmielsze oczekiwania. W końcu, po tygodniach niepewności, mógł przystąpić do działania. Ostatnie wydarzenia groziły wywróceniem całego jego świata do góry nogami. Przybycie tej kobiety, jego fałszywej żony, stanowiło pierwszy, istotny krok w realizacji ważnego planu.

Miała na imię Sophia, to jeden z nielicznych faktów, jakie podała mu Mistrzyni. Nie wiedział nic o jej pochodzeniu, życiu, przeszłości i teraźniejszości. Chodziło mu o kobietę, która bez najmniejszych zastrzeżeń zostanie zaakceptowana przez towarzystwo, w którym się obracał. O kobietę, w której jakoby zakochał się bez pamięci do tego stopnia, że natychmiast zapragnął ją poślubić. Osoba przysłana przez Mistrzynię pasowała do tego scenariusza.

Zakładał, że będzie to aktorka, ale patrząc teraz na Sophię, zmienił zdanie, choć nie umiałby wyjaśnić dlaczego. Jej uroda była oszałamiająca, ale zarazem krucha, zwiewna, eteryczna, pozbawiona śladu ostentacji kojarzonej zazwyczaj z występami na scenie. Była smukła jak trzcina. Jej włosy wydawały się niemal srebrzyste, skóra prawie przezroczysta, a wargi bladoróżowe. Ale uwagę przyciągały szczególnie oczy, w tym wyjątkowym odcieniu błękitu, jaki miało Morze Śródziemne na południu – nie określiłby tego koloru jako turkusowy, chabrowy czy lazurowy. Nigdy dotąd nie widział takiej barwy.

Jean-Luc, ku swemu zakłopotaniu, poczuł przypływ pożądania. Nie spodziewał się, że kobieta odgrywająca rolę jego żony będzie dzieliła z nim łoże, ale był zaskoczony, że postawiła warunek, aby nie było między nimi żadnych kontaktów fizycznych. Po zastanowieniu uznał jednak to rozwiązanie za bardzo rozsądne i bez wahania wyraził zgodę. Nie wątpił, że będzie w stanie spełnić obietnicę, ale żałował, że Mistrzyni przysłała mu kobietę będącą pokusą wcieloną, ucieleśnieniem męskich pragnień. Oby czas, jaki będą zmuszeni spędzać w swoim towarzystwie, wyleczył go z takich nieodpowiednich myśli. Liczyło się nie to, jaka była jego fałszywa żona, a to, jak postrzegali ją inni.

Z pewnymi oporami przyjął z jej ręki filiżankę z Sevres i mimowolnie musnął jej palce. Były zimne jak lód. Wzdrygnęła się, tam, na dziedzińcu, kiedy udawał, że całuje ją w rękę, choć starała się to ukryć. Spodziewał się, że będzie zdenerwowana. On również był spięty.

Na serdecznym palcu miała prostą złotą obrączkę, którą Mistrzyni przekazała jej w jego imieniu. Delikatnie sączyła herbatę. W jej zachowaniu była taka wrodzona wytworność, że zaczął się zastanawiać, czy nie wywodziła się przypadkiem z wyższej klasy społecznej niż on. Ale dlaczego szlachetnie urodzona kobieta miałaby przystać na odgrywanie roli żony francuskiego handlarza winem? Intrygujące pytanie, ale nie miał czasu zastanawiać się nad odpowiedzią. Liczyło się to, że była tutaj, co pozwoli mu rozwiązać problemy. Mistrzyni dokonała dobrego wyboru, czego można było oczekiwać, biorąc pod uwagę jej renomę oraz astronomiczne honorarium, jakiego zażądała. Honorarium, które chętnie podwoi, a nawet potroi, jeśli ta maskarada okaże się skuteczna.

 

Jean-Luc upił łyk pomyj tak uwielbianych przez Anglików i z pomrukiem obrzydzenia odstawił filiżankę.

– A więc do rzeczy – powiedział. – Zacznijmy może od tego, czy orientujesz się, jakie zadanie przed tobą stoi.

Sophia ostrożnie odstawiła filiżankę z Sevres. Zaschło jej w ustach pomimo herbaty, a serce waliło jej mocno. Do rzeczy, powiedział. Identycznego sformułowania użył Hopkins. Ale ona nie była już naiwną debiutantką.

– Zanim zaczniemy, panie Bauduin…

– Zanim zaczniemy, pozwolę sobie zauważyć, że powinniśmy zwracać się do siebie mniej formalnie. Jesteśmy, przynajmniej w oczach świata, małżeństwem. Mam na imię Jean-Luc.

– Jean-Luc. Tak, wiem. Ja jestem Sophia.

– Ja również o tym wiem, ale poza tym nie wiem o tobie prawie nic.

Uniósł lekko brew i czekał. Miał ciemnobrązowe oczy ocienione długimi, gęstymi, czarnymi rzęsami. Miał kwadratową szczękę i zmarszczkę pomiędzy brwiami stale przecinającą jego czoło. Nie był piękny, nazywając go w tak myślach, popełniła błąd. I nie był przystojny, jeśli za wzorzec uznać klasyczną urodę lorda Byrona. Ten mężczyzna, który przez pewien czas miał być jej mężem, w niczym nie przypominał żadnego innego ideału męskiej urody. Należał do zupełnie innego typu. Zapadał w pamięć. Nie sposób było zignorować jego żywiołowej obecności. Jeśli ktoś miał tendencję do określania mężczyzn jako atrakcyjnych, to ten mężczyzna z pewnością był pociągający. Ale Sophia takiej tendencji nie miała. Podobnie jak nie miała ochoty zaspokoić jego ciekawości w kwestii swojego nazwiska, szczególnie jeśli regularnie bywał w Londynie. Spokojnie wytrzymała jego spojrzenie i nie odezwała się. Była w tym dobra.

– A więc po prostu Sophia – powiedział w końcu i lekko wzruszył ramionami, co mogło świadczyć o uznaniu swojej porażki albo, co bardziej prawdopodobne, o obojętności. – A czy zdradzisz mi przynajmniej, Po Prostu Sophio, co Mistrzyni powiedziała ci o tym zadaniu?

Szydził z niej? Nie wiedziała, postanowiła więc nie przejmować się tym, co zawsze było najbezpieczniejszym podejściem.

– Bardzo niewiele – odparła sztywno. – Tylko tyle, że życzysz sobie, abym odgrywała rolę twojej żony i starała się przekonać wszystkich, że to małżeństwo z miłości. Powiedziała, że powody mojej obecności tutaj oraz zakres obowiązków przedstawisz mi osobiście, podobnie jak warunki całkowitego wypełnienia kontraktu. Krótko mówiąc, nie była zbyt wylewna, choć zapewniła mnie, że wyjaśniłeś jej wszystko i w jej przekonaniu, to zadanie w pełni odpowiada moim kwalifikacjom.

– Widzę, że jej reputacja jako osoby całkowicie dyskretnej jest w pełni uzasadniona. – Jean-Luc obracał ciężki sygnet na palcu prawej ręki. – Co za ironia, że muszę tłumaczyć się przed tobą, choć ty nie raczyłaś powiedzieć mi nic o sobie. Nie zdradziłaś nawet swojego nazwiska.

Ironia, bardzo korzystna dla niej, dla Jean-Luca była wyjątkowo nieprzyjemna, sądząc po napięciu mięśni wokół jego ust. Dlaczego taki mężczyzna – bogaty, pewny siebie, odnoszący sukcesy i, tak, Sophia musiała to przyznać, wyjątkowo atrakcyjny – musiał płacić obcej kobiecie, żeby odgrywała jego żonę?

Patrzył na nią z oczekiwaniem, pełen nadziei, że odpowie na jego niewypowiedziane pytanie. Sophia starała się zachować nieprzenikniona minę.

– Jeżeli mam odegrać swoją rolę w sposób przekonujący, to chociaż tłumaczenie się przed obcą osobą musi być przykre, to wydaje się konieczne. – I choć to mogło być dla niej wyjątkowo bolesne, musiała najpierw upewnić się, że jej warunki zostały zrozumiane. – Zanim przejdziemy dalej, chciałabym omówić postawione przeze mnie warunki.

– Nie wiem, o czym tu dyskutować – odparł. – Zaakceptowałem je, o czym musisz wiedzieć, bo inaczej nie byłoby cię tutaj.

Uśmiechnęła się z przymusem.

– Zasadniczo tak. Ale uważam, że lepiej wyjaśnić sobie wszystko w najdrobniejszych szczegółach.

– Uważasz? – Uniósł obie brwi. – Uczestniczyłaś już w tego rodzaju kontraktach?

– Nigdy dotąd nie brałam udziału w tego typu przedsięwzięciach – odparła sztywno i właściwie zgodnie z prawdą. Nie musiał przecież znać natury jej poprzednich przedsięwzięć. – Uważam, że dla nas obojga najlepiej będzie ustalić od samego początku zakres naszych… naszych kontaktów intymnych. – Sophia skręcała się w duchu. Zabrzmiało to tak pruderyjnie! – Zakładam, że mam udawać twoją żonę na forum publicznym i że pewna demonstracja uczuć byłaby pożądana? Będę wdzięczna, jeśli w najprostszych słowach wyjaśnisz mi, jakie formy ma przyjmować.

– Wyznaję, że nie zastanawiałem się nad tym dokładniej… ale masz rację, lepiej to sprecyzować. – Jean-Luc popatrzył na swój sygnet. – Dobrze więc, w najprostszych słowach: nasze małżeństwo będzie skonsumowane wyłącznie na użytek publiczny. Daję słowo honoru, że na gruncie prywatnym nie będę stawiał żadnych wymagań natury fizycznej. Na forum publicznym i w obecności służby nasze „intymności”, jak je nazywasz, będą ograniczone do zachowań dopuszczalnych względami przyzwoitości. Czy mam mówić jaśniej, czy to wystarczy?

– To w zupełności wystarczy. – Co za ulga! Napięcie jej ramion nieco zelżało. Instynkt podpowiadał jej, że jego słowu można zaufać, aczkolwiek w przeszłości jej instynkt okazywał się zawodny. Katastrofalnie zawodny. – Rozumiesz, że jakiekolwiek złamanie tych warunków całkowicie unieważni nasz kontrakt? Nie tylko natychmiast odejdę, ale ty…

– Będę zobowiązany do wypłacenia pełnego wynagrodzenia. Mam tę świadomość. Dałem ci już słowo, że będę przestrzegał warunków, nie wiem, co jeszcze mógłbym zrobić, żeby cię uspokoić. Mogę tylko dodać, że powody, dla których zostałaś tu sprowadzona, mają dla mnie znaczenie decydujące i przełomowe. Nasze oszustwo musi się udać. Nie zrobię nic, co mogłoby zagrozić jego powodzeniu. Rozumiesz?

– Tak. – Jeszcze bardziej się rozluźniła. Pozwoliła sobie nawet na lekki uśmiech. – A ja mogę zapewnić, że ze swojej strony również zrobię wszystko, aby to oszustwo się udało.

Eh, bien, w takim razie możemy uznać ten temat za zamknięty?

– Tak.

Odwzajemnił jej uśmiech, ale zdawkowo.

– Rozumiesz jednak, że musimy być przekonujący, to ma ogromne znaczenie. Nie oczekuję, że będziesz się ze mną kochała, ale wymagam, abyś zachowywała się tak, jakbyś tego pragnęła albo lepiej jakbyś przed chwilą to robiła.

– Oczywiście. – Rumieniec zalał jej policzki. To okropne, że po tym wszystkim, czego w życiu doświadczyła, tak łatwo było wprawić ją w zakłopotanie. – Nadal nie rozumiem, dlaczego potrzebujesz żony i dlaczego to musi być małżeństwo z miłości.

– O, to zupełnie proste – odparł Jean-Luc z uśmiechem. – Szalona miłość to jedyne wiarygodne wyjaśnienie naszego nagłego małżeństwa, które będzie stanowiło ogromne zaskoczenie dla wszystkich, którzy mnie znają. – Spoważniał i zaczął starannie dobierać słowa. – To nie oznacza, że jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa. W przyszłości zamierzam się ożenić, ale jeśli chodzi o chwilę obecną, to wszyscy wiedzą, że właściwie wziąłem ślub ze swoim przedsiębiorstwem. Jak na ironię, to właśnie dzięki namiętności do interesów odniosłem taki sukces finansowy, co z kolei doprowadziło do tego, że stałem się pożądaną zdobyczą na rynku małżeńskim.

– Ale jak dotąd udawało ci się unikać zastawianych na ciebie sideł – zauważyła. – Nie mogę uwierzyć, że zatrudniłeś mnie, aby nadal to robić. Nie wyglądasz mi na człowieka, który pozwoliłby się zmusić do zrobienia czegokolwiek wbrew własnej woli.

– Masz rację – przyznał z uśmiechem. – I właśnie dlatego, że nie chcę, by mnie zmuszano do małżeństwa, ty jesteś tutaj.

– Wielkie nieba! – zawołała zaskoczona, bo jej uwaga miała być żartobliwa. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że naprawdę jesteś przymuszany do małżeństwa wbrew własnej woli?