WronaTekst

Z serii: Szepty zębów #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  MAPA SABORU

2  CZĘŚĆ PIERWSZA ROZDZIAŁ PIERWSZY ROZDZIAŁ DRUGI ROZDZIAŁ TRZECI ROZDZIAŁ CZWARTY ROZDZIAŁ PIĄTY ROZDZIAŁ SZÓSTY ROZDZIAŁ SIÓDMY ROZDZIAŁ ÓSMY

3  CZĘŚĆ DRUGA ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ROZDZIAŁ DZIESIĄTY ROZDZIAŁ JEDENASTY ROZDZIAŁ DWUNASTY ROZDZIAŁ TRZYNASTY ROZDZIAŁ CZTERNASTY ROZDZIAŁ PIĘTNASTY ROZDZIAŁ SZESNASTY

4  CZĘŚĆ TRZECIA ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY ROZDZIAŁ OSIEMNASTY ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

5  PODZIĘKOWANIA

6  O AUTORCE

Tytuł oryginału: The Merciful Crow

Przekład: Marek Cieślik

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Korekta: Anna Strożek

Ilustracja na okładce i projekt okładki: Rich Deas

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Text copyright © 2019 by Margaret Owen

Map copyright © 2019 by Virginia Atlyn

Published by arrangement with Henry Holt and Company.

Henry Holt® is a registered trademark of Macmillan Publishing Group, LLC.

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020

Copyright for the Polish translation © Marek Cieślik, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-79-0

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k. ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję cyfrową przygotowano w systemie Zecer furmy Elibri Sp. z o.o.

Jak nie chlebem, to bez chleba Wrony nam karmić trzeba.

– przysłowie saborskie

W noc, w którą palisz grzeszników, śpij w sandałach.

– rada dla młodych wodzów Wron

Wszystkim, od których wymaga się litości, a którzy tylko śnią o zębach.

I moim rodzicom. Nie, w tej książce Was nie ma. Kot miał to zaklepane.

MAPA SABORU


CZĘŚĆ PIERWSZA


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY PUSTY TRON


Tatko zanadto się guzdrał z podrzynaniem chłopcom gardeł.

Odkąd zniknął w baraku kwarantanny, minęło już niemal dziesięć minut. Fe spędziła ostatnie siedem, wpatrując się gniewnie w pozłacane drzwi i usiłując zostawić w spokoju nić, która wyłaziła z jej złachmanionej czarnej szaty. Załatwienie sprawy w minutę oznaczałoby, że chłopców w baraku zdążył wcześniej uśmiercić mór grzeszników. Załatwienie jej w trzy – że tatko musiał im zadać litościwy koniec.

Dziesięć minut oznaczało, że się guzdra. Że coś się spaskudziło. A sądząc po szeptach, które rozchodziły się jak podmuchy wiatru ponad lśniącymi czystością płytkami dziedzińca, do tłumu obserwujących Wrony gapiów zaczynało docierać to samo.

Fe zacisnęła zęby, czekając, aż miną jej nudności i ucisk w dołku. Tatko wiedział, co robi. Na tuzin piekieł, przecież nie dalej jak poprzedniego dnia rano powiódł całe ich stado w odpowiedzi na zwiastun moru, zebrał zwłoki, zgarnął zapłatę i znów wyprowadził ich na drogi, nim jeszcze wybiło południe.

W tamtym siole też nie brakło gapiów: a to jakiś tkacz zerknął na nich przez wątki swoich krosien, a to pasterka popędziła swoje kozy obok chaty grzesznika, by ukradkiem spojrzeć na nich z bliska. Dzieci wyślizgiwały się rodzicom z ramion, żeby pogapić się na Wrony i spytać, czy pod maskami o ostrych dziobach i czarnymi szatami nie kryją się potwory.

Fe domyślała się, że odpowiedzi brzmiały różnie w zależności od tego, czy jakaś Wrona znajdowała się w zasięgu słuchu.

Ale widywała rzeczy gorsze niż stada gapiów prawie co dzień, o ile pamięć jej nie zawodziła. Wrony Litości, jako jedyna kasta nietknięta przez mór, były w obowiązku odpowiedzieć na każde wezwanie.

A Fe, terminująca u tatka na wodza, wiedziała, że nie może pozwolić sobie ani na chwilę słabości. Nawet tutaj. Nawet teraz.

Chłopcy, do których zabrania zostali tej nocy wezwani, nie różnili się od setek ciał, jakie pomogła spalić w ciągu swego szesnastoletniego życia. Nieważne, że niewiele z nich należało do przedstawicieli tak wysokiej kasty. Nieważne, że Wron nie wzywano do królewskiego pałacu Saboru od niemal pięciuset lat.

Po ostrych jak brzytwa spojrzeniach wojowników i arystokratów Fe poznawała jednak, że tego wieczora mór dla kast wyższych bynajmniej nie jest nieważny.

Ponownie upomniała samą siebie w duchu, że tatko wie, co robi.

Ale zanadto się guzdrał.

Oderwała wzrok od drzwi i poszukała oznak ewentualnych kłopotów w tłumie, który obległ mury wokół dziedzińca królewskiej kwarantanny. Miała to w zwyczaju od czasu, kiedy za jej stadem pogonił czyjś rozzłoszczony krewny. Na oko sądząc, w okratowanych treliażami galeriach pełnych dworzan tłoczyły się wyłącznie Pawie, gapiące się z bezpiecznej odległości, całe w rozedrganym trzepocie, żałobnych barwach i innych wyrażających rozpacz ozdobach.

Fe skrzywiła się pod maską, słysząc dobiegające ją aż nazbyt znajome szepty: „…co za hańba…”, „…jego ojciec?” i ten najbardziej dokuczliwy: „…kościokrady”. Stary, wyświechtany rodzaj kłopotów. Żądne sensacji Pawie jak urzeczone pasły oczy niecodziennym obrazem trzynastu stojących na dziedzińcu pod nimi Wron, czekając na widowisko.

Czymś zupełnie innym byłyby kłopoty pochodzące od Sokołów. Król Surimir gustował w straży pałacowej złożonej z czarowojników – wojowników, którym leczenie ran przychodziło równie łatwo, jak rozrywanie wrogów na strzępy od środka. Sokoły były w dwójnasób niebezpieczne, a że zdawały sobie z tego sprawę, w trójnasób łatwo było je rozdrażnić.

Dłonie owych czarowojników spoczęły na rękojeściach mieczy, gdy tylko Wrony przeciągnęły przez bramę dziedzińca swój wóz. I od tamtej pory ani drgnęły.

W ich niewzruszonych spojrzeniach Fe nie mogła doszukać się żadnego żalu. Sokoły nie czekały na widowisko. Czekały, aż Wrony pokpią sprawę.

Dziewczyna przyłapała się na tym, że w swoich chudych, ciemnych palcach skręca kolejną nitkę. Nudności i ucisk w dołku powróciły chyłkiem; ponownie wbiła wzrok w drzwi. Pozostawały, zaraza, zamknięte.

Kątem oka wychwyciła jakiś nieznaczny ruch po lewej, przy wozie. To Huncwot, drugi z terminatorów tatka, przestąpił z nogi na nogę. Jego sylwetkę, odbijającą się czernią na tle płomienia pochodni, obrębiał jaskrawopomarańczowy kontur w miejscach, w których refleksy światła pełgały po postrzępionych szatach i długiej krzywiźnie dzioba maski. Sądząc po nachyleniu głowy, Huncwot przyglądał się rozstawionym wokół baraku kadzielnicom z paczulą.

 

Fe zmarszczyła nos. Sama trzymała upchaną w dziobie maski garść dzikiej mięty do odegnania morosmrodu. Nie mogła mieć za złe mieszkańcom tego wspaniałego pałacu, że też próbują zamaskować odór. Mogła im jednak zarzucić fatalny gust w kwestii doboru zapachu kadzidła.

Sandał Huncwota przesunął się o włos – pomału, niby niechcący – w stronę najbliższej kadzielnicy.

W każdym innym miejscu Fe sama postarałaby się niby przypadkiem kopnąć naczynie, by rozrzucić paczulę na cztery wiatry. W obliczu tak wyraźnego zainteresowania kast wyższych Huncwota pewnie aż ręce świerzbiły, żeby urządzić jakąś przykrą niespodziankę tłumowi wyszczerzonych w szyderczych uśmiechach, wręcz proszących się o to arystokratów.

Ale nie tutaj, nie teraz. Fe pociągnęła za kaptur swojej szaty gestem, który zrozumieć mogły tylko inne Wrony. Nie szukaj kłopotów.

Huncwot przysunął stopę o kolejny cal do kadzielnicy. Fe wyczuwała niemal namacalnie, że pod maską drwiąco się uśmiecha.

Oboje urodzili się jako wiedźmy, co w przypadku Wron oznaczało, że ich przeznaczeniem jest wodzowanie. Fe ściskało coś w żołądku za każdym razem, kiedy przychodziło jej to na myśl… choć gdy szło o Huncwota, nie sądziła, by ten w ogóle myślał o byciu wodzem. Tatko mówił o nim „słabosprytny”: wiecznie skupiony na tym, by wystrychnąć kogoś na dudka, nie orientował się, że równocześnie kto inny wyciąga mu mieszek z kieszeni.

Fe spojrzała najpierw na żołnierzy, potem na Huncwota i zdecydowała, że go oskalpuje, o ile nie ubiegną jej Sokoły.

Zawiasy rzadko używanych drzwi baraku zaskrzeczały i tatko w końcu wyszedł na zewnątrz.

Fe wypuściła zbłąkaną nitkę z palców, czując w głowie i sercu, że odzyskuje równowagę. Przód szat tatka pokrywały smugi wilgotnej czerwieni. A zatem dokonał aktu uśmiercenia z litości.

Paskudnie powolnej litości, uznała Fe.

Jej ulga trwała krótko, bo już chwilę później spod ściany za ich plecami rozległ się straszliwy zgrzyt metalu.

Każda Wrona znała śpiew dobywanej stali przedniej jakości. Ale tatko jedynie obrócił się w stronę tego odgłosu; światło pochodni zapełgało na sadzoszklanych oczach jego maski, gdy czekał.

Na dziedzińcu zapadła przejmująca mrozem cisza, bo nawet Pawie zamarły w bezruchu.

Czy w zaułkach grodów, czy na polach sorga, jak Sabor długi i szeroki, od kupieckich zatok na zachodzie aż po okrutne góry na wschodzie, każda kasta wyższa mogła uderzyć na Wrony pod pretekstem wszelkiej, nawet zmyślonej zniewagi. Bracia, ciotki, kochankowie, przyjaciele – blizny nosiła na sobie lub w sobie każda Wrona. Przed laty także i mama Fe zniknęła na ciemnej drodze.

Na razie jednak Sokoły trzymały się ścian dziedzińca. Uśmierciwszy swą ofiarę, mór grzeszników szerzył się błyskawicznie. Przez jedno ciało jeszcze przed końcem roku mógł przegnić do gołej ziemi cały gród. Tu, na dziedzińcu kwarantanny, w sytuacji, w której dwóch martwych chłopców mogło obalić cały pałac w mniej niż pół księżyca… nikt nie ważyłby się tknąć Wron.

Rozległ się kolejny szczęk – tym razem klinga wróciła do pochwy. Fe nie śmiała się obejrzeć. Zamiast tego skupiła się na szorstkim mruknięciu tatka:

– Zapakujcie ich.

– Ja się zajmę martwymi kruszynami – rzucił Huncwot, ruszając przed siebie.

– Nie sam. – Tatko pokręcił głową i skinął na Fe. – Są więksi niż wy.

Dziewczyna zamrugała z zaskoczenia. Wprowadzając Wrony do pałacu, szambelan powiedział o grzesznikach „chłopcy”. Spodziewała się brzdąców, a nie prawie dorosłych paniczów.

Gdy już wyciągała rękę do drzwi, tatko chwycił ją za ramię. Obróciła głowę ku niemu.

– Tak, tatku?

Choć twarz miał ukrytą pod maską, Fe i tak wychwyciła jego urywany oddech i to, w jaki sposób ledwo widocznym skinięciem dzioba wyraźniej wskazał Sokoły.

– Po prostu… wynieście ich – powiedział.

Fe zesztywniała. Coś się spaskudziło, gotowa była przysiąc na groby martwych bogów. Ale tatko był wodzem i wydostawał ich już z gorszych tarapatów.

A w każdym razie z większości z nich.

Skinęła głową.

– Tajest, tatku.

Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, trzepnęła Huncwota w łepetynę.

– Coś ty sobie myślał, na tuzin piekieł? – syknęła. – Sokoły prawie wypatroszyły tatkę za samo wyjście przed drzwi, a ty postanowiłeś sobie wystawiać na próbę ich cierpliwość?

– Postanowiłem sobie tylko ciebie podkurzyć. – Tym razem w gęstej ciemności baraku wyraźnie usłyszała w głosie Huncwota drwiący uśmieszek. – Ci ściekarze nie wypatroszą wodza. A jeśli nawet, zgniją tu wszyscy razem z nami.

– Ciebie jednego ręka świerzbi, żeby to sprawdzić – odwarknęła mu, ale nagle urwała.

Jej oczy zdążyły oswoić się z przyćmionym światłem pochodni dochodzącym przez płócienne panele zasłaniające okna baraku. Leżący na poplamionych czerwienią siennikach panicze byli już ciasno opatuleni w lniane całuny, przez które na wysokości gardeł sączyła się krew.

Oporządzanie zmarłych należało do ich obowiązków, nie tatka.

– Może wódz nie wierzył, że zrobimy to jak trzeba. – Słowa Huncwota zabrzmiały, jakby już się nie uśmiechał.

To było bez sensu. Spowijaniem w całuny zajmowali się oboje od pięciu lat, odkąd tylko Huncwot trafił do stada Fe, by terminować na wodza.

– Jeśli tatko miał jakieś powody, na pewno nam powie – skłamała. – Im szybciej ściekarze trafią na wóz, tym szybciej zostawimy za sobą smród tej przeklętej paczuli.

Rozległ się krótki, stłumiony śmiech i Huncwot podniósł jednego z trupów za ramiona. Fe wzięła ciało za nogi i wycofała się przez drzwi, czując, jak spojrzenia wszystkich zgromadzonych na dziedzińcu kierują się wpierw na nią – a w chwilę później na zakrwawiony całun.

Ciche okrzyki przebiegły przez tłum poruszonych dworskich Pawi, gdy Fe zakołysała zwłokami przed wrzuceniem ich na wóz. Huncwot zrobił to z jeszcze większym rozmachem. Ciało padło na stertę drew opałowych z bezceremonialnym łupnięciem, przewracając przy okazji wiązkę chrustu. Po galeriach przemknął słabo tłumiony zbiorowy okrzyk zgrozy.

Fe miała ochotę dać Huncwotowi kopniaka.

Tatko odchrząknął i mruknął z naciskiem:

– Litości. Wrony Litości.

– Będziemy grzeczni – zapewnił go Huncwot i ruszyli z powrotem do środka. Ale gdy już podniósł za nogi drugie zwłoki, dodał: – Zakład, że jak tego upuścimy, ktoś zemdleje.

Fe pokręciła głową.

– Aż się palisz, żeby tatko wygarbował ci grzbiet i sprzedał go czaroskórnicy.

Załadunek drugiego ciała wywołał kolejną falę szlochów. Gdy jednak Wrony zaczęły ciągnąć wóz ku bramie wyjazdowej z dziedzińca, pawi dworzanie jakimś cudem pokonali swój smutek na tyle, by zacząć przepychać się u kratek treliaży w walce o lepszy widok.

Pomieszanie u widzów bólu i cierpienia z niezdrową fascynacją zgrzytało jak złamana oś u wozu. Martwi chłopcy musieli być ulubieńcami królewskiej kasty Feniksów, skoro aż tyle Pawi prześcigało się w ich opłakiwaniu.

Fe przeszedł dreszcz. Uznała, że ze wszystkich ludzi, których kiedykolwiek ciągnęła na spalenie, tych dwóch nienawidzi najbardziej.

Wcześniej, by wszystkie Wrony mogły dotrzeć na dziedziniec kwarantanny, nieomal przemycono je do środka zwykłymi, ciasnymi przejściami i korytarzami dla służby; teraz zaś jakaś Sokolica o kamiennej twarzy prowadziła je pośpiesznie przez środek pałacu. Im dłużej ciała pozostawały w jego obrębie, tym większe było ryzyko, że mór wybierze sobie kolejną ofiarę.

Z każdym nowym mijanym przez nich pałacowym cudem w Fe narastała złość. Wóz Wron klekotał po ceramicznych mozaikach ułożonych w hipnotyczne spiralne wzory, mijał ogrody strączkojantaru parujące zapachem w wilgotnym powietrzu późnowiosennego wieczoru, przejeżdżał łukowo sklepionymi korytarzami z alabastru i brązu. Każdą kolumnę, niszę, płytę posadzki zdobił jakiś wyraz hołdu wobec królewskiego rodu Feniksów: słońce, złote pióro, języki ognia.

Sokolica jednym pchnięciem otwarła olbrzymie hebanowe wrota i wskazała ich prześwit włócznią.

– Dalej traficie sami.

Tatko dał im znak, by ruszyli naprzód, i wóz ze skrzypieniem wtoczył się do pomieszczenia, które mogło być jedynie legendarną Salą Świtania. Znaleźli się u jej szczytu, zwieńczonego podwyższeniem; wyjście czekało na nich hen, daleko, na końcu długiego pasażu otoczonego kolejnymi galeriami. Łukowe sklepienie podtrzymywały wielkie filary z czarnego żelaza, każdy wyrzeźbiony jak latarnia na podobieństwo jednego ze zmarłych feniksowych monarchów. W środku każdej z kolumn płonął ogień na tyle gorący, że jego ciepło Fe odczuła na ramionach jeszcze w progu pomieszczenia.

Większość sali połyskiwała barwami ciemnego fioletu, szkarłatu i błękitu, ale balustrady wszystkich galerii zdobiły subtelne złocenia, a za podwyższeniem, nad sadzawką płonącego ognia, wisiała na odległej ścianie wielka okrągła tarcza z wypolerowanego jak lustro złota. Z niej zaś jak wachlarz rozchodziły się aż po sam strop wysadzane klejnotami złociste promienie. Każda faseta mieniła się odblaskami płomieni, więc od patrzenia wprost na podwyższenie aż bolały oczy. Cały ten chaos tworzył słońce wschodzące za tronami Feniksów.

Pustymi tronami Feniksów.

Fe gwałtownie wciągnęła powietrze. Na opłakiwanie zmarłych paniczów nie zjawili się tu ani król, ani królowa, ani starszy książę, ani ten najnowszy, a mimo to arystokraci dworscy zawodzili, jakby zależała od tego cała ich przyszłość. Nie miało to sensu. W każdym razie o cokolwiek by nie szło, co by się nie spaskudziło, Fe wiedziała, że tatko wyciągnie ich z tego jak zawsze.

Wtoczyli wóz na pasaż i rozpoczęli marsz.

Fe nienawidziła jękliwego dźwięku, jaki śliskie marmurowe płyty posadzki wydawały w kontakcie z ćwiekami wystającymi z podeszew jej sandałów, tępiąc przy każdym kroku ich końce. Nienawidziła wonnych olejków, kalających zapachem duszne powietrze. Najmocniej zaś nienawidziła galerii zapełnionych pawimi arystokratami, którzy trzęśli się z gracją w swoich atłasach, jakby widzieli pod sobą nie Wrony, a paradę szczurów.

A jednak za plecami straży złożonej z Sokołów czuwał milczący legion pałacowej służby w brązowych tunikach kasty Wróbli, niemal jeszcze liczniejszy od tłoczących się u góry dworzan. Po udręce malującej się na twarzach służących widać było, że ich żal jest czymś więcej niż tylko pozą.

Fe znów poczuła ucisk w dołku, tym razem ze zdwojoną siłą. Nikt aż tak nie przepadał za Pawiami.

Zanosiło się na kiepski interes – na targi z kastami zbyt wysokimi, by bały się moru. Jak tak dalej pójdzie, tatko będzie musiał wydusić należną im wiatykową opłatę dopiero u wrót wyjazdowych. Jak tak dalej pójdzie, może w ogóle nie dostaną zapłaty.

Byli w połowie drogi do wyjścia, gdy idący dziesięć kroków przed wozem tatko nagle się zatrzymał.

Z początku Fe nie rozumiała dlaczego. Potem podniosła oczy na olbrzymie pałacowe wrota, ostatnią zaporę oddzielającą ich od reszty stolicy Saboru, Dumosy. Były ogromne, by mogły wjeżdżać nimi parady zarówno dostojników, jak i jeźdźców mamutów; widać było, że z łatwością zmieszczą w sobie stado trzynastu Wron wraz z ich wozem.

I faktycznie: u wrót tych stała samotna wartowniczka, czekając na nich, by uiścić wiatyk za zmarłych.

Kobieta wyglądała jak skrząca się zjawa, począwszy od rozpuszczonych, opadających kaskadami srebrzystych włosów, aż po białą jedwabną suknię, która prawie się nie marszczyła w ledwo wyczuwalnym wietrzyku. Nawet z tej odległości znamienne załamania księżycowego światła i ognia pochodni na zdobiących kobietę kosztownościach zdradzały, że liczba tych klejnotów pozwoliłaby całemu stadu Fe – na tuzin piekieł, może całej kaście Wron – żywić się po kres swoich dni. Jeden z tych przedmiotów wszakże był cenniejszy niż wszystkie pozostałe zdobiące szatę kamienie szlachetne razem wzięte: kolia otaczająca szyję stojącej u wrót postaci.

Dwie złote dłonie, w które wtulało się słońce wschodzące pod obojczykami kobiety. Był to herb królewskiego rodu. Fe widywała te dłonie wybite na każdej saborskiej monecie i wyszyte na każdej fladze; pojęła, że odtąd będzie mogła mówić, że widziała je na szyi królowej.

Dzięki zamążpójściu kobieta stała się Feniksem, ale od zawsze zwano ją Królową Łabędzi; zaczęto, jeszcze zanim opuściła pawilon tej kasty kurtyzan. To do niej należał jeden z pustych tronów, które Fe przed chwilą minęła.

 

I w tym momencie dziewczyna pojęła, co spaskudziło się tej nocy.

Minęło pięćset lat – lub coś koło tego – odkąd mór grzeszników po raz ostatni dotknął królewskiego pałacu. Pięćset lat, odkąd Feniksy poprzednio zapaliły swój zwiastun moru. Pięćset lat, odkąd wezwały Wrony.

Ale skoro sama królowa Rhusana przyszła zapłacić wiatyk za zmarłych grzeszników, Fe aż nazbyt dobrze miarkowała, kto leży pod jednym z całunów.

Wrony prowadziły na stos pogrzebowy księcia koronnego, następcę tronu Saboru.