TestamentyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Testamenty
Testamenty
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Testamenty
Testamenty
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie ma sensu się z nimi spierać – odparła Melanie. – To fanatyczki.

– Wobec tego sama im powiem.

Wtedy sądziłam, że wiem, co jest nie tak z ludźmi, zwłaszcza z dorosłymi. Sądziłam, że widzę ich na wskroś. Perłowe Dziewczęta, starsze ode mnie, nie były dziećmi: jak mogły wierzyć w te wszystkie bzdury?

– Nie – rzuciła dość ostro Melanie. – Nie wtrącaj się. Nie chcę, żebyś z nimi rozmawiała.

– Dlaczego nie? Poradzę…

– One próbują zwabić dziewczyny w twoim wieku, żeby pojechały z nimi do Gileadu. Usłyszałabyś, że Perłowe Dziewczęta pomagają kobietom i dziewczynom. Zaapelowałyby do twojego idealizmu.

– Nigdy bym się na to nie nabrała! – zawołałam z oburzeniem. – Nie jestem pierdoloną kretynką. – W obecności Melanie i Neila zazwyczaj nie przeklinałam, ale czasem te słowa po prostu wyskakiwały mi z ust.

– Uważaj na słówka – upomniała mnie Melanie. – To robi złe wrażenie.

– Przepraszam. Ale naprawdę nie jestem.

– Oczywiście, że nie – odrzekła. – Po prostu zostaw je w spokoju. Jeśli wezmę broszury, to sobie pójdą.

– Czy ich perły są prawdziwe?

– Są sztuczne – odpowiedziała Melanie. – Wszystko w nich jest sztuczne.

.

9

Mimo wszystkich rzeczy, jakie dla mnie robiła, od Melanie wiało chłodem. Pachniała jak kwiatowe mydło dla gości w obcym domu, który odwiedziłam. Chcę powiedzieć, że nie pachniała jak matka.

Kiedy byłam młodsza, do moich ulubionych książek w szkolnej bibliotece należała opowieść o człowieku, który dołączył do wilczej watahy. Nigdy nie mógł się kąpać, ponieważ zmyłby wilczą woń i wilki by go odrzuciły. Ze mną i Melanie było tak, jakbyśmy potrzebowały tej dodatkowej stadnej woni, która by nas określała, nas razem. To się jednak nigdy nie stało. Nigdy nie byłyśmy sobie bardzo bliskie.

Neil i Melanie nie przypominali rodziców znanych mi dzieci. Postępowali ze mną zbyt ostrożnie, jakbym była krucha. Czułam się jak wystawowy kot, którym się opiekowali. Własnego kota traktowało się zwyczajnie, ale z kotem należącym do innych ludzi było inaczej, bo gdyby się zgubił, człowiek czułby się winny w zupełnie odmienny sposób.

Jeszcze jedno: dzieciaki ze szkoły miały swoje zdjęcia, całe mnóstwo zdjęć. Rodzice uwieczniali każdą chwilę ich życia. Niektóre dzieciaki miały nawet zdjęcia z własnych narodzin – przynosiły je do klasy i omawiały. Uważałam, że to ohyda: krew, wielkie nogi z wychodzącą spomiędzy nich małą główką. Miały też swoje zdjęcia z dzieciństwa, dosłownie setki zdjęć. Wystarczyło, że taki dzieciak beknął, a natychmiast ktoś kierował na niego obiektyw i prosił, żeby zrobił to ponownie; jak gdyby przeżywały życie dwukrotnie: raz w rzeczywistości, a drugi raz – pozując do zdjęcia.

Ze mną nic podobnego się nie działo. Stare aparaty fotograficzne Neila były fajne, ale w domu próżno by szukać takich, które działały. Melanie wyjaśniła mi, że wszystkie moje wczesne zdjęcia spłonęły w pożarze. Tylko idiotka uwierzyłaby w coś takiego, więc uwierzyłam.

Opowiem teraz o głupiej rzeczy, którą zrobiłam, oraz o jej konsekwencjach. Nie szczycę się tym: patrząc wstecz, widzę, jakie to było durne. Wtedy jednak tego nie dostrzegałam.

Tydzień przed moimi urodzinami miała się odbyć demonstracja protestacyjna przeciwko Gileadowi. Z Gileadu przemycono nowe nagrania z egzekucji i pokazano je w wiadomościach: kobiety wieszane za herezję i apostazję oraz za próbę wywiezienia dzieci z Gileadu, czego zakazywało tamtejsze prawo. Dwie najstarsze klasy w naszej szkole dostały wolne, żebyśmy mogły uczestniczyć w proteście w ramach poszerzania światowej świadomości społecznej.

Wykonałyśmy transparenty: ZERO HANDLU Z GILEADEM!, SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA KOBIET GILEADU!, MAŁA NICOLE GWIAZDĄ PRZEWODNIĄ! Były też transparenty o tematyce ekologicznej: GILEAD KŁAMIE W SPRAWIE KLIMATU!, GILEAD CHCE NAS USMAŻYĆ! – z obrazami płonących lasów oraz martwych ptaków, ryb i ludzi. Kilkoro nauczycieli i rodziców zgłosiło się, że pójdą z nami, by mieć pewność, że nic nam się nie przytrafi. Czułam się ogromnie podniecona, bo miał to być mój pierwszy protest. Wtedy Neil i Melanie oznajmili, że nie wolno mi iść.

– Dlaczego? – spytałam. – Wszyscy inni idą.

– Wykluczone – oświadczył Neil.

– Zawsze powtarzasz, że powinniśmy bronić własnych zasad.

– Tym razem jest inaczej. To niebezpieczne, Daisy – powiedział Neil.

– Życie nie jest bezpieczne. To twoje słowa. Zresztą idzie wielu nauczycieli. To część zajęć szkolnych, jeśli nie pójdę, obniżą mi ocenę! – To ostatnie mijało się z prawdą, ale Neil i Melanie lubili, kiedy miałam dobre oceny.

– A gdyby poszła z Adą? – podsunęła Melanie.

– Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję opiekunki – obruszyłam się.

– Oszalałaś? – zwrócił się Neil do Melanie. – Tam będzie się roić od dziennikarzy. Puszczą to w wiadomościach! – Szarpał się za resztki włosów ze zdenerwowania.

– Właśnie w tym rzecz – powiedziałam. – Zrobiłam transparent, który poniesiemy: wielkie czerwone litery i czarna czaszka. GILEAD = ŚMIERĆ UMYSŁU. Chodzi właśnie o to, żeby pokazali to w wiadomościach.

Melanie zasłoniła uszy dłońmi.

– Boli mnie głowa. Neil ma rację. Nie. Moja odpowiedź brzmi: nie. Popołudnie spędzisz, pomagając mi w sklepie. Koniec kropka.

– Świetnie, zamknijcie mnie – rzuciłam.

Pomaszerowałam do swego pokoju i zatrzasnęłam drzwi. Nie zdołają mnie powstrzymać.

Szkoła, do której chodziłam, nazywała się Wyle, na cześć Florence Wyle, dawnej rzeźbiarki, której portret zdobił główny korytarz. Szkoła miała wspierać twórczość, mówiła Melanie, a także zrozumienie demokratycznej wolności i niezależnego myślenia, dodawał Neil. Tym tłumaczyli fakt, że mnie tam posłali, choć ogólnie biorąc, nie byli zwolennikami prywatnych szkół. Szkoły publiczne stały jednak na bardzo niskim poziomie, a powinniśmy oczywiście pracować na rzecz poprawy systemu, poza tym nie chcieli, żeby pchnął mnie nożem jakiś młodociany handlarz narkotyków. Teraz sądzę, że wybrali Szkołę Wyle z całkiem innego powodu. W Wyle wielką wagę przywiązywano do obecności. Melanie i Neil zawsze mogli wiedzieć, gdzie jestem.

Ani nie kochałam, ani nie nienawidziłam Szkoły Wyle. Stanowiła tylko etap na drodze do prawdziwego życia, którego kształt wkrótce miał mi się objawić. Jeszcze niedawno chciałam zostać weterynarzem małych zwierząt, potem jednak uznałam to marzenie za dziecinne. Następnie zapragnęłam pracować jako chirurg, ale kiedy pokazali nam w szkole film z operacji, zrobiło mi się niedobrze. Moje koleżanki z Wyle chciały być piosenkarkami, projektantkami lub zajmować się inną formą twórczości, ale mnie słoń nadepnął na ucho i miałam dwie lewe ręce, więc nic z tego.

Miałam trochę koleżanek: jedne od plotek, inne od wymieniania się pracą domową. Pilnowałam, żeby mieć stopnie poniżej swoich możliwości – nie chciałam się wyróżniać – dlatego moje prace domowe nie miały wartości handlowej. Dobrze było wybijać się w sportach – i to mi się podobało, szczególnie dyscypliny, gdzie liczyła się szybkość i wzrost, jak koszykówka. Dzięki temu w sportach zespołowych cieszyłam się popularnością. Poza szkołą wiodłam jednak mocno ograniczone życie z powodu obaw Neila i Melanie. Nie wolno mi było chodzić po galeriach handlowych, bo roi się tam od handlarzy tanią kokainą, mówiła Melanie, ani po parkach, bo czają się tam obcy, mówił Neil. Tak więc moje życie towarzyskie praktycznie nie istniało: w całości składało się z rzeczy, które będę mogła robić, kiedy dorosnę. Magiczne słowo Neila w naszym domu brzmiało: nie.

Tym razem jednak nie zamierzałam ustąpić: pójdę na ten protest, choćby nie wiem co. Szkoła wynajęła dla nas parę autobusów. Melanie i Neil próbowali pokrzyżować mi szyki: zadzwonili do dyrektorki, oznajmiając, że nie udzielają mi zgody, i dyrektorka poprosiła, żebym nie jechała, na co zapewniłam ją, że oczywiście, nie ma problemu, poczekam, aż Melanie po mnie przyjedzie. Ale nazwiska dzieciaków sprawdzał tylko kierowca autobusu, który nie wiedział, kto jest kim, wszyscy się tłoczyli, rodzice i nauczyciele nie zwracali na mnie uwagi i nie wiedzieli, że nie wolno mi jechać, więc zamieniłam się legitymacjami z dziewczyną z mojej drużyny koszykówki, która się tam nie wybierała, i wsiadłam do autobusu, niezmiernie z siebie zadowolona.

.

10

Początkowo marsz protestacyjny przebiegał ekscytująco. Odbywał się w centrum, nieopodal budynku Legislacji, choć w zasadzie to nie był marsz, bo nikt nigdzie nie maszerował z powodu tłoku. Wygłaszano przemówienia. Kanadyjski krewny kobiety, która straciła życie w Koloniach Gileadu, usuwając zanieczyszczenia radioaktywne, mówił o niewolniczej pracy. Przywódca organizacji osób, które przeżyły ludobójstwo Gileadu, opowiadał o przymusowych marszach do Dakoty Północnej, gdzie ludzi upychano jak zwierzęta w otoczonych drutem miastach widmach, bez wody i pożywienia, i o tym, jak tysiące umierały i jak ludzie, ryzykując życie, szli zimą na północ, do granicy kanadyjskiej, a potem podniósł rękę bez kilku palców i wyjaśnił: odmrożenie.

Następnie przedstawiciel SanctuCare – organizacji opiekującej się uciekinierkami z Gileadu – mówił o tych, którym odebrano małe dzieci, i jakie to było okrutne; opowiadał, że jeśli ktoś usiłował odzyskać dziecko, oskarżali go o obrazę boską. Wszystkich przemówień nie słyszałam, ponieważ czasem wysiadało nagłośnienie, ale sens nie pozostawiał wątpliwości. Na wielu transparentach można było przeczytać: WSZYSTKIE DZIECI SĄ MAŁĄ NICOLE!

Potem grupa z naszej szkoły skandowała okrzyki i podniosłyśmy transparenty, a inni ludzie trzymali takie jak PRECZ Z FASZYSTAMI Z GILEADU!, AZYL TERAZ! Wtedy pojawiła się kontrmanifestacja z odmiennymi hasłami: ZAMKNĄĆ GRANICE!, GILEAD, ZATRZYMAJ SWOJE DZIWKI I BACHORY, MAMY DOŚĆ WŁASNYCH!, POWSTRZYMAĆ INWAZJĘ!, RÓBCIE LASKI RĘKĄ U SIEBIE! Wśród tych ludzi dostrzegłam Perłowe Dziewczęta w srebrzystych sukienkach i perłowych naszyjnikach – miały transparenty z hasłami: ŚMIERĆ ZŁODZIEJOM DZIECI! i ODDAJCIE MAŁĄ NICOLE! Ludzie z naszej strony obrzucali je jajkami i wiwatowali, kiedy któreś w nie trafiło, ale Perłowe Dziewczęta tylko się uśmiechały i patrzyły pustym wzrokiem.

 

Wybuchły zamieszki. Grupa ludzi ubranych na czarno, z zasłoniętymi twarzami, zaczęła wybijać witryny sklepowe. Nagle, jakby znikąd, pojawiło się mnóstwo uzbrojonych policjantów. Łomotali w tarcze, szli tyralierą, tłukli pałkami dzieciaki i dorosłych.

Wcześniej czułam podniecenie, lecz teraz ogarnął mnie strach. Chciałam się wydostać, ale nie mogłam się ruszyć z powodu tłoku. Nie mogłam znaleźć reszty klasy, a w tłumie wybuchła panika. Ludzie napierali w różne strony, wrzeszczeli i krzyczeli. Ktoś uderzył mnie w brzuch, chyba łokciem. Oddychałam szybko, łzy napłynęły mi do oczu.

– Tędy – usłyszałam za sobą szorstki głos.

To była Ada. Capnęła mnie za kołnierz i powlokła za sobą. Nie wiem, jak się przecisnęła – chyba kopała kogo popadło. Po chwili znalazłyśmy się na ulicy z dala od zamieszek, jak nazwano je później w telewizji. Kiedy ujrzałam relację, pomyślałam: już rozumiem, jakie to uczucie uczestniczyć w zamieszkach – człowiek czuje się, jakby tonął. Co nie znaczy, że kiedykolwiek tonęłam.

– Melanie powiedziała, że mogę cię tu znaleźć – rzuciła Ada. – Zabieram cię do domu.

– Ale… – Umilkłam, nie chcąc przyznać, że się boję.

– Natychmiast. Idziemy. Żadnych „ale”.

Tego wieczoru zobaczyłam się w telewizji: trzymałam transparent i krzyczałam. Sądziłam, że Neil i Melanie wściekną się na mnie, ale stało się inaczej. Okazali jedynie niepokój.

– Czemu to zrobiłaś? – spytał Neil. – Nie słyszałaś, co do ciebie mówiliśmy?

– Zawsze powtarzasz, że ludzie powinni się sprzeciwiać niesprawiedliwości – odparłam. – W szkole uczą tego samego. – Wiedziałam, że przekroczyłam granicę, ale nie chciałam przeprosić.

– Co teraz? – zwróciła się Melanie nie do mnie, ale do Neila. – Daisy, możesz mi przynieść wody? W lodówce jest lód.

– Może nie będzie tak źle – odezwał się Neil.

– Nie możemy ryzykować – usłyszałam głos Melanie. – Musimy ruszać, jak wczoraj. Zadzwonię do Ady, załatwi furgonetkę.

– Nie mamy gotowego planu B – oświadczył Neil. – Nie możemy…

– Co jest grane? – zapytałam, wchodząc do pokoju ze szklanką wody.

– Nie masz do odrobienia żadnej pracy domowej? – spytał Neil.

.

11

Trzy dni później włamano się do Psa na Ciuchy. W sklepie był co prawda alarm, ale włamywacze weszli i wyszli, zanim ktokolwiek zdołał tam dotrzeć – typowy problem z alarmami, stwierdziła Melanie. Nie znaleźli pieniędzy, ponieważ Melanie nigdy nie trzymała gotówki w sklepie, zabrali jednak trochę sztuki do noszenia i zdemolowali biuro Neila, rozrzucając dokumenty po podłodze. Ukradli też przedmioty kolekcjonerskie: zegary, stare aparaty fotograficzne, nakręcanego klowna. Podpalili sklep, ale zrobili to po amatorsku, uznał Neil, tak że pożar szybko ugaszono.

Przyszła policja i pytała Neila i Melanie, czy mają wrogów. Zaprzeczyli, powiedzieli, że wszystko jest w porządku – pewnie bezdomni szukali forsy na narkotyki – ale widziałam, że są poruszeni, bo rozmawiali takim tonem jak zawsze wtedy, kiedy nie chcieli, żebym słyszała.

– Zabrali aparat – mówił Neil do Melanie, kiedy weszłam do kuchni.

– Jaki aparat? – spytałam.

– Och, zwykły stary aparat – odparł Neil, wciąż szarpiąc się za włosy. – Ale był rzadki.

Od tej pory Neil i Melanie stawali się coraz bardziej nerwowi. Neil zamówił do sklepu nowy alarm. Melanie oznajmiła, że może się przeprowadzimy, ale kiedy zaczęłam drążyć temat, odparła, że to na razie tylko pomysł. O włamaniu Neil mówił: „Nic się nie stało”. Powtórzył to kilkakrotnie, aż kazało mi się to zastanowić, co właściwie się stało oprócz zniknięcia jego ulubionego aparatu.

Następnego wieczoru po włamaniu zastałam Melanie i Neila przed telewizorem. Zazwyczaj nic nie oglądali – po prostu był włączony – lecz tym razem w napięciu wpatrywali się w ekran. W mieszkaniu, które wynajmowała z inną Perłową, znaleziono martwą Perłową Dziewczynę, zidentyfikowaną jako „Ciotka Adrianna”. Leżała przywiązana do klamki własnym srebrzystym paskiem. Odkryto to dopiero po kilku dniach. Właściciel pobliskiego mieszkania, zaalarmowany zapachem, powiadomił policję. Stwierdzono samobójstwo, ponieważ takie samouduszenie było dość powszechną metodą.

W telewizji pokazano zdjęcie nieżywej Perłowej Dziewczyny. Uważnie mu się przyjrzałam: czasem trudno było rozróżnić Perłowe Dziewczęta z powodu ich jednakowych strojów, ale tę poznałam, bo niedawno odwiedziła Psa na Ciuchy, rozdając broszury. Jej partnerka, nazywana „Ciotką Sally” – oznajmiła prezenterka wiadomości – zniknęła. Pokazano jej zdjęcie, a policja prosiła o informacje, gdyby ktoś ją widział. Konsulat Gileadu nie wydał jeszcze oświadczenia.

– Okropne – powiedział Neil do Melanie. – Biedna dziewczyna. Co za katastrofa.

– Dlaczego? – wtrąciłam. – Perłowe Dziewczęta pracują dla Gileadu. One nas nienawidzą. Wszyscy to wiedzą.

Rodzice spojrzeli na mnie… jak się nazywa takie spojrzenie? Chyba zrozpaczone. Poczułam się zbita z tropu: czemu tak się przejmowali?

Naprawdę niedobra rzecz wydarzyła się w dniu moich urodzin. Dzień zaczął się, jakby wszystko było w normie. Wstałam, włożyłam mój zielony kraciasty mundurek Szkoły Wyle – czy wspominałam, że nosimy mundurki? Do tego zielone skarpetki i czarne sznurowane buciki, włosy ściągnęłam w koński ogon, zgodnie z przepisami szkolnymi – żadnych luźnych loków – po czym ruszyłam po schodach na dół.

Melanie krzątała się przy granitowej wyspie kuchennej. Ja wolałabym żywiczny blat do recyklingu, jakie są w szkolnej stołówce. Można oglądać zatopione w żywicy przedmioty, na przykład szkielet szopa, więc człowiek ma się przynajmniej na czym skupić.

Większość posiłków jedliśmy przy wyspie kuchennej. Oprócz tego mieliśmy jadalnię ze stołem, teoretycznie przeznaczoną na przyjęcia, ale Melanie i Neil nie wydawali przyjęć; raczej organizowali zebrania poświęcone najróżniejszym sprawom. Poprzedniego wieczoru odwiedziło ich kilka osób: na stole nadal stały kubki po kawie, na talerzu leżały okruchy krakersów i garść pomarszczonych winogron. Nie widziałam gości, ponieważ nie wychodziłam z pokoju, starając się uniknąć skutków mojego wybryku. Moje postępowanie wyraźnie zakwalifikowali jako coś znacznie poważniejszego niż zwykłe nieposłuszeństwo.

Weszłam do kuchni i usiadłam przy wyspie. Melanie, odwrócona do mnie plecami, wyglądała przez okno. Rozciągał się stamtąd widok na podwórze – okrągłe betonowe donice z rozmarynem, patio ze stołem i krzesłami, wreszcie róg ulicy.

– Dzień dobry – powiedziałam, a Melanie odwróciła się raptownie.

– Och! Daisy! Nie słyszałam, jak wchodzisz! Wszystkiego najlepszego, słodka szesnastko!

Neil nie zszedł na śniadanie do czasu, gdy musiałam wyjść do szkoły. Na górze u siebie rozmawiał przez telefon. Trochę mnie to dotknęło, ale nie zanadto: był bardzo roztargniony.

Melanie jak zwykle mnie odwiozła. Nie chciała, żebym jeździła do szkoły autobusem, chociaż przystanek znajdował się tuż obok domu. Powiedziała, tak jak zawsze, że jedzie do Psa na Ciuchy, więc może mnie podrzucić.

– Wieczorem dostaniesz tort urodzinowy z lodami – oznajmiła z pytającą intonacją. – Odbiorę cię po szkole. Teraz, kiedy jesteś już wystarczająco duża, Neil i ja chcemy ci powiedzieć o kilku rzeczach.

– Dobra – odrzekłam.

Podejrzewałam, że rozmowa będzie dotyczyć chłopaków i tego, co oznacza przyzwolenie, chociaż dość nasłuchałam się o tym w szkole. Trudno, musiałam znieść niezręczną pogadankę.

Chciałam przeprosić za to, że poszłam na marsz protestacyjny, ale nie zdążyłam, nim dotarłyśmy do szkoły. W milczeniu wysiadłam z samochodu; Melanie odczekała, aż dojdę do wejścia. Pomachałam jej, ona mnie też. Sama nie wiem, czemu to zrobiłam, bo zazwyczaj nie machałam. To była chyba forma przeprosin.

Niezbyt pamiętam tamten dzień w szkole, bo niby czemu miałabym pamiętać? Przebiegał normalnie. Jak wyglądanie przez okno samochodu. Rzeczy mijają, to i tamto, tamto i to, bez szczególnego znaczenia. Człowiek nie rejestruje takich godzin; są powszednie jak mycie zębów.

Podczas lunchu kilka moich koleżanek od pracy domowej zaśpiewało mi w stołówce Sto lat. Inne biły brawo.

Potem przyszło popołudnie. Duchota, zegar zwolnił. Siedziałam na francuskim, gdzie miałyśmy czytać stronę z Mitsou Colette, o gwieździe musicali ukrywającej mężczyzn w szafie. Poza tym, że uczyłyśmy się francuskiego, miałyśmy się dowiedzieć, jak okropne życie wiodły kiedyś kobiety, chociaż los Mitsou wcale nie wydawał mi się taki straszny. Ukrywanie przystojniaka w szafie – chętnie bym to zrobiła. Jednak nawet gdybym znała takiego mężczyznę, gdzie mogłabym go ukryć? Z pewnością nie w szafie w mojej sypialni, gdzie Melanie natychmiast by go wytropiła, a nawet jeśli nie, musiałabym go karmić. Chwilę się nad tym zastanowiłam: jakie jedzenie mogłabym mu przynieść, tak by ukryć to przed Melanie? Ser i krakersy? Seks z kimś takim nie wchodziłby w grę: wypuszczenie go z szafy wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem, a w szafie brakowało miejsca, żebym mogła się wcisnąć razem z nim. Oto jakie sny na jawie często snułam w szkole, zabijając czas.

Na tym jednak polegał problem w moim życiu: nigdy się z nikim nie umówiłam, bo nigdy nie spotkałam nikogo, z kim chciałabym się umówić. Wyglądało na to, że nie mam najmniejszych szans. Chłopcy z Wyle byli wykluczeni, chodziłam z nimi do podstawówki, widziałam, jak dłubią w nosie, a niektórzy sikali w majtki. Z takimi obrazami w głowie trudno o romantyzm.

Z czasem zaczął mnie ogarniać ponury nastrój typowy dla urodzin: spodziewasz się magicznej przemiany, ale ta nie przychodzi. Żeby nie zasnąć, wyrywałam sobie włosy z głowy, tuż za prawym uchem, tylko po dwa lub trzy naraz. Wiedziałam, że jeśli będę wyrywać zbyt często z tego samego miejsca, pojawi się tam łysina, ale nabrałam tego nawyku zaledwie kilka tygodni wcześniej.

Lekcje wreszcie się skończyły i mogłam wracać do domu. Ruszyłam przez wypolerowany korytarz do drzwi frontowych i wyszłam. Siąpił kapuśniaczek, a ja nie miałam płaszcza przeciwdeszczowego. Zlustrowałam wzrokiem ulicę: nigdzie nie było auta Melanie.

Nagle wyrosła obok mnie Ada w swojej czarnej skórzanej kurtce.

– Chodź. Wsiadamy do samochodu – powiedziała.

– Co? Dlaczego?

– Chodzi o Neila i Melanie.

Spojrzałam jej w oczy i zrozumiałam, że wydarzyło się coś strasznego. Gdybym była starsza, zapytałabym od razu, ale nie zrobiłam tego, bo chciałam odwlec ów moment, kiedy się dowiem. W książkach spotykałam się z określeniem „nienazwana groza”. Wcześniej były to jedynie słowa, ale teraz właśnie to poczułam.

Kiedy wsiadłyśmy i Ada ruszyła, zapytałam:

– Czy ktoś miał atak serca? – Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

– Nie – odparła Ada. – Posłuchaj uważnie i nie panikuj. Nie możesz wrócić do domu.

Ucisk w brzuchu się nasilił.

– Co takiego? Był pożar?

– Doszło do wybuchu. W samochodzie. Przed Psem na Ciuchy.

– Cholera. Czy sklep jest zniszczony? – Najpierw włamanie, teraz to.

– Bomba wybuchła w samochodzie Melanie. Ona i Neil byli w środku.

Kilka minut siedziałam w milczeniu. To nie miało sensu. Jaki szaleniec mógłby chcieć zabić Neila i Melanie? Byli tacy zwyczajni.

– Czyli oni nie żyją? – odezwałam się w końcu.

Drżałam. Próbowałam wyobrazić sobie wybuch, ale przed oczami miałam pustkę. Pusty kwadrat.