TestamentyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Testamenty
Testamenty
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Testamenty
Testamenty
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


„Każda kobieta powinna się kierować takimi samymi motywami, w przeciwnym razie będzie potworem”.

GEORGE ELIOT, DANIEL DERONDA

„Kiedy spoglądamy sobie nawzajem w oczy, patrzymy nie tylko na nienawistną twarz, patrzymy w lustro. (…) Czyżby pan nie poznawał w nas siebie?”.

OBERSTURMBANNFÜHRER LISS DO STAREGO BOLSZEWIKA MOSTOWSKIEGO,

WASILIJ GROSSMAN, ŻYCIE I LOS, TŁUM. J. CZECH, WAB 2009

„Wolność to wielki ciężar, ogromne i dziwne brzemię dla ducha… Nie jest darem, lecz wyborem, często bardzo trudnym”.

URSULA LE GUIN, GROBOWCE ATUANU, TŁUM. P. CHOLEWA, PRÓSZYŃSKI I S-KA 1990

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Pomnik

.

Holograf z Ardua Hall

1

Jedynie zmarli mają prawo do pomników, ale ja otrzymałam swój już za życia. Już jestem skamieniała.

Pomnik stanowił drobny wyraz uznania dla moich licznych zasług, jak usłyszeliśmy w laudacji odczytanej przez Ciotkę Widalę. Wygłoszenie laudacji polecili jej nasi przełożeni, lecz była daleka od aprobaty. Podziękowałam jej najskromniej, jak potrafiłam, następnie pociągnęłam za sznur, uwalniając drapującą mnie tkaninę, która powłóczyście opadła na ziemię, i oto się ukazałam. W Ardua Hall nie wiwatujemy, ale dały się słyszeć dyskretne oklaski. Skłoniłam głowę.

Mój pomnik, o rozmiarach większych od naturalnych, tak jak należy, przedstawia mnie młodszą, szczuplejszą i zgrabniejszą, niż jestem od pewnego już czasu. Stoję wyprostowana, z odciągniętymi ramionami, usta mam wygięte w zdecydowanym, lecz dobrodusznym uśmiechu. Oczy utkwiłam w pewnym kosmicznym punkcie odniesienia, mającym symbolizować mój idealizm, nieustępliwe oddanie powinnościom, determinację dążenia naprzód pomimo wszelkich przeszkód. Co nie znaczy, że mój pomnik dostrzegłby cokolwiek na niebie, skoro stoi w posępnej kępie drzew i zarośli przy ścieżce biegnącej przed Ardua Hall. My, Ciotki, nie powinnyśmy być nadmiernie zarozumiałe, nawet wykute w kamieniu.

Siedmio-, może ośmioletnia dziewczynka trzyma mnie za lewą rękę i wpatruje się we mnie ufnie. Prawą dłoń położyłam na głowie klęczącej obok kobiety z woalką na włosach, zwracającej w górę oczy, w których można wyczytać lęk lub wdzięczność – to jedna z naszych Podręcznych – za mną zaś stoi jedna z moich Perłowych Dziewcząt, gotowa wyruszyć na działalność misyjną. U pasa mam paralizator. Broń przypomina mi o moich własnych niedociągnięciach: gdybym była skuteczniejsza, nie potrzebowałabym takiego urządzenia. Wystarczyłaby perswazja w głosie.

Ponieważ pomnik stoi pośród innych, trudno go uznać za wielki sukces: zbyt duży tu tłok. Wolałabym być bardziej wyeksponowana. Ale przynajmniej wyglądam na kobietę przy zdrowych zmysłach. Z łatwością mogłoby stać się inaczej, bo rzeźbiarka w podeszłym wieku – żarliwa wyznawczyni, która już zmarła – lubiła obdarzać swe modelki wyłupiastymi oczami, mającymi świadczyć o świątobliwej żarliwości. Na wykonanych przez nią popiersiach Ciotka Helena wygląda, jakby miała wściekliznę, Ciotka Widala – jakby cierpiała na nadczynność tarczycy, natomiast Ciotka Elizabeth wydaje się zaraz eksplodować.

Podczas ceremonii odsłonięcia pomnika rzeźbiarka nie kryła zdenerwowania. Czy oddała mnie z należytym szacunkiem? Czy zaaprobowałam jej dzieło? Czy to okażę? Igrałam z myślą, by po opadnięciu tkaniny zmarszczyć czoło, ale postąpiłam inaczej: nie jestem pozbawiona współczucia.

– Bardzo wierna podobizna – stwierdziłam.

To było dziewięć lat temu. Od tamtej pory ząb czasu zostawił swoje piętno na pomniku: upstrzyły mnie gołębie, w wilgotnych zagłębieniach mego ciała wyrósł mech. Wyznawczynie składają dary u mych stóp: jajka płodności, pomarańcze symbolizujące pełnię ciąży, croissanty jako odnośnik do księżyca. Wypieków nie dotykam – zazwyczaj są rozmiękłe od deszczu – ale pomarańcze zabieram. Pomarańcze są takie orzeźwiające.


Piszę te słowa w mojej samotni w Ardua Hall – jednej z ostatnich bibliotek ocalałych po entuzjastycznym paleniu książek, jakie nastąpiło w całym kraju. Zdeprawowane, krwawe odciski palców przeszłości należy wytrzeć, aby stworzyć czystą przestrzeń dla moralnie nieskalanego pokolenia, które z pewnością nadejdzie. Tyle, jeśli chodzi o teorię.

Jednak pośród krwawych odcisków palców są i te, które zostawiliśmy sami, a one nie dają się tak łatwo wytrzeć. Przez lata pogrzebałam wiele kości; teraz zamierzam je na powrót odkopać, choćby tylko dla twego oświecenia, nieznany czytelniku. Jeśli to czytasz, to znaczy, że przynajmniej ten rękopis przetrwał. Może jednak fantazjuję, może nigdy nie będę miała czytelnika. Może przyjdzie mi mówić do ściany, i to nie w jednym znaczeniu.

Dość gryzmolenia na dziś. Boli mnie ręka, czuję rwanie w plecach, a już czeka na mnie tradycyjny wieczorny kubek gorącego mleka. Dobrze ukryję ten elaborat, z dala od kamer – wiem, gdzie są, bo sama je instalowałam. Pomimo wszelkich środków ostrożności zdaję sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuję: pisanie może być niebezpieczne. Jakie zdrady, jakie denuncjacje mogą mnie spotkać? W Ardua Hall nie brakuje osób, które chętnie dostałyby te kartki w swoje ręce.

Poczekajcie, radzę im bezgłośnie: będzie jeszcze gorzej.

II

Drogocenny kwiat

.

Zapis zeznania świadka 369A

2

Prosiliście, abym opowiedziała wam o moim dzieciństwie w Gileadzie. Powiedzieliście, że byłoby to pomocne, a ja chcę pomóc. Pewnie spodziewacie się samych potworności, ale tak naprawdę w Gileadzie, podobnie jak gdzie indziej, wiele dzieci kochano i otaczano troską, wielu dorosłych miało dobre serca, choć byli omylni, tak jak gdzie indziej.

Mam też nadzieję, że będziecie pamiętać, iż wszyscy czujemy tęsknotę za wszelkim dobrem, którego zaznaliśmy jako dzieci, jakkolwiek dziwaczne może się innym wydać to dzieciństwo. Zgadzam się, że Gilead powinien pójść w niepamięć – zbyt wiele było w nim nieprawidłowości, zbyt wiele fałszu i zbyt wiele rzeczy na pewno przeciwnych temu, czego życzył sobie Bóg – musicie jednak pozwolić mi na opłakiwanie dobra, które przepadnie.

W szkole ubierałyśmy się na różowo wiosną i latem, w kolorze śliwkowym jesienią i zimą, a biel była zarezerwowana na specjalne okazje: niedziele i uroczystości. Chodziłyśmy z zakrytymi ramionami, zakrytymi włosami, w spódniczkach do kolan przed ukończeniem piątego roku życia, potem najwyżej pięć centymetrów nad kostkę, ponieważ popędy mężczyzn były straszliwą rzeczą, którą należało trzymać w ryzach. Męskie oczy, które nieustannie krążyły tu i tam jak ślepia tygrysów, te reflektorowe oczy należało osłaniać przed naszą pociągającą, wręcz oślepiającą mocą – naszymi zgrabnymi, chudymi lub grubymi nogami, naszymi wdzięcznymi, kanciastymi albo pulchnymi ramionami, naszą brzoskwiniową lub pełną skaz cerą, naszymi włosami, czy były to lśniące loki, czy szorstkie, skołtunione czupryny, czy cienkie warkoczyki – to wszystko nie miało znaczenia. Niezależnie od naszych kształtów i rysów twarzy mimowolnie byłyśmy powabnymi przynętami, niewinnymi przyczynami, które, ze względu na samą swoją naturę, mogły sprawić, że mężczyźni upijali się żądzą, zataczali się, gotowi runąć ze skraju – skraju czego, zastanawiałyśmy się, czy było to coś podobnego do przepaści? – i w płomieniach poszybować w dół, niczym śnieżki z płonącej siarki ciśnięte gniewną ręką Boga. Byłyśmy kustoszkami bezcennego skarbu, ukrytego w nas samych; byłyśmy drogocennymi kwiatami, które należało trzymać pod bezpieczną osłoną szklarni, bo inaczej zwabiono by nas w pułapkę, zerwano nam płatki, a nasz skarb zostałby wykradziony, rozerwaliby i zdeptali nas wygłodniali mężczyźni czający się za każdym rogiem, tam, w szerokim grzesznym świecie ostrych kantów.

Tego rodzaju rzeczy opowiadała nam w szkole pociągająca nosem Ciotka Widala, podczas gdy my ozdabiałyśmy haftem krzyżykowym chusteczki, obicia na podnóżki i oprawione obrazki; najpopularniejszymi wzorami były kwiaty w wazonie i owoce w misie. Ciotka Estée, nasza ulubiona nauczycielka, mawiała jednak, że Ciotka Widala przesadza i nie ma sensu nas straszyć, ponieważ wpajanie nam takiej awersji może negatywnie wpłynąć na szczęście naszego przyszłego życia małżeńskiego.

„Nie wszyscy mężczyźni są tacy, dziewczęta – uspokajała nas. – Ci lepsi posiadają szlachetne charaktery. Niektórzy są zdolni do przyzwoitej powściągliwości. Kiedy wyjdziecie za mąż, wydadzą wam się całkiem inni, wcale nie tacy straszni”. Co nie znaczy, że Ciotki mogły wiedzieć coś na ten temat, ponieważ nie miały prawa wychodzić za mąż. Właśnie dlatego mogły mieć swoje pisanie i książki.

„My, wspólnie z waszymi ojcami i matkami, mądrze wybierzemy dla was mężów, gdy nadejdzie pora – mówiła Ciotka Estée. – Nie macie powodu do niepokoju. Uczcie się pilnie, ufajcie, że starsi będą wiedzieli, co jest dla was najlepsze, a wszystko ułoży się jak trzeba. Będę się o to modliła”.

Jednak pomimo dołeczków w policzkach i przyjaznego uśmiechu Ciotki Estée górę brała wersja Ciotki Widali. Pojawiała się w moich snach: szklarnia rozpryskiwała się na kawałki, potem następowało rozdzieranie, rozrywanie, deptanie racicami, a różowe, białe i śliwkowe fragmenty mego ciała były rozrzucone po ziemi. Grozą napełniała mnie myśl, że dorosnę na tyle, by móc wyjść za mąż. Nie wierzyłam w mądry wybór Ciotek: bałam się, że poślubię płonącego kozła.

Różowe, białe i śliwkowe sukienki były zarezerwowane dla specjalnych dziewcząt, takich jak my. Zwyczajne dziewczęta z Ekonorodzin ubierały się zawsze tak samo – w szkaradne, podobne do ubrań ich matek peleryny, szare i w wielobarwne paski. Zamiast haftu krzyżykowego i szydełkowania uczyły się tylko zwykłego szycia, robienia papierowych kwiatów i tego rodzaju zajęć. W przeciwieństwie do nas nie miały poślubić najlepszych mężczyzn – Synów Jakuba oraz innych Komendantów i ich synów – chociaż mogły zostać wybrane, jeśli po osiągnięciu dorosłości okazywały się wystarczająco ładne.

 

Nikt tak nie mówił. Nie należało się pysznić urodą, to nie było skromne, nie należało też zwracać uwagi na urodę innych. Mimo to my, dziewczęta, znałyśmy prawdę: lepiej być ładną niż brzydką. Nawet Ciotki więcej troski okazywały tym ładnym. Jeśli jednak zostałaś zawczasu wybrana, uroda nie odgrywała aż tak wielkiej roli.

Nie miałam zeza jak Huldah, nie marszczyłam czoła jak Shunemit, nie miałam trzech włosków brwiowych na krzyż jak Becka, a jednak byłam nieukończona. Moja pucułowata twarz przypominała ciastka z oczkami z rodzynek i zębami z pestek dyni, te, które piekła dla mnie Zilla, moja ulubiona Marta. Chociaż nie byłam szczególnie ładna, byłam bardzo, ale to bardzo wybrana: nie tylko wybrana zawczasu, by poślubić Komendanta, lecz także wybrana przez Tabithę, moją matkę.

Oto co opowiadała mi Tabitha:

– Udałam się na spacer do lasu, gdzie natrafiłam na zaczarowany zamek, w którym zamknięto wiele dziewczynek, i żadna z nich nie miała matki, a złe wiedźmy rzuciły na nie zaklęcie. Miałam magiczny pierścień, którym otworzyłam zamek, ale mogłam uratować tylko jedną dziewczynkę. Dokładnie im się przyjrzałam i wreszcie z całej tej gromady wybrałam ciebie!

– Co się stało z innymi? – pytałam. – Z innymi dziewczynkami?

– Uratowały je inne matki – odpowiadała Tabitha.

– One też miały magiczne pierścienie?

– Oczywiście, kochanie. Aby zostać matką, musisz mieć magiczny pierścień.

– Gdzie jest magiczny pierścień? – pytałam. – Gdzie on teraz jest?

– Tu, na moim palcu – mówiła matka, pokazując czwarty palec lewej dłoni. Serdeczny, jak go nazywała. – Ale mój pierścień miał tylko jedno życzenie, które zużyłam na ciebie. Teraz jest więc zwyczajnym matczynym pierścionkiem.

Wtedy wolno mi było przymierzyć pierścionek, cały złoty, z trzema diamentami: jednym dużym i dwoma mniejszymi po bokach. Naprawdę wyglądał, jakby kiedyś był magicznym pierścieniem.

– Czy wzięłaś mnie na ręce – pytałam – i wyniosłaś z lasu? – Znałam tę historię na pamięć, ale lubiłam, kiedy matka ją powtarzała.

– Nie, kochanie, na to byłaś już za duża. Gdybym cię niosła, zaczęłabym kaszleć, a wtedy wiedźmy by nas usłyszały. – Wiedziałam, że to prawda: matka rzeczywiście sporo kaszlała. – Tak więc wzięłam cię za rękę i wykradłyśmy się z zamku, żeby nie usłyszały nas wiedźmy. Obie mówiłyśmy „ćśś, ćśś” – tu przytykała palec do ust, ja robiłam to samo i z zachwytem szeptałam „ćśś” – a potem musiałyśmy pędzić przez las, żeby uciec złym wiedźmom, ponieważ jedna z nich zauważyła, jak się wymykamy. Biegłyśmy długo, a później ukryłyśmy się w pustym drzewie. To było szalenie niebezpieczne!

Faktycznie towarzyszyło mi mgliste wspomnienie, że biegnę przez las, trzymając kogoś za rękę. Czy schowałam się w pustym drzewie? Chyba gdzieś się schowałam. Może więc to wszystko była prawda.

– Co się stało potem? – pytałam.

– Potem przyprowadziłam cię do tego pięknego domu. Czy nie jesteś tu szczęśliwa? Wszyscy tak bardzo cię tutaj kochamy! Czyż obie nie mamy szczęścia, że cię wybrałam?

Przytulałam się do matki, ona obejmowała mnie ramieniem, a ja kładłam głowę na jej chudym ciele, przez które czułam sterczące żebra. Z uchem przyciśniętym do jej piersi słyszałam jej serce łomoczące coraz szybciej, jakby czekała, aż coś powiem. Wiedziałam, że moja odpowiedź posiada moc: mogłam sprawić, że matka się uśmiechnie – albo nie.

Czy mogłam odpowiedzieć inaczej niż dwukrotnie „tak”? Tak, byłam szczęśliwa. Tak, miałam szczęście. Zresztą to była prawda.

.

3

Ile miałam wtedy lat? Może sześć czy siedem. Trudno powiedzieć, ponieważ nie mam żadnych wcześniejszych wspomnień.

Bardzo kochałam Tabithę. Choć taka chuda, była niezwykle piękna i bawiła się ze mną całymi godzinami. Miałyśmy dom dla lalek podobny do naszego, z salonem, jadalnią i przestronną kuchnią dla Mart, a także gabinetem ojca, z biurkiem i półkami na książki. Wszystkie niby-książki były w środku puste. Pytałam, dlaczego nic w nich nie ma – niejasno przeczuwałam, że na stronicach powinny być znaki – na co matka wyjaśniała, że książki są ozdobami, jak kwiaty w wazonach.

Ileż musiała kłamać dla mojego dobra! Żeby zapewnić mi bezpieczeństwo! Jednak potrafiła stanąć na wysokości zadania. Miała bardzo żywy umysł.

Na pierwszym piętrze domu dla lalek miałyśmy śliczne sypialnie, z zasłonami, tapetą i obrazami – ładnymi obrazami, na których były kwiaty i owoce – a na drugim mniejsze sypialnie, do tego w sumie pięć łazienek, chociaż jedna była pomieszczeniem do pudrowania – czemu tak się nazywała?, czym był „puder”? – oraz piwnicę pełną zapasów.

Miałyśmy wszystkie lalki, jakich dusza zapragnie: lalkę matkę w niebieskiej sukience Żon Komendantów, małą lalkę córkę z trzema sukienkami – różową, białą i śliwkową, jak moje – trzy lalki Marty w zgniłozielonych sukienkach i fartuszkach, Strażnika Wiary w czapce, który prowadził samochód i kosił trawę, dwóch Aniołów do pełnienia straży przy bramie, uzbrojonych w miniaturowe pistolety, żeby nikt się nie wdarł i nas nie skrzywdził, i wreszcie lalkowego Komendanta w wyprasowanym mundurze. Niewiele się odzywał, za to sporo chodził tam i z powrotem, siadał u szczytu stołu w jadalni i Marty przynosiły mu jedzenie na tacach, a potem zamykał się w gabinecie.

Pod tym względem lalkowy Komendant przypominał mojego ojca, Komendanta Kyle’a, który z uśmiechem pytał, czy byłam grzeczna, i znikał. Różnica polegała na tym, że widziałam, co lalkowy Komendant robił w gabinecie – siedział przy biurku z kompufonem i papierami – natomiast nie miałam pojęcia, co robi mój prawdziwy ojciec, ponieważ nie wolno mi było wchodzić do jego gabinetu.

Mówiono, że to, co ojciec tam robi, jest bardzo ważne – mężczyźni z reguły zajmowali się ważnymi rzeczami, do których kobiety nie powinny się wtrącać, bo miały mniejsze mózgi, niezdolne do snucia wielkich myśli, jak tłumaczyła Ciotka Widala, nasza nauczycielka religii. To jak uczyć kota robienia na drutach, mówiła Ciotka Estée od zajęć praktycznych, czym doprowadzała nas do śmiechu. Co za komedia! Przecież koty nie mają nawet palców!

Czyli mężczyźni mieli w głowach coś na kształt palców, ale takich, jakich nie miały dziewczęta. To wyjaśnia wszystko, mówiła Ciotka Widala, i dość już pytań na ten temat. Zaciskała usta, zamykając w środku słowa, które mogłyby zostać wypowiedziane. Wiedziałam, że muszą istnieć jeszcze jakieś słowa, bo już samo porównanie do kotów nie brzmiało właściwie. Koty wcale nie chciały robić na drutach. A my nie byłyśmy kotami.

Zakazane rzeczy zawsze pobudzają wyobraźnię. To dlatego Ewa zjadła jabłko z drzewa poznania dobra i zła: pchnęła ją do tego zbyt bujna wyobraźnia. O pewnych sprawach lepiej nie wiedzieć. Bo inaczej możesz uronić płatki.


W zestawie lalkowym miałyśmy też lalkę Podręcznej w czerwonej sukience, z wydatnym brzuchem, w białym czepcu skrywającym twarz, chociaż matka mówiła, że nie potrzebujemy Podręcznej, bo mamy już mnie, a ludzie nie powinni być zachłanni i chcieć więcej niż jedną dziewczynkę. Podręczną owinęłyśmy w bibułkę, a Tabitha powiedziała, że później mogę podarować ją innej dziewczynce, która nie ma tak ślicznego domu dla lalek i zrobi z lalki Podręcznej dobry użytek.

Z radością odłożyłam Podręczną do pudełka, ponieważ prawdziwe Podręczne budziły moje zdenerwowanie. Mijałyśmy je podczas szkolnych spacerów, kiedy szłyśmy w dwóch rzędach, z Ciotką na końcu każdego. Chodziłyśmy do kościołów albo do parków, gdzie mogłyśmy się bawić w kółku lub karmić kaczki w stawie. Później mieli nam pozwolić na Ratowanie albo Kaprysomodlitwy: w białych sukienkach i woalkach będziemy chodzić na śluby lub egzekucje, ale byłyśmy jeszcze na to za mało dojrzałe, mówiła Ciotka Estée.

W jednym z parków stały huśtawki, ale z powodu tego, że wiatr mógł podwiać nasze spódnice, przez co ktoś mógłby nas podejrzeć, nie miałyśmy nawet co myśleć o takiej rozrywce jak huśtanie. Tylko chłopcy mogli smakować tej wolności, tylko im wolno było unosić się i szybować, tylko oni mogli fruwać.

Do dziś ani razu nie byłam na huśtawce. To jedno z moich marzeń.

Kiedy maszerowałyśmy ulicą, Podręczne szły parami, każda z koszykiem na zakupy. Nie patrzyły na nas, w każdym razie nie za bardzo, nie wprost, i nam też nie pozwalano na nie patrzeć, bo niegrzecznie jest gapić się na kalekę albo na kogokolwiek, kto tak się różni, upominała nas Ciotka Estée. Podobnie nie miałyśmy prawa pytać o Podręczne.

„O tym wszystkim dowiecie się, jak będziecie wystarczająco duże”, mówiła ciotka Widala. Podręczne stanowiły część „tego wszystkiego”. Oznaczało to coś niedobrego, coś niszczącego lub zniszczonego, co mogło być jednym i tym samym. Czy Podręczne były kiedyś podobne do nas, białe, różowe i śliwkowe? Czy z powodu nieuwagi odsłoniły pewną ponętną część siebie?

Zresztą i tak niewiele się widziało. Białe czepce zasłaniały im twarze. Wszystkie Podręczne wyglądały identycznie.

W naszym domu dla lalek miałyśmy lalkę Ciotkę, która jednak nie za bardzo tam pasowała: powinna raczej być w szkole lub w Ardua Hall, gdzie ponoć mieszkały Ciotki. Bawiąc się sama lalkami, zamykałam lalkę Ciotkę w piwnicy, co nie było zbyt miłe z mojej strony. Ciotka waliła w drzwi piwnicy i krzyczała: „Wypuśćcie mnie”, ale lalka córka i pomagająca jej lalka Marta nie zwracały na nią uwagi, a czasem wręcz się śmiały.

Opisywanie tego okrucieństwa nie sprawia mi przyjemności, mimo że było to tylko okrucieństwo wobec lalki. Jest to mściwa strona mojego charakteru, której, z żalem wyznaję, nie potrafiłam w pełni okiełznać. Jednak w takim jak to zeznaniu lepiej uczciwie pisać o własnych wadach, podobnie jak o całej reszcie. W przeciwnym razie nikt nie zrozumie, dlaczego człowiek podjął takie, a nie inne decyzje.

To Tabitha nauczyła mnie, by pozostawać szczerą wobec samej siebie, co jest nieco ironiczne w świetle wszystkich kłamstw, jakimi mnie karmiła. Przypuszczalnie jednak sama była szczera wobec siebie. Wierzę, że próbowała być możliwie jak najlepszą osobą w danych okolicznościach.

Każdej nocy, po opowiedzeniu mi bajki, utulała mnie do snu z moim ulubionym pluszowym wielorybem – ponieważ Bóg stworzył wieloryby, żeby igrały w morzu, można się było bawić z wielorybem – po czym się modliłyśmy.

Modlitwa miała formę piosenki, którą śpiewałyśmy razem.

Teraz, gdy już zasnąć muszę,

Panu swą powierzam duszę.

Jeśli przyjdzie umrzeć we śnie,

Niechaj Pan mą duszę weźmie.

Przy łóżku mym aniołowie:

Dwaj przy nogach, dwaj przy głowie.

Ten się modli, tamten czuwa,

Z dwoma dusza ma odfruwa.

Piękny głos Tabithy brzmiał jak srebrny flet. Czasami, gdy odpływam w sen, niemal słyszę jej śpiew.

Parę rzeczy w tej piosence wzbudzało mój niepokój. Po pierwsze, aniołowie. Rozumiałam, że mowa o skrzydlatych aniołach w białych koszulach nocnych, ale nie tak je sobie wyobrażałam. Widziałam je jako naszych Aniołów: uzbrojonych mężczyzn w czarnych mundurach, z przyszytymi skrzydłami z materiału. Nie podobała mi się myśl, że czterej uzbrojeni Aniołowie stoją wokół mego łóżka, kiedy śpię, ponieważ, bądź co bądź, byli mężczyznami, co więc by się stało, gdyby jakieś części mojego ciała wysunęły się spod koca? Na przykład stopy. Czy nie obudziłyby w nich żądzy? Oczywiście, że tak, to wydawało się nieuniknione. Dlatego myśl o czterech Aniołach wcale nie była kojąca.

Po drugie, wzmianka o śmierci we śnie też nie podnosiła na duchu. Nie sądziłam, że mnie to spotka, ale gdyby tak się stało? Jak to było z moją duszą, tą rzeczą, którą zabierali ze sobą aniołowie? Tabitha wyjaśniała, że to duchowa część mnie, która nie umiera wraz z ciałem, co miało mnie cieszyć.

Ale jak wyglądała ta dusza? Wyobrażałam sobie, że jest podobna do mnie, tylko mniejsza: mała jak lalka córka w domu dla lalek. Skoro znajdowała się we mnie, może była tym samym co bezcenny skarb, o którym Ciotka Widala mówiła, że należy go starannie chronić. Można było stracić duszę, mówiła Ciotka Widala, wydmuchując nos, a wtedy człowiek spadał ze skraju, bez końca leciał w dół i stawał w płomieniach jak mężczyźni-kozły. Pragnęłam tego uniknąć.

 

.

4

Na początku kolejnego okresu, o którym zamierzam opowiedzieć, miałam pewnie osiem, może dziewięć lat. Pamiętam wydarzenia, ale nie swój dokładny wiek. Trudno zapamiętać daty kalendarzowe, tym bardziej że nie posiadaliśmy kalendarzy. Mimo to będę kontynuować najlepiej, jak potrafię.

W tym czasie nazywałam się Agnes Jemima. Moja matka, Tabitha, wyjaśniła, że Agnes znaczy „jagnię”. Recytowała mi wiersz:

Małe jagniątko, czy wiesz, kto cię stworzył?

Wiesz ty, kto cię stworzył?

Wiersz był dłuższy, ale zapomniałam dalszy ciąg.

Jeśli idzie o Jemimę, imię to pochodziło z opowieści biblijnej. Jemima była wyjątkową dziewczynką, ponieważ na jej ojca, Hioba, Bóg zesłał nieszczęście, by wystawić go na próbę, a najgorsze w tym wszystkim było to, że wszystkie dzieci Hioba zostały zabite. Wszyscy synowie i wszystkie córki – zabici! Ilekroć słyszałam tę historię, przeszywały mnie dreszcze. To okropne, co on musiał przeżywać, kiedy się o tym dowiedział.

Jednak Hiob przeszedł tę próbę pomyślnie i Bóg dał mu inne dzieci – kilku synów i trzy córki – więc wszyscy znów się radowali. Jedną z tych córek była właśnie Jemima.

– Bóg dał ją Hiobowi, tak jak mnie dał ciebie – mówiła matka.

– Czy wcześniej spotkało cię jakieś nieszczęście? Zanim mnie wybrałaś?

– Owszem – odpowiadała z uśmiechem.

– Ale przeszłaś tę próbę?

– Z pewnością – mówiła matka. – Przecież inaczej nie mogłabym wybrać takiej cudownej córki jak ty.

Ta historia bardzo mi się podobała. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać: jak Hiob mógł pozwolić, żeby Bóg wcisnął mu nowe dzieci, oczekując po nim, że będzie udawał, że te zabite już się nie liczą?

Kiedy nie byłam w szkole albo z matką – co zdarzało się rzadko, ponieważ coraz częściej leżała na górze w łóżku i jak to określały Marty, „odpoczywała” – lubiłam przesiadywać w kuchni i przyglądać się, jak Marty pieką chleb, ciasta, ciastka, zapiekanki, jak gotują zupę czy gulasz. Wszystkie Marty były znane jako Marty, ponieważ tym właśnie były, i wszystkie ubierały się jednakowo, ale każda miała też pierwsze imię. Nasze miały imiona Wera, Rosa i Zilla; miałyśmy trzy Marty, ponieważ mój ojciec był taką ważną osobą. Najbardziej lubiłam Zillę, bo mówiła bardzo łagodnym głosem, podczas gdy głos Wery brzmiał szorstko, a Rosa marszczyła czoło. Chociaż nie z własnej winy, tylko po prostu tak wyglądała jej twarz. Rosa była starsza od dwóch pozostałych.

„Czy mogę pomóc?”, zwracałam się do Mart. Dawały mi do zabawy trochę surowego ciasta, z którego lepiłam mężczyznę, a Marty piekły go w piecu razem z całą resztą. Zawsze lepiłam mężczyzn, nigdy kobiety, bo po upieczeniu zjadałam ich, czując, że daje mi to tajemną władzę nad mężczyznami. Powoli stawało się dla mnie jasne, że mimo popędów, jakie zdaniem Ciotki Widali w nich budziłam, nie miałam nad nimi żadnej innej władzy.

– Czy mogę sama zrobić chleb? – spytałam pewnego dnia, kiedy Zilla wyjęła misę, by zabrać się do zagniatania ciasta.

Byłam pewna, że sobie poradzę, bo przecież tyle razy przyglądałam się, jak to robią.

– Nie musisz sobie zawracać tym głowy – odparła Rosa, marszcząc czoło bardziej niż zwykle.

– Dlaczego?

– Będziesz miała własne Marty, które zajmą się tym wszystkim – powiedziała Wera i zaśmiała się szorstko. – Kiedy wybiorą dla ciebie miłego grubego męża.

– On nie będzie gruby. – Nie chciałam grubego męża.

– Oczywiście, że nie. Tak się tylko mówi – wyjaśniła Zilla.

– Nie będziesz też musiała robić zakupów – dodała Rosa. – Tym również zajmą się Marty. Albo Podręczna, zakładając, że będziesz jej potrzebowała.

– Może nie – powiedziała Wera. – Biorąc pod uwagę, kim jest jej matka…

– Nie mów tak – przerwała jej Zilla.

– Co takiego? – spytałam. – Co z moją matką?

Wiedziałam, że z matką wiąże się jakaś tajemnica – musiała mieć związek z tonem, jakim mówiły o jej „odpoczywaniu” – i budziło to we mnie lęk.

– Chodzi nam tylko o to, że skoro twoja matka mogła dostać własne dziecko, ty na pewno też będziesz mogła. Chciałabyś mieć dziecko, prawda, kochanie?

– Tak, ale nie chcę męża – odparłam. – Według mnie mężowie są ohydni.

Marty wybuchły śmiechem.

– Nie wszyscy. Twój ojciec też jest mężem – zauważyła Zilla.

Na to nie znalazłam odpowiedzi.

– Już oni zadbają o to, żebyś dostała miłego męża – odezwała się Rosa. – Na pewno nie będzie jakimś pierwszym z brzegu staruchem.

– Duma by im nie pozwoliła – dorzuciła Wera. – Na pewno nie dopuszczą do tego, żebyś wyszła za mąż poniżej swego poziomu.

Straciłam ochotę na myślenie o mężach.

– Ale jeśli zechcę? Piec chleb? – spytałam. Poczułam się urażona, jakby Marty zacieśniały krąg, nie wpuszczając mnie do środka. – Jeśli sama zechcę piec chleb?

– Cóż, Marty musiałyby ci pozwolić – odparła Zilla. – Przecież to ty będziesz panią domu. Ale przyjęłyby to ze wzgardą. Poza tym uznałyby, że zajmujesz ich pozycję. Odbierasz im zadania, na których najlepiej się znają. Chyba nie chciałabyś, żeby tak się wobec ciebie czuły, prawda, kochanie?

– Twojemu mężowi też by się to nie spodobało – dodała Wera z kolejnym wybuchem szorstkiego śmiechu. – Taka praca nie jest korzystna dla dłoni. Spójrz na moje! – Wyciągnęła je: miała powykręcane palce, chropowatą skórę, krótkie paznokcie i poszarpane skórki. Jakże inaczej wyglądały smukłe, wytworne dłonie mojej matki z magicznym pierścieniem na palcu. – Ciężka praca niszczy dłonie. Poza tym mąż nie chciałby, żeby było od ciebie czuć surowym ciastem.

– Albo środkiem do czyszczenia – dorzuciła Rosa.

– Będzie chciał, żebyś trzymała się wyszywania i tego rodzaju czynności – rzekła Wera.

– Haftu krzyżykowego – wtrąciła szyderczo Rosa.

Wyszywanie nie należało do moich mocnych stron. Stale krytykowano mnie za luźne i niedbałe ściegi.

– Nie cierpię haftować. Chcę piec chleb.

– Nie zawsze możemy robić to, na co mamy ochotę – powiedziała łagodnie Zilla. – Nawet ty.

– Czasem musimy robić to, czego nie cierpimy – dodała Wera. – Nawet ty.

– No to mi nie pozwalajcie! Jesteście wstrętne! – krzyknęłam i wybiegłam z kuchni.

Rozpłakałam się. Chociaż upominano mnie, żebym nie przeszkadzała matce, zakradłam się na górę do jej pokoju. Leżała pod śliczną białą kołdrą w niebieskie kwiatki. Oczy miała zamknięte, ale musiała usłyszeć, jak wchodzę, bo je otworzyła. Ilekroć widziałam matkę, jej oczy wydawały mi się coraz większe i bardziej świetliste.

– Co się stało, moje maleństwo? – spytała.

Wpełzłam pod kołdrę i przytuliłam się do matki. Była bardzo ciepła.

– To niesprawiedliwe – załkałam. – Nie chcę wychodzić za mąż! Dlaczego muszę?

Matka nie odpowiedziała: „Ponieważ to twój obowiązek”, jak zrobiłaby Ciotka Widala. Nie powiedziała też: „Zechcesz, kiedy przyjdzie pora”, jak brzmiałaby odpowiedź Ciotki Estée. Matka objęła mnie i pogłaskała po włosach.

– Pamiętaj o tym, jak wybrałam cię spośród całej reszty – powiedziała.

Wtedy byłam już jednak na tyle duża, by nie wierzyć w historię o wybieraniu: zamknięty zamek, magiczny pierścień, złe wiedźmy, ucieczka.

– To tylko bajka – odparłam. – Wyszłam z twojego brzucha, jak wychodzą wszystkie inne dzieci. – Matka nie potwierdziła. Milczała, co z jakiegoś powodu mnie przeraziło. – Tak było, prawda?! Shunemit mi powiedziała. W szkole. O brzuchach.

Matka przytuliła mnie mocniej.

– Bez względu na to, co się wydarzy – odezwała się po chwili – chcę, żebyś pamiętała zawsze, że bardzo cię kochałam.

.

5

Pewnie domyśliliście się, o czym teraz opowiem. To nic wesołego.

Moja matka umierała. Wiedzieli o tym wszyscy oprócz mnie.

Dowiedziałam się tego od Shunemit, mojej najlepszej przyjaciółki. Nie powinnyśmy mieć najlepszych przyjaciółek. Ciotka Estée mówiła, że niedobrze jest formować małe kręgi: przez to inne dziewczęta czują się odrzucone, a wszystkie mamy pomagać sobie nawzajem w tym, by stać się jak najdoskonalszymi dziewczętami.

Ciotka Widala powiedziała, że „najlepsze przyjaciółki” to szepty, spiski i sekrety, a spiski i sekrety prowadzą do nieposłuszeństwa wobec Boga, nieposłuszeństwo do buntu, a zbuntowane dziewczęta wyrastają na buntowniczki, jeszcze gorsze od buntowników, ponieważ buntownicy zostają zdrajcami, natomiast buntowniczki zostają cudzołożnicami.

Wtedy Becka spytała swoim cichym głosikiem:

– Kim jest cudzołożnica?

Wszystkie bardzo się zdziwiłyśmy, bo Becka rzadko zadawała pytania. Jej ojciec nie był Komendantem, jak nasi ojcowie. Był tylko dentystą, ale za to najlepszym, chodziły do niego wszystkie rodziny, i dlatego Becka mogła uczyć się w naszej szkole. Oznaczało to jednak, że inne dziewczęta patrzyły na nią z góry i oczekiwały od niej uniżoności.