Opowieść Podręcznej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

Łazienka przylega do sypialni. Na ścianach tapeta w małe niebieskie kwiatki, niezapominajki, w oknie zasłonki pod kolor. Są też błękitna mata i pokrowiec na deskę klozetową ze sztucznego futra.

Jedyne, co różni tę łazienkę od łazienek z poprzedniego czasu, to brak lali z sutą spódnicą do zakrywania zapasowej rolki papieru klozetowego. No i lustra nad umywalką – zastąpiono je blaszanym owalem – zamka w drzwiach i oczywiście brzytew. Początkowo bowiem zdarzały się wypadki: podcinanie żył, utonięcia. Dopóki nie zaspokoili wszystkich swoich obsesji. Przed drzwiami siedzi na krzesełku Cora i pilnuje, żeby nikt nie wszedł. W łazience, w wannie, człowiek jest narażony, utrzymywała Ciotka Lidia. Nigdy nie powiedziała, na co.

Kąpiel to wymóg, ale jednocześnie i luksus. Już samo zdjęcie ciężkich białych skrzydeł i welonu, możliwość dotknięcia własnych włosów jest luksusem. Moje włosy są teraz długie, niestrzyżone. Bo powinny być długie, ale schowane. Ciotka Lidia, powołując się na świętego Pawła, mówiła, że włosy mają być albo długie, albo zgolone do gołej skóry. Śmiała się przy tym swoim hamowanym, przypominającym końskie rżenie śmiechem, jakby powiedziała dowcip.

Cora napełniła wannę wodą, która paruje jak zupa w wazie. Zdejmuję resztę ubrania, cały ten wystrój: białą koszulę, czerwone pończochy, luźne bawełniane pantalony. Od rajstop można dostać grzyba w kroku – mawiała Moira. Ciotka Lidia nigdy by się w ten sposób nie wyraziła: grzyb w kroku. Ona mówiła, że rajstopy są niehigieniczne. Bo ona chciała, żeby wszystko było bardzo higieniczne.

Moja nagość już teraz wydaje mi się obca. Ciało niemodne. Czy ja rzeczywiście chodziłam po plaży w kostiumie kąpielowym? Oczywiście, że chodziłam, wcale o tym nie myśląc, wśród mężczyzn; nie przejmowałam się wcale, że wystawiam nogi, ramiona, uda i plecy na widok publiczny, że mnie widzą. To wstyd, to nieskromne. Staram się nie patrzeć na swoje ciało – nie dlatego, żeby w tym było coś wstydliwego czy nieskromnego, po prostu dlatego że nie chcę go widzieć. Nie chcę patrzeć na coś, co może o mnie rozstrzygnąć.


Wchodzę do wody, kładę się, pozwalam, żeby mnie objęła. Woda jest delikatna jak ręce. Zamykam oczy i nagle zjawia się przy mnie, bez uprzedzenia – sprawił to pewnie zapach mydła. Przytykam twarz do mięciutkich włosków porastających z tyłu jej szyję i wdycham ją – puder dziecięcy, dziecinne, umyte ciałko, szampon – z jakimś leciutkim podtekstem, delikatnym zapaszkiem moczu. Teraz, kiedy biorę kąpiel, jest właśnie w tym wieku. Bo przychodzi do mnie w najróżniejszym wieku. Stąd wiem, że nie jest duchem. Gdyby była duchem, miałaby zawsze tyle samo lat.

Pewnego dnia, kiedy miała jedenaście miesięcy, tuż przedtem, zanim zaczęła chodzić, wykradła mi ją w domu towarowym jakaś kobieta. Była to sobota, dzień, w którym jako oboje pracujący robiliśmy z Łukaszem zakupy na cały tydzień. Siedziała na wózku z takim specjalnym siodełkiem i otworami na nogi i była uszczęśliwiona. Odeszłam na chwilę, chyba do działu pożywienia dla kotów. Łukasza straciłam z oczu; był w dziale mięsnym. Lubił wybierać dla nas mięso na cały tydzień. Twierdził, że mężczyźni potrzebują więcej mięsa niż kobiety, że to nie są bzdury, że on nie jest stuknięty i że sprawa została naukowo udowodniona. Są pewne różnice – powtarzał z upodobaniem, jakbym się upierała, że ich nie ma. Ale najchętniej wygłaszał takie teorie przy mojej matce. Lubił się z nią droczyć.

Usłyszałam jej płacz. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak się ode mnie oddala przejściem między regałami, na rękach kobiety, której nigdy przedtem nie widziałam. Krzyknęłam i kobietę zatrzymano. Musiała mieć jakieś trzydzieści pięć lat. Płakała i mówiła, że to jej dziecko, że Bóg jej to dziecko ofiarował, że zesłał znak. Było mi jej żal. Kierownik sklepu mnie przepraszał, a ją zatrzymali do przybycia policji.

– Ona jest po prostu chora umysłowo – powiedział Łukasz.

Wtedy myślałam, że to odosobniony przypadek.


Zanika, nie mogę jej przy sobie utrzymać, o, już jej nie ma. Może nawet i myślę o niej jako o duchu, o duchu zmarłej dziewczynki, małej dziewczynki, która umarła w wieku lat pięciu. Pamiętam nasze zdjęcia sprzed lat: ona w moich objęciach, normalne pozy, jak to matka z dzieckiem, zdjęcie w ramkach, żeby się nie zniszczyło. Zamykam oczy i widzę siebie taką jak teraz; siedzę przed otwartą szufladą albo walizką w piwnicy, gdzie trzymam poskładane ubranka dziecięce, w kopercie kosmyk włosków, obcięty, kiedy miała dwa latka, białych jak len. Potem jej ściemniały.

Już nie mam tych pamiątek – ani ubranek, ani włosów. Zastanawiam się, co się stało ze wszystkimi naszymi rzeczami. Zrabowane, wyrzucone, zabrane. Skonfiskowane.

Nauczyłam się obywać bez wielu rzeczy. Jeśli się ma za dużo – mówiła Ciotka Lidia – to człowiek przywiązuje się zbytnio do świata materialnego i zapomina o wartościach duchowych. Trzeba kultywować ubóstwo ducha. Błogosławieni cisi. Ale o dziedziczeniu ziemi tym razem nie było.

Leżę, omywana przez wodę, mam przed oczami nieistniejącą szufladę i myślę o dziewczynce, która nie umarła w wieku lat pięciu; która, mam nadzieję, istnieje nadal, chociaż nie dla mnie. A czy ja istnieję dla niej? Czy jestem tylko obrazem gdzieś w ciemnym zakątku jej świadomości?

Musieli jej powiedzieć, że umarłam. Tak, o tym by pomyśleli. Powiedzieliby, że tak jej będzie lżej.


Musi mieć teraz z osiem lat. Wypełniłam czas, który straciłam, a wiem, ile straciłam. Mieli rację, łatwiej myśleć o niej jako o zmarłej. Nie muszę mieć wtedy nadziei ani czynić próżnych wysiłków. Po co, mówiła Ciotka Lidia, walić głową w mur? Czasami wyrażała się bardzo obrazowo.


– Nie mam czasu, żeby cały dzień tu siedzieć – słyszę głos Cory zza drzwi. Jasne, że nie ma. W ogóle ma niewiele, nie tylko czasu. Nie mogę jej pozbawiać jeszcze i tego. Mydlę się, szoruję szczotką i pumeksem, żeby zetrzeć stwardniałą skórę. Do dyspozycji mamy właśnie takie purytańskie środki higieny. Chcę być całkowicie czysta, bez zarazków, bez jakichkolwiek bakterii, jak powierzchnia księżyca. Nie będę mogła się umyć wieczorem ani nawet później, przez cały dzień. Twierdzą, że to przeszkadza, więc po co ryzykować?

Nie mogę teraz nie widzieć niewielkiego tatuażu na kostce. Cztery cyfry i oko – odwrotność paszportu: ma gwarantować, że nie zniknę w innym pejzażu. Jestem na to zbyt ważna, stanowię zbyt rzadki okaz, bogactwo narodowe.

Wyciągam z wanny zatyczkę, wycieram się, wkładam czerwony szlafrok frotté. Zostawiam sukienkę. Cora ją weźmie do prania. W pokoju znów się ubieram. Biały strój na głowę nie jest konieczny na wieczór, nigdzie nie wychodzę. Wszyscy w tym domu wiedzą, jak wygląda moja twarz. Zamiast tego wkładam czerwony welon, który przykrywa moje mokre włosy, moją głowę, nieogoloną. Gdzie ja widziałam ten film o kobietach, które klęczą gdzieś na placu, w mieście; trzymają je jakieś ręce, a włosy tych kobiet spadają na stertę? Co one takiego zrobiły? Musiało to być już dawno, bo nie pamiętam.

Cora przynosi mi na tacy kolację, przykrytą. Przed wejściem stuka do drzwi. Lubię ją za to. To znaczy, że uważa, iż pozostawiono mi coś z tego, co nazywaliśmy intymnością.

– Dziękuję. – Biorę od niej tacę, a ona rzeczywiście się do mnie uśmiecha, choć jednocześnie odwraca się, nie odpowiadając. Wstydzi się, kiedy zostajemy same, we dwie.

Stawiam tacę na małym białym stoliku i przysuwam do niego krzesło. Zdejmuję serwetkę. Udko kurze, za bardzo rozgotowane. Ale lepsze to niż z krwią – bo jeszcze tylko takie może być w jej wykonaniu. Rita umie dać wyraz swojej niechęci. Pieczony kartofel, zielony groszek, sałata. Na deser gruszki konserwowe. Jedzenie nawet dobre, ale mdłe. Zdrowe jedzenie. Ważne, żebyśmy miały niezbędne witaminy i sole mineralne – mówiła powściągliwie Ciotka Lidia. Musicie stanowić godne naczynia. Żadnej kawy, herbaty czy alkoholu – robiono badania. Bibułkowa serwetka jak w kafeterii.

Myślę o tych innych, które spotkał gorszy los. Bo ja tu mam jak u Pana Boga za piecem, jedwabne życie, niech Bóg natchnie nasze serca wdzięcznością – mawiała Ciotka Lidia – zaczynam jeść. Dziś wieczorem nie jestem głodna. Jest mi niedobrze. Ale gdzie tu wyrzucić jedzenie, skoro nie ma żadnych roślin doniczkowych, a do klozetu boję się ryzykować. Jestem zdenerwowana – w tym tkwi przyczyna. Czy mogę po prostu zostawić jedzenie na talerzu i poprosić Corę, żeby na mnie nie poskarżyła? Gryzę i łykam, gryzę i łykam, czuję, jak biją na mnie siódme poty. W żołądku jedzenie zbija mi się w twardą kulę, garść wilgotnej, odciśniętej tektury.

Na dole w jadalni na dużym mahoniowym stole palą się świece – biały obrus, srebro, kwiaty, wino w kieliszkach. Niemal słyszę zgrzyt sztućców o porcelanę, leciutkie westchnienie, kiedy odkłada widelec, zostawiając pół dania nietknięte. Może powie, że nie ma apetytu, może nie powie nic. A jeśli coś powie, to czy on to skomentuje? Jeśli zaś nie powie nic, to czy zauważy? Zastanawiam się, co ona robi, żeby zwrócić na siebie uwagę. Myślę, że musi jej być bardzo ciężko.

Na brzegu talerzyka jest odrobina masła. Oddzieram róg papierowej serwetki, zawijam masło, zanoszę do szafy i chowam w czubku prawego buta z mojej zapasowej pary, tak jak to już dawniej robiłam. Resztę serwetki mnę w ręku: nikt przecież nie zada sobie trudu, żeby ją rozprostować i sprawdzić, czy nic nie brakuje. Masło zużyję trochę później, wieczorem. Chociaż dziś wieczór pachnieć masłem to mało.

 

Czekam. Muszę się pozbierać, tak jak się zbiera rzeczy. To, co mam sobą przedstawiać, ma być czymś zrobionym, a nie urodzonym.

V

DRZEMKA

13

Jest dużo czasu. Jedna ze spraw, na które nie byłam przygotowana – masa czasu niewypełnionego, długie pauzy niczego. Czas jako biały dźwięk. Gdybym tylko mogła haftować. Tkać, robić na drutach – czymkolwiek zająć ręce. Marzę o papierosie. Przypominają mi się spacery po galeriach sztuki. Dziewiętnasty wiek; obsesja na punkcie haremów: tłuste kobiety porozwalane na otomanach, na głowach turbany albo aksamitne czapki, wachlarze z pawich piór, w głębi eunuch na straży. Studia siedzących ciał malowane przez mężczyzn, którzy tam nigdy nie byli. Te obrazy miały być erotyczne i wtedy uważałam, że takie są; ale dzisiaj widzę, czym one były naprawdę. Malowidła przedstawiają ruch w zawieszeniu, czekanie, przedmioty niebędące w użyciu. Malowidła przedstawiają znudzenie.

Ale może znudzenie ma walor erotyczny, kiedy robią to kobiety – dla mężczyzn.


Czekam, umyta, uczesana, nakarmiona, jak tuczne prosię. Gdzieś w latach osiemdziesiątych wynaleziono świńskie piłki przeznaczone dla sztuk tuczonych w boksach. Świńskie piłki były to duże kolorowe kule, które świnie popychały ryjami. Hodowcy uważali, że to im poprawia umięśnienie; świnie są ciekawe, lubią mieć coś do myślenia.

Czytałam o tym we Wstępie do psychologii; to, i rozdział poświęcony szczurom w klatkach, które żeby mieć co robić, aplikowały sobie wstrząsy elektryczne. I rozdział o gołębiach tresowanych tak, żeby dziobały guzik, co powodowało ukazanie się ziarna kukurydzy. Były trzy grupy: pierwsza dostawała ziarno za każdym dziobnięciem, druga co drugi raz, trzecia w sposób przypadkowy.

Kiedy opiekun odciął dopływ ziarna, pierwsza grupa zrezygnowała bardzo szybko, druga trochę później, trzecia nigdy. Wolały się nawzajem zadziobać na śmierć, niż dać za wygraną. Kto wiedział, co może się okazać skuteczne?

Szkoda, że nie mam świńskiej piłki.


Leżę na plecionym dywaniku. Zawsze możecie ćwiczyć – mówiła Ciotka Lidia. W planie zajęć miałyśmy kilka razy dziennie gimnastykę. Ręce wzdłuż tułowia, kolana ugięte, uniesiona miednica, wyginamy kręgosłup, pogłębiamy. Jeszcze raz. Wdychamy powietrze, licząc do pięciu, przytrzymujemy, wydychamy. Robiłyśmy to na komendę, leżąc na małych japońskich matach, w dawnej pracowni zajęć domowych opróżnionej teraz z maszyn do szycia i zmywania, przy dźwiękach Sylfid z taśmy magnetofonowej. Słyszę to właśnie teraz, w wyobraźni, unosząc się, przechylając, oddychając. Za moimi zamkniętymi powiekami zwiewne, białe tancerki pomykają wdzięcznie wśród drzew, a ich nogi trzepoczą jak skrzydła przytrzymanego ptaka.


Po południu – między trzecią a czwartą – przez godzinę musiałyśmy leżeć. Mówiły nam, że to chwila wypoczynku i medytacji. Wtedy myślałam, że one zarządzały ten odpoczynek, żeby mieć wolne; wiem, że Ciotki, które nie miały akurat zajęć, szły do pokoju nauczycielskiego na kawę czy też to, co pod tym rozumiały. Ale teraz wydaje mi się, że ten odpoczynek też czemuś służył – przyzwyczajał nas, pozwalał przywyknąć do czasu jałowego.

Mała drzemka, jak to Ciotka Lidia na swój powściągliwy sposób nazywała.

A najdziwniejsze, że ten wypoczynek był nam naprawdę potrzebny. Często też zasypiałyśmy, nieustannie właściwie zmęczone. Cały czas byłyśmy na jakichś pigułkach czy narkotykach, które nam dodawali do jedzenia – żeby nas uspokoić. Ale może nie. Może to sprawa samego miejsca. Po pierwszym szoku, kiedy już się z tym człowiek pogodził, lepiej było trwać w letargicznym otępieniu, tłumacząc sobie, że się w ten sposób oszczędza siły.

Musiałam tam być już ze trzy tygodnie, kiedy przybyła Moira. Przyprowadziły ją do Hali Sportowej w zwykły sposób dwie Ciotki podczas naszej drzemki. Miała na sobie jeszcze swoje ubranie – dżinsy i granatową bluzę – i krótko obcięte włosy, jak zwykle bowiem lekceważyła modę. Poznałam ją natychmiast. Moira też mnie zobaczyła, ale odwróciła głowę, bo już wtedy wiedziała, że tak będzie bezpieczniej. Na lewym policzku miała siniak, który zaczynał fioletowieć. Ciotki zaprowadziły ją do wolnego łóżka, gdzie już leżała przygotowana czerwona sukienka. Moira.

W milczeniu zaczęła się przebierać, podczas gdy Ciotki stały w nogach łóżka, a my wszystkie obserwowałyśmy ją spod przymrużonych powiek. Kiedy się schyliła, wyraźnie widziałam guzki jej kręgów.

Przez kilka dni nie mogłyśmy zamienić słowa; posyłałyśmy sobie tylko ukradkowe spojrzenia, jak małe łyczki. Przyjaźnie były podejrzane, wiedziałyśmy o tym, więc unikałyśmy siebie nawzajem w kolejkach do posiłków w kafeterii i na korytarzu w przerwach między lekcjami. Ale czwartego dnia Moira znalazła się koło mnie podczas spaceru, kiedy szłyśmy dwójkami dokoła boiska futbolowego. Białe skrzydła obowiązywały nas dopiero po ukończeniu szkoły, wówczas miałyśmy tylko welony, mogłyśmy więc rozmawiać, pod warunkiem że robiłyśmy to cicho i nie odwracając się do siebie. Ciotki szły na czele i na końcu kolumny, więc zagrożenie mogły stanowić tylko koleżanki. A były wśród nas gorliwe, które mogły donieść.

– To dom wariatów – powiedziała Moira.

– Cieszę się, że cię widzę – odparłam.

– Gdzie możemy pogadać?

– W łazience. Pilnuj godziny. Ostatni boks, druga trzydzieści.

To wszystko, cośmy sobie powiedziały.


Czuję się bezpieczniej, wiedząc, że jest tu Moira. Możemy wychodzić do łazienki, jeżeli podniesiemy rękę, chociaż liczba wyjść dziennie jest ograniczona, zaznaczają to na specjalnej karcie. Uważam na zegar, okrągły, elektryczny, który wisi od frontu nad zieloną tablicą. Druga trzydzieści wypada podczas Wyznawania. Są Ciotka Helena i Ciotka Lidia, ponieważ Wyznawanie to przedmiot szczególny. Ciotka Helena jest gruba. Kiedyś była prezesem Ośrodka Odchudzania w Iowa. Jest dobra w Wyznawaniu.

Właśnie Janina opowiada o tym, jak w wieku lat czternastu padła ofiarą gwałtu zbiorowego i miała skrobankę. W zeszłym tygodniu opowiadała to samo. Robiła wrażenie niemal dumnej. Zresztą to wcale nie musi być prawda. Na Wyznawaniu bezpieczniej coś wymyślić, niż się przyznać, że się nic nie ma do opowiedzenia. Ale ponieważ chodzi o Janinę, jest to pewnie mniej więcej prawda.

– Ale czyja to była wina? – pyta Ciotka Helena, unosząc w górę tłusty palec.

– Jej wina, jej wina, jej wina – skandujemy unisono.

– Kto ich sprowokował? – Ciotka Helena promienieje, zadowolona z nas.

– Ona. Ona. Ona.

– A dlaczego Bóg dopuścił do takiej strasznej rzeczy?

– Żeby dać jej nauczkę. Dać jej nauczkę. Dać jej nauczkę.

W ubiegłym tygodniu Janina wybuchnęła płaczem. Ciotka Helena kazała jej uklęknąć przed frontem klasy, z rękami do tyłu, tak żeby wszystkie mogły ją widzieć, z twarzą czerwoną i usmarkaną. Janina ma włosy ciemnoblond, a rzęsy tak jasne, jakby ich wcale nie miała, jakby je straciła w pożarze. Spalone oczy. Wyglądała odrażająco: słaba, nędzna, opuchnięta i różowa jak nowo narodzona mysz. Żadna z nas nie chciałaby tak wyglądać, przenigdy. Przez chwilę, chociaż wiedziałyśmy, co robią z Janiną, pogardzałyśmy nią.

– Beksa. Beksa. Beksa.

I rzeczywiście – rzecz szczególnie paskudna – mówiłyśmy to serio.

Zwykle jestem o sobie dobrego mniemania. Ale wtedy myślałam o sobie jak najgorzej.

Tak było w ubiegłym tygodniu. W tym tygodniu Janina nie czeka, aż zaczniemy z niej szydzić.

– To była moja wina – mówi. – Moja własna wina. Ja ich sprowokowałam. Zasłużyłam na ten ból.

– Bardzo dobrze, Janino – chwali ją Ciotka Lidia. – Należy brać z ciebie przykład.

Muszę poczekać, aż się to skończy, zanim podniosę rękę. Czasami, jak się poprosi w złym momencie, potrafią odmówić. A jeśli naprawdę musisz wyjść, może być źle. Wczoraj na przykład Dolores zlała się na podłogę. Dwie Ciotki wywlokły ją z klasy pod ręce. Nie było jej na popołudniowym spacerze, ale wieczorem znalazła się w swoim łóżku, jak zwykle. Przez całą noc z przerwami słychać było jej jęki.

– Co z nią zrobiły? – niósł się szept od łóżka do łóżka.

– Nie wiem.

Nieznajomość rzeczy pogarsza tylko sytuację.

Podnoszę rękę, Ciotka Lidia kiwa głową. Wstaję i wychodzę na korytarz, starając się nie rzucać w oczy. Przed łazienką stoi na straży Ciotka Elżbieta. Kiwa głową na znak, że mogę wejść.

Kiedyś była to toaleta dla chłopców. Lustra zostały zastąpione przez owale matowego szarego metalu, ale na jednej ze ścian zostały pisuary, białe w żółte plamy. Wyglądają dziwnie, jak dziecięce trumienki. Znów dumam nad jawnością życia mężczyzn: niezasłonięte prysznice, ciało do oglądania i porównywania, genitalia wystawione na widok publiczny. Po co to wszystko? Żeby sobie poprawić samopoczucie? To jakby takie pokazywanie – proszę popatrzeć, wszystko jest w porządku, ja tu należę. Ciekawe, dlaczego kobiety nie muszą jedna drugiej udowadniać, że są kobietami? Nie ma żadnego rozpinania guzików, rytuału pokazywania sobie dziurki między nogami, równie naturalnego jak wzajemne obwąchiwanie się psów.

Budynek szkolny jest stary, kabiny z drewna czy raczej z płyty. Podchodzę do drugiej kabiny od końca, popycham drzwi. Oczywiście nie ma mowy o żadnych zamkach. W drewnie jest mała dziura, z tyłu, zaraz koło ściany, mniej więcej na wysokości talii, skutek czyjegoś wandalizmu czy też pamiątka po dawnym podglądaczu. Wszyscy w Centrum wiedzą o tej dziurze, wszyscy poza Ciotkami.

Boję się, że przyszłam za późno, zatrzymana przez wyznania Janiny: może Moira już była, może już musiała wracać. Nie dają przecież za wiele czasu. Ostrożnie patrzę w dół, na ukos, pod ścianką kabiny, i widzę dwa czerwone pantofle. Ale skąd mogę wiedzieć, do kogo należą?

Przykładam usta do dziury.

– Moira? – szepczę.

– To ty? – odpowiada.

– Tak – mówię. Co za ulga.

– O rany, ale mi się chce papierosa – mówi Moira.

– I mnie.

Czuję się idiotycznie szczęśliwa.


Zapadam się w swoje ciało jak w grzęzawisko, jak w moczary, gdzie tylko ja potrafię wyczuć stały grunt pod nogami. Zdradliwy teren, moje własne terytorium. Jestem jak ziemia, do której przykładam ucho, nasłuchując odgłosów przyszłości. Każde ukłucie, każdy najmniejszy pomruk bólu, wybrzuszenie wzbierającej materii, obrzęk i ubytek tkanki, obecność wydzielin – to wszystko są znaki, rzeczy, o których powinnam wiedzieć. Co miesiąc z lękiem wyczekuję krwi, ponieważ jej pojawienie się oznacza porażkę. Znów zawiodłam oczekiwania innych, które stały się moimi oczekiwaniami.

Zawsze traktowałam moje ciało jako instrument przyjemności, środek transportu albo narzędzie spełniania mojej woli. Mogłam go używać do biegania, naciskania takich czy innych guzików, do powodowania, by pewne rzeczy się działy. Istniały oczywiście granice, ale moje ciało było giętkie, samodzielne, konkretne, stanowiło ze mną jedność.

Teraz rzeczy mają się inaczej. Jestem chmurą, zakrzepłą wokół centralnego obiektu w kształcie gruszki, twardego i bardziej realnego niż ja sama, który jarzy się czerwono wewnątrz swego przezroczystego opakowania. Wewnątrz jest przestrzeń, ogromna jak niebo nocą, ciemna i zakrzywiona jak ono, choć raczej czarnoczerwona niż czarna. Punkciki światła wzbierają, iskrzą, wybuchają i kurczą się wewnątrz niej, mnogie jak gwiazdy. Co miesiąc pojawia się księżyc, gigantyczny, okrągły, ciężki – zły omen. Księżyc przesuwa się, zatrzymuje, potem znów rusza, aż ginie mi z oczu, a ja widzę rozpacz nadciągającą jak głód. I znów czuję się pusta, i znów nasłuchuję bicia serca; fala za falą, słone i czerwone, odmierzają czas.

 

Jestem w naszym pierwszym mieszkaniu, w sypialni. Stoję przed szafą, która ma drewniane składane drzwi. Wiem, że dokoła jest pusto, znikły już wszystkie meble, podłogi są gołe, nie ma nawet dywanów; ale pomimo to szafa jest pełna ubrań. Myślę, że to moje ubranie, ale nie robi ono wrażenia mojego, nigdy go przedtem nie widziałam. Może to ubranie żony Łukasza, której też nigdy nie widziałam – znam ją tylko ze zdjęcia i z głosu w słuchawce telefonu, kiedy dzwoniła do nas późno w noc, jeszcze przed rozwodem, płacząc i nas oskarżając. Ale nie, to jednak moje ubranie. Potrzebna mi jest sukienka, nie mam w czym chodzić. Wyciągam sukienki, czarne, niebieskie, fioletowe, żakiety, spódnice; nic z tego się nie nadaje, nic nawet nie pasuje, za duże albo za małe.

Jest i Łukasz, stoi za mną, odwracam się, żeby go zobaczyć. Ale on nie chce na mnie patrzeć, patrzy na podłogę, na kota, który ociera się o jego nogi, miaucząc żałośnie. Domaga się jedzenia, ale skąd wziąć jedzenie w mieszkaniu tak pustym?

– Łukasz – mówię. Nie odpowiada. Może nie słyszy. Przychodzi mi do głowy, że Łukasz nie żyje.

Biegnę z nią, trzymam ją za rękę, ciągnę, wlokę przez paprocie, na wpół śpiącą z powodu pigułki, którą jej dałam, żeby nie płakała albo nie powiedziała czegoś, co mogłoby nas zdradzić; nie wie, gdzie jest. Teren robi się nierówny, skały, suche gałęzie, zapach wilgotnej ziemi, starych liści, mała nie może biec dostatecznie prędko, sama poruszałabym się znacznie szybciej, jestem dobrą biegaczką. Zaczyna płakać, jest przestraszona, chciałabym wziąć ją na ręce, ale wiem, że jest za ciężka. Mam na nogach swoje turystyczne buty i myślę o tym, że jak dobiegniemy do wody, to będę musiała je zrzucić. Czy woda nie będzie za zimna, czy ona da radę przepłynąć taki kawał, a co z prądem – nie spodziewałyśmy się tego. Cicho – mówię do niej ze złością. Myślę o tym, że może się utopić, i ta myśl mnie hamuje. I wtedy słyszymy za sobą strzały, niezbyt głośne, nie jak fajerwerki, tylko ostre i suche jak trzask łamanej gałęzi. Brzmią inaczej, nic nigdy nie brzmi tak, jak się spodziewasz, i wtedy słyszę ten głos, „Padnij” – czy to prawdziwy głos, czy słyszę go tylko w mojej głowie, czy też to ja mówię – głośno?

Pociągam ją na ziemię i zwalam się na nią, żeby ją osłonić. Cicho – powtarzam, moja twarz jest mokra, pot czy łzy, czuję spokój, płynność, jakbym już nie była we własnym ciele; tuż przy oczach mam liść, czerwony, jak wcześnie sczerwieniał, odróżniam każdą jaskrawą żyłkę. Najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Osłabiam uścisk, nie chcę jej udusić, owijam ją sobą, zasłaniam jej usta. Oddech i bicie mojego serca jak łomotanie nocą do drzwi domu, w którym człowiek miał być bezpieczny. Wszystko w porządku, jestem przy tobie – mówię, szepczę – tylko proszę cię, bądź cicho – ale jak ona może być cicho? Jest za mała, jest za późno, rozstajemy się, trzymają mnie za ręce, brzegi ciemnieją i nie zostaje nic poza małym okienkiem, bardzo małym, jak ten drugi koniec teleskopu, jak okienko na karcie świątecznej, bardzo starej; a na zewnątrz noc i lód, w środku świeca i zapalone drzewko, i rodzina, słyszę nawet dzwonki, dzwonki u sań, z radia, stara muzyka, ale przez to okienko widzę małą bardzo wyraźnie, widzę ją, jak się ode mnie oddala pomiędzy drzewami, które już czerwienieją i żółkną, jak wyciąga do mnie ręce, jak ją zabierają.


Budzi mnie dzwonek, a zaraz potem stuka do drzwi Cora. Siadam na dywanie, wycieram rękawem mokrą twarz. Ze wszystkich snów ten jest najgorszy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?