Opowieść Podręcznej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

A więc mój pokój. Musiało się ostatecznie znaleźć jakieś miejsce, które mogłabym nazwać swoim, nawet teraz, w tym czasie.

Czekam zatem w swoim pokoju, który w tej chwili jest poczekalnią. Kiedy idę spać, zamienia się w sypialnię. Zasłony dalej powiewają delikatnie w lekkich podmuchach wiatru, na zewnątrz dalej świeci słońce, choć nie wpada bezpośrednio przez okno. Przesunęło się na zachód. Próbuję nie opowiadać historii, a przynajmniej nie tę.


Ktoś tu przede mną mieszkał, w tym pokoju. Ktoś podobny do mnie. W każdym razie chciałabym w to wierzyć.

Dokonałam tego odkrycia w trzy dni po wprowadzeniu się tutaj.

Miałam dużo czasu. Postanowiłam zwiedzić ten pokój. Nie pospiesznie, tak jak się zwiedza pokój hotelowy, nie oczekując żadnej niespodzianki, otwierając i zamykając szuflady biurka, drzwi szafy, odwijając malutką, przeznaczoną dla jednej osoby kostkę mydła, obmacując poduszki. Czy kiedykolwiek jeszcze znajdę się w pokoju hotelowym? Ach, jakżeż marnowałam te pokoje, tę wolność bycia niewidzianą.

Tę wolność kupioną za pieniądze.

Popołudniami, kiedy jeszcze Łukasz musiał się ukrywać przed żoną, a ja byłam dla niego mrzonką. Zanim się pobraliśmy i zanim stałam się rzeczywista. Zawsze przychodziłam pierwsza i pierwsza się meldowałam, nie zdarzało się to znowu tak często, ale teraz wydaje mi się, że było to całe dziesięciolecie, era; pamiętam dokładnie, co za każdym razem miałam na sobie, każdą bluzkę, każdą chustkę. Spacerowałam po pokoju, oczekując go, to włączając telewizor, to wyłączając, to znów perfumując się za uszami. Opium – tak się nazywał ten zapach. W chińskim czerwono-złotym flakoniku.

Byłam napięta. Skąd mogłam wiedzieć, czy on mnie kocha? A może to tylko przygoda. Dlaczego tylko? W tamtych czasach mężczyźni i kobiety dokonywali przymiarek, zwyczajnie, jak się przymierza ubranie, odrzucając to, co nie pasuje.

A potem pukanie do drzwi, które otwieram, z ulgą, spragniona. Wydawał się taki przelotny, taki zagęszczony. A jednak bezkresny. Leżeliśmy w tych popołudniowych łóżkach, już potem, każde z nas trzymało rękę na ciele drugiego, omawialiśmy to wszystko. Możliwe, niemożliwe. Co się da zrobić? Wydawało nam się, że mamy wielkie problemy. Skąd mieliśmy wiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi?

Brak mi tamtych pokojów, nawet koszmarnych obrazków, które zdobiły ich ściany – krajobrazów z jesiennymi liśćmi czy śniegiem topniejącym w lasach, kobiet w strojach z epoki, o twarzach porcelanowych lalek, w turniurach i z parasolkami, smutnookich klownów, mis z owocami, sztywnych i wyglądających jak z kredy. Brak mi tych świeżych ręczników, zapraszających do zabrudzenia, koszy na śmieci ziejących gościnnymi otworami i gotowych na przyjęcie beztroskich śmieci. Beztroskich. Ja też byłam w tych pokojach beztroska. Mogłam podnieść słuchawkę i na tacy wjeżdżało jedzenie, takie, jakie sobie wybrałam. Jedzenie, które było według mnie niedobre, i picie. W szufladzie komody leżała Biblia, włożona tam przez jakieś towarzystwo dobroczynne, którą mało kto czytał. Do wyposażenia należały też karty pocztowe ze zdjęciem hotelu i można było na tych kartach napisać, do kogo się chciało. Teraz wydaje się to czymś zupełnie nieprawdopodobnym, wymyślonym.

No więc. Zwiedzałam pokój, nie pospiesznie zatem, jak się zwiedza pokój hotelowy, tak wiele z tego tracąc. Nie chciałam go zwiedzać na raz, chciałam, żeby to trwało. Podzieliłam go w myślach na sektory i wydzielałam sobie jeden sektor dziennie. I taki jeden sektor badałam w sposób drobiazgowy: nierówność tynku pod tapetą, zadrapania lamperii i parapetów pod wierzchnią warstwą farby, plamy na materacu – posunęłam się bowiem tak daleko, że odwijałam prześcieradła i koce, po trochu, tak żeby je można było w każdej chwili położyć na miejscu, gdyby ktoś wszedł do pokoju.

Plamy na materacu. Pochodzące z dawnych czasów. Jak uschnięte płatki kwiatów. Stara miłość; w tym pokoju nie ma teraz innej.

Kiedy to zobaczyłam, owo pozostawione przez dwoje ludzi świadectwo miłości czy czegoś w tym rodzaju, pożądania przynajmniej, przynajmniej dotyku dwojga ludzi, być może teraz już starych albo zmarłych, przykryłam łóżko i położyłam się na nim. Patrzyłam w górę na ślepe, gipsowe oko pośrodku sufitu. Chciałam poczuć koło siebie Łukasza. Zdarzają mi się te nawroty przeszłości, jak omdlenia, jak fala przewalająca się przez moją głowę. Czasem jest to trudne do zniesienia. Co robić, co robić – zastanawiałam się. Nic się nie da zrobić. Czekać i stać, przecie to też służba. Albo czekać i leżeć.

Wiem, dlaczego szyby w oknach są nietłukące i dlaczego zdjęli żyrandol. Marzyłam o tym, żeby poczuć koło siebie Łukasza, ale to było niemożliwe.


Szafę zostawiłam sobie na trzeci dzień. Najpierw obejrzałam starannie drzwi z zewnątrz i od wewnątrz, a potem ściany z mosiężnymi hakami – jak mogli przeoczyć haki? Dlaczego ich nie usunęli? Za blisko do podłogi? Ale przecież wystarczy jedynie pończocha. Pręt z plastikowymi wieszakami, na których wiszą moje sukienki, czerwona, wełniana peleryna na zimę, szal. Uklękłam, żeby się przyjrzeć podłodze, i oto co zobaczyłam: drobne pismo, całkiem świeże, tekst wydrapany szpilką czy może po prostu paznokciem w najciemniejszym rogu: Nolite te bastardes carborundorum.

Nie wiedziałam, co te słowa znaczą, ani nie znałam języka, w którym zostały napisane. Pomyślałam, że to może łacina, ale łaciny też nie znałam. W każdym razie jakaś wiadomość przekazana na piśmie i już przez sam ten fakt zakazana – wiadomość jak do tej pory nieodkryta przez nikogo poza mną, dla której była przeznaczona. Dla mnie, dla tej następnej.

Zastanawianie się nad tym przesłaniem sprawia mi przyjemność. Z przyjemnością myślę o tym, że obcuję z nią duchowo, z tą nieznaną kobietą. Bo ona jest nieznana, a jeśli nawet, to w każdym razie nie mnie. Z przyjemnością myślę, że jej zakazane przesłanie dotarło jednak przynajmniej do jednej osoby, że wypisane na ścianie mojej szafy zostało przeze mnie odkryte i przeczytane. Czasem powtarzam sobie w myśli te słowa. Sprawiają mi małą radość. Kiedy myślę o kobiecie, która je napisała, wyobrażam ją sobie jako swoją rówieśnicę, może nieco młodszą. Utożsamiam ją z Moirą, Moirą taką, jaka była na uczelni, w sąsiednim pokoju: kapryśną, żywą, wysportowaną, to na rowerze, to znów z plecakiem autostopowiczki. Pewnie jest piegowata, bezpośrednia i pomysłowa.

Zastanawiam się, kim ta kobieta była, czy jest, i co się z nią stało.

W dniu, w którym odkryłam jej przesłanie, próbowałam pociągnąć Ritę za język.

– Co to za kobieta zajmowała ten pokój przede mną? – spytałam. – Gdybym inaczej sformułowała to pytanie, gdybym powiedziała: czy to kobieta zajmowała przede mną ten pokój, niczego bym się pewnie nie dowiedziała.

– Która? – spytała Rita burkliwie, podejrzliwie, ale przecież zawsze zwraca się do mnie tym tonem.

Aha, to znaczy, że była więcej niż jedna. Niektóre nie wytrwały do końca swojego dwuletniego okresu. Niektóre z takich czy innych powodów się odsyła. Czy może nie odsyła, może same odchodzą?

– Ta taka żywa – zgaduję. – Ta piegowata.

– Znałaś ją? – spytała Rita bardziej podejrzliwie niż kiedykolwiek.

– Znałam ją, dawniej – skłamałam. – Słyszałam, że tu była.

Rita zadowoliła się tym wyjaśnieniem. Wie, że musi być jakaś poczta pantoflowa, jakieś podziemie.

– Nie nadawała się – powiedziała.

– W jakim sensie? – spytałam, starając się, żeby moje słowa zabrzmiały możliwie najobojętniej.

Ale Rita zacisnęła usta. Traktują mnie tutaj jak dziecko, są rzeczy, których mi się nie mówi. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – to wszystko, czego się mogłam od niej dowiedzieć.

10

Czasami sobie śpiewam, tak w myśli; coś ponurego, żałobnego, prezbiteriańskiego:

O, jaki wdzięk melodii słów:

z nędzym ocalona,

zginęłam raz, lecz jestem znów,

więzień, lecz dziś wolna.

Nie wiem, czy rzeczywiście te słowa tak właśnie brzmią. Nie pamiętam. Takich pieśni już się nie śpiewa publicznie, szczególnie takich, w których występuje słowo „wolny”. Są uważane za niebezpieczne. Są pieśniami zakazanych sekt.

Tak jestem sama, mój miły,

Tak jestem sama, mój miły,

Tak jestem sama, że konam.

I to też jest zakazane. Tę piosenkę znam z kasety mojej matki. Miała taką starą skrzeczącą i fałszującą aparaturę, która jeszcze odtwarzała takie taśmy. Matka puszczała je, kiedy przychodziły do niej przyjaciółki, i wtedy popijały sobie razem, słuchając.

Nieczęsto tak podśpiewuję. Boli mnie potem gardło.

Tu w domu niewiele jest muzyki poza tym, co słyszymy w telewizji. Czasami Rita coś nuci, zagniatając ciasto czy obierając warzywa; takie mruczando bez słów, bez melodii, niezgłębione. A czasem z salonu dochodzi wysoki głos Sereny z płyty nagranej dawno temu, a teraz puszczanej cicho, żeby jej nikt nie złapał na tym, jak siedzi i słucha, robiąc na drutach i wspominając dawno minioną świetność: Alleluja!


Jest ciepło jak na tę porę roku. Tego typu domy nagrzewają się od słońca, są słabo izolowane. Wokół mnie powietrze stoi mimo delikatnego powiewu, tchnienia wpadającego przez zasłony. Chciałabym móc otworzyć okno jak najszerzej. Wkrótce pozwolą nam przebrać się w letnie sukienki.

Letnie sukienki rozpakowane wiszą w szafie. Dwie są z czystej bawełny – lepsze od tych tańszych ze sztucznego włókna, ale mimo to, kiedy jest parno, w lipcu czy sierpniu, człowiek też się w nich poci. W każdym razie nie ma obawy, że się spalicie na słońcu – mówiła Ciotka Lidia. Co za widowiska robiły z siebie kobiety. Smarowały się oliwą jak pieczyste na rożnie i potem wystawiały na ulicy na widok publiczny gołe plecy i ramiona, i nogi nawet bez pończoch; nic dziwnego, że zdarzały się te rzeczy. Te rzeczy – wyrażenie, którego używała, ilekroć to, co miała powiedzieć, było zbyt niesmaczne czy obrzydliwe, czy straszne, żeby przejść jej przez usta. Życie udane to według niej życie bez tych rzeczy, to życie, które te rzeczy wyklucza. Te rzeczy nie zdarzają się przyzwoitym kobietom. Coś takiego jest bardzo złe na cerę – skóra robi się od tego jak pomarszczone jabłko. Ale myśmy już nie miały dbać o cerę – Ciotka Lidia o tym zapominała.

 

– Zdarzało się, że w parkach mężczyźni i kobiety leżeli razem na kocach. – Tu, na naszych oczach, zaczynała płakać.

– Robię, co mogę – mówiła – staram się przygotować was jak najlepiej. – Mrugała, światło ją raziło, usta drżały, ukazując przednie zęby, trochę wystające, długie i żółtawe, jak u zdechłych myszy, które znajdowaliśmy na progu, kiedy mieszkaliśmy w pewnym domu we trójkę, czy też we czwórkę, licząc kota odpowiedzialnego za te prezenty.

Ciotka Lidia przytknęła dłoń do swoich ust zdechłego gryzonia, po chwili odjęła rękę. I mnie się zbierało na płacz, bo Ciotka budziła wspomnienia. – Dlaczego on przedtem zjada te myszy do połowy? – mówiłam do Łukasza.

– Nie myślcie, że to jest dla mnie łatwe – powiedziała Ciotka Lidia.


Moira wpada do mojego pokoju, rzuca drelichowy żakiet na podłogę.

– Masz jakieś fajki? – mówi.

– W torebce – odpowiadam. – Ale zapałek nie mam.

Moira grzebie w mojej torebce.

– Powinnaś część tych śmieci powyrzucać – mówi. – Robię kurwi kiermasz.

– Co robisz? – pytam. O pracy nie ma mowy, Moira jest jak kot, który siada na książce, kiedy chcesz czytać.

– No wiesz, jak Tupperware, tylko z bielizną. Kurewskie ciuchy. Koronkowe majtki, podwiązki, staniki, które wypychają cycki do góry. – Znajduje moją zapalniczkę i zapala papierosa, którego wyciągnęła mi z torebki. – Chcesz fajkę? – Rzuca mi całą paczkę, szalony gest, jeśli zważyć, że papierosy są moje.

– Dzięki – mówię kwaśno. – Jesteś stuknięta. Co ci strzeliło do głowy?

– Trzeba się jakoś przez te studia przepchnąć. Mam stosunki. Przyjaciółka matki. Na przedmieściach takie biznesy kwitną, jak tym babom zaczynają wyłazić starcze plamy, to uważają, że muszą być w tej konkurencji najlepsze. Pornomarkety i co tylko sobie wymarzysz.

Śmieję się. Moira mnie zawsze rozśmiesza.

– Ale tu? – mówię. – Kto na to przyjdzie? Komu to jest potrzebne?

– Człowiek nigdy nie jest za młody, żeby się uczyć – odpowiada Moira. – Zobaczysz, będzie wspaniale. Posikamy się ze śmiechu.


Czyżbyśmy wtedy tak żyły? Ale przecież żyłyśmy jak zwykle. Każdy żyje jak zwykle, przeważnie. Obojętne, co się dzieje. Nawet to, teraz, jest jak zwykle.

Żyłyśmy jak zwykle, ignorując. Ignorowanie to nie to samo co ignorancja, taką postawę trzeba sobie wypracować.

Nic się nie zmienia w sposób natychmiastowy: biorąc kąpiel w podgrzewanej wannie, nawet się nie obejrzysz, kiedy się ugotujesz na śmierć. Oczywiście czytało się w gazetach różne historie o znalezionych w rowach czy lasach ciałach kobiet, zatłuczonych na śmierć czy zmasakrowanych, z którymi „coś wyprawiano”, jak to się mówi, ale to wszystko dotyczyło innych kobiet i robili to inni mężczyźni. Żaden z nich nie należał do tych, których znałyśmy. Historie z gazet traktowałyśmy jak sny, jak czyjeś złe sny. To straszne – mówiłyśmy – i rzeczywiście było to straszne, ale zarazem i niewiarygodne. Coś zbyt melodramatycznego, co posiadało wymiar niewłaściwy naszemu życiu.

Byliśmy ludźmi, o których nie pisano w gazetach. Żyliśmy na ich białych, niezadrukowanych marginesach. To nam dawało większy luz.

Żyliśmy w przerwach pomiędzy tymi historiami.

Z dołu, z podjazdu, dochodzi odgłos zapalania silnika. W tej okolicy jest dość cicho, nie ma wielkiego ruchu, takie rzeczy, jak uruchamianie samochodów, kosiarki do trawy, strzyżenie żywopłotu, trzaśnięcie drzwi, słyszy się bardzo wyraźnie. Tak samo krzyk albo strzał, gdyby tutaj coś takiego miało się zdarzyć. Czasem dochodzi z dala dźwięk syreny.

Podchodzę do okna i siadam na parapecie, za wąskim, żeby mógł być wygodny. Leży tu mała twarda poduszka z wyhaftowanym kanciastym pismem słowem WIARA w wieńcu z lilii. WIARA jest w kolorze spłowiałego błękitu; liście lilii – ciemnozielone. Ta poduszka pochodzi skądinąd, jest zniszczona, ale nie na tyle, żeby ją wyrzucić. Została przeoczona.

Spędzam minuty, dziesiątki minut, przebiegając wzrokiem słowo WIARA. To jedyne, co mam do czytania. Ciekawe, co by było, gdyby mnie na tym złapali. Ostatecznie nie ja tę poduszkę tu położyłam.

Silnik zaskakuje, a ja się wychylam, przesłaniając twarz białą firanką jak welonem. Jest półprzezroczysta, więc przez nią widzę. Kiedy przycisnę czoło do szyby i spojrzę w dół, widzę tył tornada. Nikogo nie ma poza Nickiem, który obchodzi samochód dokoła, otwiera tylne drzwi i sztywno przy nich staje. Czapkę ma teraz prosto, rękawy koszuli opuszczone i zapięte na guziki. Nie widzę jego twarzy, bo przecież patrzę z góry.

Teraz ukazuje się Komendant. Miga mi przez chwilę, skrócony, w rzucie z góry, jak idzie do samochodu. Nie wziął kapelusza, co znaczy, że sprawa nie jest natury formalnej. Ma siwe włosy. Mogłabym powiedzieć srebrzyste, gdybym chciała być uprzejma. Ale nie chcę. Poprzedni Komendant był łysy, więc to i tak postęp.

Gdybym mogła plunąć przez okno albo czymś rzucić, na przykład poduszką, trafiłabym go bez trudu.


Moira i ja z torbami papierowymi napełnionymi wodą. Bomby wodne – tak je nazywałyśmy. Wychylamy się przez okno mojej sypialni w internacie i rzucamy je chłopakom na głowy. To był pomysł Moiry. Za co? Za to, że wdrapują się po coś na drabinę. A po co? Po naszą bieliznę.

Ten internat był kiedyś koedukacyjny i w łazienkach na naszym piętrze zostały pisuary, ale zanim tam przybyłam, rozdzielili mężczyzn i kobiety, jak dawniej.

Komendant schyla się, wsiada do samochodu i Nick zatrzaskuje za nim drzwi. W chwilę później samochód cofa, wyjeżdża podjazdem na ulicę i znika za żywopłotem.

Powinnam czuć nienawiść do tego człowieka. Wiem, że powinnam, ale nie czuję. To, co do niego czuję, jest bardziej skomplikowane. Nie wiem, jak to nazwać. To nie jest miłość.

11

Wczoraj rano byłam u lekarza. Zabrał mnie tam strażnik, taki z czerwoną opaską na ręce, odpowiedzialny za te sprawy. Jechaliśmy czerwonym samochodem, on z przodu, ja z tyłu. Tym razem występuję bez mojej bliźniaczki. W takich sytuacjach mi nie towarzyszy.

Raz na miesiąc jeżdżę na badania: mocz, hormony, wymaz na choroby nowotworowe, badanie krwi; tak samo jak dawniej, tylko teraz jest to obowiązkowe.

Gabinet lekarski mieści się w nowoczesnym biurowcu. Wjeżdżamy windą, bezszelestnie, strażnik stoi naprzeciwko mnie. W czarnej lustrzanej ścianie kabiny widzę tył jego głowy. Na górze wchodzę do gabinetu, a on wraz z innymi strażnikami czeka na korytarzu, siedzi na jednym z krzeseł w tym celu wystawionych.

W poczekalni są jeszcze trzy inne kobiety, ubrane na czerwono: ten lekarz to specjalista. Przyglądamy się sobie otwarcie – oceniamy nawzajem swoje brzuchy – której się poszczęściło? Pielęgniarz podaje do kompuleku nasze imiona i numery przepustek, żeby sprawdzić tożsamość. Ma sześć stóp wzrostu, około czterdziestki i ukośną bliznę przez cały policzek; pisze na maszynie, ale jego dłonie są za duże do klawiatury, w naramiennym olstrze w dalszym ciągu nosi pistolet.

Wywołana, wchodzę do gabinetu. Jest biały, bezosobowy jak poczekalnia, z wyjątkiem składanego parawanu – naciągnięty na ramę czerwony materiał z namalowanym złotym okiem, pod którym, niby rękojeść, widnieje ustawiony pionowo miecz z oplecionym wokół niego wężem. Węże i miecz to szczątki symboli czasu poprzedniego.

Po napełnieniu małej butelki, przygotowanej dla mnie w łazience, rozbieram się za parawanem, zostawiając ubranie na krześle. Kiedy już jestem naga, kładę się na stole przeznaczonym do badania, na jednorazowym arkuszu chłodnego szeleszczącego papieru. Prześcieradło, płachtę numer jeden, naciągam na siebie. W miejscu szyi zwisa z sufitu jeszcze jedna płachta, która zasłania przed lekarzem moją twarz. Badanie dotyczy jedynie tułowia.

Kiedy jestem już gotowa, wyciągam rękę i szukam małej dźwigni umieszczonej z prawej strony stołu. Pociągam i gdzieś tam dzwoni dzwonek, którego ja nie słyszę. Po chwili otwierają się drzwi, słychać kroki, oddech. Lekarz nie powinien się do mnie odzywać, chyba że uzna to za absolutnie niezbędne. Ale ten jest rozmowny.

– No, jak się czujemy? – zagaduje; nawyk z dawnych czasów. Zdejmuje ze mnie prześcieradło, a ja dostaję gęsiej skórki od przeciągu. Zimny palec, obleczony gumą i pokryty galaretą, wsuwa się we mnie, sonduje, szturcha. Palec cofa się, wchodzi jeszcze raz, inaczej, umyka.

– Wszystko w porządku – mruczy doktor, jakby do siebie. – Nic nie boli, kochanie? – Mówi do mnie kochanie.

– Nie – odpowiadam.

Teraz z kolei obmacywanie piersi – w poszukiwaniu obcego ciała, choroby. Oddech przybliża się, czuję zastarzały dym, płyn po goleniu, pył tytoniowy na włosach. A potem głos, bardzo cichy, tuż przy mojej głowie – wydyma zwisającą zasłonę.

– Mógłbym ci pomóc – mówi. Szepcze.

– Co? – pytam.

– Szsz – odpowiada. – Mógłbym ci pomóc. Pomagałem już innym.

– Pomóc mi? – mówię teraz już tak samo cicho jak i on. – Jak? – Czyżby coś wiedział, widział się z Łukaszem, odkrył, może mi przywrócić...

– A jak myślisz? – pyta; w dalszym ciągu jest to ledwie tchnienie. Czyżby to była jego ręka, to, co sunie wzdłuż mojej nogi? Zdjął rękawiczkę. Drzwi są zamknięte. Nikt tu nie wejdzie. Nigdy się nie dowiedzą, że to nie jego.

Uchyla płachtę. Dolną część jego twarzy kryje maska z gazy. Takie są przepisy. Piwne oczy, nos, ciemne włosy. Jego dłoń jest między moimi nogami.

– Większość tych starych facetów już nie może – mówi. – Albo jest bezpłodna.

Zatkało mnie. Użył zakazanego słowa: bezpłodny. Już teraz nie istnieje nic takiego jak bezpłodny mężczyzna, w każdym razie oficjalnie. Płodne i bezpłodne mogą być tylko kobiety, tak stanowią przepisy.

– Wiele kobiet na to idzie – podejmuje. – Chcesz przecież dziecka, prawda?

– Tak – odpowiadam. I to jest prawda, nie pytam dlaczego, bo wiem. „Daj mi dzieci, inaczej umrę”. Te słowa mają niejedno znaczenie.

– Jesteś gotowa – mówi. – Jest czas. Dziś lub jutro, szkoda tracić okazję. To potrwa tylko chwilkę, kochanie. – Kochanie. Tak nazywał swoją żonę, kiedyś, może w dalszym ciągu nazywa. W gruncie rzeczy jest to rzeczownik pospolity. Wszystkie jesteśmy „kochanie”.

Waham się. Oferuje mi siebie, swoje usługi, za cenę pewnego ryzyka.

– To straszne patrzeć, co z wami wyprawiają – szepcze. Jego współczucie jest autentyczne. A jednak cała ta sytuacja sprawia mu przyjemność, to współczucie, i to wszystko. Oczy ma wilgotne ze wzruszenia, a jego ręka błądzi po moim ciele nerwowo, niecierpliwie.

– To zbyt niebezpieczne – mówię. – Nie. Nie mogę. – Grozi mi kara śmierci. Jeśli złapią na gorącym uczynku, wobec dwóch świadków. Jakie jest ryzyko, czy pokój ma urządzenia podsłuchowe, kto czeka tuż za drzwiami?

Jego dłoń nieruchomieje.

– Zastanów się. Widziałem twoją kartę. Nie masz znów tak wiele czasu. Ale to twoja sprawa.

– Dziękuję – odpowiadam. Muszę udawać, że nie czuję się obrażona, że jestem otwarta na tę propozycję. Zabiera rękę, niemal leniwie, opieszale. Jeśli chodzi o niego, ostatnie słowo jeszcze nie zostało powiedziane. Mógłby sfałszować wyniki badań, podać, że mam raka, że jestem bezpłodna, spowodować, że zostanę wysłana do Kolonii, wraz z niekobietami. Nic takiego nie zostało powiedziane, ale świadomość jego władzy wisi w powietrzu, kiedy poklepuje mnie po udzie, a następnie chowa się za płachtę.

 

– Za miesiąc – mówi.

Ubieram się za parawanem. Ręce mi się trzęsą. Dlaczego się boję? Nie przekroczyłam żadnych granic, nie zaufałam, nie podjęłam żadnego ryzyka, wszystko jest w porządku. Ale to ten wybór mnie tak przeraża. Jakieś wyjście. Wybawienie.