Opowieść Podręcznej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Kilka przecznic za sklepem „Wszelkie Ciało” Glena przystaje, jakby nie wiedziała, dokąd iść. Mamy wybór: możemy wracać najprostszą drogą albo dłuższą, okrężną. Wiemy już, którą drogę wybierzemy, zawsze wracamy tą samą.

– Chciałabym wracać koło kościoła – mówi Glena, udając pobożność.

– Dobrze – zgadzam się, chociaż doskonale wiem, o co jej naprawdę chodzi.

Idziemy powoli. Słońce jest wysoko na niebie, białe, puszyste obłoki przypominają owce bez głów. Z tymi naszymi skrzydłami – końskimi okularami – trudno patrzeć, trudno o pełny widok – nieba, czegokolwiek. Ale jakoś patrzymy, po troszeczku, szybki ruch głowy w górę, w dół i na boki. Nauczyłyśmy się oglądać świat, jakbyśmy gwałtownie łapały powietrze.

Na prawo, gdyby tak iść dalej, jest ulica prowadząca do rzeki. Znajduje się tam hangar, w którym kiedyś trzymano łodzie, i różne mostki, drzewa, zielone brzegi, gdzie można było sobie siedzieć i patrzeć na wodę i na młodych mężczyzn z gołymi ramionami, jak ścigając się, unoszą wiosła do słońca. Po drodze nad rzekę są dawne domy studenckie, teraz używane do innych celów, ze swoimi bajkowymi wieżyczkami, pomalowanymi na biało-złoto-niebiesko. Kiedy myślimy o przeszłości, wyławiamy z pamięci to, co piękne.

Jest tam też stadion, gdzie się obecnie odbywają męskie Wybawienia. I rozgrywki futbolowe. Bo dalej grywa się w futbol.

Ja już nie chodzę nad rzekę ani przez mosty, nie jeżdżę też koleją podziemną, chociaż właśnie tam jest stacja. Nie wolno nam, są tam teraz strażnicy. Nie ma żadnego oficjalnego powodu, żebyśmy schodziły po tych stopniach i jeździły pociągami pod rzeką do głównego miasta. Dlaczego niby miałybyśmy chcieć jeździć? Nic dobrego by z tego nie wynikło i oni by się o tym dowiedzieli.

Kościół jest mały, jeden z pierwszych wzniesionych tutaj setki lat temu. Obecnie służy jedynie jako muzeum. Wewnątrz wiszą obrazy przedstawiające kobiety w długich, ponurych sukniach i białych czepkach na głowach oraz sztywno wyprostowanych mężczyzn, ubranych na ciemno, i bez uśmiechu. Nasi przodkowie. Wstęp wolny.

Ale my nie wchodzimy do środka, tylko stoimy na ścieżce, patrząc na kościelny cmentarz. Zachowały się stare płyty nagrobne, zniszczone i popękane, z czaszkami i ze skrzyżowanymi piszczelami, memento mori, z pucołowatymi aniołkami i skrzydlatymi klepsydrami, które mają nam przypominać o przemijaniu ziemskiego czasu, i pochodzące już z późniejszego wieku urny oraz wierzby płaczące – na znak żałoby.

Płytami nagrobnymi nie zawracali sobie głowy, kościołem też nie. Tylko najnowsza historia jest dla nich groźna.

Glena stoi z pochyloną głową, jakby pogrążona w modlitwie. Powtarza to za każdym razem. Może, myślę sobie, straciła kogoś bliskiego – mężczyznę, dziecko. Ale tak naprawdę w to nie wierzę. Uważam, że Glena wszystko robi na pokaz, że gra. Dosłownie wychodzi ze skóry, żeby się pokazać w dobrym świetle.

Prawdopodobnie ona myśli o mnie to samo. Jakżeby mogło być inaczej?

Teraz odwracamy się tyłem do kościoła, żeby przyjrzeć się temu, co rzeczywiście przyszłyśmy zobaczyć: Murowi.

Mur też jest bardzo stary, w każdym razie ma ponad sto lat. Tak jak chodniki, jest zbudowany z czerwonej cegły i kiedyś musiał być prosty, ale ładny. Teraz przy bramie są posterunki, a nad murem na metalowych słupach wznoszą się nowe brzydkie reflektory, u dołu zasieki z drutu kolczastego, a na szczycie – beton najeżony tłuczonym szkłem.

Nikt z własnej woli przez tę bramę nie przejeżdża. Środki ostrożności przedsięwzięto ze względu na tych, którzy próbowaliby się wydostać na zewnątrz, chociaż dotarcie do samego Muru od wewnątrz, poprzez elektroniczny system zabezpieczający, jest prawie niemożliwe.

Koło głównej bramy wisi następnych sześć ciał; ręce mają związane z przodu, głowy, w białych workach, przechylone na bok. Wcześnie rano musiała się odbywać uroczystość Wybawienia Mężczyzn. Nie słyszałam dzwonów. Może się już przyzwyczaiłam.

Zatrzymujemy się jak na dany znak i patrzymy na ciała. To nie szkodzi, że patrzymy. Mamy patrzeć: po to tam są, po to wiszą na Murze. Czasem wiszą całymi dniami, dopóki nie zastąpią ich nowe – żeby jak najwięcej osób miało okazję je zobaczyć.

A wiszą na hakach. Specjalnie w tym celu wbitych między cegły. Nie wszystkie haki są jednak zajęte. Wyglądają jak urządzenia dla bezrękich. Albo stalowe znaki zapytania odwrócone do góry nogami i ustawione bokiem.

Najgorsze są te worki na głowach, gorsze chyba, niż byłyby same twarze. Nadają tym mężczyznom wygląd lalek, którym jeszcze nie namalowano twarzy, upodabniają ich do strachów – tyle że nie na wróble – bo przecież mają straszyć ludzi. Albo jakby ich głowy były workami napełnionymi jakąś bliżej nieokreśloną substancją, jak mąka czy ciasto. Wynika to z oczywistego ciężaru tych głów, z ich bezwładu, z siły grawitacji, która ciągnie je w dół przy jednoczesnym braku życia, które mogłoby je podtrzymać. Te głowy to tarcze strzelnicze.

Chociaż wpatrując się w nie długo, tak jak my to robimy, można dostrzec pod białym materiałem niewyraźne kontury, jak szare cienie. Są to głowy bałwanów śniegowych, z kawałkami węgla zamiast oczu, z nosem z marchwi, który odpadł. Te głowy topnieją.

Ale na jednym z worków widać krew, która przeciekła przez materiał w miejscu, gdzie muszą być usta. Ta krew tworzy drugie usta – małe, czerwone, jak usta malowane grubym pędzlem przez dzieci w przedszkolu. Tak dziecko rysuje uśmiech. I właśnie ten krwawy uśmiech ostatecznie przykuwa naszą uwagę. Mimo wszystko nie są to śniegowe bałwany.

Mężczyźni mają na sobie białe fartuchy, jak te, które noszą lekarze czy pracownicy naukowi. Znajdują się tu nie tylko lekarze i naukowcy, są jeszcze inni, musiała być dziś rano łapanka. Każdy ma zawieszoną na szyi tabliczkę informującą, za co został stracony: rysunek przedstawiający ludzki płód. A więc byli lekarzami, dawniej, kiedy takie rzeczy były legalne. Nazywano ich producentami aniołków. Zostali zdemaskowani teraz przy okazji badania dokumentów szpitalnych albo raczej – skoro większość szpitali widząc, co się święci, poniszczyła swoje dokumenty – przez donosicieli: byłe pielęgniarki czy pary pielęgniarek, jako że świadectwo pojedynczej kobiety przestało być wiarygodne; przez innych lekarzy lub wreszcie przez kogoś oskarżonego, kto mszcząc się na wrogu albo po prostu odgrywając się na innych, rozpaczliwie usiłował ratować własną skórę. Chociaż donosicieli nie zawsze ułaskawiano.

Ci mężczyźni – tłumaczą nam – są jak zbrodniarze wojenni. To żadna wymówka, że kiedy się dopuszczali tych czynów, takie praktyki były legalne: ich zbrodnie nie ulegają przedawnieniu. Popełniali okrucieństwa i dlatego muszą posłużyć za przykład dla innych. Chociaż właściwie to nie jest potrzebne. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie przerwie w dzisiejszych czasach ciąży, jeśli już zdoła w nią zajść.

Widok tych ciał ma w nas wzbudzić uczucie nienawiści i pogardy. Ale we mnie nie wzbudza. Te wiszące na Murze ciała to podróżnicy w czasie, anachronizmy. Przybyłe tu z przeszłości.

Ja nie czuję w stosunku do nich nic. Wiem, że nie wolno mi nic czuć. To, czego doznaję, to częściowa ulga, ponieważ żaden z tych mężczyzn nie jest Łukaszem. Łukasz nie był lekarzem. Nie jest.


Patrzę na ten jedyny czerwony uśmiech. Czerwień tego uśmiechu jest jak czerwień tulipanów w ogrodzie Sereny Joy. Czerwień jest ta sama, ale nie ma między nimi żadnego związku. Tulipany nie są tulipanami z krwi, czerwone uśmiechy nie są kwiatami, jedno nie określa drugiego. Tulipan to nie powód, żeby nie wierzyć w powieszonego mężczyznę – i na odwrót. Każda z tych rzeczy jest ważna i realna. I właśnie wśród takich ważnych rzeczy muszę codziennie i na wszelkie możliwe sposoby wybierać sobie drogę. Wkładam w te rozróżnienia wiele wysiłku. Są mi one niezbędne. Muszę koniecznie mieć jasność, w moim własnym umyśle.

Wyczuwam drżenie w towarzyszącej mi kobiecie. Czyżby płakała?

I niby dlaczego miałoby ją to ukazać w dobrym świetle? Nawet nie chcę tego wiedzieć. Stwierdzam, że moje własne ręce są mocno zaciśnięte na pałąku koszyka. Nie zdradzę się z niczym.

Zwyczajne, mówiła Ciotka Lidia, to to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Teraz może się wam to nie wydawać zwyczajne, ale po jakimś czasie się wyda. To się stanie zwyczajne.

III

NOC

7

Noc należy do mnie, to mój prywatny czas, mogę z nim robić, co chcę, pod warunkiem że jestem cicho. I że się nie ruszam. Że leżę spokojnie. Różnica pomiędzy ruszać się a ruchać. Czasownik „ruchać” z reguły występuje w formie dokonanej. Mężczyźni zawsze mówią: „Chciałbym ją wyruchać”. Czyste spekulacje. W gruncie rzeczy nie wiem, jak naprawdę mówią mężczyźni. Wiem tylko, co oni sami twierdzą, że mówią.

A więc nie ruszam się, leżę w swoim pokoju, pod gipsowym okiem w suficie, za białymi zasłonami, w pościeli, schludna, jak wszystko dokoła, i wychodzę – z siebie. Wychodzę, bo mam wychodne. Noc to moje wychodne. Ale dokąd mam iść?


W jakieś dobre miejsce.

Moira siedzi na brzegu mojego łóżka: nogę założyła na nogę, kostka jednej na kolanie drugiej, czerwony kombinezon, dyndający kolczyk w uchu, złoty paznokieć, żeby było ekscentrycznie, papieros w krótkich, grubych, zażółconych palcach.

– Chodźmy na piwo.

– Sypiesz mi popiół do łóżka – powiedziałam.

– Gdybyś sama paliła, nie miałabyś tego problemu – odparła Moira.

 

– Za pół godziny. – Miałam napisać na jutro pracę. Zaraz – co to było? Psychologia, angielski, ekonomia? Takie przedmioty studiowałyśmy, wtedy. Podłoga była zarzucona książkami, otwartymi, grzbietem do góry, tu i tam, ekstrawagancko.

– Daj spokój – rzekła Moira. – Nie musisz się malować, to przecież tylko ja. Z czego piszesz pracę? Ja napisałam o prowokacji seksualnej.

– Prowokacja seksualna – powtórzyłam. – Owczy pęd.

– Ha – powiedziała Moira. – Weź płaszcz.

Wzięła mój płaszcz i cisnęła we mnie.

– Pożyczam od ciebie pięć dolców, zgoda?

Albo gdzieś w parku z matką. Ile mogłam mieć wtedy lat? Było zimno, nasze oddechy tworzyły przed nami białe obłoki; bezlistne drzewa; szare niebo, dwie kaczki na stawie, niepocieszone. Pod palcami w kieszeni okruszyny chleba. No właśnie: powiedziała, że idziemy karmić kaczki.

Ale tak naprawdę, to przyszła dlatego, że pewne kobiety paliły tu książki. Chciała się zobaczyć ze swoimi przyjaciółkami; okłamała mnie, soboty należały do mnie. Odwróciłam się od niej, nachmurzona, w stronę kaczek, ale kusił mnie widok ognia.

Wśród tych kobiet znajdowali się też i mężczyźni, a te książki to były pisma. Musieli lać benzynę, bo płomienie strzelały wysoko, a potem wrzucali do ognia pisma ze skrzynek, nie za wiele naraz. Niektórzy śpiewali; zbierali się gapie.

Na twarzach tych ludzi malowało się szczęście, niemal ekstaza. Ogień ma to do siebie. Nawet twarz mojej matki, zwykle blada i mizerna, zaróżowiła się, radosna jak karta świąteczna; była tam taka jedna kobieta, duża, ze smugą sadzy na policzku i w pomarańczowej czapce robionej na drutach; pamiętam ją.

– Chcesz sobie rzucić, kochanie? – spytała. Ile ja mogłam mieć wtedy lat? – Precz z tym paskudnym śmieciem – dodała, chichocząc. Może sobie rzucić? – zwróciła się do mojej matki.

– Jeśli ma ochotę – odparła matka, która miała zwyczaj mówienia o mnie, jakbym tego nie słyszała.

Kobieta wręczyła mi jedno z pism. Na okładce była ładna dziewczyna, która nie miała na sobie nic i zwisała z sufitu na łańcuchu owiniętym wokół przegubów rąk. Popatrzyłam na to z zainteresowaniem. Nie przestraszyłam się. Myślałam, że ona się tak huśta na tym łańcuchu jak Tarzan na lianach w telewizji.

– Nie pozwól jej tego oglądać – powiedziała moja matka. – No, rzucaj, prędko.

Wrzuciłam pismo do ognia. Otworzyło się w gorącym podmuchu; wielkie płaty papieru poszybowały w górę, dalej płonąc, ciała tych kobiet zamieniały się w czarne popioły, w powietrzu, na moich oczach.

A potem? Co się stało potem?

Wiem, że straciłam poczucie czasu.

Musiały być igły, proszki, coś w tym rodzaju. Nie mogłam stracić tyle czasu bez niczyjej pomocy. Przeżyłaś szok – powiedzieli.

Wyłoniłam się z tego wśród ryku i chaosu niby wśród spienionych fal. Pamiętam to uczucie spokoju. Pamiętam, jak krzyczałam, a przynajmniej wydawało mi się, że krzyczę, choć może w rzeczywistości był to tylko szept: Gdzie ona jest? Coście z nią zrobili?

Nie było nocy ani dnia, tylko migotanie. Po jakimś czasie znów krzesła i łóżko, i potem okno.

– Jest w dobrych rękach – powiedzieli. – U odpowiednich ludzi. Ty nie jesteś odpowiednia, ale chcesz dla niej jak najlepiej. Prawda?

Pokazali mi jej zdjęcie, jak stoi przed domem na trawniku, z owalną twarzą. Jasne włosy miała ściągnięte gładko do tyłu. Trzymała ją za rękę kobieta, której nie znam. Mała sięgała jej tylko do łokcia.

– Zabiliście ją – powiedziałam. Wyglądała jak aniołek, uroczysta, zgrabna, jakby niecielesna.

Miała na sobie sukienkę, której nigdy nie widziałam, białą, do ziemi.

Chciałabym wierzyć, że to, co opowiadam, to tylko taka historia. Potrzebna mi jest ta wiara. Muszę w to uwierzyć. Ci, którzy wierzą, że te historie to tylko takie opowiastki, są w lepszej sytuacji.

Jeśli to, co mówię, to tylko opowiastka, to znaczy, że zakończenie zależy ode mnie. Że w ogóle istnieje jakieś zakończenie, po którym jest życie. Że mogę podjąć tam, gdzie przerwałam.

Ale to nie jest opowiastka.

Owszem, jest i opowiastka, którą snuję w myślach, w miarę jak mówię.

Raczej mówię, niż piszę, ponieważ nie mam czym pisać, a poza tym pisanie jest zakazane. Ale nawet jeśli to jest opowieść, choćby snuta w myślach, to muszę się nią z kimś podzielić. Nie opowiada się niczego tylko dla siebie. Zawsze jest jeszcze ktoś drugi.

Nawet kiedy nie ma nikogo.

Opowieść jest jak list. Drogi Ty – zacznę. Po prostu t y, bez imienia. Użycie konkretnego imienia skazuje cię na świat faktów, co jest bardziej ryzykowne, niepewne: kto wie, jakie masz szanse przeżycia, tam gdzieś? Powiem t y, t y, jak w starej miłosnej piosence. Ty może oznaczać każdego.

T y może znaczyć tysiące.

Nie grozi mi żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo – powiem ci.

Będę udawała, że mnie słyszysz.

Ale to się na nic nie zda, wiem, że to nieprawda.

IV

POCZEKALNIA

8

Utrzymuje się dobra pogoda. Jak w czerwcu, kiedy wyciągałyśmy letnie sukienki i sandały i szłyśmy na lody. Na Murze pojawiły się trzy nowe ciała. Jedno z nich, trup księdza, ma na sobie sutannę. Włożono mu tę sutannę specjalnie na proces, mimo że już od lat – od kiedy zaczęły się wojny między sektami – duchowni przestali nosić sutanny, żeby nie rzucać się w oczy. Dwa pozostałe ciała mają na szyjach czerwone tabliczki z napisem: „Zdrada Rodzaju”. W dalszym ciągu są w mundurach strażników. Musieli ich złapać razem – ale gdzie? W barakach? Pod prysznicem? Trudno powiedzieć. Bałwan z czerwonym uśmiechem zniknął.

– Trzeba wracać – mówię do Gleny. Zawsze ja to mówię pierwsza. Czasem mi się wydaje, że gdybym tego nie powiedziała, Glena by się stąd nie ruszyła. Żałoba czy niezdrowa ciekawość? Nadal nie jest to dla mnie jasne.

Bez słowa obraca się, jakby była mechanizmem uruchamianym na dźwięk głosu, jakby się poruszała na małych naoliwionych kółeczkach, jakby była papugą kataryniarza. Nie znoszę gracji, z jaką to robi. Nie znoszę pokornie pochylonej głowy, jakby szła pod wiatr. Ale wiatru nie ma.

Opuszczamy Mur i wracamy tą samą drogą, którą przyszłyśmy, w ciepłym słońcu.

– Mamy piękny majowy dzień – mówi Glena. Czuję raczej, niż widzę, jak jej głowa zwraca się ku mnie w oczekiwaniu odpowiedzi.

– Tak. Niech będą dzięki – dodaję po namyśle. Mayday to był kiedyś, dawno temu, sygnał na pomoc, podczas jednej z tych wojen, o których uczyłyśmy się w szkole średniej. Te wojny mi się zawsze myliły, ale jeśli się dobrze uważało, można je było odróżnić po samolotach. To Łukasz mi powiedział o tym sygnale Mayday. Mayday, Mayday – dla pilotów, których samoloty zostały trafione, i dla okrętów – zaraz, czy dla okrętów też? Może dla okrętów było SOS. Szkoda, że nie mogę tego sprawdzić. I było coś z Beethovena na uczczenie zwycięstwa w jednej z tych wojen.

– A wiesz, skąd pochodzi to Mayday? – spytał mnie Łukasz.

– Nie – odparłam. – To dziwne, że w tych okolicznościach używa się akurat takiego słowa, prawda?

Gazety i kawa w niedzielne poranki, przed jej urodzeniem. Były jeszcze wtedy gazety. Czytaliśmy je zwykle w łóżku.

– To z francuskiego – powiedział. – Od m’aidez.

Pomocy.


Zbliża się do nas niewielka procesja – pogrzeb. Trzy kobiety, każda w czarnym przezroczystym welonie zarzuconym na głowę. Gospożona i dwie inne żałobnice, też Gospożony, prawdopodobnie jej przyjaciółki. Ich sukienki w pasy robią wrażenie zniszczonych, tak samo jak i twarze. Pewnego dnia, kiedy już będzie lepiej, mówiła Ciotka Lidia, żadna nie będzie już musiała być Gospożoną.

Żałobnica to ta pierwsza, matka; niesie małe czarne naczynie. Po wielkości naczynia można poznać, w jakim było wieku, kiedy tam w niej zamarło, spłynęło. Dwa albo trzy miesiące, za małe, żeby poznać, czy to było Niedziecko, czy nie. Starsze i te, które umierają przy urodzeniu, mają trumienki.

Kiedy przechodzą, zatrzymujemy się z szacunkiem. Zastanawiam się, czy Glena czuje to samo co ja – jakby dźgnięcie w brzuchu. Kładziemy ręce na sercu, żeby pokazać tym obcym kobietom, że współczujemy im po tej stracie. Ta pierwsza rzuca nam spod welonu wrogie spojrzenie. Jedna z pozostałych dwóch odwraca się i spluwa na chodnik. Gospożony nas nie lubią.


Mijamy sklepy, ponownie zbliżamy się do zapory, przechodzimy. Idziemy dalej, wśród wielkich, wyglądających na puste domów, wypielonych trawników. Na rogu, w pobliżu domu, do którego jestem przydzielona, Glena zatrzymuje się i odwraca do mnie.

– Pod Jego Okiem – mówi. Jest to właściwe pożegnanie.

– Pod Jego Okiem – odpowiadam, a ona kwituje to nieznacznym skinieniem głowy. Waha się przez moment, jakby mi jeszcze coś chciała powiedzieć, po czym odchodzi. Patrzę na nią. Przypomina mi moje własne odbicie w lustrze, od którego się oddalam.

Na podjeździe Nick znów pucuje tornado. Robi już chromowania z tyłu. Kładę dłoń w rękawiczce na gałce furtki, otwieram ją i popycham. Furtka trzaska za mną. Tulipany wzdłuż ścieżki są czerwieńsze niż zwykle, otwierają się, nie przypominając już kielichów do wina, tylko czary; pną się w górę – po co? Mimo wszystko są puste. Na starość wywracają się na lewą stronę i eksplodują powoli, strzelając płatkami, jakby to były łuski.

Nick podnosi głowę i zaczyna pogwizdywać.

– Miły był spacer? – pyta.

Kiwam głową, ale nie odpowiadam. Jemu nie wolno ze mną rozmawiać. Oczywiście, niektórzy z nich będą próbowali – przestrzegała nas Ciotka Lidia. Wszelkie ciało jest słabe. „Wszelkie ciało to jakby trawa”[2], poprawiam ją w myśli. – Nic na to nie mogą poradzić – mówiła – takimi stworzył ich Bóg, ale was takimi nie stworzył, wy jesteście inne. Ustanawianie granic zależy od was. Nagroda przyjdzie później.

W ogrodzie za domem Żona Komendanta siedzi w fotelu, który sobie wyniosła. Serena Joy[3] – co za głupie imię. Serena Joy – to brzmi jak nazwa czegoś, czym się dawniej, w tamtych czasach, smarowało włosy, żeby je wyprostować. „Serena Joy” – byłoby napisane na etykiecie butelki, przedstawiającej wyciętą z papieru sylwetkę głowy kobiecej w różowym owalu z ząbkowanym brzegiem. Dlaczego, mogąc sobie wybrać dowolne imię, zdecydowała się właśnie na takie? Serena Joy nigdy nie było jej prawdziwym imieniem, nawet wtedy. Naprawdę miała na imię Pam. Dowiedziałam się tego z noty biograficznej, zamieszczonej w jednym z pism, długo potem, jak śpiewała w telewizji w niedzielne poranki, kiedy moja matka odsypiała zaległości. Wtedy już zasługiwała na taką wzmiankę: musiał to być „Time” czy „Newsweek”. Ale wtedy już nie śpiewała, wtedy wygłaszała pogadanki. Była w tym dobra. W swoich pogadankach mówiła o świętości ogniska domowego, o tym, że miejscem kobiety jest dom. Serena Joy jednak zamiast sama w nim siedzieć, wygłaszała pogadanki, ale to swoje uchybienie przedstawiała jako ofiarę poniesioną dla dobra ogółu.

Mniej więcej w tym czasie ktoś do niej strzelał i chybił; zamiast niej zginęła jej sekretarka, która stała dokładnie za nią. Ktoś podłożył jej też bombę w samochodzie, ale wybuch nastąpił za wcześnie. Chociaż niektórzy twierdzili, że to ona sama podłożyła sobie tę bombę – żeby wzbudzić współczucie. Takie gorące były wtedy nastroje.

Oglądaliśmy ją czasem z Łukaszem w dzienniku wieczornym. W szlafrokach kąpielowych z kapturami. Widzieliśmy jej spryskane sprayem włosy, histeryczne łzy, które w dalszym ciągu roniła na zawołanie, i tusz, który czarnymi strugami spływał jej po twarzy. Wtedy już stosowała mocniejszy makijaż. Wydawała nam się śmieszna. Czy może raczej Łukaszowi wydawała się śmieszna. Ja tylko udawałam. A tak naprawdę to była dla mnie trochę przerażająca. Naprawdę taka była.

Serena Joy już nie wygłasza mów. Jest teraz niemową. Siedzi w domu, ale jej to chyba nie służy. Musi być wściekła, że wpadła we własne sidła.

Patrzy na tulipany. Jej laska leży obok na trawie. Serena Joy jest odwrócona do mnie profilem; widzę to, spoglądając na nią ukradkiem. Patrzenie wprost nie wchodzi w grę. To już nie jest ten bezbłędny, wycięty z papieru profil, jej twarz się zapada – jak miasta zbudowane na podskórnych wodach, gdzie domy i całe ulice znikają z dnia na dzień, wchłonięte przez nagłe trzęsawiska, albo miasta górnicze, zapadające się w wydrążone pod nimi kopalnie. Coś podobnego musiało się z nią stać, kiedy do niej dotarło, do czego to wszystko prowadzi.

 

Nie odwraca głowy. W żaden sposób nie daje po sobie poznać, że jest świadoma mojej obecności, chociaż wie, że jestem. Czuję, że wie – ta świadomość przypomina zapach; jakby coś skwaśniało, jak stare mleko.

– Nie na mężów musicie uważać – mówiła Ciotka Lidia – tylko na Żony. Zawsze starajcie się sobie wyobrazić, co taka Żona czuje. Oczywiście, one wam będą niechętne, to zupełnie naturalne. Postawcie się w ich miejscu. – Ciotka Lidia uważała, że wczuwanie się w położenie innych jest jej mocną stroną. – Próbujcie im współczuć. Przebaczyć, albowiem nie wiedzą, co czynią. – I znów drżący uśmiech żebraka, mrugnięcie słabych oczu, spojrzenie w górę, przez okulary w metalowej oprawce, w drugi koniec klasy, jakby pomalowany na zielono gipsowy sufit się rozstąpił i Bóg w obłoku pudru „Różowa Perła” schodził na ziemię po drutach i rurach instalacji przeciwpożarowej. – Musicie sobie zdawać sprawę z tego, że to są kobiety przegrane. One nie mogły...

Tu głos jej się łamał i w chwili ciszy, jaka zapadała, słyszałam wokół siebie zbiorowe westchnienie. Nie należało w tych momentach przerywać ani szurać, ani szeleścić: Ciotka Lidia bowiem jedynie robiła wrażenie zamyślonej, a tak naprawdę słyszała każdy najmniejszy szmer. Dlatego słychać było tylko westchnienie.

– Przyszłość jest w waszych rękach – podejmowała. I sama wyciągała do nas ręce odwiecznym gestem, symbolizującym zarówno ofiarowanie, jak i zaproszenie, aby podejść, połączyć się we wzajemnej akceptacji. Mówiąc „w waszych rękach”, spoglądała na swoje ręce, jakby to z nich czerpała inspirację. Ale w tych rękach nie miała nic. Były puste. To nasze ręce miały być pełne – przyszłości, którą mogłyśmy w nich trzymać, choć nie dawała się z nich wyczytać.


Okrążam dom i wchodzę kuchennymi drzwiami. Stawiam koszyk na stole. Stół został wyszorowany, oczyszczony z mąki; dzisiejszy chleb, świeżo upieczony, stygnie na półce. W kuchni pachnie drożdżami – ten zapach budzi tęsknotę. Przypomina mi inne kuchnie, kuchnie, które kiedyś były moje. Jest to zarazem zapach właściwy matkom; chociaż moja matka nie piekła chleba. Mój zapach z tamtych czasów, kiedy byłam matką.

Jest to zapach zdradliwy, wiem, że muszę się od niego odciąć.

Zastaję w kuchni Ritę, która siedzi przy stole, skrobie i kroi marchew. Marchew jest stara, gruba, brodata od leżenia przez zimę. Młoda marchew, delikatna i jasna, będzie dopiero za kilka tygodni. Nóż, którego Rita używa, jest ostry i lśniący; kusi. Chciałabym mieć taki nóż.

Rita przerywa krojenie marchwi, wstaje i wyjmuje z koszyka paczki, niemal skwapliwie. Nie może się doczekać, kiedy zobaczy, co przyniosłam, chociaż zwykle, rozwijając paczki, marszczy czoło; nigdy nie jest z moich zakupów w pełni zadowolona. Uważa, że ona załatwiłaby to lepiej. Wolałaby sama robić zakupy, miałaby wtedy dokładnie to, co chce; zazdrości mi tego spaceru. W tym domu wszystkie sobie nawzajem czegoś zazdrościmy.

– Mają pomarańcze – mówię. – W „Mlekiem i Miodem”. Jeszcze trochę zostało. – Traktuję tę informację jak dar. Chcę się zasłużyć. Widziałam pomarańcze wczoraj, ale nie powiedziałam Ricie; wczoraj była zbyt opryskliwa. – Jutro mogłabym kupić, gdybyś mi dała kupony na pomarańcze. – Wyciągam w jej stronę kurczaka. Chciała stek, ale steków dziś nie było.

Rita burczy, nie okazując ani zadowolenia, ani zgody. Pomyśli o tym – poznaję to po burczeniu – w odpowiednim czasie. Rozwiązuje sznurek i rozwija pergamin. Obmacuje kurczaka, rusza skrzydłem, wsadza palec w otwór, wyciąga dróbka. Kurczę leży, bez głowy i bez łap, pokryte gęsią skórką, jakby się trzęsło z zimna.

– Dzień kąpieli – mówi Rita, nie patrząc na mnie.

Z komórki, gdzie trzymają miotły i ścierki, wchodzi do kuchni Cora.

– Kurczak – mówi niemal z zachwytem.

– Chudy – odpowiada Rita – ale niech będzie.

– Nie było wyboru – tłumaczę się. Rita mnie ignoruje.

– Jest całkiem duży – wtrąca Cora. Czyżby się za mną ujmowała? Spoglądam na nią, żeby sprawdzić, czy powinnam się uśmiechnąć; ale nie, ona ma na myśli tylko jedzenie. Jest młodsza od Rity; słońce, które wpada ukośnymi promieniami przez zachodnie okno, kładzie się na jej włosach, rozdzielonych przedziałkiem i zaczesanych do tyłu. Musiała być ładna, jeszcze całkiem niedawno. W uszach ma ślady przypominające dołeczki – po zarośniętych dziurkach od kolczyków.

– Duży – mówi Rita – ale kościsty. Nie dawaj sobie wtykać byle czego. – Po raz pierwszy Rita patrzy prosto na mnie. – Zachowujesz się, jakbyś była byle kim. – Ma na myśli rangę Komendanta. Mnie natomiast sama uważa za byle kogo. Rita jest po sześćdziesiątce, nie ma nic do stracenia.

Podchodzi do zlewu, spłukuje ręce pod kranem i wyciera je w ścierkę do naczyń. Ścierka jest biała w niebieskie paski, taka sama jak przedtem. Czasem te przebłyski normalności uderzają mnie znienacka, jakby z zasadzki. Nagłe przypomnienie tego, co zwykłe, codzienne, jest jak kopniak. Widzę ścierkę, wyjętą z kontekstu, wstrzymuję oddech. Dla niektórych pod pewnymi względami nie tak wiele się zmieniło.

– Kto robi kąpiel? – pyta Rita Corę, nie mnie. – Ja muszę udusić kurczaka.

– Zajmę się tym – mówi Cora – jak skończę odkurzanie.

– W każdym razie trzeba to zrobić.

Mówią o mnie tak, jakbym ja tego nie słyszała. Dla nich jestem tylko domowym obowiązkiem, jednym z wielu.


Jestem wolna. Biorę koszyk, wychodzę kuchennymi drzwiami i idę korytarzem w stronę zegara. Drzwi od salonu są zamknięte. Przez ich wachlarzowe okienko wpada słońce, kładąc się kolorami na podłodze: czerwień, błękit, fiolet. Wkraczam w to światło na chwilę, wyciągam ręce; napełniają się świetlistymi kwiatami. Idę po schodach; moja twarz, odległa, biała i zniekształcona w ramie lustra, wybrzuszonego jak oko pod ciśnieniem. Idę korytarzem, wyłożonym szaroróżowym chodnikiem, do pokoju.

W pobliżu moich drzwi ktoś stoi. W korytarzu panuje mrok – jest to mężczyzna, odwrócony do mnie plecami. Zagląda do pokoju, ciemny na tle panującej tam jasności. Teraz widzę: jest to Komendant, którego nie powinno tu być. Słyszy moje kroki, odwraca się, waha, podchodzi do mnie – dopuszczając się tym samym poważnego naruszenia obyczaju. Co robić?

Zatrzymuję się, on też, nie widzę jego twarzy, patrzy na mnie, o co mu chodzi? O, znów rusza ku mnie, ustępuje z drogi, żeby mnie nie dotknąć – skinienie głowy – znika.

Coś mi chciał powiedzieć, ale co? Jest jak flaga nieznanego kraju, widziana przez moment zza stoku wzgórza – może równie dobrze oznaczać atak, jak i pertraktacje czy, powiedzmy, granice jakiegoś terytorium. Sygnały, którymi porozumiewają się zwierzęta: przymknięte powieki, uszy po sobie, zjeżona sierść, błysk obnażonych zębów. Co on sobie właściwie myśli? Nikt go nie widział. Przynajmniej mam nadzieję. Czy to inwazja? Czy był w moim pokoju?

Nazwałam go moim pokojem.