Kamienne posłanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienne posłanie
Kamienne posłanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kamienne posłanie
Audio
Kamienne posłanie
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Constance podniecało nawet to, że bywała przedmiotem ironicznych, posępnie satyrycznych uwag Gavina, sprowadzających się do tego, że jej hipnotyzująca pupa stanowiła istotniejszą część Constance niż na przykład jej, faktycznie miałka, poezja. W dodatku dostąpiła zaszczytu pojawienia się w wierszach Gavina. Oczywiście nie pod własnym imieniem: w owych czasach kobiece przedmioty pożądania nazywano w wierszach „panią” lub „moją prawdziwą miłością” – ukłon w stronę rycerskości i ballad w stylu folk – jednak Constance ogromnie pociągała lektura erotyków Gavina, wiedziała bowiem, że ilekroć pisał „Pani” lub, jeszcze lepiej, „moja prawdziwa miłość”, ją właśnie miał na myśli. „Moja Pani spoczywa na poduszce”, „Pierwsza poranna kawa mojej Pani” czy „Moja Pani wylizuje mój talerz” – wszystkie te wiersze podnosiły na duchu, ale jej ulubiony nosił tytuł „Moja Pani się schyla”. Ilekroć czuła, że Gavin odnosi się do niej szorstko, sięgała po ten wiersz i ponownie go czytała.

Oprócz tych atrakcji literackich było też niemało energicznego, improwizowanego seksu.

Kiedy Constance związała się z Ewanem, miała dość rozumu, by nie wspominać mu o swym wcześniejszym życiu. Choć właściwie czym miała się przejmować? Chociaż Gavinowi nie sposób było odmówić emocjonalnej głębi, był też dupkiem – nie dorastał do pięt Ewanowi, który w porównaniu z nim wydawał się rycerzem w lśniącej zbroi. Tamto wczesne doświadczenie skończyło się źle, Constance poznała smak smutku i udręki. Po co więc wspominać o Gavinie? Nie miałoby to żadnego sensu. Ewan nigdy nie pytał o innych mężczyzn w jej życiu, ona zaś nigdy o nich nie wspominała. Ma nadzieję, że obecnie Ewan nie ma żadnego dostępu do Gavina ani za pośrednictwem jej niewypowiedzianych myśli, ani w żaden inny sposób.

Jedną z dobrych stron Alphinlandii jest to, że pewne kłopotliwe rzeczy należące do przeszłości Constance może wynieść za kamienną bramę i umieścić w pałacu pamięci tak popularnym – kiedy? W osiemnastym wieku? Rzeczy, które człowiek chce zapamiętać, kojarzy z wyobrażonymi komnatami, a kiedy zapragnie je sobie dokładnie przypomnieć, wchodzi do odpowiedniej komnaty.

I tak na przykład Constance utrzymuje w Alphinlandii wyłącznie na użytek Gavina opuszczoną winiarnię na terenie twierdzy, która obecnie jest w rękach Zymriego Stanowczej Pięści, jej sojusznika. Ponieważ zgodnie z jedną z reguł Alphinlandii Ewan nigdy nie może przekroczyć kamiennej bramy, nigdy nie odkryje winiarni ani nie dowie się, kogo Constance w niej kryje.

Gavin leży więc tam w dębowej beczce. Nie cierpi, chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, zasłużył na cierpienie. Jednak Constance włożyła wysiłek w przebaczenie Gavinowi, dlatego go nie torturują. Jest utrzymywany w stanie zawieszenia. Od czasu do czasu Constance zagląda do winiarni, wręcza Zymriemu podarunek mający umocnić ich sojusz – alabastrowy słój jeżowców xnami w miodzie, pęczek pazurów cyanboreen – wypowiada zaklęcie, które otwiera pokrywę beczki i zagląda. Gavin śpi spokojnie. Zawsze było mu do twarzy z zamkniętymi oczami. Nie postarzał się nawet o jeden dzień od chwili, gdy widziała go po raz ostatni. Wspomnienie tamtego dnia nadal sprawia jej ból. W końcu Constance odkłada pokrywę beczki na miejsce i wypowiada zaklęcie na wspak, pieczętując Gavina do czasu, gdy znów przyjdzie jej ochota na niego zerknąć.

W prawdziwym życiu Gavin otrzymał kilka nagród poetyckich, potem dostał stałą posadę wykładowcy kreatywnego pisania na Uniwersytecie w Manitoba. Po przejściu na emeryturę przeniósł się do Victorii w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie mógł podziwiać piękne zachody słońca nad Pacyfikiem. Każdego roku Constance dostaje od niego kartkę z życzeniami na Boże Narodzenie; w zasadzie od niego i jego trzeciej, znacznie młodszej żony, Reynolds. Reynolds, co za durne imię! Brzmi jak marka papierosów z lat czterdziestych, kiedy jeszcze papierosy traktowały siebie poważnie.

Reynolds podpisuje kartki za nich oboje – występują jako Gav i Rey – co roku dołącza też szczebiotliwe, irytujące listy na temat wakacji (Maroko! Co za szczęście, że zabrali imodium na biegunkę! Ostatnio zaś: Floryda! Jak dobrze uciec od mżawki!). Reynolds raczy ponadto Constance corocznymi sprawozdaniami z działalności ich lokalnego klubu czytelniczego – tylko ważne książki, tylko książki inteligentne! Aktualnie przerabiają Bolaño, ciężka praca, ale warto, jeśli człowiek się nie podda. Członkowie klubu przygotowują przekąski, które towarzyszą omawianym książkom. Rey uczy się robić tortillę. Świetna zabawa.

Constance podejrzewa, że Reynolds niezdrowo interesuje się cygańską młodością Gavina, a w szczególności Constance. Jakże mogłoby być inaczej? Constance była pierwszą kobietą, z którą Gavin zamieszkał w okresie, kiedy był tak napalony, że ledwo mógł utrzymać zapięty rozporek, jeśli Constance znajdowała się w odległości kilkuset metrów. Zupełnie jak gdyby promieniowała magicznymi cząsteczkami, rzucała zaklęcie, któremu nie sposób się oprzeć, niczym Pheromonya z Szafirowymi Warkoczami w Alphinlandii. Reynolds nie może z nią rywalizować. Zważywszy na wiek Gavina, przypuszczalnie musi posługiwać się erotycznymi gadżetami. O ile w ogóle zawraca sobie tym głowę.

– Kim są Gavin i Reynolds? – pytał co roku Ewan.

– Znałam go na studiach – odpowiadała Constance.

Po części była to prawda: w istocie rzuciła studia, żeby związać się z Gavinem, tak bardzo urzekło ją połączenie wyniosłości i pożądania. Jednak Ewan nie przyjąłby dobrze takiej informacji. Sprawiłaby, że stałby się zazdrosny, może nawet zły. Po co go niepokoić?


Znajomi Gavina – poeci, folkowi pieśniarze, muzycy jazzowi i aktorzy tworzący amorficzną, stale zmieniającą się grupę artystycznych ryzykantów – spędzali sporo czasu w kawiarni Riverboat w Yorkville, części Toronto, która w owym czasie z terenu przypominającego slumsy przeistaczała się w modną dzielnicę ery przedhipisowskiej. Po Riverboat została tylko jedna z tych przygnębiających żelaznych tabliczek informacyjnych na frontonie pretensjonalnego hotelu, który zajął jej miejsce. Przekaz tych tabliczek brzmi: „Wszystko zostanie zmiecione znacznie wcześniej, niż myślisz”.

Poeci, pieśniarze folkowi i muzycy jazzowi byli biedni jak myszy kościelne, podobnie jak Constance, ale dla niej bieda miała nieodparty urok. Cyganeria – to była cała ona. Opowiadania o Alphinlandii zaczęła pisać, aby wspomóc Gavina, który uważał, że taka właśnie jest rola prawdziwej miłości. Wczesne utwory wystukiwała na rozklekotanej maszynie, improwizując; po pewnym czasie, ku własnemu zdumieniu, zaczęła je sprzedawać za niewielkie pieniądze jednemu z subkulturowych pisemek w Nowym Jorku gustujących w tandetnym fantasy. Na okładkach ludzie z przezroczystymi skrzydłami, wielogłowe zwierzęta, hełmy z brązu, skórzane kamizelki, łuki i strzały.

Pisanie tych opowiadań dobrze jej szło, w każdym razie nadawały się do publikacji w pisemkach. W dzieciństwie Constance miała książki z bajkami ilustrowane przez Arthura Rackhama i jemu podobnych – sękate drzewa, trolle, mistyczne panny w zwiewnych szatach, miecze, pasy, złociste jabłka słońca. Alphinlandia stanowiła więc jedynie rozwinięcie tego krajobrazu, wystarczyło zmienić kostiumy i zmyślić nazwy.

W tym czasie Constance pracowała też jako kelnerka w knajpie Snuffy’s nazwanej tak na cześć postaci z kreskówki i specjalizującej się w chlebie z mąki kukurydzianej oraz smażonych kurczakach. Częścią wynagrodzenia było tyle kurczaków, ile dało się zjeść, więc Constance wynosiła porcje dla Gavina i patrzyła z zadowoleniem, jak je pochłania. Praca była wyczerpująca, szef lubieżny, ale napiwki całkiem niezłe, w dodatku człowiek mógł zarobić więcej, biorąc nadgodziny, co też Constance czyniła.

Tak właśnie postępowały dziewczyny w owym czasie – harowały, by wesprzeć przekonanie mężczyzny o własnym geniuszu. Co robił Gavin, żeby dołożyć się do czynszu? Niewiele, choć podejrzewała, że na boku handluje trawą. Czasem nawet ją palili, choć nieczęsto, bo Constance kaszlała. W sumie wiedli niezwykle romantyczne życie.

Poeci i pieśniarze folkowi oczywiście naśmiewali się z jej opowiadań o Alphinlandii. Czemu nie? Sama się z nich śmiała. Jej podrzędna produkcja była oddalona o całe dziesięciolecia od jakiejkolwiek szacowności. Niewielka grupka przyznawała się do lektury Władcy pierścieni, choć należało ją usprawiedliwić zainteresowaniem językiem staronordyjskim. Zdaniem poetów utworom Constance daleko było do poziomu Tolkiena, mieli zresztą rację. Droczyli się z nią, mówiąc, że pisze o ogrodowych gnomach, na co Constance śmiała się, przytakiwała, dodając przy tym, że dzisiaj gnomy wykopały garniec złotych monet i zamierzały postawić wszystkim piwo. To ostatnie bardzo się poetom podobało, wznosili więc toasty: „Zdrowie gnomów! Gnomy w każdym domu!”.

Pisanie dla pieniędzy nie podobało się poetom, ale dla Constance robili wyjątek, ponieważ Alphinlandia, w odróżnieniu od ich poezji, z zamierzenia miała być komercyjnym śmieciem, poza tym Constance robiła to przecież dla Gavina, jak na Panią jego serca przystało, a w dodatku nie była tak głupia, by traktować te brednie poważnie.

Nie pojmowali, że w coraz większym stopniu zaczynała traktować je poważnie. Alphinlandia należała tylko do niej. Była jej azylem i twierdzą, gdzie mogła się schronić, kiedy nie układało się jej z Gavinem. W wyobraźni mogła przekroczyć niewidzialny portal, przechadzać się po mrocznych lasach i migotliwych polach, zawierać sojusze, pokonywać wrogów i nikt nie mógł się tam dostać bez jej zgody, ponieważ wejścia strzegło pięciowymiarowe zaklęcie.

Stopniowo spędzała tam coraz więcej czasu, zwłaszcza gdy zaczęła podejrzewać, że nie każda „Pani” w nowych wierszach Gavina odnosi się do niej. Chyba że zupełnie mu się pomieszały kolory, bo raz oczy Pani były „błękitne jak u wiedźmy” i/lub jak „odległe gwiazdy”, a obecnie ciemne jak atrament. „Pupa mej Pani do księżyca niepodobna” – według samego Gavina był to hołd dla Szekspira. Czyżby zapomniał, że we wcześniejszym wierszu – nieco szorstkim, choć pisanym z serca – porównywał pupę Pani właśnie do księżyca: biała, krągła, łagodnie jaśniejąca w ciemności, nęcąca? Jednak ta nowa była jędrna i muskularna, raczej aktywna niż bierna, raczej chwytała, niż kusiła, przypominała boa dusiciela, choć, rzecz jasna, miała inny kształt. Za pomocą ręcznego lusterka Constance przyjrzała się sobie od tyłu. Racjonalizacje na nic się zdały: nie było porównania. Czy to możliwie, że kiedy Constance harowała w Snuffy’s z opiewanymi przez Gavina oczami na zapałki, doprowadzając się do stanu takiego wyczerpania, że pragnęła snu bardziej niż seksu, on tarzał się po ich nierównym materacu ze świeżą, energiczną nową prawdziwą miłością? Obdarzoną chwytną pupą?

 

W przeszłości Gavin zawsze czerpał pewną przyjemność z publicznego upokarzania Constance sardonicznymi, ironicznymi uwagami, będącymi jego specjalnością poetycką. Odbierała to jako swoisty komplement, ponieważ w takich chwilach znajdowała się w centrum jego uwagi. W pewnym sensie Gavin się nią popisywał, a ponieważ to go kręciło, pozwalała, by upokarzające uwagi spływały po niej jak po kaczce. Teraz jednak przestał ją upokarzać i zaczął ignorować, co było znacznie gorsze. Gdy przebywali sami w dwóch wynajętych pokojach, już nie całował jej w szyję, nie zdzierał z niej ubrania i nie rzucał na materac, ogarnięty niepohamowaną żądzą. Skarżył się na ból pleców i sugerował – czy wręcz żądał – żeby wynagrodziła mu ból i ograniczenia ruchowe, robiąc laskę.

Nie była to jej ulubiona czynność. Nie miała wprawy, w dodatku przychodziło jej do głowy sporo innych rzeczy, które wolałaby włożyć do ust.

Tymczasem w Alphinlandii nikt nigdy nie żądał, by zrobiono mu laskę. Choć z drugiej strony trzeba dodać, że nikt tam też nie miał łazienki. Toalety nie były potrzebne. Po co marnować czas na tego rodzaju rutynowe czynności, kiedy do zamku próbują wtargnąć olbrzymie skorpiony? W Alphinlandii były za to wanny, czy raczej kwadratowe baseniki w ogrodach pachnących jaśminem, ogrzewane przez podziemne źródła. Co bardziej zdeprawowani Alphinlandczycy kąpali się w krwi jeńców, których przykuwano do pali przy basenie, by patrzyli, jak ich życie powoli wycieka i rozpływa się w szkarłatnych pęcherzykach.


Constance przestała chodzić na towarzyskie spotkania w Riverboat, ponieważ znajomi zaczęli zerkać na nią z politowaniem, ona zaś zadawała niezręczne pytania w rodzaju:

– Gdzie się podział Gavin? Przed chwilą tu był.

Wiedzieli więcej niż ona. Widzieli, że sprawy staną wkrótce na ostrzu noża.

Jak się okazało, nowa Pani miała na imię Marjorie. Dziś Constance ma wrażenie, że imię to całkowicie zniknęło: wszystkie Marjorie wyginęły, wyparowały, zresztą rychło w czas. Marjorie miała ciemne włosy, takież oczy, długie nogi, ochotniczo zajmowała się rachunkami w Riverboat, lubiła owijać się w talii jaskrawymi afrykańskimi tkaninami, dyndała ręcznie robionymi kolczykami z koralików i rżała ze śmiechu, który brzmiał jak odgłos muła chorego na bronchit.

To znaczy przynajmniej w uszach Constance, bo najwyraźniej nie Gavina. Constance przyłapała ich oboje w akcji, ból pleców zniknął, jak ręką odjął. Na stole walały się kieliszki po winie, na podłodze ubrania, włosy Marjorie kładły się na poduszce – poduszce Constance. Gavin stęknął – z powodu orgazmu albo zniesmaczony pojawieniem się Constance nie w porę. Za to Marjorie zarżała – na Constance, Gavina lub całą sytuację. Zarżała szyderczo. Nie zabrzmiało to sympatycznie i ubodło Constance do żywego.

Czy Constance mogła powiedzieć coś więcej niż: „Jesteś mi winien połowę czynszu?”. Nigdy nie ujrzała tych pieniędzy; Gavin był sknerą, co dało się powiedzieć o wszystkich ówczesnych poetach. Wkrótce po tym, jak się wyprowadziła, zabierając kuchenkę elektryczną, podpisała pierwszą umowę na Alphinlandię. Kiedy w Riverboat rozeszły się pogłoski o jej bajecznym – co prawda względnie – majątku, Gavin pojawił się w jej nowym trzypokojowym mieszkaniu – z prawdziwym łóżkiem dzielonym z jednym z pieśniarzy folkowych, choć to również nie przetrwało – i próbował się pogodzić. Marjorie jest nikim, zapewniał. Zwykłym wypadkiem przy pracy. To nic poważnego, więcej się nie powtórzy. Jego prawdziwą miłością jest Constance. Chyba zdawała sobie sprawę, że są sobie przeznaczeni?

To było żałosne i Constance nie omieszkała mu o tym powiedzieć. Czy nie miał za grosz wstydu ani honoru? Czy docierało do niego, jaką był pijawką, pozbawioną inicjatywy, samolubną? Wówczas Gavin, początkowo zaskoczony wojowniczą postawą swojej niegdyś łagodnej Pani, przywołał na pomoc cały swój sarkazm i oznajmił, że Constance jest zerem, jej wiersze są bez wartości, idiotyczna Alphinlandia to niedojrzałe brednie, a on sam ma więcej talentu w dupie niż ona w całym ptasim móżdżku.

To tyle, jeśli chodzi o prawdziwą miłość.

Gavin nigdy nie pojął sensu Alphinlandii. To była niebezpieczna kraina – owszem, pod pewnymi względami niedorzeczna, ale nie brudna. Jej mieszkańcy mieli pewne zasady. Wiedzieli, co to rycerskość, odwaga, a także zemsta.

Z tego powodu Marjorie nie jest uwięziona w opuszczonej winiarni jak Gavin. Za pomocą zaklęć runicznych została unieruchomiona wewnątrz kamiennego ula należącego do Frenozji o Wonnych Czułkach. Ta półbogini ma dwa i pół metra wzrostu, ciało pokryte drobnymi złocistymi włoskami i oczy fasetkowe. Na szczęście Frenozja jest bliską przyjaciółką Constance, chętnie pomaga jej w rozmaitych przedsięwzięciach w zamian za owadzie zaklęcia, które Constance potrafi rzucać. Dlatego codziennie w samo południe Marjorie żądli sto pszczół w kolorze indygo i szmaragdów. Użądlenia można porównać do ukłuć rozżarzonymi do białości igłami, są ostre jak sos z czerwonych papryczek; ból jest nie do zniesienia.

W świecie poza Alphinlandią Marjorie rozstała się zarówno z Gavinem, jak i kawiarnią Riverboat, zaczęła studia biznesowe, potem zdobyła pewną pozycję w firmie reklamowej. Tak głosiły plotki. Constance widziała ją po raz ostatni w latach osiemdziesiątych, kroczącą ulicą Bloor w beżowym kostiumie z watowanymi ramionami. Kostium był zdumiewająco szkaradny, podobnie jak toporne buciska wojskowe.

Marjorie nie zauważyła Constance. Albo udawała, że jej nie widzi. I dobrze.

Według alternatywnej wersji, schowanej w szafce Constance, ona i Marjorie rozpoznały się tamtego dnia, krzyknęły z radości i poszły na kawę, gdzie zaśmiewały się z Gavina, jego wierszydeł oraz słabości do seksu oralnego. W istocie jednak nigdy do tego nie doszło.


Constance schodzi ścieżką, mija most z jajowatymi latarniami, które dają niewiele światła, w końcu zagłębia się w las. Sza! Należy poruszać się cicho. O, tam biegnie popielny ślad. Czas na zaklęcie. Constance wystukuje na maszynie:

Zmiażdży, przegryzie, zgniecie

Każdą rzecz na tym świecie

Pokruszy upiorny Czasu ząb.

Rozejdzie się szloch

I wszystko obróci się w proch.

Po chwili uznaje, że jest to nie tyle zaklęcie, ile opis. Potrzeba raczej inkantacji:

Norg, Smithert, Zurpash,

Jasna Teldarine,

Niech rozbłyśnie światło,

A popielne zło

Wypłynie wraz z liliową krwią...

Dzwoni telefon. To jeden z chłopców, ten z Paryża, czy raczej jego żona. Słyszeli w telewizji o burzy lodowej i zaczęli się martwić o Constance, chcieli się upewnić, czy nic jej się nie stało.

Która jest u nich godzina, pyta Constance. Czemu nie śpią o tak późnej porze? Oczywiście, że u niej wszystko w porządku. To tylko trochę lodu! Nie ma się czym ekscytować. Ucałowania dla dzieci, idźcie się przespać. Wszystko w porządku.

Najszybciej, jak może, rozłącza się, rozdrażniona telefonem. Teraz wyleciało jej z głowy imię boga, którego liliowa krew jest tak skuteczna. Na szczęście ma w komputerze pełną listę bóstw Alphinlandii wraz z atrybutami, w wygodnym porządku alfabetycznym. Z czasem rój bóstw się rozplenił; dziesięć lat temu dodała nowych bogów na użytek serialu animowanego, potem kolejnych – większych, straszniejszych, bardziej skorych do przemocy – do gry wideo, którą właśnie kończą tworzyć. Gdyby przewidziała, że Alphinlandia przetrwa tak długo i odniesie taki sukces, lepiej by wszystko zaplanowała. Kraina miałaby konkretny kształt i granice, a tak rozrosła się niczym nieokiełznana metropolia.

Co więcej, nie nazwałaby tej krainy Alphinlandią. Nazwa za bardzo przypomina Elfinland, podczas gdy Constance przyświecała raczej Alph, święta rzeka z wierszy Coleridge’a, płynąca wśród przepastnych grot. Rzeka oraz alfa, pierwsza litera alfabetu. Dziennikarz mądrala zapytał ją kiedyś, czy „stworzony przez nią świat” nazywa się Alphinlandia, ponieważ tak wiele w nim samców alfa. Constance odpowiedziała nieco szalonym śmiechem, jaki stosowała w celach obronnych, odkąd tego rodzaju przemądrzali dziennikarze uznali, że warto z nią przeprowadzać wywiady. Działo się to mniej więcej w tym okresie, kiedy prasa interesowała się nieco książkami obecnie zaliczanymi do jednego gatunku, a w każdym razie dobrze sprzedającymi się tytułami.

– Och, nie – odpowiedziała dziennikarzowi. – Nie wydaje mi się, żeby chodziło o samców alfa. Tak po prostu wyszło. Może dlatego, że... zawsze uwielbiałam płatki śniadaniowe Alpine?

W każdym wywiadzie wypada właśnie tak płytko, dlatego przestała ich udzielać. Nie jeździ też na konwenty – dość się napatrzyła na dzieciaki przebrane za wampiry, króliki czy postaci ze Star Treka, a zwłaszcza za czarne charaktery z Alphinlandii. Naprawdę nie zniosłaby kolejnego nieudacznego Milzretha Czerwonej Ręki czy jeszcze jednego rumianego niewiniątka poszukującego swojej mrocznej strony.

Pomimo nieustannych nacisków ze strony wydawnictwa Constance nie udziela się też w mediach społecznościowych. Argumenty, że mogłaby zwiększyć sprzedaż Alphinlandii i poszerzyć zasięg franczyzy, trafiają jak kulą w płot. Constance nie potrzebuje więcej pieniędzy, co niby miałaby z nimi zrobić? Pieniądze nie ocaliły Ewana. Zgodnie z oczekiwaniami synowych wszystko zostawi chłopcom. Nie ma też ochoty na kontakty z wiernymi czytelnikami, ponieważ wie już wystarczająco dużo o nich, ich kolczykach i smoczych tatuażach. Przede wszystkim nie chce im sprawić zawodu. Wielbiciele spodziewają się czarodziejki o kruczoczarnych włosach ozdobionych szpikulcami, z wężową bransoletą na ramieniu, a nie mówiącej cichym głosem, chudej jak szczapa byłej blondynki.

Constance właśnie otwiera na ekranie folder z Alphinlandią, by sprawdzić listę bogów, gdy tuż nad uchem słyszy gromki głos Ewena:

– Wyłącz to!

– Co? – Aż podskakuje. – Co mam wyłączyć?

Czyżby znowu nie zgasiła ognia pod czajnikiem? Ale przecież jeszcze nie zrobiła sobie nic gorącego do picia!

– Wyłącz to! Alphinlandię! Natychmiast ją wyłącz!

Ewan musi mieć na myśli komputer. Wstrząśnięta, ogląda się za siebie: stał tuż za nią! Wyłącza komputer. W chwili gdy ekran zamiera, rozlega się głuchy łoskot i gasną światła.

Wszystkie światła. Również latarnie uliczne. Wiedział zawczasu? Czyżby posiadał dar jasnowidzenia? Dawniej go nie miał.

Constance po omacku schodzi po schodach, mija przedpokój i ostrożnie otwiera drzwi: po prawej przecznicę dalej widać żółty blask. Drzewo musiało runąć na przewody wysokiego napięcia i je zerwało. Bóg wie, kiedy przyjadą naprawić, takich przypadków są pewnie tysiące.

Co zrobiła z latarką? Jest w torebce, ta zaś została w kuchni. Po omacku wraca, szpera w torebce. Baterie w latarce ledwo zipią, ale wystarczy, by zapalić dwie świece.

– Zakręć główny zawór wody – mówi Ewan. – Wiesz, gdzie jest, pokazywałem ci. Potem odkręć kran w kuchni. Musisz opróżnić rury, żeby nie popękały.

To najdłuższa przemowa Ewana od pewnego czasu. Constance robi się ciepło na sercu: naprawdę się o nią troszczy.

Po uporaniu się z zaworem gromadzi przedmioty, które izolują – kołdrę z łóżka, poduszkę, czyste wełniane skarpety oraz kraciasty koc z samochodu – po czym mości sobie legowisko przed kominkiem. Rozpala ogień. Na wszelki wypadek zasłania palenisko ekranem: nie chce w nocy spłonąć. Drewna nie starczy na cały dzień, ale jest go dość, by mogła przetrwać do rana i nie zamarznąć. Dom powinien trzymać ciepło jeszcze przez wiele godzin. Rano zastanowi się nad możliwymi rozwiązaniami; może do tego czasu burza ucichnie. Zdmuchuje świece: podpalanie się nie ma sensu.

 

Otula się kołdrą. W kominku filują płomyki. Jest zadziwiająco przytulnie, przynajmniej na razie.

– Dobra robota – chwali Ewan. – Moja dziewczyna! Zuch!

– Och, Ewanie – odpowiada Constance. – Naprawdę jestem twoją dziewczyną? Zawsze byłam? Czy ty miałeś wtedy romans?

Odpowiada jej cisza.


Popielny ślad wiedzie przez las, jaśnieje w świetle księżyca i gwiazd. O czym zapomniała? Coś jest nie tak. Spomiędzy drzew wychodzi na oblodzoną ulicę. To ulica, gdzie mieszka, gdzie mieszkała przez kilkadziesiąt lat, oto dom, w którym mieszka z Ewanem.

Tego nie powinno być tutaj, w Alphinlandii. Znajduje się w niewłaściwym miejscu. Wszystko jest nie tak, ale Constance idzie popielnym śladem aż do frontowych schodów, przekracza próg. Otaczają ją czarne rękawy. Rękawy płaszcza. To nie Ewan. Czyjeś usta przywierają do jej szyi. Czuje dawno zapomniany smak. Jest taka zmęczona, traci siłę, czuje, jak energia ją opuszcza, wycieka przez opuszki palców. Jak dostał się tu Gavin? Czemu jest ubrany jak pracownik zakładu pogrzebowego? Z westchnieniem rozpływa się w jego objęciach, bez słowa osuwa się na podłogę.


Budzi ją światło poranka wpadające przez okno z dodatkową lodową szybą. Ogień zgasł. Constance zesztywniała od spania na podłodze.

Co za noc. Kto by pomyślał, że w podeszłym wieku przyśni się jej tak intensywny sen erotyczny? W dodatku z Gavinem, co za idiotyzm. Przecież ona nawet go nie szanuje. Jakim cudem zdołał wydostać się z metafory, w której więziła go od tylu lat?

Otwiera frontowe drzwi, wygląda na dwór. Słońce świeci, na okapach rosną przejrzyste sople. Kiedy przyjdą roztopy, kocia karma na schodach zamieni się w wilgotną papkę. Ulica jest w opłakanym stanie: wszędzie gałęzie, pięciocentymetrowa warstwa lodu. Świat w galarecie.

Jednak w domu robi się coraz zimniej. Będzie musiała wyjść, zagłębić się w oślepiający przestwór i kupić drewno, o ile jakieś znajdzie. Albo znaleźć schronienie: kościół, kawiarnię, restaurację. Miejsce, gdzie wciąż jest prąd i ogrzewanie.

To oznaczałoby opuszczenie Ewana. Zostałby tu sam. Niedobrze.

Na śniadanie je jogurt waniliowy prosto z pojemnika. W tym czasie Ewan oznajmia swoją obecność.

– Weź się w garść – upomina ją surowo.

Constance nie rozumie, o co mu chodzi. Nie musi brać się w garść, nie jest rozbita, po prostu je jogurt.

– Co masz na myśli, Ewanie? – pyta.

– Czy nie było nam razem dobrze? – mówi Ewan niemal błagalnie. – Czemu to niszczysz? Kim był ten mężczyzna? – W jego głosie słychać wrogość.

– Jak to? – pyta Constance, ogarnięta niedobrymi przeczuciami. To chyba niemożliwe, żeby Ewan miał dostęp do jej snów.

Constance, mówi do siebie. Tracisz kontrolę. Czemu miałby mieć dostęp do twoich snów? On istnieje wyłącznie w twojej głowie.

– Dobrze wiesz, o czym mówię – odzywa się Ewan za jej plecami. – O tym mężczyźnie!

– Chyba nie masz prawa pytać – mówi Constance, odwracając się. Nikogo tam nie ma.

– Dlaczego nie? – pyta ciszej Ewan. – Weź się w garść! – Czyżby zanikał?

– Ewanie, czy miałeś romans? – pyta Constance. Skoro on naprawdę chce się w to zagłębiać, w zabawie mogą uczestniczyć dwie osoby.

– Nie zmieniaj tematu – mówi Ewan. – Nie było nam dobrze razem? – Jego głos pobrzękuje mechanicznie.

– To ty stale zmieniałeś temat – upiera się Constance. – Po prostu powiedz mi prawdę! Nie masz już nic do stracenia, przecież nie żyjesz.

Nie powinna była tego mówić. Wszystko popsuła, należało dodać mu otuchy. Nie powinna była wymawiać tego słowa, wymknęło się, ponieważ była zła.

– Nie mówiłam poważnie! – zapewnia. – Ewanie, tak mi przykro, tak naprawdę nie...

Za późno. Rozlega się ledwo słyszalna eksplozja, jak podmuch powietrza. Potem cisza. Ewan znikł.

Constance czeka: nic.

– Przestań się dąsać! – mówi. – Otrząśnij się! – Na moment ogarnia ją gniew.


Constance wyprawia się po jedzenie. Na chodniku ktoś zapobiegliwy rozsypał piasek. Sklep na rogu cudem jest otwarty: mają generator. Spotyka tam innych ludzi, którzy również nie mają prądu. Kobieta z pofarbowanymi włosami i tatuażem podgrzała w garnku zupę. Pieczone kurczaki sprzedaje w kawałkach, żeby dla wszystkich starczyło.

– Proszę, kochana – zwraca się do Constance. – Martwiłam się o ciebie!

– Dziękuję – mówi Constance.

Powoli się rozgrzewa, je kurczaka i zupę, słucha sąsiedzkich relacji o burzy lodowej. Ludzie mówią, jak bardzo dopisało im szczęście, pytają, czy mogą jakoś pomóc. Panuje miła, przyjazna atmosfera, lecz Constance nie może długo zabawić. Musi wracać do domu, bo Ewan na pewno czeka.

Po powrocie sprawdza kolejno zimne pokoje, nawołuje, jakby zwracała się do przestraszonego kota.

– Ewanie, wracaj! Kocham cię! – Jej własny głos rozbrzmiewa echem w głowie. W końcu idzie na strych i otwiera kufer z naftaliną. Leżą tam tylko spłaszczone, nieruchome ubrania. Gdziekolwiek przebywa Ewan, na pewno nie ma go w kufrze.

Zawsze bała się spytać go o romans. Nie była idiotką, wiedziała, co robił, nie wiedziała tylko z kim – czuła zapach. Bała się jednak, że Ewan zostawi ją tak jak Gavin. Tego by nie zniosła.

I oto odszedł. Zamilkł. Zniknął.

Chociaż zniknął z domu, przecież nie mógł całkowicie wyparować ze wszechświata. Tego Constance nie akceptuje. Gdzieś musi być.

Powinna się skoncentrować.

Idzie do pracowni, siada na krześle Ewana, wpatruje się w pusty ekran komputera. Ewan na pewno próbował ocalić Alphinlandię, nie chciał, żeby usmażyła się w wyładowaniu elektrycznym. To dlatego kazał jej wyłączyć komputer. Ale czemu miałby to robić? Alphinlandia nie jest jego terenem: Ewan skrycie nienawidził sławy, jaką cieszyła się ta kraina, czuł się upokorzony jej intelektualną miałkością. Został wykluczony z Alphinlandii, z prywatnego świata Constance, niewidzialne kraty nie pozwalają mu dostać się do środka.

Ale czy na pewno? Może jednak potrafi tam wejść. Może reguły Alphinlandii przestały obowiązywać, ponieważ zaczarowany popiół spełnił swoją rolę i starodawne zaklęcia zostały złamane. Właśnie dlatego Gavin mógł zeszłej nocy otworzyć beczkę i wejść do domu Constance. Skoro Gavin mógł się wydostać z Alphinlandii, równie dobrze Ewan może tam wejść. Albo przyciągnęła go zwykła pokusa sięgnięcia po zakazany owoc.

Właśnie tam musiał się udać. Minął bramę w kamiennym murze z wieżyczkami, wszedł do środka. Idzie w półmroku krętą drogą, przechodzi przez most oświetlony blaskiem księżyca, wkracza do cichego, groźnego lasu. Wkrótce dotrze do cienistych rozstajów i gdzie skręci? Nie będzie miał pojęcia. Zabłądzi.

Już zabłądził. W Alphinlandii jest obcy, nie zna czyhających niebezpieczeństw. Nie ma do dyspozycji runów ani broni. Nie ma sojuszników.

A raczej jego jedynym sojusznikiem jest Constance.

– Poczekaj, Ewanie – mówi. – Poczekaj tam, gdzie jesteś. – Będzie musiała wejść i go odszukać.