Kamienne posłanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienne posłanie
Kamienne posłanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kamienne posłanie
Audio
Kamienne posłanie
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Alphinlandia

.

Zamarzający deszcz sączy się w dół, garście migotliwego ryżu rzucanego przez niewidocznego gościa weselnego. Wszędzie, gdzie spada, krystalizuje się w granulowaną warstwę lodu. W świetle latarni ulicznych wygląda pięknie, niczym srebrny pył wróżek, myśli Constance. To dla niej typowe: chętnie daje się oczarować. Piękno jest złudzeniem, ale także przestrogą: ma mroczną stronę, jak jadowite motyle. Powinna raczej rozmyślać o zagrożeniach, ryzyku, smutku, jakie burza lodowa przyniesie wielu ludziom; w zasadzie już przynosi, jeśli wierzyć wiadomościom telewizyjnym.

Telewizor z płaskim ekranem HD kupił Ewan, żeby oglądać mecze hokejowe i piłkarskie. Constance wolała stary, z dziwnie pomarańczowymi ludźmi i nieostrym obrazem, który lubił falować i zanikać; pewne rzeczy nie wypadają dobrze w high definition. Nie podobają się jej pory skóry, zmarszczki, włoski w nosie, nienaturalnie wybielone zęby podtykane tuż pod nos, przez co nie można ich zignorować jak w prawdziwym życiu. To tak, jakby zmuszano człowieka do pełnienia funkcji czyjegoś lustra powiększającego w czyjejś łazience; przeglądanie się w tych lustrach rzadko bywa przyjemne.

Na szczęście prezenterzy prognozy pogody stoją daleko cofnięci. Zajęci swoimi mapami wykonują zamaszyste gesty rękoma jak kelnerzy w filmach z lat trzydziestych czy iluzjoniści, którzy lada chwila ukażą widzom unoszącą się w powietrzu kobietę. Patrzcie! Ogromne połacie bieli rozkwitają na całym kontynencie! Tylko spójrzcie, jak daleko sięgają!

Program przenosi się w plener. Dwoje młodych komentatorów – chłopak i dziewczyna, oboje w stylowych czarnych parkach z aureolami jasnego futra wokół twarzy – kulą się pod ociekającymi deszczem parasolami, gdy samochody suną za nimi powoli, wycieraczki pracują mozolnie. Komentatorzy nie kryją podniecenia, mówią, że nigdy nie widzieli czegoś podobnego. Oczywiście, że nie, są za młodzi. Później na ekranie pojawiają się ujęcia katastrof: karambol, padające drzewo miażdży fragment domu, splątane przewody elektryczne runęły pod ciężarem lodu i żałośnie iskrzą, pokryte warstwą lodu samoloty stoją porzucone na lotnisku, wielka ciężarówka złożyła się wpół, przewróciła na bok i dymi. Na miejscu wypadku są karetka pogotowia, wóz straży pożarnej, pracownicy w strojach przeciwdeszczowych: ktoś został ranny, na ten widok serce zawsze bije szybciej. Na ekranie pojawia się policjant z wąsami pobielonymi przez kryształki lodu, surowo upomina ludzi, by nie wychodzili z domów.

– To nie żarty – mówi telewidzom. – Nie sądźcie, że dacie radę żywiołom!

Zmarszczone, oszronione brwi policjanta mają szlachetny wygląd, jak na plakatach wojennych z lat czterdziestych. Constance pamięta te plakaty albo tak jej się wydaje. Możliwe, że przypomina sobie tylko książki historyczne, wystawy muzealne czy filmy dokumentalne: tak trudno jest precyzyjnie umiejscowić wspomnienia.

Na koniec drobny akcent patetyczny: widać zabłąkanego, na wpół zamarzniętego psa otulonego w różowy dziecięcy kocyk. Skostniałe z mrozu niemowlę bardziej by się nadawało, ale z braku laku pies wystarczy. Dwoje młodych komentatorów układa twarze w wyraz „och, jaki słodki!”, dziewczyna poklepuje psa, który słabo merda przemoczonym ogonem.

– Szczęściarz z niego – mówi chłopak.

Program sugeruje, że jeśli nie zachowa się ostrożności, można podzielić los psa, tyle że nie zostanie się uratowanym. Chłopak zwraca się do kamery i przybiera poważny wyraz twarzy, choć widać, że w życiu lepiej się nie bawił. To jeszcze nie koniec, zapowiada, ponieważ burza wciąż nie uderzyła z pełną siłą! Jak to zwykle bywa, w Chicago jest znacznie gorzej. Zostańcie z nami!

Constance wyłącza telewizor. Przechodzi przez pokój, przyciemnia lampę, potem siada przy oknie, patrzy w rozświetlaną przez latarnie uliczne ciemność, obserwując, jak świat przeistacza się w diamenty: gałęzie, dachy, rurociągi – wszystko lśni i migocze.

– Alphinlandia – mówi na głos.

– Będziesz potrzebowała soli – mówi jej Ewan na ucho.

Za pierwszym razem, kiedy się do niej odezwał, zaskoczył ją, wręcz zaniepokoił – przecież od co najmniej czterech dni nie żył, i to jak najbardziej namacalnie – teraz jednak Constance już się tym tak nie przejmuje, choć Ewan bywa nieprzewidywalny. Cudownie jest słyszeć jego głos, choć nie może liczyć na rozmowę. Jego wtręty najczęściej są jednostronne: jeśli Constance odpowiada, on nie zawsze się odzywa. Ale przecież tak mniej więcej było między nimi.

Nie wiedziała, co począć z jego ubraniami. Początkowo zostawiła je w szafie, ale wytrącało ją z równowagi, kiedy otwierała drzwiczki i widziała kurtki i garnitury czekające, aż ciało Ewana wślizgnie się w nie i wyprowadzi je na spacer. Tweedowe spodnie, wełniane swetry, kraciaste koszule robocze... Nie mogła oddać ich biednym, co przecież byłoby rozsądne. Nie mogła ich wyrzucić: to byłoby nie tylko marnotrawstwo, ale i działanie zbyt raptowne, jak zerwanie opatrunku. W końcu spakowała ubrania i schowała w kufrze na drugim piętrze, przekładając je naftaliną.

W ciągu dnia jest nieźle. Ewan chyba nie ma nic przeciwko temu, a jego głos, kiedy się pojawia, brzmi mocno i pogodnie. Energiczny głos, który mówi, co ma robić. Głos podobny do palca wskazującego: „Idź tam, kup to, zrób tamto!”. Głos nieco drwiący, droczący się, obracający wszystko w żart: właśnie tak się do niej zwracał, zanim zachorował.

W nocy jest jednak inaczej. Ostatnio dręczą ją koszmary: z kufra dobywają się łkanie, żałosne skargi, prośby o uwolnienie. Na progu domu pojawiają się ludzie obiecujący, że są Ewanem, ale to nieprawda. Groźni ludzie w czarnych trenczach. Czegoś żądają, ale Constance nie rozumie czego, nalegają, by zobaczyć się z Ewanem, wpychają się obok niej do domu wyraźnie żądni mordu.

– Ewana nie ma – mówi błagalnie, choć z kufra na drugim piętrze dobiegają przytłumione wołania o pomoc. Kiedy ludzie w czarnych płaszczach ciężko wstępują na schody, Constance się budzi.

Rozważała środki nasenne, ale wie, że prowadzą do uzależnienia i bezsenności. Może powinna sprzedać dom i przeprowadzić się do kondominium. Ten pomysł forsowali podczas pogrzebu obaj chłopcy, którzy nie są już chłopcami i mieszkają na tyle daleko, w Nowej Zelandii i we Francji, że nie muszą odwiedzać jej za często. Synów poparły w całej rozciągłości energiczne, lecz taktowne żony, które odniosły sukces zawodowy – chirurg plastyczna i księgowa – tak więc były cztery głosy przeciwko jednemu. Mimo to Constance twardo obstawała przy swoim. Nie może porzucić domu, ponieważ jest w nim Ewan, chociaż miała dość rozumu, by im o tym nie mówić. Synowie i tak zawsze uważali, że psychika Constance balansuje na krawędzi z powodu Alphinlandii, chociaż kiedy podobne przedsięwzięcie staje się dochodowe, przestaje wydawać się szalone.

Kondominium jest eufemizmem na dom starców. Constance nie ma tego synom za złe: chcą tego, co najlepsze dla matki, a nie tylko tego, co dla nich najprostsze. W pełni zrozumiałe, że poczuli się zaniepokojeni chaosem, jaki zobaczyli zarówno w samej Constance – choć potraktowali ją ulgowo, bo przecież przeżywała żałobę – jak i, dla przykładu, w lodówce. Znaleźli tam produkty, których obecności nie dało się wyjaśnić w ramach zdrowego rozsądku. „Cóż za bagno”, wprost słyszała ich myśli. „Wszystko skąpane w jadzie kiełbasianym, to cud, że się nie pochorowała”. Oczywiście nic takiego jej nie groziło, ponieważ w tych ostatnich dniach prawie nie jadła. Tylko krakersy, ser, masło orzechowe prosto ze słoika.

Synowe podeszły do całej sprawy z najwyższym współczuciem.

– Chcesz to zachować? A co z tym?

– Nie, nie chcę tego! – zawodziła Constance. – Wszystko wyrzućcie!

Trójkę wnucząt, dwie dziewczynki i chłopca, wysłano na poszukiwanie niedopitych kubków herbaty i kakao – jakby to były jajka wielkanocne – pozostawionych przez Constance w całym domu, pokrytych teraz szarym lub jasnozielonym nalotem pleśni w rozmaitych stadiach rozwoju.

– Spójrz, maman! Znalazłam jeszcze jeden!

– Fuj, ale ohyda!

– Gdzie jest dziadek?

W domu starców miałaby przynajmniej towarzystwo. Poza tym spadłby z jej barków ciężar odpowiedzialności, ponieważ dom taki jak jej wymaga utrzymania, troski, a czemu miałaby się nadal tym zajmować? Taki właśnie pomysł przedstawiły jej synowe. Constance mogłaby zacząć grać w brydża, Scrabble czy tryktraka, który ponoć znów stał się popularny. Nic stresującego, obciążającego umysł. Jakaś gra towarzyska.

– Jeszcze nie – odzywa się głos Ewana. – Jeszcze nie musisz tego robić.

Constance wie, że ten głos nie jest prawdziwy. Wie, że Ewan umarł. Oczywiście, że o tym wie! Inni ludzie – inni ludzie niedawno okryci żałobą – przeżyli to samo lub coś podobnego. To zjawisko nosi nazwę omamów słuchowych. Czytała o tym. To normalne. Nie postradała zmysłów.

– Nie postradałaś zmysłów – pociesza ją Ewan. Potrafi być taki czuły, kiedy sądzi, że Constance cierpi.


Ewan ma rację co do soli. Już na początku tygodnia powinna była zaopatrzyć się w jakąś substancję topiącą lód, ale zapomniała – jeśli teraz jej nie zdobędzie, zostanie uwięziona we własnym domu, bo do jutra ulica zmieni się w lodowisko. A jeśli warstwa lodu nie roztopi się przez wiele dni? Constance zostałaby jedną z ofiar podawanych w statystykach – stara samotna kobieta, wychłodzenie, głód – ponieważ, jak już zauważył Ewan, nie może żyć samym powietrzem.

 

Będzie musiała wyprawić się z domu. Nawet jedna torba mieszanki solnej wystarczy, żeby posypać schody i uchronić przed śmiertelnym wypadkiem gości, nie mówiąc o niej samej. Constance wiąże nadzieję ze sklepem na rogu, oddalonym tylko o dwie przecznice. Sól z pewnością będzie sporo ważyć, musi więc wziąć czerwoną wodoszczelną torbę na kółkach. Jedynie Ewan prowadził samochód, prawo jazdy Constance straciło ważność kilkadziesiąt lat temu, kiedy Alphinlandia tak ją pochłonęła, że uznała, iż jest zbyt roztargniona, żeby prowadzić. Alphinlandia jest niezwykle absorbująca. Wyklucza poboczne szczegóły, takie jak znaki drogowe.

Już teraz musi tam być niezła ślizgawka. Jeśli faktycznie wyruszy, może skręcić kark. Stoi w kuchni niezdecydowana.

– Co robić, Ewanie? – pyta.

– Weź się w garść – odpowiada stanowczo.

Mało to pomocne, ale tak właśnie odpowiadał na pytania, kiedy nie chciał, żeby go przycisnęła do muru. „Gdzieś ty się podziewał. Zamartwiałam się, miałeś wypadek? Weź się w garść. Czy ty mnie naprawdę kochasz? Weź się w garść. Masz romans?”.


Poszperawszy w kuchni, znajduje dużą torebkę strunową, wyrzuca z niej trzy oklapłe marchewki, które wypuściły pędy, a potem małą mosiężną szufelką kominkową nasypuje popiołu z kominka. Odkąd Ewan przestał być obecny w widocznej postaci, nie rozpalała kominka, nie wydawało jej się to właściwe. Rozpalanie ognia jest aktem odnowy, rozpoczęcia, a ona nie chce rozpoczynać, lecz kontynuować. Nie, chce wrócić.

Wciąż jest tam sterta drewna i rozpałki, na kracie kominkowej nadal leżą na wpół spalone polana po ich ostatnim wspólnym ogniu. Ewan, łysy po chemioterapii i naświetlaniach, spoczywał na sofie, obok stał ohydny napój odżywczy o smaku czekoladowym. Constance otuliła go kraciastym kocem z samochodu i usiadła, ujmując go za rękę, ze łzami płynącymi po twarzy, odwróconej tak, by Ewan nie widział. Nie chciała martwić go własnym smutkiem.

– Miło – zdołał powiedzieć.

Trudno mu było mówić, głos miał równie słaby jak ciało. Teraz jednak mówi innym głosem. Znów normalnie, jak dwadzieścia lat temu, donośnie i dźwięcznie, zwłaszcza gdy się śmieje.

Constance wkłada płaszcz i buty, znajduje rękawiczki z jednym palcem i którąś z wełnianych czapek. Pieniądze, będzie ich potrzebować. I klucze od domu – głupio byłoby zamarznąć na własnym progu. Kiedy staje przed drzwiami z torbą na kółkach, Ewan mówi:

– Weź latarkę.

Wraca więc w butach do sypialni. Latarka leży na stoliku przy łóżku, pakuje ją do torebki. Ewan tak świetnie planuje. Constance nigdy nie pomyślałaby o latarce.


Schody werandowe pokrywa już lity lód. Posypuje je popiołem z plastikowego woreczka, chowa go do kieszeni i schodzi na dół bokiem, krok po kroku, przytrzymując się poręczy, a w drugiej ręce wlokąc za sobą torbę na kółkach, łup, łup, łup. Na chodniku otwiera parasol, ale nic z tego – nie zdoła zapanować jednocześnie nad dwiema rzeczami – więc znów go składa. Posłuży się parasolem jak laską. Ostrożnie wychodzi na jezdnię – nie tak oblodzoną jak chodnik – i chwiejnie rusza środkiem, podpierając się parasolem. Nie ma samochodów, więc przynajmniej nie zostanie przejechana.

Wyjątkowo oblodzone fragmenty jezdni posypuje popiołem, zostawiając za sobą niewyraźny czarny ślad. Może zdoła po nim wrócić, jak przyjdzie co do czego. Coś podobnego mogłoby się pojawić w Alphinlandii – tajemniczy, kuszący ślad czarnego popiołu niczym połyskujące białe kamienie w lesie czy okruchy chleba – tyle że tam z popiołem wiązałoby się coś jeszcze. Trzeba by znać wiersz czy frazę, bo tylko jej wymówienie utrzymałoby w ryzach złowrogą moc popiołu. Ale żadnego: z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, nic związanego z ostatnią posługą. Raczej zaklęcie runiczne.

– Popioły, sokoły, cokoły, doły, stoły, woły – mówi, sunąc po lodzie.

Z popiołami rymuje się całkiem sporo słów. Będzie musiała włączyć popioły do opowieści lub do jednej z opowieści, bo pod tym względem Alphinlandia jest historią wielowątkową. Za tymi zaczarowanymi popiołami najpewniej stoi Milzreth Czerwona Ręka, jest to bowiem zdradliwy, przebiegły osiłek, lubiący się pastwić nad słabszymi. Chętnie zwodzi podróżnych halucynacjami, sprowadza ich z właściwej ścieżki, zamyka w żelaznych klatkach lub przykuwa do ściany złotymi łańcuchami, by następnie nękać przy pomocy włochatych skrzatów, cyjaneczek, ogniopstryków czy czego tam jeszcze. Milzreth lubi patrzyć, jak ich ubrania – jedwabne szaty, haftowane ornaty, podszyte futrem opończe, lśniące welony – drą się na strzępy, a więźniowie ponętnie wiją się i błagają o litość. Po powrocie do domu będzie mogła to szczegółowo rozwinąć.

Milzreth ma twarz jej dawnego szefa z czasów, gdy pracowała jako kelnerka. Lubił klepać po tyłkach. Constance zastanawia się, czy czytał książki z jej serii.

W końcu dociera do pierwszej przecznicy. Może jednak wyprawa nie była najlepszym pomysłem: twarz ma zlaną potem, dłonie skostniałe z zimna, roztopiony śnieg spływa jej po szyi. Ale wyruszyła, musi więc doprowadzić rzecz do końca. Wdycha zimne powietrze, kuleczki lodu uderzają ją w twarz. Zgodnie z telewizyjnymi zapowiedziami wiatr się wzmaga. Mimo wszystko burza ma w sobie coś orzeźwiającego, dodaje energii, zrywa pajęczyny, każe wdychać powietrze.

Sklep na rogu jest otwarty na okrągło, co ona i Ewan doceniali, odkąd zamieszkali w okolicy dwadzieścia lat temu. Na zewnątrz jednak w zwykłym miejscu nie widać worków z mieszanką solną. Constance wchodzi do środka, wlokąc za sobą torbę.

– Zostało trochę soli? – zwraca się do sprzedawczyni.

To nowa kobieta, Constance widzi ją po raz pierwszy, pracownicy zmieniają się tu często. Ewan mawiał, że sklep musi być pralnią pieniędzy, zważywszy na mały ruch i stan sałaty.

– Nie, kochana – odpowiada sprzedawczyni. – Wcześniej wszystko wykupili. Przypuszczam, że chcieli być zapobiegliwi.

Jej słowa sugerują, że Constance nie wykazała się zapobiegliwością, co jest prawdą. Ta ułomność towarzyszy jej przez całe życie: nigdy nie była przygotowana. Ale jak można czuć zachwyt, jeśli człowiek jest przygotowany na wszystko? Przygotowany na zachód słońca. Przygotowany na wschód księżyca. Przygotowany na burzę lodową. Jakież miałkie byłoby wtedy życie.

– Och – mówi Constance. – Nie ma soli. A to pech.

– Nie powinnaś wychodzić z domu, kochana – mówi sprzedawczyni. – Ta pogoda jest zdradliwa.

Chociaż ufarbowała włosy na czerwono i podgoliła na karku, wygląda najwyżej o dziesięć lat młodziej od Constance, a przy tym znacznie grubsza. Ja przynajmniej nie sapię, myśli Constance. Mimo to jest jej miło, że ktoś mówi do niej „kochana”. Kiedy była młodsza, często się tak do niej zwracano, ale potem przez wiele lat wcale. Obecnie często słyszy to słowo.

– Nic mi nie będzie – zapewnia. – Mieszkam tylko parę przecznic stąd.

– Parę przecznic to długa droga w taką pogodę – mówi sprzedawczyni, która pomimo wieku ma na szyi tatuaż. To chyba smok lub coś podobnego. Kolce, rogi, wyłupiaste oczy. – Możesz sobie odmrozić tyłek.

Constance przyznaje jej rację, potem pyta, czy może zostawić przy ladzie torbę i parasol. Następnie pcha wózek sklepowy między półkami. Jest pusto, chociaż w jednej z alejek napotyka chudego młodzieńca, który wystawia puszki soku pomidorowego. Constance bierze kurczaka, jednego z tych, które nieustannie obracają się na rożnie niczym na obrazie przedstawiającym piekło, oraz paczkę mrożonego groszku.

– Żwirek dla kotów – odzywa się głos Ewana.

Czy to komentarz odnośnie do jej zakupów? Nie aprobował tych kurczaków, twierdził, że są pewnie nafaszerowane chemią, ale chętnie je jadł w czasach, gdy jeszcze w ogóle jadł.

– Co masz na myśli? – pyta Constance. – Już nie mamy kota.

Odkryła, że do Ewana musi się zwracać na głos, bo zazwyczaj nie potrafi czytać w jej myślach. Czasem jednak umie to robić. Jego umiejętności mają charakter przerywany.

Ewan nie wyjaśnia – strasznie lubi się z nią droczyć i często każe jej znajdować samej odpowiedź – ale nagle Constance pojmuje: skoro brakuje soli, ma posypać frontowe schody żwirkiem. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale przynajmniej uzyska w ten sposób trochę tarcia. Ładuje do wózka torbę żwirku, dokłada dwie świece oraz pudełko zapałek. Proszę bardzo. Jest przygotowana.

Przy ladzie wymienia ze sprzedawczynią uprzejme uwagi na temat kurczaka z rożna – kobieta sama go lubi, bo komu by się chciało gotować dla jednej czy nawet dwóch osób – potem pakuje zakupy do torby na kółkach, opierając się pokusie zapytania o smoczy tatuaż. Temat ten mógłby szybko doprowadzić do komplikacji, o czym Constance zdążyła się przekonać w ciągu tylu lat. W Alphinlandii żyją smoki posiadające licznych wielbicieli, którzy chętnie podzieliliby się z nią swymi wnikliwymi przemyśleniami. Wprost palą się, by oznajmić, że powinna była inaczej opisać smoki. Na jej miejscu oni zrobiliby to w inny sposób. Pragną rozmawiać o smoczych podgatunkach. Wytykać błędy, jakie popełniła w temacie opieki oraz karmienia smoków, i tym podobne. Zdumiewające, jak bardzo ludzie mogą się podniecać czymś, co nie istnieje.

Czy sprzedawczyni podsłuchała jej rozmowę z Ewanem? Prawdopodobnie tak i najpewniej nic jej to nie obchodziło. W każdym sklepie całodobowym bywają klienci rozmawiający z niewidzialnymi towarzyszami. W Alphinlandii takie zachowanie odczytano by inaczej, ponieważ części tamtejszych mieszkańców ma chowańce.

– Gdzie dokładnie mieszkasz, kochana? – woła sprzedawczyni, gdy Constance przekracza próg sklepu. – Mogłabym wysłać esemes do przyjaciela z prośbą, żeby odprowadził cię do domu.

O jakim przyjacielu mowa? Może jest dziewczyną motocyklisty, myśli Constance. Może jest młodsza, niż Constance przypuszczała; może po prostu jest mocno zniszczona.

Udaje, że nie słyszy. To może być podstęp i zanim się obejrzy, członek gangu z taśmą klejącą w pogotowiu zechce wtargnąć do jej domu. Tacy ludzie mówią, że nawalił im samochód, proszą o możliwość skorzystania z telefonu i po chwili człowiek siedzi przymocowany taśmą do barierki, a tamci wbijają mu pod paznokcie szpilki, żeby zdradził hasło. Constance doskonale wie o tych sprawach: nie na darmo ogląda wiadomości.

Ślad z popiołu jest bezużyteczny – pokryła go tak gruba warstwa lodu, że Constance go nie dostrzega – i wiatr się wzmógł. Czy powinna już tutaj otworzyć torbę ze żwirkiem? Nie, do tego potrzebuje nożyczek lub noża, choć zazwyczaj torebki są zaopatrzone w sznureczek, za który wystarczy pociągnąć. Świeci latarką i zagląda do torby na kółkach, ale bateria musiała się wyczerpać, bo nic nie dostrzega w półmroku. Wlokąc tak ciężką torbę, może zmarznąć na kość, lepiej pędzić z powrotem. Chociaż „pędzić” nie jest chyba najtrafniejszym określeniem.


Lód wydaje się dwa razy grubszy niż wtedy, gdy wyruszała. Krzaki na trawniku przed domem wyglądają jak fontanny, połyskliwe listowie z gracją spływa kaskadą do ziemi. Tu i tam złamana gałąź częściowo blokuje ścieżkę. Dotarłszy do domu, Constance zostawia torbę i wspina się po śliskich schodach, trzymając się poręczy. Światło na werandzie na szczęście się pali, chociaż nie przypomina sobie, by je włączała. Mocuje się z kluczem w zamku, otwiera drzwi, wreszcie wchodzi do kuchni, ociekając wodą. Z nożyczkami w dłoni wraca tą samą drogą, schodzi po schodach do wózka, otwiera torebkę ze żwirkiem i hojnie sypie.

Gotowe. Torba na kółkach po schodach łup, łup, łup, potem do domu. Zamknięcie drzwi. Zdjęcie przemoczonego płaszcza, ociekająca wodą czapka i rękawiczki parują na kaloryferze, buty zostają w przedpokoju.

– Misja zakończona powodzeniem – mówi na wypadek, gdyby Ewan słuchał.

Constance chce mu dać znać, że wróciła bezpiecznie, w przeciwnym razie mógłby się niepokoić. W czasach przed pojawieniem się wszystkich gadżetów elektronicznych zawsze zostawiali sobie liściki lub wiadomości na automatycznej sekretarce. W chwilach wyjątkowo nieznośnego osamotnienia rozważała zostawianie nagranych wiadomości dla Ewana. Może zdołałby je odsłuchać za pomocą cząstek elektrycznych, pól magnetycznych czy czego tam używa, by przesyłać do niej własny głos.

 

Nie jest to jednak chwila osamotnienia. Constance czuje się dobrze: jest z siebie zadowolona po wykonaniu misji solnej. Poza tym doskwiera jej głód. Nie była tak głodna, odkąd przestał się pojawiać przy posiłkach, jedzenie w samotności jest przygnębiające. Teraz jednak szarpie palcami kawałki pieczonego kurczaka i pożera. Właśnie tak postępują ludzie w Alphinlandii, kiedy zostają uratowani – z lochów, fos, żelaznych klatek, dryfujących łodzi – jedzą wówczas rękami. Tylko ci z najwyższych warstw posiadają coś, co można nazwać sztućcami, choć praktycznie każdy ma nóż, chyba że jest mówiącym zwierzęciem. Constance oblizuje palce i wyciera je w ścierkę. Powinny tu leżeć papierowe ręczniki, ale ich nie ma.

Ponieważ zostało trochę mleka, pije prosto z kartonu, prawie nie rozlewając. Później zrobi coś gorącego. Teraz spieszno jej do Alphinlandii z powodu śladu popiołu. Chce go rozszyfrować, rozwikłać, chce nim pójść. Pragnie sprawdzić, dokąd ją zaprowadzi.


Obecnie Alphinlandia mieszka w jej komputerze. Przez lata rozwijała się na strychu, który przerobiła na pracownię, kiedy przyniosła dość pieniędzy, by opłacić remont. Jednak nawet po położeniu nowej podłogi i wybiciu okna, pomimo klimatyzacji i wiatraka na suficie strych pozostał ciasny i duszny, jak to zwykle bywa ze szczytowymi pomieszczeniami w starych wiktoriańskich domach z cegły. Po pewnym czasie – kiedy chłopcy chodzili do liceum – Alphinlandia przeniosła się na stół w kuchni, gdzie kilka lat rozwija się na maszynie elektrycznej, uchodzącej wówczas za szczyt nowoczesności, obecnie nieużywanej. Kolejną lokalizacją stał się komputer, choć nie obyło się bez wypadków – rzeczy potrafiły znikać, co doprowadzało ją do szału – z czasem jednak komputery ulepszono i zdołała się do swojego przyzwyczaić. Kiedy Ewan przestał się pojawiać w widzialnej postaci, przeniosła komputer do jego pracowni.

Constance nawet do siebie nie mówi: „po jego śmierci”. Nigdy nie wymawia słowa na „ś” w odniesieniu do Ewana. Mógłby podsłuchać, poczuć się urażony, zdezorientowany, może nawet zły. Według jednego z jej nie w pełni rozwiniętych przekonań Ewan nie zdaje sobie sprawy, że umarł.

Otulona w czarny pluszowy szlafrok Ewana siedzi przy jego biurku. Czarne pluszowe szlafroki dla mężczyzn były ostatnim krzykiem mody kiedy właściwie? W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku? Ten kupiła mu sama na Gwiazdkę. Ewan stale opierał się jej próbom uczynienia go modnym, próbom ograniczonym zresztą do szlafroka, ponieważ już dawno przestało ją interesować, jak Ewan prezentuje się innym ludziom.

Constance ma na sobie szlafrok nie z powodu zimna, ale dla dodania sobie otuchy: dzięki temu czuje, że Ewan nadal jest w domu, tuż obok. Odkąd umarł, nie prała szlafroka, nie chce, by zapach detergentów wyparł woń Ewana.

Och, Ewanie, myśli. Tak świetnie się bawiliśmy! Wszystko odeszło. Czemu tak szybko? Ociera oczy czarnym pluszowym rękawem.

– Weź się w garść – mówi Ewan. Nigdy nie lubi, kiedy Constance się rozkleja.

– Jasne – odpowiada Constance. Prostuje się, poprawia poduszkę na ergonomicznym fotelu biurowym Ewana, włącza komputer.


Przed jej oczami pojawia się wygaszacz ekranu: to brama, narysowana dla niej przez Ewana, który pracował jako architekt, zanim przyjął bardziej godną zaufania posadę wykładowcy uniwersyteckiego. Przedmiot, którego uczył, nie nazywał się jednak „architektura”, ale „teoria konstruowanej przestrzeni”, „tworzenie krajobrazu ludzkiego”, „zwarty kształt”. Ewan wciąż bardzo dobrze rysował i znalazł ujście dla tej pasji, rysując zabawne obrazki dla dzieci, potem dla wnuków. Wygaszacz ekranu narysował dla niej w prezencie, a także po to, by pokazać, że tę jej rzecz – która, spójrzmy prawdzie w oczy, była dość żenująca w kręgach intelektualnych, w jakich się obracał – traktował poważnie. Albo że traktował poważnie samą Constance – niekiedy miała podstawy, by wątpić w jedno i drugie. Ewan pragnął też dać do zrozumienia, że wybacza jej Alphinlandię i to, że z jej powodu zaniedbała jego, Ewana. Wybaczał żonie, że patrzyła na niego niewidzącym wzrokiem.

Constance podejrzewała też, że Ewan podarował jej wygaszacz ekranu w geście skruchy, pragnąc jej wynagrodzić coś, co zrobił, lecz nie chciał się przyznać. Okres nieobecności emocjonalnej, kiedy absorbowała go – jeśli nie fizycznie, to uczuciowo – inna kobieta. Inna twarz, inne ciało, inny głos, inny zapach. Szlafrok nienależący do Constance, z obcymi paskami, guzikami, suwakami. Kim była? Constance miała podejrzenia, które okazywały się błędne. Niewyraźna obecność śmiała się z niej cicho w bezsennej ciemności o trzeciej nad ranem, po czym znikała. Constance nie potrafiła niczego umiejscowić.

W tym okresie czuła się jak zawadzający kawał drewna. Czuła, że jest nudna i żywa jedynie w połowie. Czuła się odrętwiała.

Nigdy nie przyciskała go w sprawie tego czasu, nigdy nie doprowadziła do konfrontacji. Podobnie jak w przypadku słowa na „ś” był tam, górował nad nimi niczym wielka reklama, ale wspomnienie o tym byłoby jak przerwanie zaklęcia. Byłoby ostateczne. „Ewanie, czy ty się z kimś spotykasz? Weź się w garść. Oprzytomnij. Czemu miałbym to robić?”. Zbyłby ją, zbagatelizowałby pytanie.

Constance potrafiłaby wymienić sporo powodów, dla których mógłby to robić. Mimo to uśmiechnęła się, objęła Ewana, zapytała, co chciałby na kolację, i nie wspomniała o tej sprawie.


Kamienna brama na wygaszaczu ekranu jest wygięta w kształcie łuku rzymskiego. Znajduje się w połowie długiego, wysokiego muru zwieńczonego wieżyczkami, na których powiewają czerwone trójkątne proporce. Ciężka krata bramy jest podniesiona. W oddali widnieje zalany słońcem krajobraz upstrzony kolejnymi wieżyczkami.

Ewan porządnie przyłożył się do tej bramy. Pokrył ją krzyżującymi się kreskami, pokolorował akwarelami, na odległym polu namalował nawet pasące się konie, choć miał dość rozumu, by nie wygłupiać się ze smokami. Rysunek jest bardzo ładny, w stylu Williama Morrisa czy może raczej Edwarda Burne-Jonesa, ale nie trafia w sedno. Zarówno brama, jak i mur są zbyt czyste, zbyt nowe, za dobrze utrzymane. Owszem, w Alphinlandii można spotkać luksusowe zakątki, jedwab i taftę, hafty, ozdobne kinkiety na ścianach, ale w przeważającej mierze kraina jest starożytna, zaniedbana i przybrudzona. Całe połacie leżą porzucone, stąd tak wiele ruin.

Nad bramą widnieje napis żłobiony w kamieniu pseudogotyckimi literami prerafaelitów: ALPHINLANDIA.

Constance bierze głęboki wdech. Potem wchodzi.

Po drugiej stronie bramy nie leży kraina zalana słońcem. Biegnie tam za to wąska droga, właściwie ścieżka. Kręto schodzi do mostu oświetlonego – ponieważ jest noc – żółtawymi lampami w kształcie jajek czy kropli wody. Za mostem rozciąga się ciemny las.

Po przejściu mostu zacznie się skradać przez las, rozglądając się za pułapkami, a gdy wyjdzie po drugiej stronie, stanie na rozstaju dróg. Tam będzie musiała podjąć decyzję, którą wybrać. Wszystkie biegną przez Alphinlandię, lecz każda prowadzi do innej jej wersji. Constance stworzyła tę krainę, panuje nad nią jak władczyni marionetek, jest jej Losem, ale nigdy dokładnie nie wie, dokąd trafi.


Pracę nad Alphinlandią rozpoczęła dawno temu, na wiele lat przed poznaniem Ewana. Mieszkała wtedy z innym mężczyzną w dwupokojowym mieszkaniu, w którym na podłodze leżał nierówny materac, w korytarzu znajdowała się wspólna toaleta; mieli czajnik elektryczny (jej) oraz kuchenkę elektryczną (jego), której zasadniczo nie mieli prawa trzymać. Z uwagi na brak lodówki jedzenie chowali do pojemnika i wystawiali na parapet, gdzie zamarzało zimą i psuło się latem, chociaż wiosną i jesienią było nieźle, pomijając wiewiórki.

Mężczyzna, z którym mieszkała, był jednym z poetów, z którymi przestawała, żywiąc słodką, młodzieńczą nadzieję, że sama też jest poetką. Na imię miał Gavin, co w tamtych czasach stanowiło rzadkość, obecnie jednak już nią nie jest: Gavinowie się rozmnożyli. Młoda Constance uważała się za szczęściarę, kiedy zainteresował się nią o cztery lata starszy Gavin, znający innych poetów, szczupły, ironiczny, niezważający na normy społeczne, posępnie satyryczny, bo tacy właśnie byli ówcześni poeci. Może nadal tacy są, lecz Constance jest za stara, by to wiedzieć.