O pisaniu

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Dwu­li­co­wość

Dłoń je­kyl­lo­wa, dłoń hy­de’owa oraz nie­uchwyt­ny so­bo­wtór

Dla­cze­go za­wsze wy­stę­pu­ją we­spół

Kie­dy zaś ty da­jesz jał­muż­nę, niech nie wie le­wa two­ja rę­ka, co czy­ni pra­wa, aby two­ja jał­muż­na po­zo­sta­ła w ukry­ciu. A Oj­ciec twój, któ­ry wi­dzi w ukry­ciu, od­da to­bie.

Mt 6:3–4

Bards of Pas­sion and of Mirth,

Ye ha­ve left your so­uls on earth!

Ha­ve ye so­uls in he­aven too,

Do­uble-li­ved in re­gions new?

Bar­do­wie na­mięt­no­ści i śmie­chu,

Zo­sta­wi­li­ście du­sze na zie­mi!

Czy ma­cie du­sze rów­nież w nie­bie,

wio­dą­ce dru­gie ży­cie w no­wych re­jo­nach?

John Ke­ats, Bards of Pas­sion and of Mirth1

[…] jest rę­ka je­kyl­lo­wa i jest rę­ka hy­de’owa […]

Gwen­do­lyn Ma­cE­wen, The Left Hand and Hi­ro­shi­ma2

Po­nad­prze­cięt­nie wy­ostrzo­ny zmysł ob­ser­wa­cji im­pli­ku­je nad­zwy­czaj­ny brak za­an­ga­żo­wa­nia: a ra­czej dwo­isty pro­ces po­le­ga­ją­cy na nad­mier­nym za­in­te­re­so­wa­niu ży­ciem in­nych i utoż­sa­mia­niem się z ni­mi, i rów­no­cze­snej po­twor­nej obo­jęt­no­ści. […] Na­pię­cie mię­dzy trzy­ma­niem się na ubo­czu a peł­nią za­an­ga­żo­wa­nia: z te­go ro­dzi się pi­sarz.

Nad­ine Gor­di­mer, Wstęp do Se­lec­ted Sto­ries3

Wy­cho­wa­łam się w świe­cie so­bo­wtó­rów. Dzie­ci mo­je­go po­ko­le­nia nie zna­ły te­le­wi­zji – by­ły to cza­sy ko­mik­sów, a w ko­mik­sach su­per­bo­ha­ter był ni­kim, je­śli nie miał al­ter ego, któ­re fak­tycz­nie by­ło ni­kim. Su­per­man był tak na­praw­dę oku­lar­ni­kiem Clar­kiem Ken­tem, ka­pi­tan Ma­rvel – ka­le­kim roz­no­si­cie­lem ga­zet „Bil­lym” Bat­so­nem, Bat­man był na do­brą spra­wę po­sta­cią po­kro­ju „Szkar­łat­ne­go Kwia­ta”, któ­ra w „praw­dzi­wym ży­ciu” gra­ła dur­ne­go play­boya – czy na od­wrót? Ro­zu­mia­łam ich wszyst­kich na po­zio­mie emo­cjo­nal­nym, tak jak i każ­de in­ne dziec­ko. Wszy­scy chcie­li­śmy być su­per­bo­ha­te­ra­mi, du­ży­mi, sil­ny­mi i do­bry­mi, tym­cza­sem by­li­śmy ich wcie­le­nia­mi „praw­dzi­wy­mi”, ty­mi, któ­re ży­ły w rze­czy­wi­sto­ści, by­ły ma­łe, sła­be i ułom­ne, zda­ne na ła­skę i nie­ła­skę istot o więk­szej si­le. Yeats i je­go teo­ria toż­sa­mo­ści nie mo­gły nas na­uczyć ni­cze­go no­we­go.

Nie mie­li­śmy jed­nak po­ję­cia, że na­si su­per­bo­ha­te­ro­wie to – mię­dzy in­ny­mi – cie­nie rzu­ca­ne przez za­cho­dzą­ce słoń­ce ro­man­ty­zmu. Ow­szem, i wcze­śniej ist­nia­ły przy­kła­dy prze­brań i po­dwój­nych toż­sa­mo­ści. Tak jest, Ody­se­usz prze­brał się za ko­goś in­ne­go na czas po­wro­tu do swe­go pa­ła­cu w Ita­ce; a we­dług re­li­gii chrze­ści­jań­skiej Bóg zszedł na zie­mię ja­ko Je­zus z Na­za­re­tu, ubo­gi cie­śla. Tak, Odyn, Zeus i Świę­ty Piotr cho­dzą po świe­cie ni­czym że­bra­cy w le­gen­dach i ba­śniach, na­gra­dza­jąc tych, któ­rzy trak­tu­ją ich do­brze, i da­jąc na­ucz­kę tym, któ­rzy te­go nie czy­nią. Nie­mniej do­pie­ro ro­man­ty­cy na sta­łe wpro­wa­dzi­li dwo­istość do po­wszech­nej świa­do­mo­ści ja­ko coś, cze­go na­le­ży się spo­dzie­wać – przede wszyst­kim po ar­ty­stach.

W książ­ce Ko­rze­nie ro­man­ty­zmu4 Isa­iah Ber­lin wy­ło­żył, znacz­nie le­piej niż zro­bi­ła­bym to ja, róż­ni­ce mię­dzy „oświe­ce­nio­wym” pi­sa­rzem czy ar­ty­stą w XVIII wie­ku – słu­gą idei uni­wer­sal­nych, fi­la­rem po­li­tycz­ne­go es­ta­bli­shmen­tu, be­ne­fi­cjen­tem do­ta­cji od moż­nych – a je­go wer­sją „ro­man­tycz­ną”, spo­pu­la­ry­zo­wa­ną (mię­dzy in­ny­mi) dzię­ki ope­ret­ce Puc­ci­nie­go pod ty­tu­łem Cy­ga­ne­ria – bun­tow­ni­kiem ży­ją­cym w nę­dzy, nie­pod­le­głym, nie­sprze­daj­nym. Ar­ty­ści gnieź­dzi­li się po stry­chach, gło­do­wa­li i two­rzy­li dzie­ła ge­nial­ne; resz­ta spo­łe­czeń­stwa opy­cha­ła się tym­cza­sem przy ma­te­ria­li­stycz­nym sto­le, be­ka­ła i nie zwra­ca­ła na nich uwa­gi. To jed­nak do nich, ar­ty­stów, na­le­żą ta­jem­ne toż­sa­mo­ści, ta­jem­ne mo­ce oraz – je­śli po­tom­ni opo­wie­dzą się po ich stro­nie – ostat­nie sło­wo. Z wy­glą­du ob­szar­pa­ni i ni­ja­cy, kry­ją w so­bie ta­kie bo­gac­twa!

Ar­ty­ści, któ­rzy są rów­nież pi­sa­rza­mi, są po­dwój­ni na dwa spo­so­by, gdyż sa­ma czyn­ność pi­sa­nia dzie­li „ja” na dwie czę­ści. W tym roz­dzia­le zaj­mę się więc dwo­isto­ścią pi­sa­rza.

Za­wsze in­try­go­wał mnie prze­sy­co­ny at­mos­fe­rą kosz­ma­ru wiersz Brow­nin­ga Sir Ro­land pod Mrocz­ną Wie­żą sta­nął5. Pod­mio­tem mó­wią­cym jest sir Ro­land, któ­ry wy­ru­sza na mi­sję po­szu­ki­waw­czą – jej przed­mio­tu nie po­zna­je­my, za­kła­da­my jed­nak, że nie jest to Świę­ty Gra­al. W mi­sjach po­szu­ki­waw­czych za­zwy­czaj na ho­ry­zon­cie wid­nie­je ja­kiś god­ny cel – coś moż­na zna­leźć lub zy­skać – a na dro­dze do zdo­by­cia go pię­trzy się wie­le prze­szkód, tak za­tem mu­si być rów­nież w wy­pad­ku sir Ro­lan­da. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem co­raz bar­dziej po­grą­ża się on w nę­dzy i bez­na­dziei. Drwi z nie­go pe­wien sta­rzec – w mi­sjach po­szu­ki­waw­czych to za­wsze zły znak – i w mia­rę jak kra­jo­braz wo­kół się zmie­nia, sta­je się co­raz bar­dziej po­nu­ry i ba­gno­po­dob­ny, od­wa­ga ustę­pu­je miej­sca roz­pa­czy. Wresz­cie, gdy po­dróż­ny naj­mniej się te­go spo­dzie­wa, je­go oczom uka­zu­je się Mrocz­na Wie­ża i wte­dy uświa­da­mia so­bie, że wpadł w pu­łap­kę – zo­stał uwię­zio­ny w niec­ce, z któ­rej nie wi­dać wyj­ścia. Jak­by te­go by­ło ma­ło, ota­cza­ły go du­chy je­go po­przed­ni­ków, któ­rzy wy­ru­szy­li z tą sa­mą mi­sją i po­nie­śli po­raż­kę, a te­raz tyl­ko cze­ka­ją, aż skoń­czy tak sa­mo jak oni. Sir Ro­land poj­mu­je wte­dy, że je­go mi­sja jest ska­za­na na nie­po­wo­dze­nie.

Wie­ża to bu­dow­la bu­dzą­ca trwo­gę, przy­sa­dzi­sta, nie­zdo­by­ta i, jak się do­wia­du­je­my, je­dy­na na świe­cie. U jej szczy­tu wi­si róg (nie­po­ręcz­ny in­stru­ment mu­zycz­ny). Ozna­cza­ją­ce „róg” sło­wo slug-horn Brow­ning pew­nie wziął so­bie od Chat­ter­to­na, u któ­re­go ozna­cza­ło ono trąb­kę – są­dzę, że po­do­ba­ło mu się je­go brzmie­nie, su­ge­styw­nie obrzy­dli­we, gdyż pa­so­wa­ło do sce­ne­rii wier­sza. Tak czy owak, w ten wła­śnie in­stru­ment na­le­ża­ło za­dąć, by wy­wo­łać z Mrocz­nej Wie­ży jej miesz­kań­ca – jak po­dej­rze­wa­my, ja­kie­goś ro­dza­ju po­two­ra.

Mrocz­na Wie­ża sir Ro­lan­da jest – w mo­im od­czu­ciu – ni­czym Po­kój 101 dla Win­sto­na Smi­tha, bo­ha­te­ra Ro­ku 1984 Geo­r­ge’a Or­wel­la: we­wnątrz znaj­du­je się to, cze­go każ­dy, kto za­glą­da do środ­ka, boi się naj­bar­dziej. Przyj­mij­my ro­bo­czą hi­po­te­zę, że sir Ro­land jest pi­sa­rzem – to zna­czy du­ble­rem Ro­ber­ta Brow­nin­ga, je­go wy­pra­wa to po­szu­ki­wa­nie nie­na­pi­sa­ne­go jesz­cze wier­sza pod ty­tu­łem Sir Ro­land pod Mrocz­ną Wie­żą sta­nął, a po­twór miesz­ka­ją­cy w Mrocz­nej Wie­ży to sam sir Ro­land, we wcie­le­niu au­to­ra pi­szą­ce­go wiersz. Oto do­wo­dy na po­par­cie mo­jej te­zy. Po pierw­sze, Brow­ning na­pi­sał ten utwór za jed­nym po­sie­dze­niem. Nie by­ło to pla­no­wa­ne przed­się­wzię­cie, lecz – by tak rzec – prze­moż­ny im­puls, ta­kie im­pul­sy zaś po­cho­dzą za­zwy­czaj z naj­głęb­szych warstw pi­sar­skiej jaź­ni. Po dru­gie, wiersz za­in­spi­ro­wa­ły trzy wer­sy z Sha­ke­spe­are’owskie­go Kró­la Le­ara, ze sce­ny na wrzo­so­wi­sku, zwa­nej rów­nież sce­ną sza­leń­stwa:

Chil­de Row­land to the Dark To­wer ca­me:

His word was still – ‘Fie, foh, and fum,

I smell the blo­od of a Bri­tish man’6.

Sta­nął męż­ny Ro­land u stóp ciem­nej wie­ży

I rzekł do ry­ce­rzy: „Bij, kto w Bo­ga wie­rzy!

Czu­ję krwi bry­tyj­skiej za­pach jesz­cze świe­ży”.

Jak nie­któ­rzy z nas pa­mię­ta­ją, non­sen­sow­ne sło­wa „fie, foh, and fum” wy­po­wia­da ol­brzym w an­glo­ję­zycz­nej wer­sji ba­śni o Ja­siu i ma­gicz­nej fa­so­li oraz tym po­dob­nych opo­wie­ściach. U Sha­ke­spe­are’a jed­nak wy­po­wia­da je sir Ro­land. Wy­ni­ka stąd – jak in­ter­pre­to­wał to Brow­ning, i czy­ta­jąc te wer­sy, i póź­niej, pi­sząc wiersz – sir Ro­land sam jest ol­brzy­mem. Jest rów­nież ol­brzy­mo­bój­cą. A za­tem wła­snym mor­der­czym so­bo­wtó­rem.

Gdy więc roz­brzmie­wa dźwięk fe­ral­ne­go ro­gu, z wie­ży wy­cho­dzi po­twór, bę­dą­cy rów­no­cze­śnie sir Ro­lan­dem, ma­te­ria łą­czy się z an­ty­ma­te­rią i po­szu­ki­wa­nie zo­sta­je za­koń­czo­ne, gdyż ukoń­czo­ny zo­stał wiersz Sir Ro­land pod Mrocz­ną Wie­żą sta­nął. Je­go ostat­nie wer­sy brzmią: „Wciąż nie­ustra­szo­ny, do ust mój róg pod­nio­słem/ I za­dą­łem: «Sir Ro­land pod Mrocz­ną Wie­żą sta­nął»”. Bo­ha­ter wier­sza zni­ka więc w ostat­nim wer­sie utwo­ru no­szą­ce­go w ty­tu­le je­go imię, któ­re­go ko­da jest toż­sa­ma z ty­tu­łem. Pa­ra­dok­sal­nie za­tem mi­sja ska­za­na na klę­skę osta­tecz­nie nie za­koń­czy­ła się nie­po­wo­dze­niem – ja­ko że ce­lem by­ło na­pi­sa­nie wier­sza, a wiersz zo­stał na­pi­sa­ny – i mi­mo iż sir Ro­land (oby­dwa je­go wcie­le­nia) roz­pły­nął się w po­wie­trzu, na­dal ży­je w wier­szu, któ­ry stwo­rzył. Je­śli od ta­kie­go ro­zu­mo­wa­nia krę­ci wam się w gło­wie, przy­po­mnij­cie so­bie dru­gi tom przy­gód Ali­cji, O tym, co Ali­cja od­kry­ła po dru­giej stro­nie lu­stra, i jej py­ta­nie: „ko­mu się to śni­ło?”7.

Ja­ki zwią­zek łą­czy te dwa by­ty, któ­re wrzu­ca­my do jed­ne­go wor­ka, wor­ka opa­trzo­ne­go na­pi­sem „pi­sarz”? Mó­wiąc „dwa by­ty”, mam na my­śli tę oso­bę, któ­ra ży­je, gdy nie do­ko­nu­je się pi­sa­nie – tę, któ­ra wy­pro­wa­dza psa, spo­ży­wa otrę­by dla zdro­wia je­lit, jeź­dzi sa­mo­cho­dem do myj­ni i tak da­lej – i tę dru­gą, bar­dziej nie­jed­no­znacz­ną i zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­dej­rza­ną, któ­ra za­miesz­ku­je to sa­mo cia­ło i, gdy nikt nie pa­trzy, przej­mu­je wła­dzę nad nim i uży­wa go do po­peł­nia­nia pi­sar­stwa.

Na ta­bli­cy przy mo­im biur­ku wi­si sen­ten­cja wy­cię­ta z ja­kie­goś pi­sma: „Chcieć po­znać au­to­ra, bo lu­bi się je­go książ­ki, to jak chcieć po­znać kacz­kę, bo lu­bi się pasz­tet”. To lek­ki w to­nie ko­men­tarz do nie­uchron­nych roz­cza­ro­wań wy­ni­ka­ją­cych z po­zna­nia osób sław­nych, czy choć odro­bi­nę zna­nych – za­wsze są niż­sze, star­sze i zwy­klej­sze, niż się ocze­ku­je – moż­na jed­nak od­czy­ty­wać to na in­ny, bar­dziej zło­wiesz­czy spo­sób. Aby pasz­tet po­wstał i zo­stał zje­dzo­ny, trze­ba naj­pierw za­bić kacz­kę. Kto bie­rze to za­bi­cie na sie­bie?

 

Za­raz, za­raz. Spod ja­kiej nie­po­łą­czo­nej z cia­łem rę­ki, z ust ja­kie­go nie­wi­dzial­ne­go mon­strum wy­szły po­wyż­sze bez­na­mięt­ne sło­wa? Ich au­tor­ką na pew­no nie je­stem ja – ja je­stem mi­ła i spo­koj­na, tro­chę roz­trze­pa­na, nie mam so­bie rów­nych w pie­cze­niu cia­ste­czek, prze­pa­da­ją za mną zwie­rzę­ta do­mo­we i ro­bię na dru­tach swe­try ze zbyt dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi. Zresz­tą te sło­wa pa­dły już kil­ka zdań te­mu. To już prze­szłość, a te­raz jest te­raz, ni­g­dy nie wcho­dzi się dwa ra­zy do te­go sa­me­go aka­pi­tu, a gdy pi­sa­łam na kla­wia­tu­rze tam­te sło­wa, nie by­łam so­bą.

Kim za­tem by­łam? Mo­że wła­sną złą bliź­niacz­ką czy nie­uchwyt­ną so­bo­wtór­ką. W koń­cu je­stem pi­sar­ką, to więc ja­sne jak słoń­ce, że gdzieś ukry­wam przed świa­tem po­dej­rza­ną so­bo­wtór­kę – a w naj­lep­szym ra­zie so­bo­wtór­kę lek­ko dys­funk­cyj­ną. Czy­ta­łam licz­ne re­cen­zje ksią­żek z na­szym wspól­nym na­zwi­skiem na okład­ce, w któ­rych pa­da­ły su­ge­stie, że ta dru­ga oso­ba – ta, któ­rej przy­pi­su­je się au­tor­stwo książ­ki – to z ca­łą pew­no­ścią nie ja. Tej oso­by nie moż­na by so­bie wy­obra­zić, jak – na przy­kład – wy­pie­ka ape­tycz­nie przy­ru­mie­nio­ny bo­che­nek chle­ba z płat­ka­mi owsia­ny­mi i me­la­są, ja tym­cza­sem… ale to in­na hi­sto­ria.

Moż­na by rzec, że by­ło za­pi­sa­ne w gwiaz­dach, że zo­sta­nę pi­sar­ką – al­bo oszust­ką, szpie­giem czy kry­mi­na­list­ką in­ne­go au­to­ra­men­tu – po­nie­waż przy na­ro­dzi­nach otrzy­ma­łam po­dwój­ną toż­sa­mość. Z po­wo­du ro­man­tycz­no­ści oj­ca do­sta­łam imię po mat­ce – ale ja­ko że w co­dzien­nym ży­ciu trud­no by by­ło, gdy­by wszy­scy zwra­ca­li się do nas obu tak sa­mo, mnie trze­ba by­ło na­zy­wać ja­koś ina­czej. Do­ra­sta­łam więc z prze­zwi­skiem, któ­re nie mia­ło waż­no­ści praw­nej, a mo­je praw­dzi­we imię – je­śli moż­na je tak okre­ślić – wid­nia­ło na ak­cie uro­dze­nia, nie­zna­ne mi, i ty­ka­ło ni­czym bom­ba z opóź­nio­nym za­pło­nem. Ja­kie to by­ło uczu­cie od­kryć, że nie je­stem, kim je­stem! Że tuż po­za po­lem wi­dze­nia cze­ka­ła dru­ga toż­sa­mość, ni­czym pu­sta wa­liz­ka upchnię­ta w sza­fie go­to­wa na wy­peł­nie­nie jej za­war­to­ścią.

To no­wo od­kry­te imię mo­gło po­cze­kać, nie by­ło oba­wy, że się zmar­nu­je – wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej ja­koś je wy­ko­rzy­stam. Mo­je pierw­sze pró­by twór­cze w pi­smach szkol­nych by­ły pod­pi­sa­ne pseu­do­ni­mem; po­tem na­stą­pił okres przej­ścio­wy, w któ­rym po­słu­gi­wa­łam się ini­cja­ła­mi. Osta­tecz­nie – po tym, jak ktoś star­szy ode mnie po­wie­dział, że nikt nie bę­dzie mnie trak­to­wał po­waż­nie ja­ko pi­sar­ki, je­śli wró­cę do pseu­do­ni­mu, ini­cja­ły z ko­lei na wie­ki za­własz­czył T.S. Eliot – pod­da­łam się lo­so­wi i po­go­dzi­łam z wła­sną dwo­isto­ścią. Au­tor­ką książ­ki jest ta, któ­rej imię wid­nie­je na okład­ce. Ja je­stem tą dru­gą.

Wszy­scy pi­sa­rze to isto­ty dwo­iste z tej pro­stej przy­czy­ny, że w rze­czy­wi­sto­ści nie moż­na po­znać au­to­ra książ­ki, któ­rą się wła­śnie prze­czy­ta­ło. Mię­dzy two­rze­niem a pu­bli­ka­cją upły­nę­ło zbyt wie­le cza­su i oso­ba, któ­ra na­pi­sa­ła książ­kę, jest te­raz kimś in­nym. Tak w każ­dym ra­zie brzmi uży­wa­ne cza­sem ali­bi. Z jed­nej stro­ny jest to dla pi­sa­rza wy­god­ny spo­sób na wy­mi­ga­nie się od od­po­wie­dzial­no­ści i czy­tel­nik nie po­wi­nien da­wać mu wia­ry. Z dru­giej stro­ny to po pro­stu praw­da.

Wi­dzi­cie, jak szyb­ko za­czę­li­śmy mó­wić o stro­nach? O dwóch stro­nach, pra­wej i le­wej. Wśród pi­sa­rzy dość po­wszech­ne jest po­dej­rze­nie – po­wszech­ne przy­naj­mniej przez ostat­nie sto kil­ka­dzie­siąt lat – że to sa­mo cia­ło za­miesz­ku­ją dwie oso­by, a mo­ment, gdy jed­na zaj­mu­je miej­sce dru­giej, trud­no jest prze­wi­dzieć i nie­zwy­kle trud­no uchwy­cić. Gdy pi­sa­rzom zda­rza się świa­do­mie wy­po­wia­dać o swej dwo­istej na­tu­rze, ma­wia­ją za­zwy­czaj, że jed­na po­ło­wa jest od pi­sa­nia, a dru­ga od ży­cia, i do­da­ją – je­śli ma­ją me­lan­cho­lij­ne uspo­so­bie­nie – że jed­na pa­so­ży­tu­je na dru­giej. Nie­mniej, jak w hi­sto­rii Pe­te­ra Schle­mih­la8, któ­ry sprze­dał dia­błu swój cień, po czym zdał so­bie spra­wę, że bez nie­go nie ży­je w peł­ni, re­la­cja ta ma rów­nież cha­rak­ter sym­bio­tycz­ny. Dru­gie „ja” mo­że i jest mrocz­ne, jest jed­nak rów­nież nie­zbęd­ne.

Po­win­nam za­zna­czyć w tym miej­scu, że dru­gie „ja” to nie­ko­niecz­nie coś złe­go. Nie­któ­re po­tra­fią oka­zać się szla­chet­ny­mi, ofiar­ny­mi sub­sty­tu­ta­mi „ja” wła­ści­we­go, jak w ba­śni bra­ci Grim­mów Zło­te dzie­ci, w fil­mie Ku­ro­sa­wy So­bo­wtór czy Ge­ne­rał del­la Ro­ve­re Ros­sel­li­nie­go, w wy­pad­ku suł­ta­na i że­bra­ka w Bu­du­ją­cej opo­wie­ści Ka­ren Bli­xen czy dwóch sióstr w wier­szu Chri­sti­ny Ros­set­ti Go­blin Mar­ket. W opo­wie­ściach o „do­brych so­bo­wtó­rach” po­łów­ki są jed­nak ze so­bą rów­nie moc­no zwią­za­ne jak w opo­wie­ściach o „złych so­bo­wtó­rach” – los jed­ne­go w peł­ni za­le­ży od lo­su dru­gie­go.

Tak o dwo­isto­ści pi­sze Da­ryl Hi­ne w wier­szu The Dop­pel­gän­ger:

So split and ha­lved and twa­in is eve­ry part,

So li­ke two per­sons se­ve­red by a glass

Which dar­kens the di­scer­ning who­se is who­se

And gi­ves two arms for lo­ve and two for ha­te,

That they can­not di­sco­ver what they’re at

And so­me­ti­mes think of kil­ling and em­bra­ce […]9

Tak roz­dar­ta i prze­dzie­lo­na na pół jest każ­da część,

Tak po­dob­na dwóm oso­bom roz­dzie­lo­nym szy­bą,

Któ­ra za­ciem­nia roz­róż­nie­nie, czy­je jest czy­je,

I da­je dwie rę­ce do mi­ło­ści i dwie do nie­na­wi­ści,

Tak że nie mo­gą od­kryć, co wła­śnie czy­nią,

I cza­sem my­ślą, że za­bi­ja­ją, a cza­sem, że tu­lą […].

Mó­wią­cy w wier­szu – lub je­den z mó­wią­cych, bo moż­li­we, że jest ich dwóch – przed­sta­wia się ja­ko po­eta. A przy­naj­mniej jed­na je­go po­ło­wa jest po­etą. Któ­ra jed­nak, je­śli w ogó­le, jest „praw­dzi­wa”?

Skąd po­cho­dzi myśl, że „ja” pi­szą­ce – to „ja”, o któ­rym my­śli się i mó­wi „au­tor” – nie jest toż­sa­me z tym, któ­re od­po­wia­da za ży­cie? Skąd u pi­sa­rzy prze­ko­na­nie, że ich mó­zgi za­miesz­ku­je ja­kiś ob­cy? Prze­cież to nie Char­les Dic­kens, mi­łu­ją­cy śmiech i za­ba­wę pa­ter fa­mi­lias, za­pa­lo­ny or­ga­ni­za­tor świą­tecz­nych uciech dla swo­jej gro­mad­ki, ka­zał ma­łej Nell10 umrzeć przed­wcze­sną śmier­cią. Łzy ciur­kiem pły­nę­ły mu z oczu, gdy trzy­ma­ją­ca pió­ro rę­ka za­bi­ja­ła dziew­czyn­kę bez krzty li­to­ści. Nie, to ne­kro­fil, któ­re­go no­sił w so­bie, ni­czym ta­siem­ca z atra­men­tu.

Jak pi­sze E.L. Do­cto­row w po­wie­ści Mia­sto Bo­że: „Na Bo­ga, nie ma nie­bez­piecz­niej­sze­go czło­wie­ka niż au­tor opo­wie­ści”11. A tak Ka­ren Bli­xen opi­su­je prze­mia­nę, ja­ka za­cho­dzi w ni­czym po­za tym nie­wy­róż­nia­ją­cym się męż­czyź­nie, le­d­wo przy­wdzie­wa płaszcz nar­ra­cji: „«Ow­szem, mo­gę ci opo­wie­dzieć hi­sto­rię» – oznaj­mił. Przez ja­kiś czas sie­dział nie­po­ru­szo­ny, szu­ka­jąc cze­goś w pa­mię­ci. W cią­gu tych kil­ku mi­nut zmie­nił się wy­raź­nie, cho­ciaż na­wet nie drgnął. Nie­na­gan­ny, od­po­wie­dzial­ny in­ten­dent gdzieś się po­wo­li roz­pły­nął, a na je­go miej­scu po­ja­wi­ła się in­na, ma­ła, ale nie­bez­piecz­na po­stać, skon­cen­tro­wa­na, uważ­na i bez­li­to­sna: od­wiecz­ny ba­jarz, rów­nie sta­ry jak sa­ma ludz­kość”12. Opa­trzy­ła­bym to ko­men­ta­rzem, że Bli­xen uważ­nie prze­czy­ta­ła Dok­to­ra Je­kyl­la i pa­na Hy­de’a, z tym że ona wca­le nie mu­sia­ła czer­pać z lek­tu­ry, prze­mia­nę te­go ro­dza­ju zna­ła bo­wiem z wła­sne­go do­świad­cze­nia. Ja­ko oso­ba no­si­ła imię i na­zwi­sko Ka­ren Bli­xen; ja­ko au­tor­ka fik­cyj­nych opo­wie­ści wy­stę­po­wa­ła głów­nie pod imie­niem i na­zwi­skiem Isak Di­ne­sen. Po­dob­nie jak kil­ka in­nych ko­biet pi­sa­rek prze­bi­ła dok­to­ra Je­kyl­la i do trans­for­ma­cji do­łą­czy­ła jesz­cze zmia­nę płci.

Dok­tor Je­kyll i pan Hy­de czer­pie z daw­nych opo­wie­ści o wil­ko­ła­kach – zwy­kłych lu­dziach, któ­rzy w pew­nych wa­run­kach prze­ista­cza­ją się w dzi­wa­dła o ostrych kłach – lecz rów­nież ze sta­rych hi­sto­rii o so­bo­wtó­rach. Ro­bert Lo­uis Ste­ven­son nie był by­naj­mniej pierw­szym, któ­re­go za­fra­po­wa­ła ta wła­śnie po­stać dwo­isto­ści. Bliź­nię­ta jed­no­ja­jo­we – nie do koń­ca to sa­mo, co dwie iden­tycz­ne z wy­glą­du oso­by – za­wsze cie­szy­ły się ludz­kim za­in­te­re­so­wa­niem. W nie­któ­rych spo­łecz­no­ściach afry­kań­skich za­bi­ja­no je, by ode­gnać zły omen; na­wet dziś wy­czu­wa­my w nich pew­ną nie­sa­mo­wi­tość. Moż­li­we, że tak do­kład­na re­pli­ka zmu­sza nas do do­pusz­cze­nia do sie­bie my­śli, że i my nie je­ste­śmy nie­po­wta­rzal­ni.

Pa­mię­tam, że bliź­nię­ta po raz pierw­szy przy­ku­ły mo­ją uwa­gę, gdy ja­ko dwu­na­sto­lat­ka zo­ba­czy­łam pew­ną re­kla­mę w cza­so­pi­śmie. By­ła to re­kla­ma pły­nu do do­mo­wej trwa­łej on­du­la­cji o na­zwie To­ni. Na zdję­ciu po­zo­wa­ły dwie iden­tycz­ne dziew­czy­ny, oby­dwie z krę­co­ny­mi wło­sa­mi. Ha­sło brzmia­ło: „Któ­ra z bliź­nia­czek uży­ła To­ni?”. Po­mysł po­le­gał na tym, że jed­na pre­zen­to­wa­ła na gło­wie trwa­łą, za któ­rą sło­no za­pła­ci­ła w sa­lo­nie, a dru­ga – efekt ta­niej trwa­łej wy­ko­na­nej w do­mu, i że nie spo­sób do­strzec róż­ni­cy. Dla­cze­go po­dej­rze­wa­łam oszu­stwo? Mo­że z po­wo­du su­ge­stii, że jed­na z bliź­nia­czek to w ja­kimś sen­sie ory­gi­nał – to, co ja­ko je­dy­ne od­zna­cza się au­ten­tycz­no­ścią, a dru­ga to za­le­d­wie jej ko­pia.

Bliź­nię­ta i po­dob­ni do sie­bie bra­cia to bar­dzo sta­ry mo­tyw prze­wi­ja­ją­cy się w mi­to­lo­giach. Zwy­kle są to męż­czyź­ni – Ja­kub i Ezaw, Ro­mu­lus i Re­mus, Ka­in i Abel, Ozy­rys i Set – i czę­sto wal­czą o do­mi­na­cję. Nie­kie­dy są za­ło­ży­cie­la­mi miast lub ro­dów. Jed­ne­mu z bliź­nia­ków czy so­bo­wtó­rów czę­sto wie­dzie się go­rzej niż dru­gie­mu. Jak twier­dzi Pa­trick Tier­ney, au­tor The Hi­ghest Al­tar13, książ­ki o ludz­kiej ofie­rze, bliź­niak, któ­re­mu się po­wio­dło, re­pre­zen­tu­je ży­we spo­łe­czeń­stwo, a ten, któ­re­mu się nie po­wio­dło, je­go mrocz­ne al­ter ego – skła­da się go w ofie­rze, po czym cho­wa je­go szcząt­ki pod ka­mie­niem wę­giel­nym, by od­pie­rał ata­ki świa­ta pod­ziem­ne­go, prze­bła­gi­wał bo­gów i czu­wał nad bez­pie­czeń­stwem mia­sta.

Bliź­nię­ta i bliź­nia­czo do sie­bie po­dob­ne ro­dzeń­stwo bu­dzi­ły fa­scy­na­cję rów­nież w epo­ce, gdy już na­ro­dzi­ła się „li­te­ra­tu­ra” – u Sha­ke­spe­are’a ma­my na przy­kład do­bre­go Ed­ga­ra i złe­go Ed­mun­da w Kró­lu Le­arze czy, w wer­sji ła­god­niej­szej, dwie pa­ry bliź­nia­czych pa­nów i sług w Ko­me­dii omy­łek. Dru­gie „ja” to jed­nak coś wię­cej niż brat czy bliź­niak: on (lub ona) jest to­bą i ma wszyst­kie two­je naj­istot­niej­sze ce­chy – wy­gląd, głos, na­wet imię. W tra­dy­cyj­nych spo­łe­czeń­stwach so­bo­wtó­ry te­go ro­dza­ju zwy­kle przy­no­si­ły nie­szczę­ście. We­dług szkoc­kich wie­rzeń lu­do­wych spo­tka­nie so­bo­wtó­ra zwia­sto­wa­ło śmierć: so­bo­wtór był po­słań­cem z kra­iny umar­łych, któ­ry miał cię do niej za­pro­wa­dzić14. Być mo­że ele­ment po­dob­ne­go prze­są­du do­ty­czą­ce­go zo­ba­cze­nia wła­sne­go so­bo­wtó­ra za­wie­ra grec­ki mit o Nar­cy­zie – Nar­cyz wi­dzi swo­je od­bi­cie, ni­by sie­bie, swo­je „ja” po dru­giej stro­nie lu­stra wo­dy – i ono przy­no­si mu zgu­bę.

Kto in­te­re­so­wał się pro­ce­sa­mi cza­row­nic w XVII wie­ku w ame­ry­kań­skim mia­stecz­ku Sa­lem, zna po­ję­cie „do­wo­du spek­tral­ne­go”, któ­ry zy­skał ta­ki sam sta­tus praw­ny jak do­wo­dy bar­dziej na­ma­cal­ne, na przy­kład wo­sko­we po­do­bi­zny na­szpi­ko­wa­ne igła­mi. Wie­rzo­no, że cza­row­ni­ce umie­ją po­sy­łać do brud­nej ro­bo­ty swe­go „du­cha”, czy­li po­stać bez­cie­le­sną. Je­śli ktoś za­tem wi­dział cię w swo­jej obo­rze, jak rzu­casz urok na kro­wy, ty zaś ze wspar­ciem świad­ków mo­głaś udo­wod­nić, że by­łaś w tym cza­sie w do­mu, w łóż­ku, nie świad­czy­ło to o two­jej nie­win­no­ści, lecz o tym, że po­tra­fisz wy­dzie­lić z sie­bie du­cha, a tym sa­mym je­steś cza­row­ni­cą. (Do­pie­ro gdy za­ka­za­no uzna­wa­nia w są­dach „do­wo­dów spek­tral­nych”, na­resz­cie za­koń­czy­ły się w No­wej An­glii pro­ce­sy cza­row­nic).

 

We wcze­snym ro­man­ty­zmie twór­ców fa­scy­no­wa­ły mię­dzy in­ny­mi ba­śnie lu­do­we i lu­do­wość w ogó­le, moż­li­we więc, że ty­mi drzwia­mi we­szło do li­te­ra­tu­ry ro­man­tycz­nej i post­ro­man­tycz­nej tak wie­lu so­bo­wtó­rów. At­mos­fe­rą pa­nu­ją­cą w ów­cze­snych opo­wie­ściach o so­bo­wtó­rach i ich licz­nych bar­dziej współ­cze­snych wer­sjach jest zwy­kle ma­li­gna i gro­za – o czym do­sko­na­le wie­dzą ki­no­ma­ni, je­śli wi­dzie­li na przy­kład ta­kie fil­my o so­bo­wtó­rach, jak Żo­ny ze Step­ford, Od­mie­niec czy Nie­roz­łącz­ni. Jed­ną z naj­star­szych w an­gielsz­czyź­nie li­te­rac­kich opo­wie­ści o so­bo­wtó­rach są Wy­zna­nia uspra­wie­dli­wio­ne­go grzesz­ni­ka przez nie­go sa­me­go spi­sa­ne Ja­me­sa Hog­ga (1824), w któ­rych głów­ny bo­ha­ter – prze­ko­na­ny, że jest pre­de­sty­no­wa­ny do zba­wie­nia, mo­że za­tem grze­szyć ile du­sza za­pra­gnie – bu­dzi się z, jak są­dzi, dłu­gie­go snu i od­kry­wa, że męż­czy­zna z wy­glą­du iden­tycz­ny jak on do­pu­ścił się nie­do­brych czy­nów, za któ­re on te­raz bę­dzie mu­siał od­po­wia­dać. Opo­wia­da­nie Ed­ga­ra Al­la­na Po­ego Wil­liam Wil­son (1839) przed­sta­wia po­dob­ną hi­sto­rię – głów­ne­go bo­ha­te­ra nę­ka męż­czy­zna o ta­kim sa­mym jak on imie­niu i na­zwi­sku i o iden­tycz­nym wy­glą­dzie, peł­nią­cy funk­cję su­mie­nia, któ­re, nie­pro­szo­ne, do wszyst­kie­go się wtrą­ca. Osta­tecz­nie bo­ha­ter za­bi­ja te­go dru­gie­go Wil­lia­ma Wil­so­na, a tym sa­mym i sie­bie – tak sa­mo jak dok­tor Je­kyll i pan Hy­de, pa­no­wie o imie­niu i na­zwi­sku Wil­liam Wil­son ma­ją to sa­mo wspól­ne ży­cie, je­den nie mo­że ist­nieć bez dru­gie­go. Póź­niej, już na po­cząt­ku XX wie­ku, po­wstał Nie­zły na­roż­nik (1909) Hen­ry’ego Ja­me­sa, bar­dziej po­głę­bio­ne psy­cho­lo­gicz­nie opo­wia­da­nie o so­bo­wtó­rach – ame­ry­kań­ski es­te­ta wra­ca z Eu­ro­py do oj­czy­zny i na­bie­ra prze­ko­na­nia, że w je­go by­łym do­mu za­miesz­ku­je nie ty­le do­kład­na re­pli­ka je­go sa­me­go, ile duch te­go, kim był­by, gdy­by zo­stał w Ame­ry­ce i stał się ma­gna­tem fi­nan­so­wym. Bo­ha­ter śle­dzi ten swój cień, aż wresz­cie sta­je z nim twa­rzą w twarz i jest prze­ra­żo­ny: je­go po­ten­cjal­ne „ja” jest po­tęż­ne, on sam zaś jest be­stią, po­two­rem.

Jest też oczy­wi­ście Do­rian Gray15, ten od słyn­ne­go por­tre­tu. Po­nie­waż ma­larz, któ­ry go na­ma­lo­wał, wło­żył weń za du­żo cze­goś – sie­bie?, swo­jej wy­par­tej na­mięt­no­ści do Do­ria­na? – ob­raz czę­ścio­wo oży­wa. W ma­gicz­ny spo­sób przyj­mu­je ozna­ki sta­rze­nia się i do­świad­cze­nia, tym­cza­sem Do­rian (zło­ty chło­piec, spo­krew­nio­ny z po­gań­ski­mi sta­ro­żyt­ny­mi Gre­ka­mi, jak su­ge­ru­je je­go imię) zo­sta­je zwol­nio­ny z kon­se­kwen­cji swo­ich okrut­nych i zde­pra­wo­wa­nych czy­nów, mi­mo upły­wu lat jest wciąż mło­dy i pięk­ny, mo­że do wo­li grze­szyć i ko­lek­cjo­no­wać pięk­ne przed­mio­ty. Nie jest ar­ty­stą ani pi­sa­rzem – to był­by nu­żą­cy ba­nał. Dzie­łem sztu­ki jest je­go de­ka­denc­kie ży­cie. Gdy jed­nak w koń­cu po­sta­na­wia się po­pra­wić i znisz­czyć por­tret, koń­czy się to ka­ta­stro­fą. Nie po­tra­fi do­cho­wać da­nej so­bie obiet­ni­cy ży­cia bez grze­chu; do­my­śla się, że por­tret to je­go su­mie­nie, wbi­ja nóż w płót­no, a wte­dy po­stać na por­tre­cie od­zy­sku­je mło­dość, Do­rian zaś gi­nie. Po śmier­ci przy­brał po­stać te­go, kim był na­praw­dę – zde­ge­ne­ro­wa­ne­go sta­ru­cha. Ja­ki z te­go mo­rał? Je­śli masz ma­gicz­ny por­tret, to le­piej nie kom­bi­nuj. Zo­staw go w spo­ko­ju.

Chcia­ła­bym do­rzu­cić do tej ma­łej ko­lek­cji jesz­cze jed­no opo­wia­da­nie – za­ska­ku­ją­co prze­ra­ża­ją­cy tekst pod ty­tu­łem The Be­ast with Fi­ve Fin­gers16. W każ­dym ra­zie mnie on nad­spo­dzie­wa­nie prze­ra­ził, gdy czy­ta­łam go ja­ko na­sto­lat­ka, w no­cy, pil­nu­jąc czy­je­goś dziec­ka. Moż­na by go za­kla­sy­fi­ko­wać do ka­te­go­rii, któ­rą, gdy­by­śmy by­li et­no­gra­fa­mi, na­zwa­li­by­śmy „Dru­gie ja ja­ko od­cię­ta część cia­ła”. Mo­gli­by­śmy za­li­czyć do niej pe­ni­sy, któ­re wiedź­my od­bie­ra­ły wła­ści­cie­lom i umiesz­cza­ły w pta­sich gniaz­dach – moż­na o tym prze­czy­tać w wy­bit­nej me­ta­fik­cji, ja­ką jest Młot na cza­row­ni­ce17 – oraz opo­wia­da­nie Go­go­la Nos, w któ­rym nos ucie­ka od wła­ści­cie­la i pra­cu­je ja­ko urzęd­nik w peł­nym uni­for­mie, pó­ki nie zo­sta­je schwy­ta­ny i umiesz­czo­ny z po­wro­tem na swo­im miej­scu. The Be­ast with Fi­ve Fin­gers nie jest tak ko­micz­na. Szem­ra­ny mo­ral­nie mło­dzian od­wie­dza cno­tli­we­go, lecz scho­ro­wa­ne­go sta­re­go wu­ja, li­cząc, że coś mu skap­nie w te­sta­men­cie. Za­uwa­ża, że choć sta­rzec śpi, nie śpi je­go dłoń – pi­sze ener­gicz­nie, mię­dzy in­ny­mi ćwi­czy pod­pis star­ca. Bra­ta­nek uwa­ża to za cie­ka­wy przy­kład pi­sa­nia au­to­ma­tycz­ne­go, lecz szyb­ko pusz­cza to w nie­pa­mięć.

Wy­obraź­cie so­bie je­go wstrząs, gdy po śmier­ci wu­ja do­sta­je pacz­kę, a w niej dłoń – dłoń sfał­szo­wa­ła te­sta­ment i w jed­nym z za­pi­sów na­ka­za­ła się od­ciąć i nadać na wska­za­ny ad­res. By­naj­mniej nie jest mar­twa – ska­cze po do­mu, ła­zi po za­sło­nach, drę­czy głów­ne­go bo­ha­te­ra i ruj­nu­je mu ży­cie, po­dob­nie jak in­ne so­bo­wtó­ry. (Po­tra­fi na przy­kład pi­sać li­sty i skła­dać pod ni­mi pod­pis mło­de­go czło­wie­ka – w wy­pad­ku ta­kiej dło­ni to nie­mi­le wi­dzia­ny ta­lent). Bra­ta­nek ła­pie ją w pu­łap­kę, po czym przy­bi­ja gwoź­dziem do de­ski. Dło­ni uda­je się wy­rwać, ale od te­raz ma pa­skud­ną dziu­rę na wy­lot i pa­ła chę­cią ze­msty. Jak się mo­że­cie do­my­ślić, rzecz nie koń­czy się do­brze – męż­czy­zna nisz­czy dłoń, lecz ona rów­nież nisz­czy je­go, ujaw­nia­jąc tym sa­mym swój li­te­rac­ki ro­do­wód.

Ta dłoń to mię­dzy in­ny­mi dłoń pi­szą­ca, któ­ra sta­ła się czymś od­ręb­nym od pi­sa­rza. Nie­daw­no w „New Yor­ke­rze” wy­dru­ko­wa­no ry­su­nek Sha­na­ha­na, któ­ry za­baw­nie prze­ro­bił tę kon­cep­cję – od­cię­tą czę­ścią cia­ła jest Au­tor. Spo­rych roz­mia­rów pa­lec le­ży w łóż­ku ho­te­lo­wym i my­śli: „Gdzie ja, do dia­bła, je­stem?”. Pod spodem pod­pis: „Pa­lec pi­sze, a gdy skoń­czy pi­sać, wy­ru­sza w trzy­ty­go­dnio­wą tra­sę pro­mo­cyj­ną do dwu­dzie­stu miast”18. W praw­dzi­wym ży­ciu to oczy­wi­ście nie pa­lec mu­si ru­szyć w tra­sę, tyl­ko nie­szczę­sne śmier­tel­ne cia­ło: prze­klę­ty au­tor­ski pa­lec, praw­dzi­wy twór­ca książ­ki, uda­je się na przy­jem­ne od­lu­dzie, wy­grze­wa na sło­necz­ku i omi­ja­ją go wszyst­kie przy­kre obo­wiąz­ki.

Jesz­cze da­lej po­su­nął się Jor­ge Lu­is Bor­ges. W tek­ście za­ty­tu­ło­wa­nym Bor­ges i ja nie za­do­wa­la się dło­nią czy mar­nym pal­cem. Po­sta­na­wia za­sto­so­wać mo­tyw dok­to­ra Je­kyl­la i pa­na Hy­de’a do za­gad­nie­nia au­tor­stwa i dzie­li sa­me­go sie­bie – Bor­ge­sa – na dwie oso­by. „To je­mu, Bor­ge­so­wi, to wszyst­ko się zda­rza”19 – za­czy­na po­ło­wa, któ­ra mó­wi o so­bie „ja”. Da­lej mó­wi, że Bor­ges ma ta­kie sa­me upodo­ba­nia, „ale w spo­sób próż­ny, zmie­nia­ją­cy je w atry­bu­ty ak­to­ra. By­ło­by prze­sa­dą twier­dzić, że na­sze sto­sun­ki są wro­gie. Ja ży­ję, ja­koś so­bie ży­ję, aże­by Bor­ges mógł two­rzyć swo­ją li­te­ra­tu­rę, i ta li­te­ra­tu­ra jest mo­im uspra­wie­dli­wie­niem”. Przy­zna­je, że ten­że Bor­ges na­pi­sał ileś tam w mia­rę po­rząd­nych stron pro­zy, on jed­nak nie mo­że so­bie przy­pi­sać te­go osią­gnię­cia. Po­za tym, jak mó­wi, „[j]es­tem ska­za­ny na zgu­bę, ska­za­ny de­fi­ni­tyw­nie, i tyl­ko ja­kieś mgnie­nie ze mnie prze­trwa w nim. Stop­nio­wo od­stę­pu­ję mu wszyst­ko, jak­kol­wiek znam je­go prze­wrot­ny zwy­czaj fał­szo­wa­nia i wy­ol­brzy­mia­nia. […] Ja mu­szę po­zo­stać w Bor­ge­sie, nie w so­bie (je­że­li je­stem kimś)”. Ich re­la­cja mo­że nie jest, ści­śle rzecz uj­mu­jąc, wro­ga, nie jest też jed­nak przy­ja­ciel­ska: „Przed la­ty usi­ło­wa­łem uwol­nić się od nie­go i prze­sze­dłem od mi­to­lo­gii przed­mie­ścia do za­baw z cza­sem i nie­skoń­czo­no­ścią, ale te za­ba­wy są te­raz wła­sno­ścią Bor­ge­sa i bę­dę mu­siał wy­my­ślić so­bie coś in­ne­go. I tak mo­je ży­cie jest uciecz­ką i tra­cę wszyst­ko, i wszyst­ko od­bie­ra mi za­po­mnie­nie – al­bo on”. Pi­sarz wpi­su­je sie­bie w swo­ją twór­czość – co za­wie­ra ele­ment po­zer­stwa i sztucz­no­ści – a im bar­dziej to ro­bi, tym bar­dziej tra­ci to, co moż­na na­zwać je­go au­ten­tycz­nym „ja”. Nie­mniej na­wet dzie­ląc się tą my­ślą, Bor­ges pi­sze. Jest świa­dom te­go pa­ra­dok­su – koń­czy tekst sło­wa­mi: „Nie wiem, któ­ry z nas dwóch pi­sze tę stro­ni­cę”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?