O pisaniu

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mar­ga­ret Atwo­od

O pi­sa­niu

prze­ło­ży­ła Agniesz­ka Po­koj­ska

Ka­rak­ter

Kra­ków 2021

Spis tre­ści

Wstęp. Wej­ście do la­bi­ryn­tu

Pro­log

1. Prze­szko­le­nie

Za ko­go ty się uwa­żasz?

Co to zna­czy „pi­sarz”/„pi­sar­ka” i jak sa­ma do­łą­czy­łam do gro­na pi­szą­cych

2. Dwu­li­co­wość

Dłoń je­kyl­lo­wa, dłoń hy­de’owa oraz nie­uchwyt­ny so­bo­wtór

Dla­cze­go za­wsze wy­stę­pu­ją we­spół

3. Cał­ko­wi­te od­da­nie

Bo­żek Pió­ro

Apol­lo i ma­mo­na – ko­mu pi­sarz po­wi­nien od­da­wać cześć?

4. Ku­sze­nie

Pro­spe­ro, Czar­no­księż­nik z Oz, Me­fi­sto­fe­les i spół­ka

Kto wy­ma­chu­je cza­ro­dziej­ską różdż­ką, po­cią­ga za sznur­ki, a kto pod­pi­su­je cy­ro­graf?

5. Ob­co­wa­nie

Nikt do Ni­ko­go

Od­wiecz­ny trój­kąt: pi­sarz/pi­sar­ka, czy­tel­nik/czy­tel­nicz­ka oraz książ­ka w ro­li po­śred­nicz­ki

6. Zej­ście pod zie­mię

Ne­go­cja­cje ze zmar­ły­mi

Kto się wa­ży na po­dróż w za­świa­ty i ja­ki przy­świe­ca mu cel?

Po­dzię­ko­wa­nia

Bi­blio­gra­fia

Przy­pi­sy

Wy­kła­dy emp­so­now­skie

Wy­kła­dy emp­so­now­skie, na­zwa­ne na cześć wy­bit­ne­go na­ukow­ca i kry­ty­ka li­te­rac­kie­go sir Wil­lia­ma Emp­so­na (1906–1984), po­wo­łał do ist­nie­nia Uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge ja­ko cykl po­świę­co­ny li­te­ra­tu­rze i kul­tu­rze. Spon­so­ro­wa­ne przez Wy­dział An­gli­sty­ki i Cam­brid­ge Uni­ver­si­ty Press wy­kła­dy emp­so­now­skie to wy­jąt­ko­we fo­rum, na któ­rym uzna­ni pi­sa­rze oraz cie­szą­cy się mię­dzy­na­ro­do­wą re­no­mą lu­dzie na­uki w przy­stęp­ny spo­sób dzie­lą się po­głę­bio­ną re­flek­sją na te­mat za­gad­nień z ob­sza­ru li­te­ra­tu­ry i kul­tu­ry.

Przy sto­le każ­dy z go­ści miał coś opo­wie­dzieć. Tyl­ko pan­na mło­da sie­dzia­ła jak za­mu­ro­wa­na, nic nie mó­wi­ła.

– No, a ty, mo­ja dusz­ko – rzekł do niej pan mło­dy – nic ci na myśl nie przy­cho­dzi? Opo­wiedz nam też coś.

– Opo­wiem wam mój sen – od­par­ła.

Wil­helm Grimm, Ja­cob Grimm, Zbó­jec­ki na­rze­czo­ny1

[…] mu­szę po­wtó­rzyć po­wie­ści,

Wszyst­kie, te lep­sze i te gor­szej tre­ści,

Lub je sfał­szo­wać we­dle swej fan­ta­zji.

Nie­chaj ten, ko­go ta opo­wieść ra­zi,

Prze­rzu­ci kart­kę i po­szu­ka dru­giej.

Geof­frey Chau­cer, Opo­wie­ści kan­ter­be­ryj­skie2

And now in ima­gi­na­tion he has clim­bed

ano­ther pla­net, the bet­ter to lo­ok

with sin­gle ca­me­ra view upon this earth –

its to­tal sco­pe, and each af­fla­ted tick,

its talk, its trick, its trac­kles­sness – and this,

this he wo­uld li­ke to wri­te down in a bo­ok!

A te­raz w wy­obraź­ni wspiął się

Na in­ną pla­ne­tę, by tym lep­szy mieć

apa­ra­tem wi­dok na tę zie­mię –

jej ca­łość, i naj­drob­niej­szy na­tchnio­ny punkt,

je­go mo­wę, uro­dę, nie­po­wta­rzal­ność – i to,

to wła­śnie chciał­by spi­sać w książ­ce!

A.M. Kle­in, Por­tra­it of the Po­et as Land­sca­pe3

dla po­zo­sta­łych

Wstęp

Wej­ście do la­bi­ryn­tu

Akt na­zy­wa­nia to po­waż­na i ogrom­na po­cie­cha ludz­ko­ści.

Elias Ca­net­ti, The Ago­ny of Flies1

Na­dal nie wiem, co po­py­cha ko­goś zdro­we­go na umy­śle do te­go, by opu­ścić su­chy ląd i po­świę­cić ca­łe ży­cie na opi­sy­wa­nie lu­dzi, któ­rzy nie ist­nie­ją. Je­śli jest to dzie­cię­ca za­ba­wa, prze­dłu­że­nie zmy­śle­nia – o czym czę­sto za­pew­nia­ją ci, któ­rzy pi­szą o pi­sa­niu – jak wy­tłu­ma­czyć nie­prze­par­te pra­gnie­nie, by zaj­mo­wać się tym, wła­śnie tym, i wy­łącz­nie tym, i uwa­żać to za za­ję­cie rów­nie roz­sąd­ne jak jaz­da ro­we­rem przez Al­py?

Ma­vis Gal­lant, Przed­mo­wa do Se­lec­ted Sto­ries2

Zna­leźć się w do­le, na dnie do­łu, w sa­mot­no­ści nie­mal cał­ko­wi­tej i od­kryć, że je­dy­nie pi­sa­nie przy­nie­sie oca­le­nie. Nie mieć żad­ne­go te­ma­tu książ­ki, żad­ne­go po­my­słu na książ­kę, ozna­cza zna­leźć się… od­na­leźć się z nią oko w oko. Pu­sty bez­miar. Książ­ka, któ­ra ewen­tu­al­nie po­wsta­nie. Oko w oko z ni­co­ścią. Z pi­sa­niem jak­by ży­wym i na­gim, czymś strasz­li­wym, strasz­li­wie trud­nym do po­ko­na­nia.

Mar­gu­eri­te Du­ras, Pi­sać3

Gdy stu­dio­wa­łam li­te­ra­tu­rę an­giel­ską, na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku, na li­ście lek­tur obo­wiąz­ko­wych fi­gu­ro­wał waż­ny tekst kry­tycz­ny pod ty­tu­łem Se­ven Ty­pes of Am­bi­gu­ity (1930). Aż trud­no uwie­rzyć, że au­tor te­go eru­dy­cyj­ne­go dzie­ła, Wil­liam Emp­son, stwo­rzył je ja­ko za­le­d­wie dwu­dzie­sto­trzy­la­tek. Rów­nie trud­no uwie­rzyć w to, że w sa­mym środ­ku twór­czych mąk zo­stał wy­da­lo­ny z Uni­wer­sy­te­tu w Cam­brid­ge za po­sia­da­nie kon­do­mów.

To od­po­wied­ni ko­men­tarz do te­go, jak je­ste­śmy uwię­zie­ni w swo­im cza­sie, nie jak musz­ki w bursz­ty­nie – sub­stan­cja nie jest ani tak twar­da, ani tak przej­rzy­sta – lecz jak my­szy w sy­ro­pie; dziś Emp­son zo­stał­by re­le­go­wa­ny z uczel­ni ra­czej za nie­po­sia­da­nie środ­ków an­ty­kon­cep­cyj­nych. Dwu­dzie­sto­trzy­let­ni Wil­liam Emp­son spra­wia wra­że­nie mło­dzień­ca nie tyl­ko mą­dre­go i prze­wi­du­ją­ce­go, lecz tak­że ener­gicz­ne­go i nie­pod­da­ją­ce­go się w ob­li­czu nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści, dla­te­go też za­pro­sze­nie do wy­gło­sze­nia wy­kła­dów emp­so­now­skich na Uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge w 2000 ro­ku – miał to być cykl sze­ściu wy­kła­dów, otwar­tych dla pu­blicz­no­ści, a nie wy­łącz­nie dla ka­dry na­uko­wej i stu­den­tów – spra­wi­ło mi au­ten­tycz­ną ra­dość.

A mó­wiąc ści­śle, au­ten­tycz­ną ra­dość od­czu­wa­łam w chwi­li, gdy otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję – te­go ro­dza­ju przed­się­wzię­cia za­wsze wy­da­ją się ła­twe i przy­jem­ne na dwa la­ta przed pla­no­wa­ną da­tą – gdy zaś zbli­żał się czas, by wy­kła­dy rze­czy­wi­ście wy­gło­sić, ra­dość top­nia­ła z każ­dym dniem.

Ja­ko te­mat za­pro­po­no­wa­no sze­ro­ko po­ję­te Pi­sa­nie i By­cie Pi­sa­rzem, a po­nie­waż ani pierw­sze, ani dru­gie nie by­ły mi ob­ce, moż­na by są­dzić, że bę­dę mia­ła coś do po­wie­dze­nia. Ja w każ­dym ra­zie tak są­dzi­łam; w wy­obraź­ni ry­so­wał mi się wspa­nia­ły plan omó­wie­nia roz­ma­itych wi­zji sie­bie i swo­jej ro­li – moż­na też po­wie­dzieć: opi­sów obo­wiąz­ków służ­bo­wych – ja­kie two­rzy­li pi­sa­rze przez la­ta. Mia­łam te­go do­ko­nać w spo­sób zro­zu­mia­ły dla la­ików, a ana­li­za nie po­win­na by­ła za­wie­rać wię­cej rzad­kich cy­ta­tów niż ko­niecz­ne mi­ni­mum; za­mie­rza­łam wspo­mnieć nie­co o wła­snych bez­cen­nych do­świad­cze­niach i re­flek­sjach, a tym sa­mym nie tyl­ko nadać ca­ło­ści „rys oso­bi­sty”, jak okre­śla­li to dzien­ni­ka­rze oszu­ści w opo­wia­da­niach Hen­ry’ego Ja­me­sa, lecz rów­nież rzu­cić świa­tło na oma­wia­ną dzie­dzi­nę w efek­tow­ny i ory­gi­nal­ny spo­sób.

Te am­bit­ne, lecz mgli­ste wi­zje z cza­sem jed­nak roz­pły­nę­ły się bez śla­du, a zo­sta­ła tyl­ko znie­chę­ca­ją­ca pust­ka. By­ło to ta­kie uczu­cie, ja­kie mie­wa­ją po­cząt­ku­ją­cy pi­sa­rze, wcho­dząc do ol­brzy­miej bi­blio­te­ki – spo­glą­da­ją na zgro­ma­dzo­ne w niej ty­sią­ce ksią­żek i za­sta­na­wia­ją się, czy na­praw­dę moż­na do­dać jesz­cze coś war­to­ścio­we­go.

Im dłu­żej o tym my­śla­łam, tym by­ło go­rzej. Pi­sa­nie sa­mo w so­bie jest strasz­ne, w sen­sie po­czu­cia da­rem­no­ści, a cóż do­pie­ro pi­sa­nie o pi­sa­niu. Nie ma się na­wet zwy­cza­jo­we­go dla pro­za­ika uspra­wie­dli­wie­nia – ta­kie­go mia­no­wi­cie, że się po pro­stu zmy­śla, dla­te­go nie moż­na pod­le­gać oce­nie we­dług nie­zmien­nych stan­dar­dów praw­do­po­do­bień­stwa. Wy­obra­ża­jąc so­bie, że słu­cha­cze, a po­tem czy­tel­ni­cy – aro­ganc­ko za­kła­da się, że ta­ko­wi się znaj­dą – za­pra­gną mo­że teo­rii li­te­ra­tu­ry lub abs­trak­cyj­nych sche­ma­tów, de­kla­ra­cji czy ma­ni­fe­stów, otwie­ra się szu­fla­dę z teo­ria­mi i ma­ni­fe­sta­mi, a ta oka­zu­je się pu­sta. Tak przy­naj­mniej wy­glą­da­ło to w mo­im przy­pad­ku. I co te­raz?

Po­mi­nę fa­zę, któ­ra na­stą­pi­ła po­tem – fa­zę osza­la­łe­go za­peł­nia­nia stron sło­wa­mi. Do­dam tyl­ko, że jak zwy­kle nie zmie­ści­łam się w wy­zna­czo­nym ter­mi­nie i, co oka­za­ło się jesz­cze więk­szą prze­szko­dą, prze­by­wa­łam aku­rat w Ma­dry­cie, gdzie w księ­gar­niach w dzia­łach li­te­ra­tu­ry w ję­zy­ku an­giel­skim nie by­ło ksią­żek, któ­re z peł­ną uf­no­ścią spo­dzie­wa­łam się tam zna­leźć (w tym tak­że – co pod­cię­ło mi nie­co skrzy­dła – utwo­rów mo­je­go au­tor­stwa). Mi­mo tych prze­szkód ja­kimś cu­dem skle­ci­łam wy­kła­dy i wy­gło­si­łam je zgod­nie z pla­nem. Li­czę, że za­nad­to nie rzu­ca­ją się w oczy miej­sca, w któ­rych głę­bo­kie prze­my­śle­nia i re­zul­ta­ty ca­łych de­kad żmud­nych ba­dań na­uko­wych za­stą­pi­ły ta­śma kle­ją­ca i sznu­rek.

Ni­niej­sza książ­ka wy­ro­sła z tych wła­śnie wy­kła­dów. Trak­tu­je o pi­sa­niu, choć nie o tym, jak pi­sać; jak rów­nież nie o tym, co sa­ma na­pi­sa­łam; ani nie o tym, co stwo­rzy­ły ja­kaś kon­kret­na oso­ba, epo­ka czy kraj. Jak wy­tłu­ma­czyć, o czym w ta­kim ra­zie mó­wi? Po­wiedz­my, że o po­zy­cji, w ja­kiej znaj­du­je się pi­sarz – lub pi­sar­ka, bo za­wsze jest to nie­co od­mien­na po­zy­cja. To te­go ro­dza­ju książ­ka, do ja­kiej ktoś, kto ha­ro­wał w ko­pal­niach ję­zy­ka przez, daj­my na to, czter­dzie­ści lat – sa­ma zaj­mu­ję się tym mniej wię­cej przez ta­ki czas – mógł­by za­cząć się przy­mie­rzać dzień po tym, gdy w środ­ku no­cy obu­dził się z py­ta­niem, czym wła­ści­wie zaj­mo­wał się przez te wszyst­kie la­ta.

 

Czym wła­ści­wie się zaj­mo­wał i dla­cze­go, i dla ko­go? I w ogó­le czym jest to ca­łe pi­sa­nie: czyn­no­ścią wy­ko­ny­wa­ną przez czło­wie­ka czy po­wo­ła­niem, za­wo­dem, chał­tu­rą, a mo­że na­wet sztu­ką, i dla­cze­go cią­gnie do nie­go tak wie­lu ludzi? Pod ja­kim wzglę­dem pi­sa­nie róż­ni się od – na przy­kład – ma­lar­stwa, kom­po­zy­cji, śpie­wu, tań­ca czy gry na sce­nie? I jak ci, któ­rzy się nim zaj­mo­wa­li, po­strze­ga­li swo­ją dzia­łal­ność oraz sie­bie sa­mych w od­nie­sie­niu do niej? Czy ich opi­nie przy­no­szą po­cie­chę? Czy kon­cep­cja pi­sa­rza ja­ko pi­sa­rza, ta­ka, ja­ką przed­sta­wia­ją (a jak­że) pi­sa­rze, zmie­nia się w cza­sie? I co do­kład­nie ma­my na my­śli, mó­wiąc „pi­sarz/pi­sarka”? Ja­kie­go ro­dza­ju stwo­ra so­bie wy­obra­ża­my? Czy pi­sarz jest nie­uzna­nym pra­wo­daw­cą świa­ta4, jak gór­no­lot­nie pro­kla­mo­wał Shel­ley, czy jed­ną z re­ak­cyj­nych wy­bit­nych jed­no­stek Car­ly­le’a, czy mo­że po­chli­pu­ją­cym neu­ro­tycz­nym wra­kiem czło­wie­ka i nie­udol­nym mię­cza­kiem, ja­kie­go uwiel­bia­ją współ­cze­śni bio­gra­fo­wie?

A mo­że mia­łam za­miar prze­strzec ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­cą mło­dzież. Mo­że po­ru­szy­łam za­war­te w tej książ­ce te­ma­ty nie tyl­ko dla­te­go, że za­przą­ta­ły mnie sa­mą na po­cząt­ku mo­jej pi­sar­skiej dro­gi, lecz dla­te­go, że i dziś – są­dząc po py­ta­niach, któ­re są do mnie kie­ro­wa­ne – za­przą­ta wie­lu lu­dzi. Mo­że osią­gnę­łam wiek, w któ­rym tych, któ­rzy prze­ży­li już ład­nych kil­ka cy­kli pra­nia, do­pa­da prze­ko­na­nie, że ich do­świad­cze­nie w bęb­nie pral­ki mo­że oka­zać się waż­ne dla in­nych. Mo­że chcę po­wie­dzieć: Obej­rzyj się za sie­bie. Nie je­steś sam. Nie wpad­nij w za­sadz­kę. Uwa­żaj na wę­że. Uwa­żaj na Du­cha Cza­su – nie za­wsze ci sprzy­ja. Ke­ats nie umarł od ne­ga­tyw­nej re­cen­zji. Do­siądź znów ko­nia, któ­ry zrzu­cił cię z sio­dła. Ra­dy dla nie­win­ne­go piel­grzy­ma, bez­spor­nie war­to­ścio­we, ale bez­u­ży­tecz­ne – nie­bez­pie­czeństw przy­by­wa z każ­dą go­dzi­ną, nie wcho­dzi się dwa ra­zy do tej sa­mej rze­ki, bez­kre­sne pu­ste prze­strze­nie czy­stej kart­ki bu­dzą gro­zę, a każ­dy wkra­cza do te­go la­bi­ryn­tu z prze­pa­ską na oczach.

Za­cznę od stan­dar­do­wej klau­zu­li. Je­stem pi­sar­ką i czy­tel­nicz­ką, i na tym mo­je kom­pe­ten­cje się koń­czą. Nie je­stem pra­cow­nicz­ką na­uko­wą ani teo­re­tycz­ką li­te­ra­tu­ry, a wszel­kie idee z tej dzie­dzi­ny, któ­re tra­fi­ły do książ­ki, zna­la­zły się tu za spra­wą ty­po­wych pi­sar­skich me­tod, przy­po­mi­na­ją­cych zwy­cza­je srok: krad­nie­my to, co ład­nie błysz­czy, i wmon­to­wu­je­my w skle­co­ne na ła­pu-ca­pu gniaz­da.

W opo­wia­da­niu po­ety Ja­me­sa Re­aneya z po­cząt­ków je­go twór­czo­ści nar­ra­tor przy­glą­da się sio­strze kar­mią­cej ku­ry, sy­pią­cej ziar­no tak, by li­te­ra po li­te­rze ukła­da­ło się w sło­wa. Ko­men­tu­je to na­stę­pu­ją­co: „Za­sta­na­wia­łem się czę­sto, do ko­go tam wy­so­ko w nie­bie ona pi­sze”5. Nar­ra­tor opo­wia­da­nia Ia­na Mc­Ewa­na pod ty­tu­łem Re­flek­sje oswo­jo­nej mał­py, przed­sta­wi­ciel na­czel­nych, rów­nież przy­glą­da się, jak pi­sarz pi­sze. Za­sta­na­wia go jed­nak nie ty­le po­ten­cjal­ny czy­tel­nik, ile moż­li­wa mo­ty­wa­cja. Nie do­cho­dzi do bu­du­ją­cych wnio­sków. „Czyż więc sztu­ka nie jest ni­czym wię­cej, jak tyl­ko po­trze­bą stwo­rze­nia po­zo­rów, że jest się za­ję­tym? – py­ta. – Ni­czym wię­cej, jak tyl­ko stra­chem przed ci­szą, przed znu­dze­niem, któ­re mo­że uśmie­rzyć by­le na­wra­ca­ją­cy stu­kot ma­szy­ny do pi­sa­nia?”6

„Cie­ka­wa je­stem, skąd to się wszyst­ko bie­rze” – mó­wi Re­ena, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia ko­bie­ta, któ­ra pi­sze, od­kąd skoń­czy­ła sześć lat, i wy­rzu­ca ca­łość do ko­sza, czu­je jed­nak, że te­raz jest już nie­mal go­to­wa, że­by za­cząć na­praw­dę pi­sać7.

Oto więc trzy py­ta­nia, któ­re naj­czę­ściej za­da­ją pi­sa­rzom czy­tel­ni­cy, ale i pi­sa­rze sa­mi so­bie: Dla ko­go pi­szesz? Dla­cze­go pi­szesz? Skąd to przy­cho­dzi?

Pi­sząc ten tekst, za­czę­łam zbie­rać od­po­wie­dzi na jed­no z tych py­tań – py­ta­nie o mo­ty­wa­cję. Nie­któ­re od­po­wie­dzi mo­gą wam się wy­dać po­waż­niej­sze, in­ne mniej po­waż­ne, nie­mniej wszyst­kie są praw­dzi­we, a nic nie stoi na prze­szko­dzie, by pi­sa­rzem kie­ro­wa­ło kil­ka z nich rów­no­cze­śnie, a na­wet wszyst­kie na­raz. Zo­sta­ły za­czerp­nię­te z wy­po­wie­dzi sa­mych pi­sa­rzy – ze źró­deł tak ma­ło wia­ry­god­nych jak wy­wia­dy pu­bli­ko­wa­ne w pra­sie czy au­to­bio­gra­fie, lecz rów­nież za­pa­mię­ta­ne z roz­mów na za­ple­czach księ­garń przed bu­dzą­cym gro­zę pod­pi­sy­wa­niem ksią­żek czy mię­dzy jed­nym a dru­gim kę­sem w naj­tań­szych ham­bur­ge­row­niach, ba­rach ta­pas i tym po­dob­nych lo­ka­lach, do ja­kich uczęsz­cza­ją pi­sa­rze, czy po ką­tach w trak­cie ele­ganc­kich przy­jęć na cześć in­nych, bar­dziej uzna­nych pi­sa­rzy; tak­że ze słów pi­sa­rzy fik­cyj­nych – słów na­pi­sa­nych oczy­wi­ście przez pi­sa­rzy – choć w utwo­rach pro­za­tor­skich pi­sa­rze by­wa­ją czę­sto za­ka­mu­flo­wa­ni ja­ko ma­la­rze, kom­po­zy­to­rzy czy ar­ty­ści in­ne­go ro­dza­ju. Ze­bra­ne wy­po­wie­dzi zło­ży­ły się na po­niż­szą li­stę:

Od­dać świat ta­kim, ja­ki jest. Za­pi­sać prze­szłość, za­nim cał­kiem po­chło­nie ją nie­pa­mięć. Od­grze­bać prze­szłość, po­nie­waż zo­sta­ła za­po­mnia­na. Za­spo­ko­ić pra­gnie­nie ze­msty. Bo wie­dzia­łem, że mu­szę na­dal pi­sać, ina­czej umrę. Po­nie­waż pi­sać to zna­czy ry­zy­ko­wać, a tyl­ko wte­dy, gdy po­dej­mu­je­my ry­zy­ko, czu­je­my, że ży­je­my. By z cha­osu wy­two­rzyć ład. Ba­wić i uczyć (nie­czę­sto spo­ty­ka­ne po pierw­szych la­tach XX wie­ku, a w każ­dym ra­zie nie w tej for­mie). Dla wła­snej przy­jem­no­ści. By wy­ra­zić sie­bie. By wy­ra­zić się pięk­nym ję­zy­kiem. By stwo­rzyć do­sko­na­łe dzie­ło sztu­ki. By na­gro­dzić cno­tli­wych i uka­rać win­nych – lub, w wa­rian­cie mar­ki­za de Sa­de’a, uży­wa­nym przez iro­ni­stów – vi­ce ver­sa. Po­sta­wiać zwier­cia­dło na­tu­rze. Pod­sta­wiać zwier­cia­dło czy­tel­ni­ko­wi. Spor­tre­to­wać spo­łe­czeń­stwo i je­go bo­lącz­ki. Wy­ra­zić nie­wy­ra­żo­ne ży­cie mas. Na­zwać to, co do­tąd nie by­ło na­zwa­ne. By bro­nić ludz­kie­go du­cha, ludz­ką pra­wość i ho­nor. Za­grać śmier­ci na no­sie. Za­ro­bić pie­nią­dze, by mo­je dzie­ci mia­ły bu­ty. Za­ro­bić pie­nią­dze, by móc szy­dzić z tych, któ­rzy wcze­śniej szy­dzi­li ze mnie. Że­by gno­jom po­ka­zać. Po­nie­waż two­rzyć jest rze­czą ludz­ką. Po­nie­waż two­rzyć, to być po­dob­nym Bo­gu. Bo mier­zi­ła mnie myśl, że mam cho­dzić do ro­bo­ty. By wy­po­wie­dzieć no­we sło­wo. By stwo­rzyć coś no­we­go. By two­rzyć na­ro­do­wą świa­do­mość lub na­ro­do­we su­mie­nie. By uspra­wie­dli­wić mo­je po­raż­ki w szko­le. By uspra­wie­dli­wić mój po­gląd na sie­bie i swo­je ży­cie, po­nie­waż nie mo­głem być „pi­sa­rzem”, je­śli nie pi­sa­łem. By wy­da­wać się kimś cie­kaw­szym, niż w isto­cie by­łem. By zdo­być mi­łość atrak­cyj­nej ko­bie­ty. By zdo­być mi­łość ko­bie­ty, nie­waż­ne ja­kiej. By zdo­być mi­łość pięk­ne­go męż­czy­zny. By za­dość­uczy­nić za bra­ki nie­szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa. By zro­bić na złość ro­dzi­com. By opo­wie­dzieć fa­scy­nu­ją­cą hi­sto­rię. Dla przy­jem­no­ści i roz­ryw­ki czy­tel­ni­ka. Dla wła­snej przy­jem­no­ści i roz­ryw­ki. Dla za­bi­cia cza­su, choć on i tak by mi­nął. Gra­fo­ma­nia. Kom­pul­syw­ny sło­wo­tok. Bo pchnę­ła mnie do te­go ja­kaś si­ła po­za mo­ją kon­tro­lą. Bo coś mnie opę­ta­ło. Bo dyk­to­wał mi anioł. Bo wpa­dłem w ob­ję­cia mu­zy. Bo za­płod­ni­ła mnie mu­za i mu­sia­łem uro­dzić książ­kę (in­te­re­su­ją­ca za­ba­wa ze zmia­ną płci, po­pu­lar­na wśród sie­dem­na­sto­wiecz­nych pi­sa­rzy płci mę­skiej). Książ­ki za­stą­pi­ły mi dzie­ci (kil­ka ko­biet w XX wie­ku). W służ­bie sztu­ki. W służ­bie zbio­ro­wej nie­świa­do­mo­ści. W służ­bie hi­sto­rii. By wy­ja­śnić czło­wie­ko­wi po­stę­po­wa­nie Bo­ga. By zre­ali­zo­wać za­cho­wa­nia an­ty­spo­łecz­ne, za któ­re w praw­dzi­wym ży­ciu spo­tka­ła­by mnie ka­ra. Opa­no­wać rze­mio­sło, by ge­ne­ro­wać tek­sty (to jed­na z now­szych wy­po­wie­dzi). By oba­lić es­ta­bli­sh­ment. By wy­ka­zać, że to, co jest, jest słusz­ne. By eks­pe­ry­men­to­wać z no­wy­mi for­ma­mi per­cep­cji. Stwo­rzyć bu­du­ar roz­ryw­ki, do któ­re­go czy­tel­nik mo­że wejść i do­brze się ba­wić (prze­tłu­ma­czo­ne z cze­skiej ga­ze­ty). Bo pew­na hi­sto­ria mną za­wład­nę­ła i nie mo­głem się od niej uwol­nić (obro­na Co­le­rid­ge’owskie­go sta­re­go że­gla­rza). By zbli­żyć się do zro­zu­mie­nia czy­tel­ni­ka i sa­me­go sie­bie. By ra­dzić so­bie z de­pre­sją. Dla mo­ich dzie­ci. By mo­je na­zwi­sko nie umar­ło wraz ze mną. W obro­nie mniej­szo­ści czy kla­sy uci­śnio­nej. By mó­wić w imie­niu tych, któ­rzy sa­mi nie mo­gą się wy­po­wie­dzieć. By ujaw­nić strasz­li­we krzyw­dy lub po­twor­no­ści. By po­wstał za­pis cza­sów, w któ­rych ży­łem. By dać świa­dec­two kosz­mar­nym wy­da­rze­niom, któ­re prze­ży­łem. By mó­wić w imie­niu zmar­łych. By zło­żyć hołd ży­ciu w ca­łej je­go zło­żo­no­ści. By sła­wić wszech­świat. By do­pu­ścić moż­li­wość na­dziei i od­ku­pie­nia. By od­dać świa­tu część te­go, co sam otrzy­ma­łem.

Jak wi­dać, na próż­no by szu­kać ka­te­go­rii wspól­nych dla po­wo­dów pi­sa­nia – nie ma tu żad­ne­go si­ne qua non, brył­ki zło­ta, bez któ­rej pi­sa­nie nie by­ło­by pi­sa­niem. Ma­vis Gal­lant otwie­ra przed­mo­wę do wy­bo­ru opo­wia­dań krót­szą i bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ną li­stą mo­ty­wa­cji, ja­ką kie­ru­ją się pi­sa­rze, za­czy­na­jąc od Sa­mu­ela Bec­ket­ta, któ­ry stwier­dził, że do ni­cze­go po­za pi­sa­niem się nie na­da­je, a koń­cząc na pol­skim po­ecie Alek­san­drze Wa­cie, we­dług któ­re­go przy­po­mi­na to opo­wieść o wiel­błą­dzie i Be­du­inie – w koń­cu kie­row­nic­two przej­mu­je wiel­błąd. Gal­lant pod­su­mo­wu­je to sło­wa­mi: „Tym jest więc ży­cie pi­sa­rza – upar­tym wiel­błą­dem”8.

Gdy po­szu­ki­wa­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie o mo­ty­wa­cję za­wio­dło, zmie­ni­łam po­dej­ście – nie py­ta­łam już in­nych pi­sa­rzy, dla­cze­go pi­szą, lecz o to, ja­kie to uczu­cie. Zwra­ca­łam się przede wszyst­kim do pro­za­ików i py­ta­łam, co czu­ją, gdy wcho­dzą w po­wieść.

Ani je­den z mo­ich roz­mów­ców nie po­trze­bo­wał wy­ja­śnie­nia, co ro­zu­miem przez stwier­dze­nie „wcho­dzić w po­wieść”. Je­den od­po­wie­dział, że przy­po­mi­na to wcho­dze­nie do la­bi­ryn­tu bez wie­dzy, ja­kie­go po­two­ra moż­na spo­tkać w środ­ku; in­ny po­rów­nał to do po­ru­sza­nia się po omac­ku w tu­ne­lu, in­na – do prze­by­wa­nia w ja­ski­ni, do któ­rej przez szcze­li­nę w ska­le wpa­da pro­mień świa­tła, ona sa­ma zaś tkwi w ciem­no­ści. Ktoś po­wie­dział, że ko­ja­rzy mu się to z za­nu­rze­niem pod wo­dę, w je­zio­rze czy w mo­rzu. Ktoś in­ny, że z prze­by­wa­niem w po­ko­ju po­grą­żo­nym w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, w któ­rym oczy do ni­cze­go się nie przy­da­ją – w tej ciem­no­ści mu­si prze­sta­wiać me­ble, a gdy wszyst­ko znaj­dzie się na wła­ści­wym miej­scu, za­pa­la się świa­tło. Ktoś in­ny stwier­dził, że to jak bro­dze­nie w głę­bo­kiej rze­ce, o świ­cie lub o zmierz­chu; jesz­cze in­ny, że to jak prze­by­wa­nie w pu­stym po­miesz­cze­niu, peł­nym jed­nak nie­wy­po­wie­dzia­nych słów, nie­ustan­nych szep­tów; jesz­cze in­ny, że ko­ja­rzy się to z mo­co­wa­niem się z ja­kąś nie­wi­dzial­ną isto­tą; in­ny, że z sie­dze­niem na pu­stej wi­dow­ni przed roz­po­czę­ciem se­an­su czy spek­ta­klu i cze­ka­niem na po­ja­wie­nie się bo­ha­te­rów.

Dan­te roz­po­czy­na Bo­ską ko­me­dię – któ­ra jest za­rów­no po­ema­tem, jak i za­pi­sem je­go po­wsta­wa­nia – od opo­wie­ści o tym, jak zgu­bił się no­cą w gę­stym, ciem­nym le­sie, po czym nad­szedł wschód słoń­ca. We­dług Vir­gi­nii Wo­olf pi­sa­nie po­wie­ści moż­na po­rów­nać do przej­ścia przez ciem­ny po­kój, a trzy­ma­na w rę­ku la­ta­ren­ka oświe­tla to, co się w nim znaj­du­je. Mar­ga­ret Lau­ren­ce i kil­ko­ro in­nych re­spon­den­tów od­po­wie­dzia­ło, że to jak wal­ka Ja­ku­ba z anio­łem w no­cy – czyn­ność, w któ­rej rów­no­cze­śnie za­da­je się ból, na­zy­wa i bło­go­sła­wi.

Prze­szko­dy, ciem­ność, pust­ka, dez­orien­ta­cja, pół­mrok, cał­ko­wi­ty mrok, czę­sto po­łą­czo­ne z wal­ką lub po­ru­sza­niem się na­przód – nie­moż­ność wi­dze­nia dro­gi ani ce­lu, a za­ra­zem po­czu­cie, że dro­ga ist­nie­je, a po­dą­ża­jąc nią, prę­dzej czy póź­niej osią­gnie się wa­run­ki od­po­wied­nie do wi­dze­nia – to by­ły ele­men­ty wspól­ne w wie­lu wy­po­wie­dziach o pro­ce­sie pi­sa­nia. Przy­po­mnia­ło mi się coś, co czter­dzie­ści lat wcze­śniej usły­sza­łam od stu­den­ta me­dy­cy­ny na te­mat wnę­trza ludz­kie­go cia­ła: „Jest tam ciem­no”.

 

Moż­li­we za­tem, że pi­sa­nie wią­że się z ciem­no­ścią oraz pra­gnie­niem – a mo­że przy­mu­sem – by się w nią za­nu­rzyć i, przy odro­bi­nie szczę­ścia, oświe­tlić i wy­nieść z niej coś do świa­tła. Ta książ­ka mó­wi o te­go ro­dza­ju ciem­no­ści i te­go ro­dza­ju pra­gnie­niu.