3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Krucjata 1935

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Krucjata 1935
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki, stron tytułowych

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Firma Korektorska UKKLW –

Weronika Girys-Czagowiec,

Małgorzata Kryska-Mosur

Korekta składu

Honorata Kozon

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 978-83-8079-642-3

© Copyright by Marek Świerczek

© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2021


Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

PRZEDMOWA

WSTĘP

I. WERSJA STANISŁAWA MOROZOWA

II. RAPORTY SZPIEGA INO Z BEZPOŚREDNIEGO OTOCZENIA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

III. KWESTIA AUTENTYCZNOŚCI MELDUNKÓW Z POLSKIEGO ŹRÓDŁA

Wewnętrzna spójność logiczna informacji na tle uznanej wersji wydarzeń

Komplementarność z innymi źródłami z archiwum Stalina

Komplementarność z pozostałymi źródłami sowieckimi

IV. HIPOTEZA FAŁSZYWOŚCI RAPORTÓW

V. HIPOTEZA DOTYCZĄCA TOŻSAMOŚCI AGENTA

Wiktor Tomir Drymmer

Tadeusz Kobylański i Tadeusz Kowalski

VI. HIPOTEZA KONFABULACJI ŹRÓDŁA

VII. PODSTAWOWE ZAŁOŻENIE POZWALAJĄCE WYSUNĄĆ HIPOTEZĘ O WIARYGODNOŚCI ŹRÓDŁA I JEGO INFORMACJI

Wizja polityki wschodniej w Mein Kampf

Centralna rola Polski w hitlerowskiej geopolityce

Koncepcja federalistyczna Józefa Piłsudskiego

VIII. UZNANA WERSJA ODRZUCENIA PROPOZYCJI NIEMIECKICH

IX. PRZESŁANKI POZWALAJĄCE NA UWIARYGODNIENIE GŁÓWNEGO ZAŁOŻENIA

Metodologiczne założenia historycznych badań dokumentarnych

Dominacja politycznych celów strategicznych nad taktycznymi i ideologicznymi

Pomijanie w oficjalnych narracjach historycznych wpływów aktorów (ośrodków) niepaństwowych i niedostrzeganie elementu niejawnego polityki międzynarodowej (aktywność służb specjalnych i zakulisowych ustaleń).

Specyfika sytuacji społeczno-politycznej II RP i wpływ zmitologizowanej wersji historii na analizy historyczne tego okresu

Sprawa Laboratorium

X. WZROST SIŁY ARMII CZERWONEJ JAKO TRIGGER EVENT

WNIOSKI I ZAKOŃCZENIE

Bibliografia

Przypisy

PRZEDMOWA
Oś Berlin-Tokio-Warszawa

To był największy koszmar, który spędzał sen z powiek Józefowi Stalinowi. Powodował, że czerwony tyran w środku nocy budził się zlany potem w swojej daczy w podmoskiewskim Kuncewie. Mowa o wywołującej na Kremlu dreszcz przerażenia wizji wojny na dwa fronty. Wojny prowadzonej przez Związek Sowiecki przeciwko koalicji Rzeszy Niemieckiej, Rzeczypospolitej Polskiej i Cesarstwa Japonii.

Stalin – podobnie jak całe wojskowo-polityczne kierownictwo Sowdepii – w latach 30. żył w permanentnej psychozie takiego konfliktu. Zdawał sobie bowiem sprawę, że wzięta w kleszcze od zachodu i wschodu „ojczyzna światowego proletariatu” może się z hukiem zawalić. Szczególnie że Sowieci nie byli pewni własnych obywateli, których przytłaczająca większość nienawidziła bolszewizmu. A co za tym idzie – nie miała najmniejszej ochoty przelewać krwi za dręczącą ich władzę sowiecką.

W efekcie plany wojenne Armii Czerwonej z lat 30. opracowywane były z myślą o odparciu inwazji właśnie takiej koalicji. Pisał o tym wybitny znawca tematu, profesor Lennart Samuelson z Uniwersytetu w Sztokholmie. Szwedzki historyk w swojej książce Plans for Stalin’s war machine. Tukhachevskii and military-economic planning 1925–1941 podkreślał, że stratedzy Armii Czerwonej uważali, iż atak III Rzeszy będzie dla Sowietów najgroźniejszy, gdy Hitler „zmówi się z Polską”.

Pojawiały się nawet konkretne cyfry. Komandarm I rangi Ijeronim Uborewicz szacował, że do inwazji na Sowiety Niemcy wystawią 93 dywizje, a Polska do 60. Z kolei marszałek Michaił Tuchaczewski w 1936 roku wziął udział w grze wojennej Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, w której Sowieci bili się właśnie z połączonymi siłami Polski i Niemiec.

Skąd wynikało sowieckie założenie, że Polska przyjmie niemiecką ofertę sojuszu i przystąpi do paktu antykominternowskiego? Należy tu wskazać wiele czynników. Po pierwsze – Stalin, który był wytrawnym politycznym graczem, zakładał, że w Warszawie również zasiadają ludzie rozumujący w kategoriach racji stanu. A więc w sposób chłodny, a nie emocjonalny.

On, gdyby był na miejscu polskiego ministra spraw zagranicznych, ofertę Hitlera oczywiście by przyjął. Sam zresztą zrobił to w sierpniu 1939 roku. Dzięki paktowi Ribbentrop-Mołotow sowieckiemu dyktatorowi udało się odwlec w czasie atak III Rzeszy, zdobyć cenne nabytki terytorialne w postaci połowy Polski, państw bałtyckich i części Rumunii, a przede wszystkim – skierować pierwszą agresję Hitlera na Polskę i Francję. Odsunąć ją od swojego kraju. Był to prawdziwy majstersztyk.

Stalin – jako człowiek myślący logicznie – zakładał więc, że polscy decydenci będą starali się zrealizować podobny scenariusz.

„– Z kim Polska się sprzymierzy w przyszłej wojnie między Niemcami, Włochami i Japonią z jednej strony a Rosją, Francją i Anglią z drugiej? – zapytał Stalin w 1936 roku Artura Artuzowa.

Artuzow bez wahania odparł:

– Polska zawsze będzie z Francją i Anglią.

– Jesteś osłem – stwierdził Stalin. – Jeżeli Polska nie sprzymierzy się z Niemcami przeciwko nam, zostanie zmiażdżona przez niemieckie dywizje zmechanizowane jadące na Związek Sowiecki. Nie przeżyje nawet jednego dnia. Z kolei jeżeli sprzymierzy się z Niemcami, będzie mogła poszerzyć swoje granice, jeżeli wszystko pójdzie dobrze. A jeżeli pójdzie źle – nadal będzie miała szanse na wynegocjowanie zawieszenia broni”.

Jak widać, Stalin był lepszym politykiem od Artuzowa. Ale Artur Artuzow – mózg operacji „Trust”, która w latach 20. rozłożyła na łopatki polski wywiad – lepiej niż Stalin znał Polaków.

Warto w tym miejscu dodać, że ludobójcza operacja polska NKWD z lat 1937–1938 była ściśle powiązana z sowieckimi planami wojennymi z koalicją Polski, Niemiec i Japonii. W jej ramach NKWD wymordowało nawet 200 tysięcy Polaków mieszkających w Związku Sowieckim. Po co? Bo Stalin chciał w ten sposób zniszczyć potencjalną piątą kolumnę.

Warto zajrzeć do wydanych drukiem przez IPN protokołów przesłuchań i aktów oskarżenia Polaków aresztowanych przez NKWD w trakcie Wielkiego Terroru. Niemal we wszystkich pojawiał się ten sam wątek: sowieccy oficerowie śledczy oskarżali swoje ofiary o udział w mitycznej Polskiej Organizacji Wojskowej, która – w momencie wybuchu wojny – miała przystąpić do działań sabotażowo-dywersyjnych mających utorować nacierającemu Wojsku Polskiemu drogę w głąb bolszewickiego terytorium.

Oczywiście były to same niedorzeczności. Pracownika Lasów Państwowych oskarżono o to, że prowadził wycinkę drzew w taki sposób, by przygotować drogę dla polskich czołgów. Kierownika kołchozów o to, że miał podpalić stodołę, by wskazać polskiej kawalerii kierunek natarcia. I tak dalej, i tym podobne. Tak jak wspomniałem, wszystkie te oskarżenia były zmyślone. Ale doskonale pokazują, czego bali się bolszewicy.

 

Jednocześnie z operacją polską – co z niezrozumiałych względów na ogół umyka polskim badaczom – komunistyczna bezpieka prowadziła okrutną, zakrojoną na szeroką skalę operację wymierzoną w mniejszość niemiecką. 42 tysiące obywateli ZSRS pochodzenia niemieckiego zostało w latach 30. rozstrzelanych pod fałszywymi zarzutami tajnej pracy na rzecz III Rzeszy.

Ponieważ w Związku Sowieckim nie było Japończyków, „chłopcy Jeżowa” zabrali się za obywateli pochodzenia koreańskiego. Prawie 200 tysięcy przedstawicieli tej społeczności zostało wysiedlonych z terenów granicznych do Kazachstanu. Kilkadziesiąt tysięcy z nich operacji tej – przeprowadzonej w sposób bestialski – nie przetrwało.

Koreańczycy znaleźli się na celowniku NKWD, ponieważ Korea znajdowała się wówczas pod rządami Cesarstwa Japonii. Zgodnie ze swoją chorą logiką bolszewicy uznali więc Koreańczyków za potencjalną piątą kolumnę cesarza Hirohito. Jak określono to w tajnych sowieckich dokumentach – społeczność ta stanowiła rzekomo „bazę dla japońskiej infiltracji szpiegowskiej na Dalekim Wschodzie”.

Tak, to nie przypadek, że ofiarą sowieckich czystek w latach 30. padli akurat Polacy, Niemcy i Koreańczycy. W ten sposób Stalin oczyszczał kraj z „niepewnych elementów” przed spodziewaną wojną z armiami Osi Berlin-Warszawa-Tokio. Osi, która – jak wiadomo – ostatecznie nie powstała. Polska odrzuciła bowiem ofertę Niemiec. I w efekcie nie został zniszczony Związek Sowiecki, ale Rzeczpospolita.

W ten sposób docieramy do książki, którą – Drogi Czytelniku – trzymasz właśnie w rękach. Krucjata 1935. Wojna, której nie było Marka Świeczka. Ta znakomicie napisana i oparta na nowatorskich źródłach praca zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Czuję się zaszczycony, że mogłem napisać do niej tę krótką przedmowę.

Marek Świerczek ujawnia sensacyjne fakty. Okazuje się, że przekonanie bolszewików o grożącej im polsko-niemiecko-japońskiej inwazji miało również oparcie w ściśle tajnych raportach wywiadowczych przesyłanych przez działającego w Warszawie superszpiega. Był to człowiek uplasowany bardzo wysoko w hierarchii polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Już w połowie lat 30. alarmował on swoich moskiewskich mocodawców, że Józef Piłsudski szykuje się do antysowieckiej krucjaty, w której udział miały wziąć m.in. Niemcy i Japonia. Czy tak było w rzeczywistości? Na to pytanie w swojej fachowej analizie stara się odpowiedzieć Marek Świerczek. Tu stawiam kropkę i urywam wątek. Nie chcę bowiem psuć Państwu lektury.

Kolejnym wielkim walorem Wojny, której nigdy nie było jest odwaga intelektualna autora. Nie obawia się on naszych romantycznych histeryków i zawodowych oburzaczy. A więc towarzystwa znajdującego się w stanie permanentnego wzmożenia, które rzuca się na wszystkich ludzi myślących samodzielnie, by przypiąć im łatkę „faszystów”, „anty-Polaków” i „miłośników Hitlera”.

Świerczek w rzeczowy sposób udowadnia, że Polskę i Niemcy łączyła w latach 30. wspólnota interesów. Było nią zniszczenie i rozczłonkowanie Związku Sowieckiego. Złowieszczego kolosa, który stanowił śmiertelne zagrożenie dla Polski, Niemiec i całej Europy. A już w szczególności Europy Środkowo-Wschodniej.

Ówczesne koncepcje wysuwane przez narodowych socjalistów do złudzenia przypominały koncepcję federacyjną Józefa Piłsudskiego. Główny spec NSDAP od Wschodu, Niemiec bałtycki Alfred Rosenberg, również chciał rozpruć czerwonego kolosa wzdłuż szwów narodowościowych. Podobnie jak Piłsudski za najważniejszy czynnik trwałego osłabienia Moskwy uważał oderwanie od niej Ukrainy.

To również sprawiało, że dla Stalina – i innych obserwatorów ówczesnej europejskiej sceny politycznej – sojusz Polski z Niemcami wydawał się logiczny. Dzięki niemu Rzeczpospolita zeszłaby z pierwszej linii strzału Hitlera, uregulowałaby jątrzący spór terytorialny z Niemcami i na długi czas wyeliminowałaby z gry jednego ze swoich dwóch potężnych rywali – Sowietów. A więc same plusy.

Wystarczyło spojrzeć na mapę, by zrozumieć, że Hitler, aby zrealizować swój główny cel wyłożony w Mein Kampf – czyli zniszczenie Związku Sowieckiego – miał dwa wyjścia: mógł iść na wschód przy współpracy z Polską albo po trupie Polski. Czyli niszcząc nasz kraj i opanowując jego terytorium, które z oczywistych względów musiało stać się bazą wypadową przeciwko Sowietom.

Aż do wiosny 1939 roku Hitler konsekwentnie opowiadał się za opcją numer 1, czyli antybolszewickim sojuszem z Rzeczpospolitą. Udział Polski w rozbiciu Czechosłowacji w 1938 roku utwierdził niemieckiego dyktatora w przekonaniu, że Polska odpowie „tak” na jego ofertę. Bo gdyby było inaczej i Polska chciałaby się znaleźć w obozie anglo-francuskim, przyłożenie ręki do likwidacji Czechosłowacji byłoby przecież czystym szaleństwem.

Dopiero nieoczekiwana wolta Józefa Becka, który na przełomie marca i kwietnia 1939 roku przyjął brytyjskie gwarancje i zawarł sojusz z Anglią, zmusiła Hitlera do zmiany planów. Czyli zawarcia taktycznego porozumienia ze Stalinem i zaatakowania w pierwszej kolejności Polski. Ma więc rację Marek Świerczek, gdy pisze, że decyzja Becka była samobójcza. Doprowadziła bowiem do zagłady państwa, straszliwych zniszczeń i cierpień obywateli Rzeczypospolitej.

„Interes narodowy wymagał – pisze Świerczek – przeciwdziałania zagrożeniu, przy czym Rzeczpospolita, usadowiona między dwoma wrogimi krajami, z których każdy był od niej silniejszy, musiała znaleźć sposób, by się zabezpieczyć przed agresją każdego z nich, a zwłaszcza przed perspektywą ich współpracy przeciwko Polsce. Odmieniana przez wszystkie przypadki zasada równych odległości do Moskwy i Berlina okazała się w 1939 r. skrajnie szkodliwa, doprowadzając do rozbioru II RP”.

Według Świerczka sytuację można było ratować do końca. Jeszcze po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow, a więc 23 sierpnia 1939 roku, Rzeczpospolita powinna „przyjąć żądania niemieckie i wejść do paktu antykominternowskiego, co oznaczało de facto dołączenie Wojska Polskiego do wymarzonej przez Hitlera krucjaty antysowieckiej”. Czy wówczas nie było już na to za późno – pozostaje kwestią otwartą. Bez wątpienia cena, jaką Polska musiałaby w sierpniu 1939 roku zapłacić za sojusz z Niemcami, byłaby wyższa niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej.

Autor książki słusznie wskazuje, że błędem jest analizowanie wyborów politycznych lat 30. przez pryzmat późniejszych zbrodni III Rzeszy. Przed wojną Adolf Hitler był normalnym uczestnikiem gry międzynarodowej, z którym rozmawiały i zawierały układy wszystkie mocarstwa Europy. Wystarczy wspomnieć konferencję w Monachium. Argumenty w stylu „Polska nie mogła się sprzymierzyć z masowym mordercą!” należy więc uznać za ahistoryczne.

„Jak doszło do tego – pyta w zakończeniu swojej książki Marek Świerczek – że Polska, od 1933 r. prowadząca politykę zbliżenia i z dużym prawdopodobieństwem gotowa do bycia koalicjantem Niemiec w wojnie z ZSRS w latach 1934-1935, ostatecznie stała się pierwszą ofiarą zbrojnej agresji ze strony hitlerowskich Niemiec?”.

To jest bez wątpienia pytanie zasadnicze. Trudno nie zgodzić się z konkluzją, że olbrzymią rolę w obraniu przez Polskę kursu ku przepaści odegrała sowiecka prowokacja. Sowieci poprzez swoją – uplasowaną wysoko w polskim aparacie władzy – agenturę byli w stanie przekonać Becka, że porozumienie między narodowosocjalistycznymi Niemcami a komunistycznym Związkiem Sowieckim jest niemożliwe ze względu na różnice ideologiczne. Niestety Beck w to uwierzył.

Do tego należy dodać ślepą wiarę we francusko-brytyjskie gwarancje i megalomanię narodową, według której przedwojenna Polska była mocarstwem. Niedocenienie sił przeciwnika i przecenienie sił własnych. Cały splot fatalnych błędów i pomyłek.

Zakończenie tej historii jest paradoksalne. Stalinowi udało się uciec spod gilotyny. Do śmiertelnie niebezpiecznego dla Związku Sowieckiego sojuszu Niemiec, Polski i Japonii nie doszło. Mało tego, w 1939 roku wybuchła wojna między Polską a Niemcami. „Polska – pisze Świerczek – odrzucając kolejne propozycje Niemiec, de facto stoczyła samotny bój z Niemcami W OBRONIE Związku Sowieckiego”.

Na tym właśnie polega tragedia roku 1939. Decyzje podjęte przez kierownictwo państwowe II RP nie tylko doprowadziły do upadku młodego państwa polskiego, lecz także ocaliły od klęski Związek Sowiecki. Najbardziej ludobójczą i totalitarną dyktaturę w dziejach Europy. Dlatego właśnie swego czasu, w książce Pakt Ribbentrop-Beck napisałem, że bolszewicy powinni postawić na placu Czerwonym w Moskwie pomnik Józefa Becka.

Marek Świerczek podkreśla, że wojna niemiecko-polska leżała wyłącznie w interesie jednego państwa – Związku Sowieckiego. Nie tylko bowiem przekreślała możliwość zawarcia antysowieckiego sojuszu Warszawy i Berlina – dzięki niej Sowieci łatwym kosztem zajęli państwa bałtyckie i wschodnią część Polski, w ten sposób kapitalnie poprawiając swoją sytuację strategiczną przed nieuchronnym przyszłym starciem z Niemcami.

W 1941 roku odbicie tych terenów zajęło Wehrmachtowi wiele cennego czasu i kosztowało sporo sił, których zabrakło później, jesienią 1941 roku, gdy niemieckie armie podeszły pod Moskwę. Jak wiadomo, Niemcom nie udało się zająć sowieckiej stolicy. Wielka ofensywa ugrzęzła w jesiennych błotach. Wojna z bolszewikami, która miała być szybkim Blitzkriegiem, zamieniła się w długoletnią wojnę na wyczerpanie, której Niemcy nie mogli już wygrać.

Gdyby po swojej stronie mieli Polskę i Japonię – która wycofała się z planów ekspansji na kierunku sowieckim po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow – przebieg wydarzeń byłby zapewne inny.

„Z całą, największą odpowiedzialnością – mówił profesor Paweł Wieczorkiewicz – jako człowiek, który bada od kilkudziesięciu lat wojskowość sowiecką tej doby, twierdzę: Armia Czerwona w wojnie z koalicją niemiecko-polską (plus Rumuni itd.) nie miałaby żadnych szans ani w roku 1940, ani w 1941. Pod Moskwą w grudniu 1941 roku Niemcom zabrakło jednej, dwóch dywizji. Myśmy ich dawali do sześćdziesięciu… A więc gen. Stanisław Maczek na czele 1 Dywizji Pancernej zdobywcą sowieckiej stolicy”.

Książka Marka Świerczka to niezwykle ważny głos w dyskusji na temat polskiej polityki zagranicznej w latach 30. Każdy, kto w przyszłości będzie chciał w niej brać udział, musi przeczytać tę pozycję.

Z nazwiskiem autora spotkałem się dobrych parę lat temu, gdy w czasopismach naukowych przeczytałem serię jego artykułów o sowieckim wywiadzie. Potem Marek Świerczek opublikował znakomite książki Największa klęska polskiego wywiadu. Sowiecka akcja dezinformacyjna „Trust” 1921-1927 (2020) oraz Jak Sowieci przetrwali dzięki oszustwu. Sowiecka decepcja strategiczna (2021). Teraz przyszedł czas na Krucjatę 1935. Wojnę, której nigdy nie było. Nie mam wątpliwości, że to najlepsza książka autora. Jego dotychczasowe opus magnum.

Piotr Zychowicz

WSTĘP

Tematyka niniejszej pracy jest niezwykle trudna dla polskiego historyka, gdyż może prowadzić do próby polityzacji analiz w związku z działaniami informacyjnymi Federacji Rosyjskiej, której istotną częścią jest rosyjska polityka historyczna.

Propaganda historyczna Federacji Rosyjskiej w agresywny sposób lansuje bowiem tezę o „odpowiedzialności” Polski za wybuch II wojny światowej. „Wina” Rzeczypospolitej miała polegać na jej gotowości do współdziałania z Hitlerem w planach agresji przeciwko ZSRS, co miało w rezultacie doprowadzić do wybuchu paneuropejskiego, a w efekcie światowego konfliktu. Enuncjacje rosyjskich publicystów i historyków (a nawet samego prezydenta FR, który włączył się w dyskurs stricte historyczny1, określając się jako „historyk i geopolityk”2) po polskiej stronie napotykają na oburzenie i gniew połączone z niedowierzaniem. Trzeba przy tym dodać: niestety.

Polskie reakcje są bowiem pełne emocji, co nigdy nie sprzyja poprawnemu rozumowaniu. Sytuację pogarsza fakt, że strona rosyjska do tezy o „polskiej winie” dodaje oskarżenia o systemowy antysemityzm rzekomo faszyzującej Polski oraz tezy o polskiej megalomanii, każącej polskim politykom domagać się w latach 30. XX w. kolonii i traktowania zapóźnionej cywilizacyjnie RP jak mocarstwa3. Ta mieszanka argumentów stricte politycznych (współodpowiedzialność za wojnę), moralnych (zarzut antysemityzmu w nałożeniu na tragedię Holokaustu jest wyjątkowo bolesny i politycznie zapalny) oraz podwórkowego szyderstwa ma ewidentnie charakter prowokacyjny. Jak bowiem inaczej można zinterpretować taki melanż zarzutów mających na celu nie dialog, a złośliwą dyskredytację przeciwnika? Jak można w wyważony i racjonalny sposób odnieść się do kombinacji oskarżeń o całkowicie odmiennych konotacjach? Nieuchronnie musi to prowadzić do stoczenia się dialogu w rynsztok wzajemnego obwiniania się i powodować urazy. Bo przecież przy tak „wzbogaconej” wersji rosyjskiej można ze swobodą przerzucać się z jednej narracji na drugą, płynnie przechodząc od posądzania o bycie antysemickimi wspólnikami Hitlera i hieną Europy4 do drwin z Polski snującej fantasmagorie o koloniach, podboju ZSRS i wywiezieniu polskich Żydów na Madagaskar5.

 

Przy czym sytuację pogarsza niepojęta maniera polskich historyków i publicystów, którzy na zarzuty Rosjan często odpowiadają ahistoryczną i zwyczajnie nieprawdziwą tezą, że to pakt Ribbentrop-Mołotow (którego głównym celem miał być rozbiór Polski) był przyczyną wybuchu II wojny światowej oraz że sojusz zbrodniczych reżimów był oczywistym skutkiem ich amoralnego totalitaryzmu, zaś wojna niemiecko-sowiecka była tylko rezultatem nieporozumień dwóch bandytów kłócących się o podział łupów zdobytych na uczciwych sąsiadach. Ta koncepcja, choć świetnie wkomponowuje się w nuty naszej narodowej martyrologii, jest historycznie łatwa do podważenia. Wojna musiała wybuchnąć, gdyż Niemcy – wskutek nałożenia się na siebie obciążeń reparacyjnych po I wojnie światowej, nadprodukcji siły roboczej i światowej recesji – przeszły w ręce Hitlera, który w maniakalny sposób zmierzał do podboju ZSRS6. Wskutek czego wydatki Niemiec na zbrojenia wzrastały w takim tempie (1933 r. – 4% budżetu państwa, 1934 – 18%, 1936 – 39%, 1938 – 50%7), że wojna stała się jedynym sposobem na uniknięcie całkowitego gospodarczego załamania8. Kwestią niejasną było jedynie, czy agresja niemiecka zostanie skierowana zgodnie ze strategicznym programem Hitlera na ZSRS9, czy też – w ramach taktycznych wolt – czasowo zwróci się w innym kierunku, by przygotować sobie przedpole do strategicznego pochodu na Moskwę10. Polskie zacietrzewienie niepozwalające na dostrzeżenie geopolitycznych celów Hitlera i skupiające się na taktycznym (z punktu widzenia Niemiec) konflikcie polsko-niemieckim, który wiązany jest z domniemaną antypolskością Hitlera11, ułatwia rosyjskim propagandzistom co jakiś czas wyciągać kolejne historyczne trupy z archiwalnych szaf, by sprawnie manipulować polską opinią publiczną i (co gorsza) administracją państwową RP, która za każdym razem rzuca się do heroicznej obrony polskiego imienia, tracąc z oczu podstawową kwestię, czyli fakt, że robią dokładnie to, czego chce od nich rosyjska strona, bez śladowego choćby rozpoznania, czemu służą rosyjskie prowokacje12.

W tym sporze gubi się kilka głównych problemów:

Po pierwsze, choć teza o wywołaniu wojny przez podpisanie paktu między Hitlerem i Stalinem jest nieprawdziwa, to pozostaje faktem, że agresja niemiecka we wrześniu 1939 r. była klęską strategicznych planów Hitlera, który od przejęcia władzy w 1933 r. chciał wojny z ZSRS, w sojuszu z Wielką Brytanią i Rzeczpospolitą Polską13. Jakby tego było mało, Hitler w swoich planach zniszczenia bolszewickiego reżimu, do 1935 r.14 chciał współdziałać z Czechosłowacją15, a do 1936 r.16 z Francją17, której proponował de facto podział stref wpływów w Europie. Pomimo że geopolityczne projekty Hitlera teoretycznie pozwalały na zabezpieczenie strategicznych interesów Europy18 (kosztem ZSRS i Pribałtyki, czyli krajów bałtyckich) oraz uzyskanie poparcia silnych grup lobbujących na Zachodzie za takim rozwiązaniem, sześć lat od zainicjowania przez Hitlera pomysłu ogólnoeuropejskiej krucjaty przeciwko ZSRS (w celu uratowania paneuropejskiego pokoju oraz aby móc przeciwstawić się gospodarczemu naciskowi USA) rozpoczęła się wojna – wbrew strategicznym założeniom Hitlera – na Zachodzie, dając Sowietom dwa lata na przygotowanie się i zajęcie terytoriów niezbędnych im do przyszłej wojny z Niemcami. Wynika z tego, że w latach 1933–1939 Związek Sowiecki odniósł bodaj największe w dziejach zwycięstwo niemilitarne, przekierowując agresję Hitlera na Zachód. Należy przy tym koniecznie dodać, że Hitler konsekwentnie od 1922 r. chciał wojny z Sowietami, do 1939 r. nigdy nie rozpatrując nawet teoretycznie opcji konfliktu z Polską (o sojusz z którą zabiegał od 1931 r.19 do wiosny 1939 r.), ani z Francją, ani tym bardziej z Wielką Brytanią, która w jego wizjach geopolitycznych odgrywała rolę sojusznika strategicznego. Wojna z RP i Zachodem była wymuszona realizacją celów taktycznych, niezbędnych, by zaatakować ZSRS. A ostatecznie doprowadziła do likwidacji nazistowskiego reżimu oraz kompromitacji planów antysowieckiej, paneuropejskiej krucjaty, pozwalając Związkowi Sowieckiemu na opanowanie Europy Środkowej i stanie się potęgą światową – czyli do realizacji dokładnie tego scenariusza, przed którym chronić miała proponowana przez Hitlera krucjata. Brakuje miejsca na opis całości sowieckich działań, które umożliwiły im uniknięcie konfliktu z Niemcami, pomimo że odpowiadał on kluczowym interesom Zachodu. Jedynie dla ilustracji pozwolę sobie omówić pokrótce arcyciekawe hipotezy dwóch rosyjskich historyków próbujących wyjaśnić brak zmiany polityki RP po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow:

Jak wiadomo, rząd Polski w 1939 r. odrzucił ostatecznie żądania niemieckie, opierając się na dwóch pewnikach: gwarancjach ze strony Wielkiej Brytanii i sojuszniczej Francji20 oraz przekonaniu, że Związek Sowiecki zachowa „życzliwą neutralność” w razie wojny polsko-niemieckiej21. Te dwa założenia były warunkiem sine qua non polityki polskiej. Bez pomocy Zachodu wojna była z definicji przegrana, a wejście Sowietów do konfliktu po stronie niemieckiej musiało zablokować militarną pomoc Zachodu, w obawie przed odrodzeniem antyzachodniego sojuszu niemiecko-sowieckiego w duchu Rapallo, lecz tym razem o charakterze militarnym. To oznaczało, że podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow 23 sierpnia 1939 r. powinno było doprowadzić do natychmiastowej korekty dotychczasowej polityki polskiej, to jest do przyjęcia żądań niemieckich i wejście do paktu antykominternowskiego, czyli dołączenie Wojska Polskiego do wymarzonej przez Hitlera krucjaty antysowieckiej. Do takiej wolty politycznej nie potrzeba było nawet informacji o tajnym załączniku (która była znana Amerykanom oraz Brytyjczykom i Francuzom, którzy nie uprzedzili Polaków22), gdyż sam fakt podpisania traktatu przekreślał polski dogmat mówiący o tym, że różnice ideologiczne uniemożliwiają porozumienie między Rzeszą a Sowdepią. Zwłaszcza że powszechną praktyką dyplomatyczną dwudziestolecia było załączanie niejawnych aneksów do oficjalnych umów. A jednak rząd polski ani na jotę nie zmienił swojej polityki, która – w geopolitycznej sytuacji zmienionej przez traktat sowiecko-niemiecki – musiała doprowadzić do wojny i porzucenia Polski przez aliantów, którzy – bojąc się ducha Rapallo – nie mogli ryzykować konfliktu z dwiema największymi potęgami militarnymi ówczesnej Europy.

Mimo że doszło do zawarcia traktatu między reżimami, mającymi być rzekomo niezdolnymi do współpracy z powodów ideologicznych23, polityka polska nie uległa zmianie. Rząd RP opierał się bowiem na wspomnianych dogmatach, czyli gwarancjach zachodnich i założeniu, że ZSRS zachowa neutralność. Wynika z tego, że – prócz infantylnej wiary w zachodnich aliantów – dla polskich decydentów potwierdzona informacja o pełnej neutralności ZSRS w razie wojny RP z Niemcami miała znaczenie strategiczne. Jednak, by kierownictwo polskiego państwa zaakceptowało taką ocenę, nawet gdy pojawiły się oficjalne informacje o podpisaniu traktatu niemiecko-sowieckiego, musiała ona być sformułowana przez największe autorytety w zakresie polityki wschodniej, czyli w praktyce przez Oddział II SG WP oraz Wydział Wschodni MSZ. Sanacyjni decydenci – pomimo naocznego dowodu fałszywości założeń w postaci paktu Ribbentrop-Mołotow – wciąż wierzyli w zapewnienia wywiadu wojskowego i cywilnego24, przyjmując za pewnik niezrozumiałe w świetle historycznych faktów przeświadczenie, że Polacy lepiej niż Zachód orientują się w sprawach sowieckich.

W świetle wieloźródłowych informacji, pochodzących od historyków rosyjskich i polskich25, nie ma najmniejszej wątpliwości, że główny autor oceny pozycji ZSRS sformułowanej przez MSZ, Tadeusz Kobylański był sowieckim agentem26. Brakuje dokumentów potwierdzających agenturalność kierującego podówczas Oddziałem II SG WP płk. Józefa Englichta, jednakże – na podstawie jego działań w 1939 r. – rosyjski historyk Stanisław Morozow wysunął hipotezę roboczą o zwerbowaniu Englichta przez INO GUGB NKWD27 [wywiad zagraniczny – red.] jako jedyne racjonalne wytłumaczenie tej sytuacji. Z kolei Jurij Borisionok28 wysunął arcyciekawą i logicznie spójną hipotezę, zgodnie z którą autorami fałszywej oceny rzeczywistości dokonanej przez rząd polski w 1939 r. było dwóch wysokich urzędników MSZ, mianowicie wspomniany już Kobylański oraz dyrektor Biura Personalnego MSZ, Wiktor Tomir Drymmer29, który – zdaniem Borisionoka miał wykorzystać do tego swoją pozycję szarej eminencji przy ministrze Józefie Becku ślepo ufającym obu wyżej wymienionym podwładnym30. Borisionok w swoich analizach powołał się na nieznany do tej pory historiografii polskiej list oficera sowieckich służb, generała lejtnanta Amajaka Kobułowa, który, aresztowany i skazany na śmierć w śledztwie dotyczącym Berii, w liście z 7 stycznia 1954 r. do ministra obrony ZSRS, marszałka Nikołaja Bułganina, prosząc o wstawiennictwo w sprawie zmniejszenia najwyższego wymiaru kary, przypominał Bułganinowi spotkanie z 16 sierpnia 1939 r., kiedy to – na osobiste polecenie Stalina – Bułganin (kierujący podówczas Gosbankiem) przekazał Kobułowowi 500 tysięcy złotych polskich, które ten, po drodze na placówkę w Berlinie, zawiózł do Warszawy na „wykonanie pewnej nielegalnej operacji”:

Nikołaju Aleksandrowiczu! Miałem szczęście być u Was trzykrotnie: 1) w 1939 r., kiedy kierowaliście Gosbankiem, przy mnie telefonował do was J.W. Stalin i prosił, by wydać mi pół miliona złotych w celu realizacji pewnej nielegalnej operacji w Warszawie. Następnego dnia, po otrzymaniu od Was tej kwoty, wyjechałem do Warszawy i z honorem wypełniłem poruczone mi zadanie31.