Sedno

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

STACJA POCZĄTKOWA: SEBASTIAN KOLASIŃSKI

STACJA DRUGA: JACEK TURWID

STACJA TRZECIA: DAWID JACENIUK

STACJA CZWARTA: GRISZA ONOPRYJUK

STACJA PIĄTA: PIÓRKOWSCY

STACJA SZÓSTA: GONZO

SIEBTE STATION: FELDWEBEL KARLIK CZOIK

STACJA ÓSMA: PATRYCJA MICHAŁOWICZ

STACJA DZIEWIĄTA: WŁODZIMIERZ KURCZYK

STACJA DZIESIĄTA: KONIEC PODRÓŻY

POSŁOWIE


Copyright © Wydawnictwo Granda

Copyright © Marek Stelar

Anna Godzińska redakcja

Marta Krawczuk korekta

Karolina Walczak grafika na okładce

Raraku.pl skład i łamanie

Wydawnictwo Granda

wydawnictwo-granda.pl

Książka dofinansowana z budżetu miasta Szczecin

ISBN 978-83-957900-9-6

Szczecin 2020

Epatowanie śmiercią czy to w formie wizualnej,

czy jakiejkolwiek innej, wywołuje naturalną reakcję: przestrach. Każdy w końcu boi się śmierci, choćby nawet twierdził coś wręcz przeciwnego. Ale epatowanie życiem zamiast śmiercią, może przynieść jeszcze gorsze skutki, bo życie potrafi być czasem o wiele gorsze niż śmierć.

A przecież życia nie boi się prawie nikt…

Mark D. Heath, Mój koszmar,

przeł. K. Lichtblau, Warszawa 1924

STACJA POCZĄTKOWA: SEBASTIAN KOLASIŃSKI

Brakuje mi powietrza. Chcę złapać się za szyję, zdjąć, zerwać z niej niewidzialną pętlę, która blokuje jego dopływ do płuc, ale wiem, że to bez sensu, bo na mojej szyi nie ma żadnej pętli. Jest tylko w mojej głowie, co nie zmienia faktu, że działa tak, jak każda pętla na każdą szyję, na której jest zaciśnięta. Zabija. Powoli. Duszę się. Duszę się, choć nie fizycznie. Duszę się w głowie, która chce implodować. Ledwo stoję na nogach; są jak z waty, jak z miękkiej gliny. Drżą mi kolana i szczękam zębami, które dzwonią głucho niczym butelki w skrzynkach na pace dostawczaka jadącego po dziurawej, wyboistej drodze.

I ten właśnie widok pojawia się nagle pod mocno zaciśniętymi powiekami – skojarzone w przedziwny sposób z moim stanem wspomnienie sprzed trzydziestu lat: wakacje u wujostwa, połatany i usiany wyrwami asfalt przecinający dziurawą wstęgą podkoszalińską wieś, zdezelowany „Żuk”, a pod plandeką skrzynki z piwem, dzwoniące jak moje zęby w tej chwili. Dostawa do lokalnego sklepu Gminnej Samopomocy, pod którym wuj z kolegami z PGR-u, jak zwykle po robocie, wyżłopie kilka browarów, a potem stłucze ciotkę. Ten dzień, którego wspomnienie wciska mi się pod powieki, spędziłem z chłopakami ze wsi, włócząc się po okolicy w pierwszej w swoim życiu męskiej wyprawie. Pierwszy papieros, łyk bimbru ze słoika, czarno-białe zdjęcie nagiej dziewczyny z ostatniej strony „Perspektyw”. To jeden z tych dni, który zostaje w głowie w najdrobniejszych i nawet najmniej istotnych szczegółach, zostaje w niej nawet brzęk butelek z piwem. Tylko że tamtego dnia, tamtego fantastycznego dnia świeciło piękne słońce, było gorąco, a nad drogą unosił się pachnący żniwami kurz, który letni wiatr przywiewał z pól. A teraz wokół mnie jest zimno i ciemno, tak bardzo ciemno…

Czy to zapowiedź rychłej śmierci? Czy tak właśnie, kompletnie groteskowo i irracjonalnie, wygląda jej nadejście? Odległe wspomnienia z dzieciństwa przebiegające przed oczami jak film? Wspomnienie fantastycznego dnia, którego końcem była przyniesiona z pola wiadomość, że wuj zginął w wypadku i nigdy więcej nie wypije pod sklepem piwa ani nie pobije ciotki? Ale nie ma więcej wspomnień. Nic już nie widzę. Nic. Tylko słyszę. Słyszę to szczękanie swoich zębów, słyszę je uszami i przez usta również, w ten specyficzny sposób, tak jak słyszy się przez nie wypowiadane przez siebie słowa. I jest ciemno, tak bardzo ciemno… Nawet, gdybym leżał we własnym grobie, nie byłoby tak ciemno, jak jest w tej chwili.

Jestem w grobie.

Teraz.

Nie mogę się ruszyć – coś trzyma mnie w tym odbierającym dech bezruchu, nie pozwala unieść ręki ani nogi, obrócić głowy. Otacza mnie ciemność tak gęsta, że można kroić ją nożem, drzeć palcami, drapać paznokciami, drapać dotąd, aż pojawi się pod nimi krew, a one same złamią się, a potem zejdą z palców. Można spróbować ją zerwać jak tę pętlę na szyi, która jest tylko w głowie. Można ją szarpać niczym czarny materiał rozdzierany na strzępy w szaleńczym odruchu paniki, lecz jego wątek i osnowa są tak ciasno ze sobą splecione, że szarpanie niczego nie daje. Niczego. Ta ciemność i tak z powrotem splata się, szczelnie zaciska, spaja i wraca do poprzedniej postaci nieprzeniknionej, duszącej czerni. Jest miękka i plastyczna, jak zawartość bagna gdzieś w ustronnym miejscu gęstego lasu; zdradliwa breja ukryta pod dywanem suchych liści, która wciąga nieostrożne zwierzę, centymetr po centymetrze, bezlitośnie i nieubłaganie, a potem, kiedy jego rozpaczliwy ryk ustaje powstrzymany falą błota wciskającą się do pyska, w ciszy zamyka się nad nim razem z dywanem z liści i nikt nie ma pojęcia, czy choćby nawet cienia podejrzenia, że coś tu się przed chwilą wydarzyło. Że wydarzyła się śmierć. Ale ja nawet nie próbuję tej ciemności rozszarpać, podrzeć czy choćby nadgryźć, bo przecież nie mogę się ruszyć. Przecież, do kurwy nędzy, nie jestem w stanie nawet drgnąć, przesunąć się choćby o jeden, cholerny milimetr… Tylko serce trzepocze w piersi jak przestraszony kanarek uwięziony w ciasnej klatce, który nie ma gdzie uciec i szamocze się w wydzielonej stalowymi prętami przestrzeni, obijając się o nie, a czarne oczka błyszczą bezrozumnym przerażeniem.

Wiem, że to minie, że to chwilowe, że ostatnio mam dużo stresu. Boże, który nie istniejesz, co się ze mną dzieje?

Boję się…

Łapię spazmatycznie haust powietrza i otwieram oczy.

– Proszę pana, „Bogusław” miał katastrofę! Tylu ludzi zginęło! Tam było moje dziecko!

Mrozi mnie przez chwilę. Od środka. Dziwnie ubrana kobieta, która uczepiła się nagle rękawa mojej kurtki, patrzy mi w oczy z wymalowanym na twarzy przerażeniem. Jest autentyczne – widzę to w jej oczach, słyszę je w jej rozpaczliwym łkaniu.

Stoję na jednym z peronów szczecińskiego dworca. Jest już noc i jest zimno, a ja marznę od środka i marzną mi uda oraz to, co jest między nimi, a co stało się niedawno moim przekleństwem. Stoję i czekam na pociąg TLK „Bogusław XIV”, który zabierze mnie stąd i zawiezie do Warszawy Centralnej, skąd udam się do Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy, a potem… Potem nie wiem, co będzie. Czekam na pociąg, który nazywa się „Bogusław XIV”. Pociąg, który ma być dopiero podstawiony. Pociąg, który jeszcze nie wyruszył, żeby mnie tam zabrać. Tam, czyli nie wiem gdzie, ale przez stację Warszawa Centralna, gdzie go opuszczę, a potem Urząd Miasta Stołecznego Warszawy. Pociąg jeszcze nie wyruszył, a już uległ katastrofie, tak przynajmniej twierdzi dziwnie ubrana kobieta uczepiona rękawa mojej zbyt krótkiej puchowej kurtki. Kobieta wpatruje się we mnie błagalnie, jakbym mógł na to coś poradzić. Na to, że „Bogusław” miał katastrofę i na to, że było w nim jej dziecko. Oczy staruszki błyszczą dziko jak u tego kanarka w klatce, błyszczą zza zasłony zlepionych w strąki siwych włosów, wijących się niczym węże na głowie Meduzy, wysmykujących się spod naciągniętego na uszy włóczkowego beretu. Jej oczy błyszczą przerażeniem, a ja mam pustkę w głowie. I zmarznięte uda oraz to, co jest między nimi.

– Sydonka, idźżeż kobieto wreszcie do domu, zostaw pana w spokoju.

W głosie przechodzącego obok sokisty słyszę rozbawienie. Przystaje koło nas razem z kolegą policjantem i przygląda się nam; wielki jak niedźwiedź, pogrubiony czarną watowaną kurtką i kamizelką taktyczną. Na ramieniu zaczepiona nasobna krótkofalówka; czarne pudełko co kilka sekund wydaje z siebie cichy, elektroniczny szum, krótkie dźwięki i strzępy słów wypowiedziane beznamiętnymi głosami ludzi, którzy widzieli już wszystko. Zwięzłe informacje, komunikaty i polecenia wędrujące ponad ulicami i budynkami, zapisane w rozpuszczonych w zimnym, przesyconym zapachem tłustej sadzy powietrzu falach, na powrót zmienionych w tym małym, czarnym pudełku w to, czym były, zanim wysłano je w eter. Skompresowanymi do minimum sygnałami ludzkich podłości, tragedii i zaniedbań kłębiących się w tkance miasta niczym robaki pod skórą trupa. U boku strażnika wisi tonfa, atrybut władzy, coś jak współczesna rózga liktorska. A może raczej zbrojne ramię sprawiedliwości, wymierzanej pewnie nieraz złodziejaszkom na poczet przyszłej kary, kiedy papierologia związana ze zgłoszeniem wykroczenia nie jest tego warta. Policjant, też w kurtce, w takiej samej kamizelce i z taką samą tonfą, ale drobny i szczupły, wygląda przy sokiście jak dziecko albo treser przy swoim niedźwiedziu.

Stara kobieta puszcza mój rękaw, a wyraz przerażenia znika z jej twarzy jak zdmuchnięty. Zastępuje go służalczy i uniżony uśmiech ukazujący spróchniałe pieńki zębów. Po chwili zanosi się w głos chichotem czarownicy, wyrzuca z siebie strumień powietrza przerywany spazmatycznymi skurczami tchawicy, od dziesięcioleci drażnionej dymem najtańszych papierosów. Jej głowa trzęsie się, a spod beretu wypełza jeszcze kilka lepkich strąków o barwie zjełczałej śmietany. Czarownica umyka zgarbiona gdzieś w noc; gdzieś, gdzie nie dochodzą światła dworca. Drobi maleńkimi kroczkami, kłapiąc podeszwami rozczłapanych, męskich butów bez sznurówek, włożonych na bose stopy, obejmując się wpół i wciąż zanosząc się opętańczym śmiechem. Poły cienkiego płaszczyka, w którym ja zamarzłbym chyba na śmierć, powiewają wokół krótkich nóg staruchy. I nagle pochłania ją mrok. Jej sylwetka powoli rozmywa się w nim jak ostatnie kadry filmu ciemniejące na ekranie starego kina „Bałtyk”, które nie istnieje od dobrych piętnastu lat, a w którym oglądałem E.T., Gwiezdne wojny, Indianę Jonesa i Niekończącą się opowieść.

 

I przychodzi mi nagle na myśl, że żadna z choćby najbardziej wymarzonych, wyuzdanych i tak naprawdę niepotrzebnych rzeczy, jakie kupiłem sobie jako dorosły, nie dała mi więcej autentycznej radości niż tamte chwile spędzane w kinie jako dzieciak. Ani saab, ani Bang&Olufsen czy Apple Watch nie były w stanie tego przebić. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz. W tej chwili. To jak olśnienie. Jak spóźniona myśl umierającego na raka starca, który widząc krzątającego się obok łóżka syna żałuje nagle rozpaczliwie, że nie poświęcił mu kiedyś tyle czasu i uwagi, ile mógł. I kiedy syn wychodzi, wracając do swoich obowiązków, starzec wie, że choć jutro po południu znów przy nim będzie, to on teraz zostaje sam na sam z nocą za oknem i ciemnością w głowie, ciemnością bez wspomnień o wspólnych, szczęśliwych chwilach, którymi mógłby się karmić, by lepiej znieść nadchodzące nieubłaganie noc i śmierć.

By lepiej przeżyć tę nędzną resztkę życia, która mu została.

Pomyliłem się co do tej kobiety, która rozpłynęła się w ciemności znikając w niej tak, jak moje szczęśliwe dzieciństwo zniknęło we mgle niepamięci, wymazane zdarzeniami, które też chciałbym tam wysłać. Pomyliłem się… Wiem to już. Nie pierwszy zresztą raz pomyliłem się, oceniając czyjeś uczucia i odbierając je jako prawdziwe. Albo nieprawdziwe. Na jedno wychodzi: pomyliłem się tak czy siak, choć tym razem nic mnie to nie kosztuje, jak wiele razy ostatnio.

– Pan się nie przejmuje – mówi przebrany za sokistę niedźwiedź. – To lokalna wariatka, niegroźna. Mieszka tu, niedaleko, przesiaduje na dworcu godzinami. Pan tylko na wszelki wypadek sprawdzi, czy portfel jest na miejscu.

Sprawdzam. Portfel jest na miejscu. Tkwi w wewnętrznej kieszeni kurtki. Puchowej, leciutkiej kurtki grzejącej plecy, tors i ramiona, lecz zbyt krótkiej, by objąć ciepłem wszystko to, co poniżej pasa. Gdyby była dłuższa i sięgała do pół uda, byłaby obciachowa i niemodna, ale za to nie trząsłbym się teraz jak gówno w przerębli, nie mogąc się doczekać, aż podstawią wreszcie tego cholernego „Bogusława” i będę mógł schronić się w jego środku, ciepłym niczym wilgotne wnętrze kobiety przyjmujące w siebie drżące z niecierpliwości męskie przyrodzenie. To dziwne skojarzenie, nie do końca adekwatne i nie na miejscu, ale przyzwyczaiłem się już, że miewam je w najmniej odpowiednich momentach swojego życia. Tylko że ja nie drżę teraz z niecierpliwości. Drżę z zimna, niewyspania, poczucia winy i klęski.

Przypominam sobie, że nie przełożyłem do portfela dowodu osobistego – został za okładką dowodu rejestracyjnego mojego auta, który z kolei zostawiłem w domu, bo nie był mi przecież potrzebny. Dowód osobisty właściwie też nie. Ważne, że jest portfel, a w nim resztka pieniędzy i karta kredytowa obciążona już debetem. A także bilet, bilet na pociąg TLK „Bogusław XIV” relacji Szczecin Główny – Warszawa Wschodnia, wagon czwarty, bezprzedziałowy, miejsce czterdzieści cztery, niestety nie od okna, a od strony przejścia. Muszę jechać do tej cholernej Warszawy. Akurat teraz, zaraz. Muszę być w jej wielkomiejskich wnętrznościach jutro rano, o dziewiątej. Mimo to mam wrażenie, i to wrażenie graniczące z pewnością, że jadę tam niepotrzebnie. Że nic nie wskóram. Że nie dostanę już szansy…

Nazywam się Sebastian Kolasiński. Jestem architektem. Jestem dość znanym, a właściwie uznanym architektem. Nagradzanym architektem. Ambasadorem swojego miasta, które miastem jest tylko z nazwy. Jestem wschodzącą gwiazdą polskiej architektury. A może nawet nie wschodzącą – ja już błyszczę na firmamencie, błyszczę od kilku lat, jestem jej cudownym dzieckiem. „Inżynier z przypadku, artysta z powołania”, tak pogardliwie mówią o architektach, ale to nie ja. Ja jestem naprawdę inżynierem – razem z architekturą studiowałem równolegle budownictwo; wiem, jak pracuje konstrukcja, czuję ją, nie zgaduję, ja to intuicyjnie i rozumowo równocześnie wiem. I potrafię ją obliczyć. Ale jestem też artystą, nie patrzę na budynek wyłącznie jak inżynier: zespół ścian i stropów, przegród o danych właściwościach fizycznych. Czuję kształty i płaszczyzny, czuję, jak płyną, jak się przenikają, jak stają wobec siebie w kontraście i jak wzajemnie się uzupełniają. Kształtuję przestrzeń dla psychicznych i fizycznych potrzeb ludzi, jej użytkowników. Jestem architektem niemal idealnym. W wieku czterdziestu czterech lat osiągnąłem już w tym zawodzie tyle, że grzechem byłoby chcieć więcej, ale jeszcze większym grzechem byłoby na tym poprzestać. Jestem też znakomitym przykładem człowieka, którego najprawdopodobniej przerósł własny sukces. Który uwierzył, że może niemal wszystko. Jak wielu. A potem upadł, jak wielu upadło.

Nazywam się Sebastian Kolasiński, jestem architektem i jestem skończony.

Pociąg wreszcie podjeżdża. Wjeżdża tyłem, lokomotywa manewrowa wpycha go na dworzec, a nie ciągnie za sobą, dlatego z mojego punktu widzenia wygląda to dość groteskowo: jakby ktoś czegoś zapomniał. Kiedy pociąg nieruchomieje, rzesza zgromadzonych na peronie ludzi przypuszcza szturm. Dwadzieścia pięć minut do odjazdu. Pełna rezerwacja miejsc. A oni biegną do drzwi, jakby od tego zależało ich życie, brakuje tylko, żeby z dworcowych megafonów rozległ się Run to the hills Iron Maiden.

Run to the hills, run for your lives…

Nie spieszę się, a przynajmniej nie zamierzam, ale nerwowy pośpiech ludzi mimo wszystko działa na mnie pobudzająco i mobilizująco. Znajduję swój wagon, wchodzę do środka i, obijając się łokciami o oparcia siedzeń, przypatruję się maleńkim tabliczkom z liczbami w poszukiwaniu miejsca, które na kilka następnych godzin ma stać się moim miejscem. Kiedy wreszcie je odnajduję, nadzieja na spędzenie nocy we względnym spokoju pryska jak ostatnio wszystko w moim życiu.

Jeszcze stojąc na peronie, łudziłem się, że ktoś, kto wykupił miejsce obok mnie, czy raczej ktoś, obok kogo ja wykupiłem miejsce, nie przyjdzie. Nie zdąży, zaśpi, zapomni, zabiją go, cokolwiek – ale nie przyjdzie. Zrobi mi tę przyjemność i po prostu się nie zjawi. Ale ten ktoś zjawił się; zjawił się na długo przede mną, w dodatku wygląda, jakby siedział tu od kilku godzin: zadomowiony, rozparty, rozebrany z kurtki, z nogami na podnóżku i z gazetką w ręku. Ulizane włosy, grzeczny z wyglądu, jasna koszula pod sweterkiem w serek, brązowe spodnie z kantem. Jak on to zrobił, skoro pociąg nie przyjechał ze Świnoujścia? „Bogusław” startuje ze Szczecina, skład przyjeżdża ze Wzgórza Hetmańskiego pusty i zapełnia się ludźmi dopiero tu, na Głównym. Może to mieszkający na Pomorzanach pracownik PKP, który skorzystał z okazji i po znajomości wsiadł w wagonowni, zamiast tłuc się do centrum tramwajem?

Rozglądam się i stwierdzam, że człowiek zajmujący siedzenie pod oknem nie jest jedyny, a ja mam chyba coś nie tak z refleksem. To prawda, odwykłem od przepychania się w drzwiach pociągu, od gonitw po dworcu, zajmowania pole position na krawędzi peronu i wrzucania walizek przez okno do przedziału. Te czasy minęły razem z erą Jarocina i minęły, odkąd zaczęła obowiązywać ta nieszczęsna rezerwacja, a ja zacząłem latać samolotami. Te czasy minęły, ale oto znów muszę jechać pociągiem, w dodatku tłuc się, kurwa, całą noc na niewygodnym siedzeniu, zamiast wziąć chociaż kuszetkę czy sypialny, które ludzie wykupywali jak cukier przed spodziewanym kryzysem. Ilekroć grucha wieść o podwyżkach cen czy jakimś kryzysie właśnie, z półek sklepów i hurtowni, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki, znikają papierowe torebki wypełnione kilogramem białej śmierci. Tu rzecz się ma chyba podobnie: były miejsca, to brali, a nuż zabraknie. Mnie zabrakło, choć nie tylko z tego powodu jadę siedząc, a nie leżąc. I patrzę teraz bykiem na zaczytanego w „Newsweeku” człowieka pod oknem, jeszcze gorzej myśląc o tych, którzy kładą się właśnie na swoich miejscach w wagonach sypialnych.

Siadam, starając się nie dotknąć sąsiada i stwierdzam, że muszę iść do toalety. Nerwy robią swoje, mam tak od dziecka. Wizyta u dentysty, egzamin, występ w szkole, każde takie wydarzenie powoduje u mnie przyśpieszoną produkcję moczu. W dodatku ile bym nie wysikał i tak zaraz chce mi się znowu. A od jakiegoś czasu jest to u mnie stan permanentny.

Postanawiam, że zanim pójdę do WC, odsapnę chwilę i uspokoję się. Chociaż odrobinę. Zamykam powieki i odcinam się od świata zewnętrznego choć na moment. Taką mam intencję. Chcę stracić z oczu wszystko: kształty i światło, kolory i fakturę materiałów; wizualny odpowiednik kakofonii, rażącej umysł nie przez uszy, a poprzez oczy. Chcę przez jakiś czas odpocząć od tych wszystkich bodźców gwałcących mój mózg, chcę zostać sam na sam ze swoimi myślami, które są równie ciemne jak obraz pod szczelnie zamkniętymi powiekami. Kiedy je mrużę, zaciskają się mocniej i obraz jest jeszcze ciemniejszy. Dobrze. Ciemno. Ciemno, ale w ten bezpieczny sposób, w pełni kontrolowany, bo jestem świadomy, że wystarczy otworzyć oczy, by wróciły kolory i światło. Pozwalam otoczyć się tej bezpiecznej ciemności, pozwalam jej się objąć jak materiałem hamaka, by odpocząć w niej kilkanaście sekund i zebrać siły do dalszej egzystencji w świecie określonym światłem, cieniem, kształtami i barwami.

Ale to nie działa. Nie do końca. Nie tym razem.

Słyszę prowadzone przyciszonymi głosami rozmowy. Słyszę dzwonienie czyjegoś telefonu. Słyszę „ping” nadchodzącej wiadomości messengera. Kaszlnięcie. „Czy może mi pan pomóc z torbą?”. Ping. Szuranie walizki po podłodze. Ping, ping, pokasływanie, ping, „Tak, mamo, jestem już w pociągu”, ping, PING, kurwa, srrring!!!

Czy ci wszyscy ludzie nie mogliby choć przez chwilę – jedną, krótką chwilę – posiedzieć w pierdolonej ciszy!?

Czy pierdolona cisza jest jak zen – nieosiągalna dla przeciętnego zjadacza parówek!?

Czy oni wszyscy boją się tej ciszy, tak jak można się bać wysokości czy ciemności!? Placidofobia: nowa choroba cywilizacyjna, jak nadciśnienie, Hashimoto czy cukrzyca?

Otwieram oczy. Mocno wbity plecami w oparcie ściskam podłokietniki fotela, głęboko oddycham, nabierając w płuca kilka gwałtownych haustów powietrza. Chryste, jestem kłębkiem nerwów!

Wracam ze swojej bezpiecznej ciemności do świata bodźców wizualnych, do świata barw, światła i cienia. Ten powrót jest jak kac, jak zjazd po amfie. Niweczy zakładany, a nawet osiągnięty, efekt działania alkoholu czy stymulantu.

– Witamy w TLK – mówi człowiek z „Newsweekiem”.

– Miałem lecieć samolotem, ale już nie było biletów – rzucam zdawkowo, wpatrując się w oparcie fotela przede mną.

Oczka siatki na gazety wbijają się w moje fotoreceptory zielonymi rombami, a w moim głosie pobrzmiewają nuty skargi.

Nawet nieźle wychodzi mi ta skarga. Ale prawda jest inna. Prawda jest prozaiczna. I wstydliwa. Bilety pewnie były, za to nie było pieniędzy. Prawda jest taka, że muszę oszczędzać na wszystkim. Każdą złotówkę, ba, każdy grosz oglądam z obu stron, zastanawiając się, czy mogę go wydać lepiej i sensowniej.

Rozluźniam się. Znów zamykam oczy i zaczynam spokojniej oddychać, starając się odciąć swój umysł od szumu rozmów i innych dźwięków. Zapaść jeśli nie w drzemkę, to przynajmniej w swoisty letarg. Stwierdzam, że to trudne.

Stwierdzam, że to niewykonalne.

– Zawsze wybieram miejsce tyłem w wagonach bezprzedziałowych – chwali się ktoś kilka miejsc dalej, a jego głos brzęczy w mojej głowie jak natrętny owad, który nie potrafi albo nie chce wylecieć przez otwarte okno. – Jak nie trafię, to się z kimś zamieniam i raczej nie mam z tym problemu, bo niewiele osób lubi jeździć tyłem do kierunku jazdy. A dlaczego to robię? Bo jakby co, jest bezpieczniej, co nie? Jak walniemy w pociąg z naprzeciwka, to nie lecę na ścianę albo fotel przed sobą… Gdybym jechał przodem, to zostałaby ze mnie miazga, kolego, miazga! A tak…

– Zastanawiam się, czy ten człowiek słyszał o kimś takim jak Newton i czy zdaje sobie sprawę, że przy zderzeniu z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę plus prędkość pociągu z naprzeciwka, oparcie za plecami go nie uratuje? – mój sąsiad odkłada „Newsweek” na blacik odchylany z oparcia fotela i spogląda na mnie marszcząc rzadkie brwi. – Czy wie, że nawet jeśli to oparcie zatrzyma jego ciało w miejscu, to jego narządy wewnętrzne wciąż poruszają się te sto na godzinę i hamują dopiero na szkielecie, mięśniach i sobie samych, często miażdżąc się wzajemnie albo przynajmniej poważnie uszkadzając? Że mózg w tej jego ciasnej głowie, mimo że wypełnia ją ściśle, to jednak pływa w niej sobie, ma konsystencję galaretki i podlega takim samym prawom, jak wątroba, śledziona i nerki, czyli ściska sam siebie i zatrzymuje się na kościach czaszki, więc często w takich wypadkach kończy się wstrząsem lub śmiertelnie niebezpiecznym obrzękiem i wgłobieniem?

 

Ma miły głos. Swoje rewelacje wypowiada nieco rozbawionym tonem, a wyraz oczu potwierdza to. Jest lekko rozbawiony. Przyglądam mu się, skoro już mam spędzić całą noc w jego towarzystwie. Jest nieco starszy ode mnie, a może tylko wygląda na starszego. Zachowawcza fryzura z misternie ułożonych i przetkanych siwizną włosów zapewne jeszcze bardziej postarza go wizualnie, więc kto wie, może nawet jesteśmy równolatkami? Ma twarz, na którą nikt nie zwróciłby uwagi w tłumie: nie wyróżnia się niczym, jest przeciętna, ani ładna, ani brzydka, po prostu zwyczajna. Setki takich twarzy widzi się codziennie, zapominając o nich tuż po tym, jak straci się je z oczu. Uwagę zwracają dwie rzeczy. Jedną z nich są właśnie oczy. Inteligentne, patrzące bystro spod brwi, a zieleń ich tęczówek jest chyba jedyną interesującą rzeczą w tej twarzy. Kolorem przypominają oczy mojej matki, które, zanim zamknęły się na zawsze, pogrążając ojca w uwieńczonym bankructwem marazmie, miały niemal identyczny odcień. Drugą zwracającą uwagę rzeczą jest mała brodawka w kolorze skóry, widoczna tylko dzięki lekkiemu sierpowi cienia, jaki rzuca na podbródek.

– Sporo pan wie o katastrofach – zauważam nie żałując już, że jadę przodem do kierunku jazdy. – Jest pan lekarzem? Albo anatomopatologiem?

– Jestem księgowym – mój sąsiad mówi to z wyraźnie słyszalną w głosie dumą, lekko mrużąc powieki, jak zadowolony pies drapany za uchem.

Hmm… Też kiedyś mówiłem o sobie z dumą: „Jestem architektem” i oczekiwałem, że w oczach interlokutora zobaczę podziw. Może kiedyś go widywałem, a może tylko mi się wydawało? Może tylko chciałem go widzieć? A może to nie był wcale podziw, ale to już nieważne, bo dziś w oczach ludzi widzę tylko obojętność, wrogość, zawiść albo zmęczenie. A teraz nawet nie staram się, żeby człowiek obok mnie zobaczył to, co ja chciałem kiedyś widzieć w oczach innych. Ale nie ma też w nich wrogości, ani nawet obojętności, bo nie czuję ich do tego gościa na sąsiednim fotelu. Nie czuję nic, w moich oczach jest tylko zmęczenie. Wyłącznie zmęczenie. Nie mam ochoty na silenie się na uprzejmości. Chcę tylko spać. I tak mocno, jak chcę spać, tak samo mocno jestem przekonany o tym, że dzisiejszej nocy znów nie zasnę. Ni chuja. Nie przy zapalonym świetle, nie na ciasnym fotelu i nie w towarzystwie księgowego, który właśnie wyciąga ku mnie rękę z zawiniętą w aluminiową folię kanapką pytając, czy może mnie nią poczęstować.

– Właśnie pan to robi – zwracam mu uwagę.

– Znaczy, co? – mruga zastygając w bezruchu z ręką wyciągniętą w moją stronę.

– Pyta pan, czy może mnie poczęstować kanapką – wyjaśniam. – Ale pan właśnie to robi – częstuje mnie. Więc nie ma już sensu o to pytać.

– Nie? – ręka cofa się.

– Nie. Niech pan nie pyta mnie o to, czy może mnie poczęstować kanapką, tylko na przykład, czy mam na nią ochotę. Albo przynajmniej, czy ja mam ochotę się nią poczęstować.

– A to takie istotne?

– Powiedzmy, że dla mnie tak – mówię, choć nie mam ochoty mówić niczego. – Nie chcę być upierdliwy, ale lubię precyzję. We wszystkim: w projektowaniu, w budownictwie i w mowie również. W życiu generalnie lubię precyzję.

– Jest pan budowlańcem? – pyta mój sąsiad, unosząc brwi; brwi, których prawie nie ma.

– Jestem architektem – moje słowa brzmią szaro i matowo.

Brzmią dźwiękowym odpowiednikiem szarości i matu. Brzmią bylejakością. Brzmią żałośnie.

Nie wspominam, że precyzja w moim życiu zaprowadziła mnie wyłącznie na jego skraj. To prawda, zdarzały się sukcesy, również ten ostatni, w postaci nieszczęsnego konkursu, co i tak było tożsame z dotarciem na ów skraj, skraj przepaści. Konkurs był tylko przystankiem na drodze do niej; z sukcesu przerodził się w klęskę.

Precyzyjnie planowałem kolejne etapy swojego życia. Rodzinę, której w zasadzie nie miałem, bo swojej własnej z premedytacją nie założyłem, a członkowie tej jej części, która była niezależna od moich planów, wymierała powoli ze starości i z powodu chorób cywilizacyjnych. Karierę zawodową, którą zrobiłem, i która przerosła nawet najśmielsze z moich planów. I tak dalej. Planowałem te etapy, przegrywając tak naprawdę każdy z nich, paradoksalnie nawet ten wygrany, zawodowy: to właśnie on przyczynił się najbardziej do tego, że koniec końców przegrałem cały wyścig. Właśnie zbliżam się do mety, która jest w Warszawie, konkretnie w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. A za metą jest już tylko przepaść…

– Ja też lubię precyzję – informuje mnie mój towarzysz podróży z lekkim zaskoczeniem w głosie, jakby odkrył to dopiero przed chwilą, jakbym to ja mu tę rzecz właśnie uświadomił. – Dobrze więc: czy ma pan ochotę na kanapkę?

– Nie. Dziękuję panu bardzo, ale mam ochotę tylko spać.

– W porządku – odpowiada beztrosko.

Po chwili otacza mnie szczelny kokon zapachu wędzonego łososia i jajka na twardo, a do uszu dociera cichy, ledwo słyszalny chrzęst ocierających się o siebie kości szczęki, który może świadczyć o dysfunkcji stawu skroniowo-żuchwowego.

Powieki pieką mnie niemiłosiernie, więc pocieram wewnętrzne kąciki oczu opuszkami palców, mając przy tym nieodparte wrażenie, że jest pod nimi piasek drażniący śluzówkę. Mięśnie pleców i ramion pragną się rozluźnić, bezgłośnie wołają, błagają zakończeniami nerwów o to i aż się proszą o masaż. Sen. Co ja bym dał za zdrowy, mocny, długi sen. Zniesienie świadomości, ale bez marzeń sennych, które w moim przypadku i tak wyglądają tak samo jak rzeczywistość i na pewno nie mają nic wspólnego z marzeniami. Nic… Co ja bym dał za taki sen bez snów. Cudowny, nieprzerwany, kończący się samoistnym przebudzeniem, najlepiej w innym miejscu i czasie… Dałbym za taki sen wszystko.

Dałbym za niego nawet życie.

Warszawa. Konkurs. Nowe muzeum sztuki współczesnej. Poprzednie pomysły skasowano, Kereza i jego zwycięski projekt z poprzedniego konkursu wyrzucono do kosza na śmieci pod pretekstem wyczerpania się formuły współpracy z projektantem. Przypadek, los, cokolwiek czy ktokolwiek pod postacią członków szacownego jury sprawia, że w nowym konkursie, spośród prawie dwustu projektów z całego świata wybrany zostaje jeden, wykonany nakładem ogromnej pracy małego zespołu dowodzonego przeze mnie i mojego wspólnika Barcza. Radość. Zawiść. Radość i zawiść. Dwa nierozerwalnie związane ze sobą i współistniejące uczucia. Jak rodzone siostry, dwujajowe bliźniaczki; jedna ładna, druga brzydka, ale zawsze razem. Nasza radość, nasza ogromna radość, Barcza radość i moja radość; ta moja jeszcze nie przetkana nitkami wyrzutów sumienia wobec wspólnika. I zawiść. Taka warszawska, środowiskowa zawiść wobec nas, naszego sukcesu. Oto mały żuczek z zachodniopomorskiej wioski jakimś cudem wygrywa konkurs architektoniczny na wielki obiekt w ich własnym mieście, w mieście, którego nie zna i nie rozumie. Konkurs realizacyjny, co oznacza, że z autorem zwycięskiego projektu zawierana jest umowa na projekt budowlany i wykonawczy. Nieco ponad dwadzieścia pięć milionów, na tyle oszacowano wartość prac projektowych, około dziesięciu procent wartości całej inwestycji. Umowę podpisuję, bo nie mam wyjścia, ale umowa nie jest już tak słodka jak zwycięstwo. Umowa jest twardą rzeczywistością zakrytą wcześniej woalem słodyczy owego zwycięstwa. To pyrrusowe zwycięstwo. Żeby obiekt wybudować, potrzebne jest konsorcjum, ale to zmartwienie inwestora. Żeby przekuć konkursową wizję w rzeczywisty projekt też potrzebne jest konsorcjum i to już moje zmartwienie. Stworzyliśmy więc je, ja i mój wspólnik Barcz. Nie do końca konsorcjum, ale coś w tym rodzaju. Dwadzieścia pięć baniek. Pierwsza rata po złożeniu wniosku o pozwolenie na budowę, a więc po sporządzeniu projektu budowlanego. Druga po projekcie wykonawczym. Trzecia po oddaniu inwestycji do użytkowania.

Projekt budowlany był już gotowy. Kilka kartonów z grubymi tomiszczami spoczęło w ratuszu, w Wydziale Architektury i Planowania Przestrzennego Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Takie same kartony z takimi samymi tomiszczami trzepali równocześnie reprezentujący inwestora panowie z Biura Architektury i Planowania Przestrzennego. Trzepali je i nie spodobało im się to, co widzieli w środku, w poszczególnych tomach projektu budowlanego. Twierdzenie, że złożyliśmy w urzędzie zapakowaną w segregatory makulaturę, żeby tylko dotrzymać terminu, było najłagodniejszym z zarzutów. Owszem, projekt był niedopracowany, ale wyłącznie z winy inwestora. Ciągłe zmiany, których żądał, były nagminne, a nanoszenie ich na rysunki zajmowało mnóstwo czasu projektantom wszystkich branż. Plotery wypluwały z siebie wciąż nowe arkusze papieru zadrukowane rzutami, przekrojami i detalami, skrzynki mailowe pękały od plików z elektronicznymi wersjami projektu, uzgodnień lub informacji o ich braku, a czas mijał. Ale umowa to umowa, a czas to pieniądz. A brak czasu, to brak pieniędzy, w tym przypadku przełożenie było jednoznaczne. Pierwsza rata nie wpływała. Musiałem się zadłużyć. I to poważnie. Wziąć pożyczkę, żeby płacić projektantom branżowym, od których zależały moje dalsze losy. Gdybym im nie zapłacił, rzuciliby robotę w cholerę i zostałbym sam. Inwestor wycofał własny wniosek o pozwolenie na budowę, groźbami zmuszono nas do poprawienia dokumentacji, na osłodę obiecano anulowanie kar za niedotrzymanie terminu i dano nam czas na uzupełnienie. Ale nie zapłacono. Wszystko przyklepano aneksem do umowy, uściśnięciem rąk i uważnymi spojrzeniami w oczy. Ich oczy mówiły: „Ciesz się z tego, co masz”, moje coś innego, ale nikt się tym nie przejmował. Przykład Kereza nie nauczył mnie niczego. W jednym mieli rację: żuczek z wiochy nie miał czego szukać w stolicy. Choć ja znałem Warszawę, znałem to miasto i na swój sposób rozumiałem je. Pracowałem tu kilka lat, włóczyłem się po nocach po jego trzewiach; raz trzeźwy, raz pijany albo upalony, raz smutny, innym razem wesoły, czasem zakochany, a czasem porzucony. Szwendałem się po nim w różnym stanie ducha, rozmawiałem z ludźmi, którzy byli jego dziećmi, żyli w nim od dziesiątek lat, w nim kiedyś umierali i ginęli ich bliscy, w nim mieli umrzeć i oni. Ale być może znałem to miasto wyłącznie w swoim mniemaniu, a nie ich. I dawano mi to do zrozumienia. To była zabawa dla dużych chłopców. Nawet Christian Kerez nie był jak widać wystarczająco duży…