Niepamięć

Tekst
Z serii: Suder #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Nazywam się Dariusz Suder. Podinspektor Dariusz Suder, radca w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Pełnię funkcję szefa Zespołu do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji. W zasadzie jestem byłym szefem tej komórki; wygląda na to, że to już tylko kwestia czasu. Mam czterdzieści dziewięć lat i tytanową płytkę w czaszce. Jestem sam jak palec. Nie pamiętam sporej części swojego życia, wiele jego fragmentów straciłem bezpowrotnie. Mam jedynie świadomość, że moje życie już dawno temu przestało mieć jakikolwiek sens. Dla mnie na pewno, choć nie wiem, w którym momencie. Nie pamiętam. Dla innych… Dla innych pewnie też, być może nawet dużo wcześniej niż dla mnie samego. I choć tego nie pamiętam, wiele wskazuje również na to, że popełniłem zbrodnię. Niejedną zbrodnię…

Moje życie można podzielić na:

PRZED

– Ciekawe, dlaczego mężczyźni zdradzają swoje żony?

Wszystkiego mógłbym się spodziewać w takiej chwili, ale to pytanie, które nagle pada i zostaje między nami jak żelazna kurtyna, niemal zwala mnie z nóg. Taka analogia ataku kaszlu na widowni podczas koncertu uznanej śpiewaczki operowej, kiedy pełna melomanów sala zamiera ze zgrozy i zgorszenia. Coś nieoczekiwanego i równocześnie wyjątkowo nie na miejscu; przecież przed chwilą skończyliśmy się kochać. To prawda, lubię bezpośredniość Marty, jej brutalną szczerość i bezkompromisowe sądy, jakie często wygłasza na przeróżne tematy. Pod tym względem jesteśmy do siebie dość podobni. Ale tym razem chyba przesadziła. Odrobinę.

Patrzę, jak leży naga na łóżku, przypala sobie moją zapalniczką papierosa wyciągniętego z mojej paczki i zerka na mnie wzrokiem podszytym kpiną. Uwielbiam, kiedy jest tak bezwstydnie naga; kiedy nie krępuje się swoją nagością, zachowuje się naturalnie i z wdziękiem równocześnie. Uwielbiam na to patrzeć. Co nie zmienia faktu, że przesadziła, zadając to dziwne pytanie, pytanie nie na miejscu.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć, Marta? – pytam spokojnie, ponieważ wiem, że nie zdenerwuję się na nią, bo mimo swego wybuchowego charakteru nie potrafię się na nią złościć. Nie potrafię: wiem to, ona też to wie, ale mimo to drążę dalej: – Chcesz to wiedzieć czy tylko chcesz mnie podkurwić?

Odchyla głowę do tyłu i wydmuchuje dym wysoko pod sufit. Jej ciało wypręża się w zgrabny łuk, który zachwyciłby niejednego rzeźbiarza. Piersi kołyszą się lekko i mój wzrok przyciąga mała brązowa plamka na skórze tuż pod ostatnim żebrem. Czasem dotykam jej palcem, mówię, że przypomina mi kształtem Francję, a Marta po raz kolejny opowiada, jak to dzięki niej jej mama była pewna, że odbiera z porodówki swoje dziecko. Teraz jej nie dotykam, tylko patrzę na nią; patrzę na małą brązową Francję i patrzę na wygiętą szyję Marty i na to, jak jej skóra napina się na krawędziach żuchwy. Widzę, jak gęste, połyskujące włosy zsuwają się z poduszki, rozlewając się na skotłowane prześcieradło czarną kaskadą.

– Owszem – odpowiada mi Marta. – Czasem chcę to wiedzieć naprawdę. Mówię poważnie, Darek. Chcę znać powód.

– Byłaś kiedyś mężatką, to powinnaś go znać.

– Nie rozumiem, co masz na myśli.

– Czyżby?

– Czyżby.

– No dobrze. Więc mam na myśli to… – mówię powoli, zastanawiając się nad każdym słowem, i podchodzę do łóżka, żeby położyć się obok niej – …że powód, z którego mężczyźni zdradzają swoje żony, jest dokładnie taki sam jak ten, z którego kobiety zdradzają mężów.

Wyjmuję jej papierosa z ust i zaciągam się. Marta sięga po pudełko leżące na szafce nocnej i wyciąga nowego.

– Bardzo odkrywcze – stwierdza z przekąsem, wkładając go sobie między wąskie wargi. – Ale nie zgadzam się z tym.

– Nie?

– Nie. – Kręci głową, papieros kołysze się w ustach, włosy szeleszczą na pościeli. – Kobiety robią to z powodu swoich marzeń.

Sięga po zapalniczkę, zapala papierosa i wydmuchuje dym nosem.

– Jakich marzeń? – pytam zaczepnie. – O czym marzą te kobiety, puszczając się z pierwszym lepszym?

Znowu spogląda na mnie tymi swoimi cholernie inteligentnymi oczami, błyskającymi spod czarnych, zmarszczonych brwi chłodem Moskwy. Prowokacyjnie i wojowniczo.

– Marzą o pięćdziesięciu twarzach Greya. Że spotka je coś takiego, jak tamtą dziewczynę z książki i filmu. Że Grey oderwie je od garów, dzieci, zapracowanego i wiecznie nieobecnego męża i da parę chwil szczęścia i spełnienia. Nawet jeśli to będzie tylko te parę chwil. Ale będą je wspominać do końca swojego ciężkiego, przegranego życia.

– Z tym wiecznie nieobecnym mężem pijesz do mnie?

Nie odpowiada, tylko sięga po popielniczkę.

– I co dostają? – pyta. – Zamiast pięćdziesięciu twarzy Greya dostają przaśnego, bawarskiego pornosa.

– Zamiast wyrzeźbionej klaty, multimegaorgazmu w wielkim łożu z baldachimem i nocy w białym jedwabiu mają szybki numerek z brudnym, nieogolonym i śmierdzącym tłuściochem z małą kuśką wystającą z kępy rudych kłaków? – kończę.

Ładna twarz Marty się krzywi.

– Mniej więcej. Malowniczo to ująłeś…

– Hmm… A ja? – pytam i trochę boję się usłyszeć odpowiedź, bo wiem, że będzie szczera, szczera do bólu.

Czasem myślę, że Marta potrafi i lubi zadawać ból. Nie fizyczny; po prostu lubi od czasu do czasu wbić komuś szpilę. Ale nie chcę jej o to pytać. Nie o to chodzi, żeby się tego dowiedzieć, ta niewiedza jest nawet lepsza, bo im mniej Martę znam, tym bardziej wydaje się egzotyczna, a przez to bardziej jej pożądam.

– Co: ty?

– Też jestem niedomytym bawarskim wieprzkiem? Z małą kuśką?

Obrzuca powłóczystym spojrzeniem moje nagie ciało.

– Nie. Ale nie oszukuj się, Grey też z ciebie nie jest. Masz trochę sadełka tu i ówdzie, włosów już też nie masz zupełnie czarnych…

Patrzę na Martę. Znam ją. Zdążyłem ją poznać całkiem dobrze. Trochę szkoda. Chciałbym znać ją mniej, żeby ta chwila przesytu nie nadeszła zbyt szybko. Bo Marta jest warta grzechu. Jest egzotyczna, dla mnie. Kiedy wreszcie się nią nasycę, mój związek z nią straci rację bytu, zniknie ta egzotyka, która mnie w nim trzyma. Jestem świadomy, że przesyt nadejdzie za jakiś czas, za miesiąc, kwartał, pół roku, rok… Więc nie pytam Marty o pewne rzeczy, by odwlec tę chwilę jak najdłużej. Nie pytam o sprawianie bólu ani o wbijanie szpil. Może zapytam o to kiedyś, ale na pewno nie dziś.

Strzepuję popiół z papierosa do popielniczki, którą Marta trzyma na brzuchu, kiedy nagle rozlega się dźwięk mojego telefonu.

– Nie odbierzesz? – W jej głosie słyszę lekkie rozbawienie.

Ignoruję ją. Ignoruję Martę i telefon. Po prostu gapię się przed siebie, na ścianę, wiszący na niej jakiś wielki bohomaz, i nie myślę o niczym. Kompletnie o niczym.

– Przecież to twoja żona?

– Wiem – mruczę. – I co z tego? Śmieszy cię to?

Wzrusza ramionami.

– Nie. Ale właśnie w takich momentach chciałabym wiedzieć to najbardziej.

– Co?

– Dlaczego to robicie.

Obracam głowę w lewo i znów obrzucam ją uważnym spojrzeniem. Ale teraz patrzę już na nią inaczej niż przed chwilą.

Marta jest naprawdę ładna, choć niemłoda, tuż po czterdziestce. Jak moja żona. Inteligentna, diabelnie inteligentna. Tylko trochę bardziej niż moja żona. Ma niezłe ciało, z którym umie robić niezłe sztuczki. Ale moja żona też, choć Bóg jeden raczy wiedzieć, jak dawno temu miałem okazję się o tym przekonać. Ale Marta nie jest moją żoną. Może to dlatego? Marta jest jak hamburger, na którego wychodzisz na miasto, wiedząc, że w domu czeka na ciebie smaczny obiad. Dlaczego mężczyźni to robią? Dlaczego ja to robię? Też chciałbym to wiedzieć. Bardzo.

Telefon wreszcie milknie. Leżymy w ciszy, otoczeni nitkami papierosowego dymu, które snują się leniwie wokół nas, by uciec w końcu pod sufit. Tam kłębią się, aż w końcu znikają, rozpłynąwszy się bez śladu w przesyconym zapachem seksu i fajek powietrzu.

Kiedy gasimy niedopałki, Marta odkłada popielniczkę na szafkę i rozchyla uda, gładząc się po nich posuwistymi ruchami drobnych dłoni; w górę i w dół, w górę i w dół…

– Zrób mi to językiem – żąda chrapliwie, zamykając oczy.

Zsuwam się na jej opalony brzuch, całując pępek, a potem jeszcze niżej, między nogi. Kładę dłonie na jej udach, naciągając miękką, chłodną skórę. Lubię ten kontrast między chłodem skóry kobiecych ud a gorącem ich wnętrza. Różowe, wilgotne wnętrze Marty jaśnieje zachęcająco pośród ciemnej plamy starannie przystrzyżonego trójkąta włosów łonowych. Czuję jej zapach, jej ciepło i czuję igiełki w swoich lędźwiach. Marta kładzie ręce na mojej głowie i odchyla swoją. Zanim zatracam się w tym wnętrzu do reszty, widzę jej unoszący się i opadający w rytm coraz szybszego oddechu brzuch. Widzę brązową plamkę pod żebrem; małą brązową Francję. Widzę wyprężoną szyję i widzę tę napiętą na łuku szczęki skórę. Czuję jej ręce przyciskające moją głowę do jej łona. A potem czuję już tylko rozkosz, rozkosz, którą daję i którą biorę, i której nigdy dość.

Niedosyt.

Egzotyka.

Marta.

Kochanka w jej mieszkaniu zamiast żony w swoim domu. Hamburger zamiast obiadu.

* * *

Na zewnątrz było zimno jak cholera, i to już niemal codziennie. Zdarzył się nawet przymrozek, przyszedł niepodziewanie, zostawił na przednich szybach samochodów swój matowy, mokry ślad i zniknął, choć pewnie nie na długo. Złota polska jesień, która w tym roku była wyłącznie polska, bez walki ustępowała pola zimie, zupełnie nie przejmując się kalendarzem. U mnie w pracy było dokładnie na odwrót, przynajmniej ostatnio. A już dzisiejszy dzień miałem gorący jak lato, które było tylko odległym, zacierającym się w oparach jesiennych mgieł wspomnieniem.

 

Współpraca międzynarodowa policji to wbrew pozorom dość skomplikowana i specyficzna sprawa. Zwłaszcza w naszym regionie. Specyfika ta rozciąga się praktycznie na całą zachodnią granicę kraju i obejmuje polskie województwa zachodnie oraz przygraniczne landy niemieckie. Zachodniopomorska KWP jest jednak pod tym względem wyjątkowa, bo jedynie u nas powołano odrębną komórkę zajmującą się w całości tymi sprawami. W pozostałych komendach wojewódzkich są tylko oficerowie łącznikowi, którzy pośredniczą w kontaktach z Biurem Międzynarodowej Współpracy Policji w Komendzie Głównej. My mamy szeroką autonomię. Umowa zawarta z Niemcami pozwala nam na bezpośrednią współpracę z nimi w pełnym zakresie, i to bez pytania „warszawki” o cokolwiek: zgodę czy pozwolenie na choćby najmniejsze pierdnięcie w tej sprawie. Inaczej taki pościg za skradzionym w Ueckermünde samochodem czy za facetem, który porwał w Wołczkowie dziecko, skończyłby się pod tablicami „Rzeczpospolita Polska” i „Bundesrepublik Deutschland”.

Nasz Zespół do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji liczy pięcioro ludzi, w tym Martę Kielan. Tak, tę Martę. Ja tym zespołem kieruję. Podlegamy bezpośrednio komendantowi wojewódzkiemu i bywa czasem, że mamy huk roboty. Jak teraz.

Dzisiejszy dzień miał być ukoronowaniem naszych kilkutygodniowych starań, mających na celu zorganizowanie i skoordynowanie spotkania roboczego polskich i niemieckich służb policyjnych. Tematem tej międzynarodowej nasiadówy była sprawa przejęcia transportu kokainy, która miała przypłynąć z Kolumbii via Rotterdam do Stralsundu, a stamtąd trafić do Szczecina. Po rozrobieniu towar miał być sprzedany na ulicach naszego pięknego miasta, i nie tylko, wszystkim chętnym i potrzebującym.

Nasze starania polegały głównie na wykonywaniu dziesiątków telefonów, wysyłaniu jeszcze większej liczby maili, przekładaniu terminów, organizowaniu zaplecza i tłumacza o odpowiednich kwalifikacjach oraz wysłuchiwaniu żalów i tłumaczeń obu stron. Czasami miałem wrażenie, że pracuję z trudną młodzieżą w specjalnej placówce opiekuńczo-wychowawczej, a nie z dorosłymi ludźmi w poważnej, państwowej instytucji. Wszystko zakończyło się wreszcie ustaleniem konkretnej daty i godziny. Wypadały dziś, o jedenastej. Stosunkowo późna pora była efektem kompromisu, ustaliliśmy ją z grzeczności i ku wygodzie gości: funkcjonariuszy niemieckiej krajowej policji kryminalnej landu Mecklemburg-Vorpommern, Federalnego Urzędu Kryminalnego z Berlina i naszych z Komendy Głównej.

Spotkanie zaplanowałem w odrestaurowanej sali odpraw komendy. Ponadstuletni gmach przechodził właśnie ostatni etap kompleksowej renowacji, która przywróciła mu minioną świetność. Dawna siedziba Królewskiego Prezydium Policji, a potem Gestapo, UB i MO oraz WUSW przez wszystkie te lata swojego istnienia sporo wycierpiała: gryzł ją ząb czasu, deformowały ręce budowlańców i manifestantów, którzy w grudniu siedemdziesiątego nie zawahali się ich na nią podnieść i w dodatku jej podpalić.

Sala nie była zbyt przestronna, widać za kaisera w odprawach uczestniczyło tylko kilku najwyższych rangą funkcjonariuszy. Drewniany strop, na który po renowacji wrócił wielki i czarny jak noc pruski orzeł, wisiał zadziwiająco nisko i sprawiał wrażenie opuszczającej się prasy do wyciskania soku z winogron w tłoczni win. Niemiłe uczucie łagodziły trochę duże neogotyckie, ostrołukowe okna. Przebywając w tym pomieszczeniu, miałem mieszane odczucia, choć na pewno swoją kolorystyką oraz bogactwem i precyzją malatur robiło spore wrażenie.

Było dwanaście po jedenastej, kiedy wszyscy już zebrali się na miejscu. Niemcy ze zdziwieniem pomieszanym z zachwytem kontemplowali widok orła rozpościerającego swe skrzydła nad ich głowami, poprawiając tkwiące w uszach słuchawki i ustawiając ich zdalne odbiorniki na właściwy kanał. Komendant wojewódzki, nadinspektor Janusz Szewczyk, lekko otyły i wyjątkowo rzeczowy facet o dystyngowanych ruchach, wstał i rozejrzał się po obecnych jak pies pasterski, który baczy, by żadnej z powierzonych jego opiece owiec nie wpadło do głowy bryknąć gdzieś poza pastwisko. Inspekcja wzrokowa wypadła zadowalająco, bo Szewczyk uśmiechnął się szeroko i złożył ręce, łącząc je opuszkami palców w sposób, w jaki robiło to wielu polityków przemawiających na forum publicznym. Musiał podpatrzyć ten gest gdzieś w wiadomościach.

– Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych! – huknął, aż siedząca niedaleko tłumaczka skuliła się odruchowo. – Cieszę się, że nasze spotkanie doszło do skutku. Pozwolą państwo, że nie będę się rozgadywał, tylko od razu przekażę pałeczkę kolegom. Zabiorę głos na końcu, podsumowując nasze zebranie. Zacznie pan inspektor Suder, proszę bardzo. – Skinął głową w moją stronę i usiadł, kończąc gospodarskie powitanie.

Tłumaczka leciutko, niemal niezauważalnym ruchem odsunęła się od niego, poprawiając tkwiącą w uchu słuchawkę i sterczący przy ustach połączony z nią mikrofon.

Wstałem i zrobiłem taki sam gest, jak przed chwilą Szewczyk. Też oglądam wiadomości, gdyby ktoś pytał. Przywołałem na twarz profesjonalny uśmiech i zacząłem swoją mowę powitalną.

– Państwo pozwolą, żeby dopełnić formalności, przedstawię się tym, z którymi się nie znamy: podinspektor Dariusz Suder, szef Zespołu do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji KWP w Szczecinie. Chciałbym jeszcze raz powitać wszystkich państwa w murach naszej pięknej komendy, która właśnie dostaje niejako drugie życie… – Odruchowo spojrzałem na orła wypinającego na nas wszystkich swój tłusty, czarny kuper. – …W dzisiejszym spotkaniu uczestniczyć będą przedstawiciele Bundeskriminalamt z Berlina: Kriminalrat Jonas Kästner z Referatu IK12 Wydziału Współpracy Międzynarodowej oraz Kriminalhauptkommissar Andreas Schymura z Referatu SO21 Wydziału Przestępczości Ciężkiej i Zorganizowanej. – Odczekałem króciuteńką chwilę, na szczęście nikt nie zechciał klaskać, co mnie bardzo ucieszyło. – Witam również gości ze Schwerin i Anklam, Landeskriminalamt w Schwerin reprezentują oficerowie Wydziału 4: Kriminalrat Jana Pringsheim, Kriminalrat Timm Bachmann i Kriminalhauptkommissar Reinhard Jauch, a Polizeihauptkommissar Helmut Piotrowski przyjechał do nas jako przedstawiciel KOST-Anklam. Centralne Biuro Śledcze Komendy Głównej Policji: podinspektor Janusz Kwilecki z Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej, z Warszawy, a ze szczecińskiego Zarządu CBŚ naczelnik, nadkomisarz Robert Nowacki. Naszą komendę reprezentują poza panem komendantem: jego zastępca, inspektor Jacek Mołczun, pani naczelnik Wydziału Wywiadu Kryminalnego: młodszy inspektor Anna Tomaszewska, naczelnik Sztabu Policji: inspektor Tomasz Ostrowski oraz komisarz Marta Kielan z mojego zespołu. Witam wszystkich państwa, dziękuję serdecznie za przybycie, myślę, że możemy zaczynać…

Ja też uważam się za rzeczowego faceta, dlatego uznałem, że to wystarczy. Ostatni profesjonalny uśmiech i na tym moja rola w spotkaniu prawie się skończyła. Usiadłem na swoim miejscu, czując na nodze ciepło nogi Marty. Chyba po to właśnie poprosiłem ją, żeby również w nim uczestniczyła. Byłem nienasycony, nienasycony Martą, nawet w pracy. Delikatnie przesunąłem kolano w prawo i dotknąłem nim boku jej uda. Kątem oka widziałem, że jej twarz pozostała obojętna, jednak jej noga nie odsunęła się od mojej, wciąż dzieląc się ze mną swoim podniecającym ciepłem.

Ania Tomaszewska, naczelniczka Wywiadu Kryminalnego, zaczęła powoli wstawać, popatrując na mnie niepewnie, czy to aby na pewno jej kolej. Nie miałem zielonego pojęcia, ale mimo to uspokajająco i zachęcająco skinąłem głową. Wstała więc całkiem, ale nie wykonała gestu, jaki zrobiliśmy Szewczyk i ja. Może nie oglądała wiadomości, a może po prostu miała inny sposób na zrobienie czegoś z rękami w chwili, kiedy nie były potrzebne, a mimo to wszyscy się na nie gapili. Ania była niska, jednak obdarzona silną osobowością, wystarczyło więc, że lekko pochyliła się do przodu, dotykając palcami blatu stołu. Oparła się na nich i wzięła głęboki oddech.

– Nie będę się już witać, myślę, że wystarczy. – Spojrzała z uśmiechem na komendanta i na mnie, a na sali rozległ się szmer i pomruki rozbawienia, trochę opóźnione z niemieckiej strony. – Drodzy państwo, jakiś czas temu otrzymaliśmy od naszych niemieckich kolegów informację o planowanym przemycie niewielkiego ładunku kokainy. Towar ma dotrzeć w lutym z Kolumbii do portu w Stralsundzie na pokładzie statku taniej bandery. Wyjaśnię państwu od razu, że przeciętny transport koki to około dwustu, trzystu kilogramów, przechwytywane były ładunki ważące nawet ponad tonę i więcej, ale w tym wypadku mówimy zaledwie o pięciu kilogramach…

Zdziwione spojrzenia były jak najbardziej na miejscu; organizowanie takich spotkań jak nasze z powodu detalicznej ilości narkotyków było jak strzelanie do muchy z armaty.

– …Chodzi jednak o to, że miejscem docelowym przesyłki nie będą Niemcy, tylko Polska, konkretnie Szczecin – kontynuowała Ania. – Informacja z Landeskriminalamt powiązana jest z innymi, jakie z kolei od jakiegoś czasu napływają od naszych informatorów z miasta. Znaczy ze Szczecina. Otóż przekazują nam oni ostatnio dziwne wieści o przyjaźni, jaka zakwitła między niejakim Tomaszem Ziętkiem, pseudonim „Zięty”, bossem jednej z działających w Wielkopolsce grup przestępczych, a „Malechą”, Jarosławem Leśniewskim, szczecińskim ehm… przedsiębiorcą o powiązaniach ze światkiem przestępczym, któremu ostatnio przypatrujemy się razem z wywiadem skarbowym Urzędu Kontroli Skarbowej w związku ze wzmożoną aktywnością na polu wyłudzeń nienależnego podatku VAT. Wyobraźcie sobie państwo, że ci dwaj panowie w dzieciństwie uczęszczali razem do jednej ze szczecińskich szkół dżudo. – Znów dało się usłyszeć ciche śmiechy. – Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych Ziętek wyjechał z rodzicami do Poznania, gdzie później zrobił karierę przestępczą. Bez względu na to, jak zabawna wydawałaby się geneza tej przyjaźni, ponownie przez przypadek nawiązali kontakt jakieś pół roku temu. Rzekłabym: dość niezwykła sytuacja, taka ponadregionalna przyjaźń między przestępcami, i to podobno szczera… A wyjaśnię niemieckim kolegom, że tradycyjnie te dwa regiony, Pomorze Zachodnie i Wielkopolska, nie darzą się zbytnią sympatią. No, ale nie to jest przedmiotem dyskusji. „Zięty” i „Malecha” wspólnie skontaktowali się z Kemalem Derelim, rezydującym w Hamburgu przedstawicielem mafii, której członkowie są przeważnie… eee… obywatelami niemieckimi pochodzenia tureckiego. „Nasi”… – Ania uniosła dłonie, zrobiła z nich króliczki i pomachała udającymi uszka palcami w powszechnie znanym geście cudzysłowu – …wyrazili chęć kupienia partii kokainy, której zakup w Kolumbii i przerzut do Europy mieli zorganizować Turcy. Z informacji, potwierdzonych również przez stronę niemiecką, wiemy, że ilość towaru będzie bardzo nieznaczna, jak już wspomniałam, chodzi o pięć kilo. Taki warunek postawili Turcy. Nie wiemy dokładnie, czy transport będzie większy niż te symboliczne pięć kilogramów, być może przy okazji wezmą trochę na swoje potrzeby, skoro już organizują przemyt dla Polaków. Świadczyć o tym może dość odległy termin dostawy oraz droga morska, czyli łatwość ukrycia przemytu we frachcie albo w zakamarkach statku. Kilka kilogramów przemycają zwykle drogą lotniczą „muły” w swoich turystycznych plecakach. Nasi partnerzy zza Odry – Ania skinęła głową w stronę Niemców – w zależności od wagi ładunku podejmą odpowiednie kroki, jednak „nasza” partia ma bez przeszkód wywędrować do Polski. Dlaczego tylko pięć kilo? Strony transakcji się nie znają, szlak transportu jest nowy i jeszcze nie sprawdzony, dlatego ten deal to takie wzajemne sprawdzenie, badanie intencji, powiedzmy: macanie się…

Wszyscy pokiwali głowami. Ania również. Przysunęła sobie kartkę papieru z jakimiś zapiskami i zerkając na nią, mówiła dalej:

– Hurtowa cena kilograma czystej chemicznie kokainy „na wyjściu” z Ameryki Południowej waha się od tysiąca pięciuset do dwóch i pół tysiąca dolarów, czyli jakieś tysiąc dwieście do dwóch tysięcy euro. W Europie cena rośnie do dwudziestu pięciu tysięcy euro za kilogram. W hurcie. W detalu wynosi ona około pięćdziesięciu pięciu tysięcy. Załóżmy, że „Zięty” z „Malechą” kupią te pięć kilogramów w cenie półhurtowej, powiedzmy trzydzieści pięć tysięcy za kilo, to mają w sumie sto tysięcy zysku. Ale z kilograma czystej koki można otrzymać nawet cztery, pięć kilo gotowej do sprzedaży mieszanki. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć kilogramów. Czterysta, pięćset tysięcy euro. Po obecnym kursie w przybliżeniu ponad cztery i pół miliona złotych. Samego zysku. Dla uproszczenia przyjmijmy, że wartość rynkowa przesyłki to około stu siedemdziesięciu pięciu tysięcy euro, czyli jakieś siedemset czterdzieści tysięcy złotych. Z możliwością zwielokrotnienia tej sumy. To tyle, jeśli chodzi o liczby. Nie są stosunkowo duże, oczywiście wciąż mówimy o narkotykach, nie o naszych pensjach… Wspomniałam już o dość odległym terminie dostawy: wstępnie umówiona jest na połowę lutego, ale wszystko zależy od kartelu z Kolumbii, z tego, co jest nam wiadome – Cali albo konkurencyjnego Norte de Valle. Myślę, że przy obecnej wydajności nie będzie problemów z dotrzymaniem terminu i statek pojawi się planowo. Sprawie nadaliśmy kryptonim „Strela”, od nazwy cieśniny rozdzielającej Stralsund i Rugię. Nad cieśniną Strelasund położony jest port, od którego kokaina zacznie swą wędrówkę drogą lądową. Ta dawna, jeszcze słowiańska nazwa funkcjonująca w niemieckim nazewnictwie świetnie oddaje charakter zadania, polegającego na ścisłej współpracy służb policyjnych Niemiec i Polski…

 

Wyłączyłem się. Rozgorzała dyskusja, w której najwyraźniej nie był potrzebny moderator, a udo Marty wciąż biło ciepłem, sprawiając, że myślami byłem już u niej w mieszkaniu, w jej łóżku. Kilka minut później kątem oka zauważyłem jakieś poruszenie pośród członków niemieckiej delegacji. Nadkomisarz Schymura z BKA rozejrzał się po kolegach, jakby szukając u nich wsparcia. Nie wstając, poprawił okulary, odkaszlnął cicho i zabrał głos.

– Dlaczego chcecie tak szybko to skończyć? – zapytał, zerkając na Szewczyka znad oprawek okularów. – Nie lepiej poczekać na rozwinięcie współpracy między Turkami a Polakami? Pani – wskazał na Anię Tomaszewską – wspominała, że ten transport może być większy. A jeśli nie? Jeśli to będzie faktycznie tylko pięć kilo? I jeśli wszystko poszłoby dobrze i sprawnie, to za kwartał, pół roku, góra rok, przypłynie tona albo dwie towaru. Wtedy zgarniecie wszystko, a straty gangu będą o wiele dotkliwsze. A tak spalicie szlak. Można by go kontrolować, poznać nowe kanały dystrybucji lokalnej i wtedy uderzyć. Nie lepiej jednak poczekać trochę i prześwietlić wszystko dokładnie?

Szewczyk spojrzał na Schymurę, a na jego twarzy pojawił się niemal niewidoczny grymas wyższości. Był starannie maskowany, ale mimo to ja go widziałem. Czyli jednak nie tak starannie, a znając starego, mogłem być pewien, że taki grymas nie jest przypadkowy. U Szewczyka niewiele rzeczy pozostawało kwestią przypadku.

– Pan komisarz ma oczywiście sporo racji. – Komendant uśmiechnął się uprzejmie, nie pokazując zębów, i popatrzył na tłumaczkę, jakby sprawdzając, czy dokładnie przekazuje jego słowa. – Ale nie wziął pan pod uwagę jednej istotnej rzeczy…

Wyprostował się, rozejrzał po zebranych i kontynuował:

– Szybka reakcja i zakończenie akcji niemal od razu będzie miało wymiar niejako symboliczny. Ucięcie świeżo wyrosłej macki wyciągającej się w stronę naszego kraju będzie dla nich szokiem. Wielkość przemytu, wartość towaru nie mają tu znaczenia. Państwo ze swej strony podejmiecie działania, jakie uznacie za stosowne, o ile faktycznie kokainy będzie więcej niż pięć kilo. Ale część przeznaczona dla polskich odbiorców, „Ziętego” i „Malechy”, kiedy tylko znajdzie się w Szczecinie, zostanie skonfiskowana, a oni sami zatrzymani. Dlaczego, pyta pan? Bo oni mają się nas bać! Udowodnimy, że nie mogą znać dnia ani godziny, kiedy ich dosięgniemy. Ma to być nauczka dla następnych, którzy chcieliby spróbować. Nie będą mogli spać spokojnie ani czuć się bezpiecznie, mając świadomość, że wisi nad nimi groźba wybicia do nogi, że tak powiem. – Znów zerknął na tłumaczkę, jakby nie mając pewności, czy wyrażenie, którego użył, będzie przełożone na niemiecki równie dobitnie. – Aspekt prewencyjny takiego rozwiązania jest nie do przecenienia, tak uważam, i w tym kierunku będą zmierzać nasze działania. Taak, panowie… I panie… – dodał, reflektując się w porę. – Podsumowując powoli tę część naszego spotkania: „Strela” to bardzo dobra nazwa. Doskonała! Bo ta akcja będzie jak strzała wymierzona w środek tarczy lokalnego narkobiznesu, albo raczej w jego najsłabszy punkt. Jak strzała z łuku Parysa wbijająca się w piętę Achillesową… – Uderzył pięścią w dłoń i na sali rozległo się głośne plaśnięcie. – …A wszyscy wiemy, jak to się dla Achillesa skończyło, prawda?

Stanowczo przesadził. Wielu z nas wiedziało, że facet jest oczytany, ale chyba trochę poniosła go fantazja. Na koniec przemowy brakowało tylko słów: „Tako rzekłem”. Zamiast tego komendant okrasił ją uśmiechem, tym razem odsłaniając zęby. Uśmiech ten był drapieżny i złowrogi, jakby Szewczyk stał przed tymi, których chciał wybić, a nie przed tymi, których rękami chciał to zrobić.

Schymura i jego niemieccy koledzy pokiwali głowami, ale po ich minach widać było, że nie są do końca przekonani. Co prawda oni mieli tylko jeden koniec nitki, a ten drugi, ważniejszy, wraz z kłębkiem tkwił u nas. To dlatego zapewne spojrzenie Schymury i pozostałych było wymowne: wasze małpy, wasz cyrk. Nasi za to wyglądali na bardzo zadowolonych z takiego obrotu rzeczy. Obie służby patrzyły na tę samą sprawę z kompletnie odmiennych punktów widzenia i choć łączył je jeden cel, różniły sposoby na jego osiągnięcie. Przynajmniej teoretycznie.

A praktycznie? Praktycznie, osobiście miałem inne wytłumaczenie tego pośpiechu; bardziej prozaiczne niż homeryckie. Szewczyk nie mógł czekać rok na potężny transport kokainy, bo nadciągały wybory, a prognozy nie brzmiały pomyślnie dla obecnie rządzącego obozu, z którego nadania jaśnie komendant nam panował. Taka była prawda: lepsze pięć kilo w garści niż tona na dachu. Tej tony Szewczyk po prostu mógł nie doczekać na swoim stanowisku, więc do wyborów musiał zebrać na swoim koncie jak najwięcej spektakularnych sukcesów. Pięć kilo i mały gang też jest bez wątpienia jakimś sukcesem. Polityka…

Dotrwałem jakoś do końca, walnąłem małą pożegnalną i dziękczynną mówkę, przetrwałem również uściski rąk i uśmiechy, które hojnie rozdzielali między sobą wszyscy zebrani na sali odpraw. Kiedy spotkanie się skończyło, a towarzystwo rozeszło się po komendzie, dogoniłem na korytarzu Martę wracającą do swojego pokoju. Szliśmy przez chwilę w milczeniu obok siebie. Obcasy jej butów stukały głośno o zabytkową posadzkę, kiedy energicznie przebierając smukłymi nogami, z powodzeniem próbowała dotrzymać mi kroku.

– Widzimy się dzisiaj u ciebie? – zapytałem, znów ocierając się o nią, tym razem łokciem o jej ramię.

Zerknęła na mnie, stukot obcasów nie zmienił rytmu.

– Twój nieposkromiony apetyt na kobiety mnie zadziwia – powiedziała.

Ciekawe, że użyła tego sformułowania. Gastronomicznego. Pasowało jak ulał do moich rozterek.

– Nie na kobiety, tylko na kobietę – sprostowałem. – Na ciebie, konkretnie. Na całkiem niezły posiłek w ciepłych dekoracjach pokoju – zanuciłem fałszywie.

Westchnęła.

– Wejdziesz do mnie na chwilę? – zapytałem, zwalniając.

– To polecenie służbowe?

– Nie, prośba.

– Zamierzasz zamówić przystawkę do posiłku?

– Nie. Zadowolę się głównym daniem w twoim mieszkaniu. Chciałem z tobą porozmawiać. Prywatnie.

– O! – Autentycznie się zdziwiła.

Stanęliśmy przed drzwiami sekretariatu mojego gabinetu. Otworzyłem je i wpuściłem Martę przodem.

– Proszę, pani komisarz – powiedziałem szarmancko, wyłącznie na użytek mojej sekretarki.

Pani Henryka, zwana przeze mnie Zimną Heńką. Oczywiście nazywałem ją tak wyłącznie w myślach. Na bank wiedziała, co łączy mnie i Martę, ale miałem to gdzieś. Po co więc stwarzać pozory? Otóż to. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziałem jedno: w stwarzaniu pozorów byłem niezły.

Z oficjalną, wręcz nadętą miną przeszedłem przez sekretariat i otworzyłem kolejne drzwi, od mojego gabinetu. Znów puściłem Martę przodem, ledwo pohamowując się przed uszczypnięciem jej w tyłek, odwróceniem się i pokazaniem języka Zimnej. W końcu każdy facet ma w sobie coś z dzieciaka. Spoważniałem, kiedy przypomniałem sobie, po co zaprosiłem Martę do siebie.