Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

  Drzewo dobrego i złego

  Dżiny na łańcuchu

  O kocie, co chadzał do Mekki

  Mędrcy świata, monarchowie

  Jezus szuka żony

  Czas ofiar

  Ya Allach!

  Bibliografia

Zaiste, w stworzeniu niebios i ziemi, przemianie nocy i dnia, w okrętach, które pływają po morzu z tym, co dla ludzi dobre, w deszczu, który Allach zsyła z nieba, dając życie martwej ziemi, we wszystkich zwierzętach, które po niej rozrzuca, w zmienności wiatru i w chmurach, które pogania między niebem a ziemią, jak sługi – w tym wszystkim są znaki dla ludzi rozumnych.

Koran

Sura Al-Baqarah


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

DRZEWO DOBREGO I ZŁEGO

Na początku było Monachium.

Zacząłem, jakbym pisał nową Biblię, prawda?! Nie, takich aspiracji oczywiście nie mam, choć jedna z religii bardzo mocno odcisnęła swoje piętno na wszystkim, co przyjdzie mi w najbliższym czasie widzieć, słyszeć, a nawet jeść. Zatem po kolei:

We wspomnianym Monachium miałem aż cztery godziny, żeby przesiąść się z jednego samolotu do drugiego, a ponieważ szybko znalazłem właściwy terminal, zostało sporo czasu na rozejrzenie się dookoła.

Niestety, fotele przy bramce były jeszcze puste, więc nie mogłem oddać się swojej lotniskowej pasji, czyli dyskretnemu przyglądaniu się ludziom, tym białym i czarnym, żółtym i czekoladowym, łysym i takim, których fryzury sugerowały, że przylecieli tu chyba na gapę, siedząc na dachu samolotu.

Lubię też patrzeć na ubrania, od nienagannie skrojonych garniturów, po wymięte koszule obieżyświatów. I na bagaże, zarówno te, które zajmą połowę luku, bo ktoś przeprowadza się z jednego końca ziemi na drugi i potrzebuje do tego stu tobołów, jak i na foliową kopertę mnicha w szafranowych szatach, który poza wsuniętym w nią paszportem i biletem nie potrzebuje niczego więcej.

Snułem więc oczami po ścianach, ale nic szczególnego na nich nie znalazłem – jedna krzyczała, żebym koniecznie pił jakiś napój, inna, że mam latać liniami, w których pracują stewardesy, jak te na podświetlonym zdjęciu (bez najmniejszych zmarszczek, czyli praktycznie bez twarzy), trzecia oferowała kilkupiętrowego hamburgera. Przeganiałem wzrok jak najdalej od tej ostatniej i wtedy zauważyłem małą plakietkę, sto razy mniejszą od owego hamburgera – „Kaplica”.

Hm, byłem już na tylu terminalach świata, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zajrzeć właśnie tam. Teraz jednak moment wydawał się idealnie podsunięty na lotniskowej tacy, więc zarzuciłem plecak na ramię i pomaszerowałem pod wskazany adres. Nie obiecywałem sobie zbyt wiele, bo kaplica nie będzie pewnie wystrojem odbiegać od chłodnej, metalicznej szarości, tak ukochanej przez projektantów. Boją się przytulności, bo sami nie byli za często przytulani? Zostawmy jednak rozważania domorosłego psychologa na boku i wejdźmy do owego świątobliwego przybytku.

Okazało się, że w środku było jeszcze gorzej – pierwsza, niewielka sala miała ściany pomalowane na czarno, przez co pomieszczenia lotniska, które zostały za moimi plecami, wydawały się kolorowym rajem. Na szczęście było coś, co ową czerń nieco rozpraszało – pięć białych kwadratów, na których namalowano symbole chrześcijaństwa, islamu, hinduizmu, buddyzmu i judaizmu. Znów na czarno.

Zawsze wydawało mi się, że religia powinna nieść ludziom ukojenie, dawać nadzieję i płynącą z niej radość. I chociaż panowała tu miła dla uszu cisza, była to jednak cisza prawie grobowa, jakby wstydząca się życia.

Było tam na szczęście coś, co wieko owej „trumny” nieco unosiło – przejście do drugiego pomieszczenia, też niewielkiego. Tutaj było już, co prawda, jasno, ale była to jasność typowa dla prosektorium, albo w najlepszym razie dla lodówki, bo śliskie, blade ściany podświetlono jarzeniówkami. Jedynymi przedmiotami, które dawały nieco ciepła, były dwa modlitewne dywaniki, rzucone w kąt. I to, co stało pośrodku owej kaplicy, czyli wyrastający z podłogi i sięgający aż do sufitu gruby pień drzewa. Niech każdy połączy go, z czym chce, niech będzie dla niego czy dla niej symbolem, czego chce. Można nawet na nim napisać, co się chce.

Największe słowo, które ktoś namalował pisakiem tuż obok Gwiazdy Dawida, to ALLAH. Inny pasażer informował, że kocha Jezusa (litery mniejsze niż muzułmanina). W sąsiedztwie radzono za pomocą długopisu, żeby podążać środkową ścieżką. Gdzie indziej napisano Osho, a jeszcze dalej, żeby się od tego wszystkiego uwolnić.

Ostatnie zdanie spodobało mi się najbardziej, ale to chyba tylko pobożne życzenie, bo póki znany nam świat światem, a ludzie ludźmi, nawet pragnienie, żeby nie mieć pragnień, jest tylko kolejnym… pragnieniem. Ech!

W środku nie było ani jednego obrazka, żeby twórca, powtarzający gest Stwórcy, nie uraził nikogo. Wyszło jednak na to, że w ten sposób najostrożniej podchodzi się praktycznie tylko do jednego wyznania, które w miejscach modlitwy zakazuje przedstawiać ludzi, zwierzęta czy, broń Boże, Boga. Może dzieje się tak dlatego, że muzułmanie za brak szacunku dla swoich zasad grożą nawet śmiercią (często, zresztą, kończy się nie tylko na groźbach)?

Mam jednak wrażenie, że tzw. Zachód prowadzi dość dziurawą politykę – na przykład wykorzystywanie symboli chrześcijańskich w sposób obrażający jego wyznawców uważa się często za przejaw wolności artystycznej i w konsekwencji ci, którzy się na to oburzają, mogą zostać sprowadzeni do poziomu ćwierćinteligentów. Choć sztuka często mieszała i miesza się z publicystyką, tutaj może to być zabieg dość tani, bo obliczony bardziej na zaistnienie i szokowanie niż początek rzeczowej dyskusji, co może spowodować, że obie strony zaszyją się jeszcze głębiej w swoich okopach.




Jednak kiedy ten czy ów artysta odważyłby się umieścić genitalia na symbolach choćby wspomnianego islamu, to niewykluczone, że ci sami politycy i te same gazety, które nie widziały niczego niestosownego, kiedy łączono je z krzyżem, mogą go teraz napiętnować za obrazę uczuć religijnych.

Zresztą ta dziwna, wybiórcza mentalność daje o sobie znać także i przy innych okazjach – kiedy przypadała sześćdziesiąta rocznica utworzenia Chińskiej Republiki Ludowej, uczczono ją, m.in. specjalnie podświetlając nowojorski Empire State Building. Jednak przed setną rocznicą urodzin Matki Teresy z Kalkuty zarząd budynku odmówił podświetlenia go na biało-niebiesko, czyli w kolorach noszonych przez Nią szat. I wyszło na to, że największy morderca w dziejach ludzkości, Mao Tse-tung, oraz stworzony przez niego system, który nie szanuje ludzkich praw, zasługują na honory, a drobna zakonnica z Albanii, która zbierała z ulicy chorych i umierających, nie pytając przy tym nikogo o wyznanie, nie była tego warta.

Fakt, kiedy żyła, niektórzy bramini sprzeciwiali się jej działalności, twierdząc, że za bardzo ingeruje w karmę biedaków. Mnie jednak to nie przekonuje, bo przecież każdy kontakt z drugim człowiekiem jest jakąś interakcją, czyli rodzajem ingerencji. A Matka Teresa była widocznie po prostu częścią ich karmy.

Na szczęście nawet wielu hindusów nie podzielało poglądu braminów i podróżując po Indiach, widziałem nieraz Jej zdjęcie, oparte na domowym ołtarzyku o posążek Ramy, Kriszny czy Jezusa, którzy stali zgodnie na tej samej półce.

Czemu więc nowojorczycy się nie zgodzili? Może mieli Jej za złe, że za idola obrała sobie Wychowanka cieśli, który żył dwa tysiące lat temu?! A przecież On powtarzał tylko, żeby nie zapominać o miłości, nawet w stosunku do wrogów. Nie tworzył żadnych doktryn, nie pouczał, że macie nosić takie, a nie inne szaty czy mieć takie i takie rytuały. Dlatego ja zawsze z radością świętuję rocznicę Jego narodzin. I zawsze dziwię się, że w tym czy innym zachodnim kraju próbuje się w szkołach zastąpić „Boże Narodzenie” „Świętem Światła”, zakazując przy okazji wystawiania jasełek.

Nie jest przecież ważne, czy ów Nazarejczyk był Synem Boga w bardzo dosłownym, a nie przenośnym rozumieniu tego zwrotu, czy był kolejnym prorokiem, czy po prostu kimś, komu relacje człowiek – człowiek czy człowiek – Bóg leżały na sercu. Ja pamięć takich postaci chcę czcić także bez względu na to, co potem uczyniono z ich naukami, bo przecież czczę nie tych, którzy je wypaczali czy wypaczają, co często przedstawiane jest bez zachowania należytych proporcji. Napiszę więcej – takie postaci trzeba przypominać nie tylko od święta, bo co dostajemy w zamian? Włączcie telewizor, to zobaczycie sami!

 

Przy okazji bardzo ważna uwaga – piszę te słowa jako osoba niezwiązana z żadnym religijnym wyznaniem, dzięki czemu udaje mi się, zupełnie jak wspomnianym hindusom, w sposób pokojowy pogodzić rosyjską ikonę, buddyjską tankę i wykaligrafowany cytat z Koranu, które wiszą jedno przy drugim w moim salonie.

Zostałem oczywiście, jak pewnie większość czytających tę książkę, wychowany w tradycji chrześcijańskiej, dlatego żydów traktuję jak naszych starszych, a muzułmanów − młodszych braci. Więc zupełnie mi nie przeszkadza, ani mnie nie obraża, że w naszym Sejmie wisi krzyż. A niech wisi! To przecież symbol Jezusowej miłości i wynikającej z niej prawości, o czym powinni stale pamiętać zarówno ci, którzy go tam wieszali, jak i ci, którzy chcieliby go zdjąć. I jeśli znajdzie się w naszym parlamencie hindus czy muzułmanin, to niech też zawiesi tam symbole swojego wyznania, jeśli od patrzenia na nie będzie lepszy. Powtarzam – mnie to zupełnie nie przeszkadza, bo, o czym się często zapomina, tolerancja to nie tylko usuwanie sprzed nosa wszystkiego, co nie jest moją filiżanką herbaty, jak mawiają Anglicy, ale także akceptowanie innych herbat, jakie mogą pojawić się na wielkim stole, do którego zasiada prawie czterdzieści milionów moich rodaków (chyba że owe filiżanki zawierają dawkę nienawiści do innych, bo mają, np., ciemniejszą skórę, świętują w sobotę, a nie niedzielę albo stanowią mniejszość seksualną – wtedy, rzecz jasna, taką truciznę trzeba szybko wylać).

Patrzę na zegarek – do odlotu mam jeszcze dwie godziny. Siedzę więc dalej w neonowej kaplicy i gadam sam ze sobą. I pytam. Sam siebie. Na przykład o to, po co lecę na Półwysep Arabski, do kraju, w którym aż 75 procent muzułmanów to ibadyci, spadkobiercy konserwatywnego odłamu islamu, charydżyzmu. I wiecie co? Nie znajduję odpowiedzi. I co jeszcze ciekawsze, wcale nie staram się jej szukać. Tak samo, jak nie staram się już szukać odpowiedzi na pytanie o sens życia, bo nigdy nie udało mi się jej znaleźć, ani kiedy próbowałem to robić na własną rękę, ani z pomocą teorii, wysuwanych przez innych. Żadna mnie nie przekonała. Mimo wszystko – ciągle za mało znaków.

Dlatego jeżdżę sobie tu i tam bez celu. Tak, tak, to nie pomyłka – zawsze dziwię się, kiedy słyszę, jak ktoś opowiada o celu swojego życia. To musi być straszne ograniczenie! Jeśli już, to wolałbym mówić o wielu celach. Tak samo dziwię się, kiedy ktoś podkreśla, że w kolejnym wcieleniu chciałby wykonywać ten sam zawód, co teraz. Naprawdę? Ja, gdyby dano mi kolejną szansę narodzin, chciałbym być astronautą i fruwać po kosmosie. Potem żeglarzem, prującym fale. Dalej pianistą, żeby Bachowskie fugi czuć nie tylko uszami, ale i palcami. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Oczywiście nie musi to wcale oznaczać, że w tej chwili robię coś na pół gwizdka. Nie. Spalanie się w ulubionym przez siebie ogniu daje dużo frajdy, byle tylko nie przywiązywać do tego przesadnie wielkiej wagi, bo nie zawsze jest tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Dlatego lubię uprawiać sport wyłącznie dla przyjemności, a nie z chęci bicia rekordów czy konkurowania z kimkolwiek. Rzecz jasna, nie chcę powiedzieć, że inna postawa jest bez sensu. Znowu – nie! Chodzi po prostu o to, żeby mieć w sobie Zorbę i jak się coś spieprzy – zatańczyć.

Czasami to nie takie proste – przecież to właśnie tu, w Monachium, czterdzieści lat temu muzułmańscy terroryści zamordowali w czasie olimpiady izraelskich sportowców. Niełatwo o tym pisać także dlatego, że owi terroryści to dla innych bojownicy o wyzwolenie Palestyny spod żydowskiej okupacji. Czyli bohaterowie.

Pora się zbierać, bo za chwilę rozpocznie się wpuszczanie na pokład samolotu. Wychodząc, zauważam, że wokół symboli pięciu największych religii też są napisy. Przy sylabie OM i buddyjskim kołowrocie ktoś napisał „Jezus”. Ktoś inny chciał to usunąć.

Nie wiem tylko, co było napisane wokół Gwiazdy Dawida, bo zostało starannie zamazane.

*

W samolocie do Dohy, stolicy Kataru, większość pasażerów była ciągle jeszcze ubrana po europejsku. Proporcje zmieniły się, kiedy leciałem już bezpośrednio do Maskatu, stolicy Omanu – wnętrze wyglądało jak wydłużona szachownica, bo między odzianymi na czarno kobietami siedzieli mężczyźni w długich, białych szatach, diszdaszach. Siedzące obok nich żony miały najczęściej zakryte twarze. Mężczyźni nie musieli tego robić. Co więcej – z upodobaniem wpatrywali się w zachodnie pasażerki, czemu sprzyjało przygaszone światło (od razu przestrzegam – nie znaczy to, że wy możecie robić to samo z ich kobietami, czyli kolejny przykład dziur w myśleniu). W świetle dnia nie ośmieliliby się, choć i muzułmanom zdarzają się publiczne wpadki, o czym przekonał się prezydent Iranu, który na pogrzebie prezydenta Wenezueli przytulił jego matkę-staruszkę, za co został w kraju skrytykowany, bo nie dopuszcza się tam, przynajmniej oficjalnie, dotykania osoby płci przeciwnej, jeśli nie jest z nami spokrewniona.

Na straży pasażerskiej przyzwoitości stanęły też linie lotnicze i tak − wydawałoby się − niewinny film, jak „Notting Hill” został przez nie… ocenzurowany. Owi strażnicy nie byli jednak zbyt skrupulatni, bo wśród albumów z muzyką znalazła się i nasza Doda, którą raczej trudno uznać za wzór muzułmańskich cnót. Pewnie spodobała im się nazwa zespołu, „Virgin”, bo to dla tutejszych panien prawdziwe być albo nie być, co podkreśla się na każdym kroku, nawet w drogeriach, w których można kupić mydło „Dziewica”.

Mydeł „Prawiczek” nigdy jednak nie spotkałem. Ech, znów to dziurawe myślenie!

Koła samolotu dotknęły wreszcie gładkiej powierzchni lotniska i znalazłem się w kraju, w którym jeszcze czterdzieści lat temu łączna długość asfaltowych dróg wynosiła niecałe 10 kilometrów, samochodów pasażerskich też było tylko dziesięć, w stolicy mieszkańcy mogli po zmroku poruszać się jedynie z latarnią w ręku, poza szkółkami koranicznymi istniały tylko trzy szkoły ogólnokształcące (i to jedynie na poziomie podstawowym) i dwa szpitale (prowadzone przez obcokrajowców). No i trwała wojna domowa.

Nie była to moja pierwsza wizyta w tej części świata, bo podróżowałem wcześniej po Syrii i Jordanii. Jednak wędrowanie z plecakiem to co innego, niż zamieszkanie wśród Arabów na dłużej, bo czyż te wszystkie wyprawy „dookoła świata”, które podejmujemy, nie są w gruncie rzeczy strasznie powierzchowne?! Czy nie lepiej czasami osiąść gdzieś na dłużej, albo wybrać się dookoła jednej wioski bądź ulicy, nawet własnej, żeby zobaczyć, ile ciekawego tam się dzieje? To przecież kosmosy same w sobie. Poznałem jednak w Omanie i takich obcokrajowców, którzy choć mieszkali tam już dość długo, niewiele dowiedzieli się o tym kraju i jego mieszkańcach. Otrzymałem kiedyś w darze od zaprzyjaźnionego Omańczyka wór daktyli, których nie byłem w stanie zjeść sam. Podzieliłem się więc tym najbardziej popularnym tu deserem z Anglikiem, który przebywał na Półwyspie Arabskim już od roku. Spojrzał najpierw na zawartość wora, potem na mnie i zapytał:

− A jak się to je?

Cóż, można zwiedzać świat i tak – z klimatyzowanego apartamentu przechodzić do klimatyzowanego samochodu, którym przejedzie się do klimatyzowanego biura, a w drodze powrotnej do domu zajedzie do klimatyzowanego supermarketu, gdzie kupi się mrożone frytki. Ja wolałem jednak podróżować z tubylcami, nawet jeśli ich pojazdy czasami rzęziły, klimatyzacja nie działała i pot lał się ze mnie strumieniami…

*

Kiedy wysiadłem z samolotu, poczułem się tak, jakby ktoś chlusnął mi w twarz wiadrem gorącej pary. Żeby jednak gdzieś osiąść, trzeba się tam dostać także po ziemi, dlatego pędzę teraz przez noc z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę (wolniejsza jazda uważana jest tu za rodzaj automobilowego obciachu).

Jak się potem okaże, samochód to tutaj rzecz niebywale hołubiona, a miłość do luksusu tak wielka, że zdarzało mi się pić koktajle… Lexus. Stoi tuż obok podium, na którym pierwsze miejsce zajmuje bezdyskusyjnie Allach (kiedy piszę „bezdyskusyjnie”, to rzeczywiście mam na myśli brak jakiejkolwiek krytycznej dyskusji czy, nie daj Boże, kwestionowania zasad, przekazanych przez Mahometa kilkanaście wieków temu), drugie to rodzina (nie tylko ta najbliższa, ale i cały klan), a trzecie miejsce to oczywiście Oman, połączony w polityczną całość dopiero za panowania obecnego sułtana, Jego Wysokości Qabusa.

Czasami, jeśli ktoś ma samochód z drugiej ręki, może go odrestaurować z taką wirtuozerią, że wygląda, jakby dopiero wyjechał z taśmy montażowej. Spotykałem nawet młodych Omańczyków, którzy przylepiali za przednią szybę takiego auta kartki z informacją, że to… nowy egzemplarz. Tak dla szpanu, Mark! Z kolei, kiedy ktoś ma rzeczywiście nowy samochód (a wielu ma, i to nie byle jakie) nie zdejmuje folii, ochraniającej siedzenia i ściany wewnątrz pojazdu.





W takiej właśnie foliowej torbie siedzę teraz szumnie i ja. Szumnie, bo na szczęście szumi klimatyzacja, a ja przy najmniejszym obrocie w kierunku kierowcy też szumię i szeleszczę.

− Czemu się dziwisz, Mark? – Bashir1, mój szofer, odezwał się po chwili. – To zupełnie, jak z kobietami – o nowy model bardzo dbamy i go dopieszczamy, a kiedy się zużyje i nas na to stać, kupujemy sobie nowy!

− To ty ile masz już kobiecych modeli w domu? – zapytałem zaczepnie.

− Ja? Na razie ani jednego.

Trochę się zdziwiłem, bo nie jest to typowa sytuacja dla muzułmanina, szczególnie kiedy nad uszami ma już kilka siwych włosów i mieszka w kraju, gdzie tradycja jest świętością.

Bashir uśmiechnął się szeroko, błyskając przy okazji kompletem białych zębów i położył swoją dłoń na… moim udzie.

− Skąd jesteś, Mark?

− Z Poland.

− A, Holland!

− Nie, nie Holland. Poland. Bolanda! – w porę przypomniałem sobie, jak się nazywamy po arabsku.

− Aaaaa, Bolanda! Futbol! Euro! – okazało się, że oglądanie czy granie w piłkę nożną to dla Arabów zajęcia tak samo zajmujące, jak grzebanie przy samochodach; spotkałem tam nawet takich, którzy na koszulkach mieli wielki napis Podolski.

− Po meczu nikt tutaj jednak nie wyjdzie z rozbitą butelką w głowie czy plecach, jak to się zdarza u nas, bo w Omanie mecze przypominają bardziej wielki festyn niż rozróbę – kibice walą w bębny, często własnej roboty, dmuchają w trąbki i krzyczą, czyli niby podobnie, jak nad Wisłą, tyle tylko, że nie rzucają wyzwiskami, a najczęściej radośnie podśpiewują i podrygują. Ale i tutaj nie ominęła mnie wybiórczość, tym razem w wykonaniu samego Pana Boga – po zdobyciu gola piłkarz oddawał Mu pokłon, ale tylko jedna drużyna zwyciężyła. Cóż, widać nawet Allach ma swoje ulubione kluby.

– Byłeś kiedyś w Europie?

− Nie, nigdy. Tylko w Arabii Saudyjskiej, w Mekce. Znasz Mekkę?

− Pewnie, chciałbym tam kiedyś pojechać.

− Byłem też kilka razy w Tajlandii.

Po czym wymienił miejsca, które słyną nie z tego, że nagie tancerki i tancerze są tam wykuci w kamieniu, ale wykonują swoje ruchy na żywo. Ostatnio uruchomiono nawet połączenie lotnicze Maskat − Pattaya. Czyżby nie sięgało tam srogie oko Allacha?

− No i w Libanie. Piękne kobiety tam mają, Mark. I niedrogo liczą za spotkanie!

A potem przesunął swoją dłoń powyżej mojej kieszeni w spodniach.

− Myślę, że najbezpieczniej dla nas obu będzie, kiedy twoje ręce spoczną na kierownicy – też starałem się przy tym uśmiechnąć, ale nie jestem pewien, czy mi do końca wyszło.

Z tym bezpieczeństwem to nie była przesada, bo kiedy Bashir odlepił się od mojego uda, jego ręka wcale nie spoczęła na kierownicy, tylko na telefonie komórkowym, którego używał częściej niż kierunkowskazu. Jego pozycja w czasie owej konwersacji wyglądała zatem mniej więcej następująco – fotel odsunięty do tyłu tak, że prawie leżał (pasów bezpieczeństwa Bashir oczywiście nie używał), prawa stopa na pedale gazu, a lewa uniesiona do góry i oparta na… tablicy rozdzielczej.

 

− Wiesz, lubię, jak pieści mnie wiatr! – znów obrócił w moją stronę swoje błyszczące, białe zęby.

I tutaj, drogi Czytelniku, spieszę z wyjaśnieniem – Omańczycy na głowach noszą stale albo turbany (musary), albo haftowane czapeczki (kummy). Pod diszdaszami nie noszą bielizny, owijają się jedynie wokół bioder usarami, czyli mniej więcej dwoma metrami materiału. Zatem mój interlokutor wiatr nie we włosach miał na myśli!


Do dziś mam wrażenie, że ta niedawna przesiadka z wielbłądów do samochodów nastąpiła tu za szybko, bo za zmianą techniczną nie nadążyła zmiana mentalności. Z jednej strony jest w tym szaleństwie jakiś urok, ale tylko do czasu, o czym za chwilę.

Jeśli zaś chodzi o wspomnianą przez Bashira Mekkę, to, niestety, okazało się, że dostęp do niej mają tylko muzułmanie. I nie mam tu na myśli jedynie Al-Kaby, owego sześcianu, którego budowę miał ponoć rozpocząć nasz praojciec Adam. My, „niewierni”, nie mamy nawet wstępu do samego miasta, o czym informują rozwieszone nad drogą znaki, a za ich nieprzestrzeganie można trafić do więzienia albo zostać deportowanym. Bardzo mnie to dziwi, bo przecież Adam to ojciec wszystkich ludzi, a Abraham, który jego dzieło kontynuował, jest prorokiem nie tylko muzułmanów, ale także wyznawców judaizmu i chrześcijan. W tej rodzinie to islam jest najmłodszym bratem, zatem dlaczego Arabia Saudyjska zmonopolizowała miejsce, wskazane przez Archanioła Gabriela?! Często tłumaczą, że za bardzo oddaliliśmy się od objawionych zasad, zmieniając i wypaczając dane nam od Boga Księgi. Uważają to za niezdrowe, a jedynym lekarstwem ma być przejście na islam. Zatem Mekkę musiałem sobie podarować, bo choć przeczytawszy Koran dwukrotnie, cenię go sobie niezwykle, to jednak nie wszystko, co jest tam zapisane, potrafię zaakceptować.

Bashir także nad owym zakazem ubolewał, co było dla mnie sygnałem, że świat islamu, czy nawet wężej − arabski, jest niebywale zróżnicowany, a deklarowana braterskość jest często tylko pustym słowem − choć na co dzień obowiązuje pokojowe pozdrowienie Salam!, to przekraczając granicę między Omanem a „bratnimi” Emiratami, widziałem żołnierzy uzbrojonych po zęby. No i w czasie, kiedy piszę te słowa, bracia muzułmanie zabijają braci muzułmanów nie tylko w graniczącym z Omanem Jemenie, ale także w Egipcie, w Libii czy Syrii, gdzie oprócz ludzi giną także zabytki, jak choćby stary suk w Aleppo, na którym kilka lat wcześniej kupowałem daktyle.

Bashir naciska na pedał gazu jeszcze mocniej i pędzimy teraz sto pięćdziesiąt na godzinę.

− Wiesz, czytałem, że co czwarta osoba, która umiera w Omanie, to ofiara wypadku samochodowego – nieśmiało próbowałem przemycić aluzję do ciągle przesuwającej się w prawo wskazówki prędkościomierza, kiedy na poboczu minęliśmy wywróconą do góry kołami ciężarówkę.

W odpowiedzi usłyszałem tylko beztroską odpowiedź Bashira, że nawet jego dziewięcioletni kuzyn miał wypadek i jest teraz w szpitalu, bo jechał za szybko na swoim rowerku.

− Tak, to problem w naszym kraju – dodał, widząc, że ja wcale nie uważam tego za śmieszne. − A wiesz, że w szkole zdobyłem nagrodę?!

− O, a za co? – zaciekawiłem się.

− Za udział w przedstawieniu o tragicznych skutkach szybkiej jazdy!

− Bashir śmiał się teraz całą szerokością swojej szczęki. – Niestety, nie dali nam za to nawet złamanego riala! Szkoła dostała nowy odtwarzacz video, my nic! – pożalił się i znów docisnął pedał gazu. − A mój drugi kuzyn rzeczywiście niedawno zginął w wypadku – nieco posmutniał i… przyspieszył jeszcze bardziej.

Pewnie bardzo wierzył w opiekuńczą moc zawieszonego na lusterku maleńkiego Koranu (takie miniaturki kładzie się tu też pod poduszkę, wkłada do torebki, zawiesza przy tornistrze).

− Ci, którzy zginęli, nie mieli takiego Koranu ze sobą?

− Nie wiem, Mark. Może mieli… − Bashir odpowiedział tym razem mniej pewnie, poprawiając na wszelki wypadek różaniec, którym oplótł Koran. Na koralikach różańca wymalowano dziewięćdziesiąt dziewięć najpiękniejszych imion Boga. Mam nadzieję, że pomogą.

Potem przekonałem się, że ze śmiercią Omańczycy obcują praktycznie na co dzień – rodziny są tutaj tak liczne, że co chwila umiera jakiś wujek czy ciotka, kuzyn czy kuzynka, brat albo siostra.

Dlatego następnego dnia nie zdziwiłem się za bardzo, widząc inwalidę na wózku, który jechał między samochodami – też pędził co sił w rękach!

Wreszcie nieco zwalniamy, bo znaki ostrzegają przed wielbłądami. Na szczęście jedyny wielbłąd, jakiego wtedy spotkaliśmy, stał w bezpiecznej odległości od szosy − władca pustyni, zamknięty za płotem na czterech metrach kwadratowych, kołysał się z jednego kopyta na drugie, patrząc smętnie w bezkresną dal.

− Bashir, chcesz kawałek czekolady? Z Bolandy!

− Sie sie!

− ?

− To po chińsku „dziękuję”.

− Tak, wiem, że to po chińsku. Ale skąd ty znasz chiński? Przecież mówiłeś, że poza Tajlandią i Libanem byłeś tylko w Arabii Saudyjskiej!

− Nauczyła mnie masażystka z Maskatu. Wiesz, w health club.

Jak się potem okazało, w licznych tu „klubach zdrowia” można się poddać nie tylko masażom, ale za dodatkową opłatą także innym cielesnym uciechom. I Bashir im się poddawał. Jego kuzyn także, choć raz dostał niezupełnie to, czego się spodziewał – kiedy po masażu właściwym również ciało masażystki pozbyło się zbędnego odzienia, okazało się, że owa masażystka to w zasadzie masażysta.

− I co byś zrobił w takiej chwili, Mark?

− Nie mam zielonego pojęcia!

− Kuzyn też na początku nie miał, ale stwierdził, że skoro już zapłacił, to wejdzie w ten interes!

Postanowiłem nie pytać o szczegóły. Zapytałem tylko, czy aby na pewno Bashir i jego kuzyn są ibadytami, bo ci utrzymują, że kiedy grzesznik trafi do piekła, to już stamtąd nie wyjdzie.

− Oczywiście, że tak! – odparł bez zastanowienia, chociaż jego postępowanie daleko odbiegało od koranicznych zaleceń. Cóż, widać to trochę tak, jak z polskimi katolikami – ponad dziewięćdziesiąt procent naszych rodaków za takich się uważa, choć trudno byłoby uznać, że całe zło to sprawka pozostałych dziesięciu procent. Nad Wisłą mamy jednak w razie czego pod ręką wiarę w rozgrzeszającą moc konfesjonału czy w ostateczności czyśćca. Tutaj jednak byłby z tym kłopot.

Co prawda ostatnio omański rząd zdecydował, że „kluby zdrowia” przestają istnieć, to jednak niewiele się chyba zmieni, bo i spa oferują full service, a poza tym wiele „klubów” mieści się w prywatnych mieszkaniach, przez co trudniej je zlokalizować, nie wspominając już o masażystkach i masażystach „dochodzących” czy Internecie, który choć cenzurowany, nie jest dla sprytnych Arabów tak szczelny, jak chcieliby tego rządzący.

Health cluby nie były zresztą ostatnią niespodzianką owego wieczora:

− Zobacz, co nasz sułtan wymyślił! – Bashir pokazał mi rzęsiście oświetlony gmach. – Opera! Trzeba to zburzyć, bo to zakazane! To nie nasza tradycja!

Rzeczywiście, wychowany na Zachodzie Qabus jest wielkim miłośnikiem europejskiej sztuki, ale niektórzy tutejsi przywódcy duchowi uznali chodzenie do opery za haram, zakazane. I wielu moich omańskich przyjaciół ten pogląd podzielało. Ale kiedy zaproponowałem, żeby Bashir oddał mi w takim razie swój samochód, bo to przecież też nie ich tradycja, odmówił. Nie chciał też zrezygnować z futbolu, telefonu komórkowego czy komputera, a to przecież też przyszło od obcych. Ech, znów to nasze dziurawe myślenie!





Ale na przedstawienia i tak trudno było dostać bilety, choć większość widowni to przybysze z zagranicy. Przypominało to stary konflikt między sułtanem i imamem w podzielonym jeszcze Omanie. Jakby dla równowagi, niedaleko opery Jego Majestat wybudował ze swoich funduszy największy w kraju meczet (prawdę mówiąc, to fundusze wszystkich Omańczyków, trafiające jednak w dużej części do kieszeni sułtana i jego rodziny, która ma ustawowo zagwarantowane prawo do panowania nad Bashirem i jego rodakami). Takich meczetów jest w Omanie sporo i wszystkie noszą jego imię. Trzeba przyznać, że to sprytne posunięcie, bo pomników się mu tu nie stawia, więc w przypadku ewentualnej rewolucji nie będzie kogo zwalać z piedestałów, a meczetów burzyć przecież nie wypada. Będzie można sobie jedynie porozbijać portrety władcy, bo są tu ich tysiące. Ale i to nie będzie takie łatwe, bo żyje jeszcze wielu Omańczyków, którzy pamiętają, co przez ostatnich czterdzieści lat sułtan zrobił dla rozwoju kraju i są to osiągnięcia rzeczywiście imponujące – na przykład ilość państwowych szkół wzrosła w tym czasie przeszło trzysta razy! Jednak młodzi porównują swój kraj z sąsiednimi Emiratami i wtedy bilans wypada raczej na niekorzyść Qabusa. Dlatego Arabska Wiosna zawitała i tu.

− A wiesz, czego między innymi żądali demonstranci? – zapytał Bashir.

− Nie mam pojęcia, bo telewizja czy gazety informowały głównie o tym, co działo się w tym czasie w Egipcie – odparłem zgodnie z naszą medialną prawdą.

− Oni chcieli, żeby wybudować porządny plac do samochodowych popisów kaskaderskich! A studenci domagali się, żeby uroczystość wręczania dyplomów była transmitowana przez telewizję, co nasze media od razu wyśmiały. Ale tutaj wszystko kontroluje Qabus i jego rodzina, Mark! – denerwował się Bashir.